O moralną odnowę Narodu
Życie Kościoła - Katechezy i homilie

 

Stefan kardynał Wyszyński, - Do wiernych w bazylice gnieźnieńskiej 2 II 1981

Umiłowane dzieci Boże, dzieci moje!

Wprowadzenie do dzisiejszej uroczystości wyjaśnia nam już jej charakter. Oto Chrystus chciał poddać się przepisom Starego Przymierza. Nie przyszedł bowiem po to, aby Zakon zniszczyć, ale by go wypełnić. Dlatego Maryja i Józef przynieśli Dziecię Jezus do świątyni i ofiarowali Je Panu. To co Bożego zostało oddane Bogu. Jakkolwiek Jezus Chrystus przyszedł na ten świat dla nas ludzi i dla naszego zbawienia, nie przestał trwać w nieustannej łączności ze swoim Ojcem, na którego łonie przebywał nawet wtedy, gdy żył jako człowiek na ziemi. Jednak od chwili przedstawienia Dziecięcia Jezus w starej świątyni jerozolimskiej Chrystus ujawnia swą więź z Ojcem w perspektywie dziejów ludzkich. Wchodzi niejako w dziedzictwo swoich ojców według ciała, w dziedzictwo Dawida i jego potomków. Jest to Bóg-Człowiek. Odtąd jest On w świątyni. Możemy powiedzieć: Bóg i Człowiek w świątyni świata.

WEJŚCIE BOGA-CZŁOWIEKA W ŻYCIE ZIEMI

Tak pięknie mówi nam dziś modlitwa liturgiczna: Oto przychodzi do świątyni swojej Święty Władca, Pan. Wejście Chrystusa na ramionach Maryi do świątyni jerozolimskiej oznacza wejście Jezusa Chrystusa w życie świata, w życie rodziny ludzkiej, w życie ziemi. Wykładając to zdarzenie świątobliwy starzec Symeon wyjaśnił Matce Chrystusowej: Oto znak, któremu sprzeciwiać się będą (Łk 2,34). Jezus Chrystus jest na tym świecie znakiem. Będą Mu się sprzeciwiać, ale Go nie zniszczą. Jedni będą Mu się sprzeciwiać i dla nich będzie On ruiną, ale inni przyjmą ten znak i dla nich Jezus Chrystus stanie się zmartwychwstaniem i życiem. W ten sposób układają się dzieje Bożego Syna na ziemi. Po tej samej też linii idą dzieje Kościoła, w którym żyje Chrystus. Tak też układają się dzieje rodziny ludzkiej i każdego narodu. Dla jednych Jezus Chrystus i Jego nauka są zbawieniem: Wszyscy, którzy Go przyjęli, otrzymali moc, aby się stali synami Bożymi (J 1,12). Dla innych jest znakiem sprzeciwu. Nieszczęście spotyka tych, którzy Mu nie uwierzyli. Wtedy rozpoczyna się tragedia człowieka. A jeśli to jest naród, może się rozpocząć tragedia narodu. Można też mówić o tragedii rodziny ludzkiej, jeżeli uporczywie będzie odrzucała znak Chrystusa, który jest ustanowiony na zbawienie i na upadek wielu.

Widzimy, najmilsi, jak w dziejach świata sprawdzają się zdarzenia zapowiedziane w świątyni jerozolimskiej. Niewielu było świadków tego doniosłego faktu-wejścia do świątyni nowej światłości, Boga-Człowieka. Przedtem w podwojach tej świątyni zaledwie trwożliwie korzono się przed Jahwe, którego imienia ludzie nie mieli odwagi wymawiać, ale teraz, gdy Maryja wniosła Dziecię Jezus i przedstawiła je Symeonowi, Chrystus bierze w swoje ramiona całe dzieje życia religijnego, tworząc Nowe Przymierze; bierze w swoje dłonie dzieje rodziny ludzkiej, owszem - dzieje każdego człowieka, albowiem każdy z nas jest mieszkaniem Boga z ludźmi (por. Ap 21,3). To jest Światłość prawdziwa. Śpiewamy dzisiaj w czasie procesji ze świecami: Światło na oświecenie pogan i chwałę ludu izraelskiego. To Światło może być gaszone, albo rozdmuchiwane. Jest gaszone, gdy ludzie uporczywie bronią się przed Bogiem i odmawiają Mu prawa obecności w świecie. Ale może też być rozpromieniane, gdy człowiek, rodzina ludzka, naród - żyje duchem Ewangelii. Wtedy to światło Chrystusowe staje się znakiem przewodnim dla każdego człowieka - bo kto chodzi w tej światłości, jest już poza ciemnością. Staje się też znakiem dla każdej rodziny, która patrzy na to przedziwne zdarzenie ze świątyni jerozolimskiej, gdzie Najświętsza Rodzina oddaje człowieka Bogu.

To jest, najmilsze dzieci Boże, program, który za przykładem Matki Chrystusowej mają wypełniać wszyscy rodzice. Wprawdzie to dziecię jest twoim, matko, dziecięciem, owocem twojego trudu i męki, twojego cierpienia, poświęceń i ofiary, ale zawsze jest też dziecięciem Bożym. Jezus Chrystus przyniesiony do świątyni jerozolimskiej przez Maryję na pewno był i Jej Dziecięciem, bo ona prawdziwie była Mu Bogurodzicą Dziewicą. Ale Ona wiedziała, że otrzymała to Dziecię od Ojca niebieskiego. Wiedziała też, że Jego przeznaczeniem na ziemi jest odkupić Izraela, odkupić człowieka, wyzwolić go z niewoli i męki, bo na to przyszedł na świat, abyśmy życie mieli i obficie mieli (J 10,10). Dlatego stał się dla nas drogą, prawdą i życiem (J 14,6).

Najmilsze dzieci Boże! To, co jest prawdą w wymiarze każdego człowieka, jest też prawdą w wymiarze całej ludzkości, narodu, a nawet społeczności publicznej i politycznej. Dlatego musimy sobie powiedzieć, że obecność Chrystusa w świecie jest nadzieją rodziny ludzkiej, uznanie Jego miejsca wśród nas jest naszym błogosławieństwem. Ale nie daj Boże odmówić Chrystusowi miejsca w sercach naszych, w rodzinach, w narodzie, a nawet w społeczności publicznej, bo to zawsze prowadzi do ruiny. Jeżeli człowiek się spostrzeże w swojej niedoli, musi to sobie uświadomić. Wszelka bowiem odnowa musi się zaczynać od rehabilitacji Boga-Człowieka w naszym życiu osobistym, w życiu naszych rodzin, narodu i państwa.

FUNDAMENTEM PRAWDZIWEJ ODNOWY - REHABILITACJA PRAWA BOŻEGO

Ktoś powiedział, że jedną z przyczyn współczesnej niedoli i rozkładu moralnego naszego narodu jest to, że w początkach tego okresu dziejów Polski uporczywie odmawiano miejsca Chrystusowi, zwłaszcza w życiu rodzinnym oraz w wychowaniu dziatwy i młodzieży. Nie było dla Chrystusa miejsca w gospodzie, w tym polskim "Betlejem". Schronił się On do świątyni, schronił się do naszych serc. I tam przetrwał programowaną zimnicę i wrogość wobec Boga-Człowieka, tam przetrwał obojętność jak też wyrafinowane oświadczenia: Nie znam tego człowieka... Nie wiem, co mówisz (Mt 26,70.72). Niestety, tak było często. Na skutek takiej sytuacji pogłębiał się duchowy bezład wielu naszych braci, narastało wewnętrzne, psychiczne rozdwojenie, które prowadziło do chaosu i utraty zdolności właściwego wartościowania - wszystko jest względne, wszystko jest dostępne, wszystko można czynić, co się tylko komu podoba. Dzisiaj patrzymy na ten ujawniający się rozkład, który przyszedł na nas tak nagle, chociaż zdawałoby się, że wszystko było "względnie" dobrze. Panowała "względna" cisza, a tu nagle taki wstrząs! Zaczęło się od kryzysu gospodarczego, jednak powoli zaczęliśmy dociekać: No dobrze, ale dlaczego się tak stało? Jedni mówią - ludzie zawiedli, inni mówią - błędne były zasady nowej wspólnoty narodowej i politycznej. Gdy obecnie czytamy prasę krajową i zagraniczną, zastanawia nas to, że ludzie tak dobrze widzą teraz przyczyny naszej niedoli i umieją je wyliczyć.

Ale mnie się wydaje, najmilsi, że w szeregu najrozmaitszych przyczyn, które się podaje, nie wymienia się najstarszej: oto u podstaw tej sytuacji leży jakiś bezład moralny społeczeństwa. Zapewne, gdyby nie było błędów nadrzędnych, pochodzących od kierownictwa, do których się to kierownictwo teraz przyznaje, może łatwiej byłoby jeszcze wytrzymać błędy obywateli. Ale gdy się jedno z drugim sprzęgło, wtedy dopiero rozpoczęła się prawdziwa niedola. Trzeba teraz dłuższego czasu naprawy, żeby naród się z niej wydobył. Może jeszcze łatwiej się będzie nam dźwignąć z niedoli gospodarczej, ale z tej straszliwej fali rozkładu moralnego, która nas ogarnęła, wydobywać się będziemy z wielkim trudem. Jeżeli dziś weźmie się do ręki gazetę, łatwo dostrzec, jak dużo jest nieuczciwości, niesumienności, bezprawia, nie tylko na najwyższym poziomie, ale nawet na płaszczyźnie pracy czy to zawodowej, przemysłowej, czy rolniczej, zwłaszcza we wspólnotach uspołecznionych. Gdy się to łączy jeszcze z nietrzeźwością, a więc z osłabieniem postawy psychicznej i moralnej, wtedy rzeczywiście naprawa prędko przyjść nie może.

Trzeba zacząć od naprawy człowieka. Dzisiaj słyszy się wielkie wołanie o powrót moralności ewangelicznej do naszego życia osobistego, rodzinnego i narodowego. Zawsze możemy powiedzieć: tak, ale przecież nie wszyscy są źli. Na pewno nie wszyscy. Gdyby było inaczej, naród już dawno by zginął. Jeżeli w każdym środowisku istnieje przynajmniej grupa ludzi, którzy umieją w sobie, w swoim życiu rodzinnym i w swojej pracy bronić moralności chrześcijańskiej, to bardzo często ci właśnie ludzie, których stać na męstwo, są przyczyną trwania całego narodu. Słuszną jest rzeczą, abyśmy oddali pełny szacunek tym ludziom, którzy w niebywałym trudzie przyznawali się zawsze do Chrystusa i do Ewangelii, którzy nie poddawali się złudzeniom. Niemniej jednak, trzeba sobie powiedzieć, że dużo musimy odmienić w naszym życiu społecznym. Dlatego dzisiaj wołanie o powrót moralności chrześcijańskiej jest tak niesłychanie doniosłe. To może stać się warunkiem naszego uratowania, zwłaszcza, że Bóg uczynił narody "uleczalnymi" i nie ma sytuacji beznadziejnych. Istnieje bowiem jeszcze sumienie człowieka, jego zdrowy rozsądek, sumienie rodzinne, sumienie narodu, o którym mówiłem obszernie w katedrze świętojańskiej w dniu 6 stycznia bieżącego roku. To jest źródło naszej nadziei na uratowanie.

Przecież ten współczesny ruch, kierujący się ku Ewangelii Chrystusowej, to wołanie o obecność Chrystusa w pracy stoczniowców, górników, hutników, pracowników różnych instytucji przemysłowych, a także rolników jest właśnie przejawem wspomnianego zdrowego rozsądku, głosem sumienia narodowego. Trzeba to przyjąć jako szczególną łaskę Bożą. Garnące się do Kościoła związki zawodowe dają dowód, iż dobrze rozumieją, co jest dzisiaj potrzebne narodowi. Najpierw musimy wyjść z niewoli duchowej, z klęski moralnej, jaką jest przede wszystkim nietrzeźwość, pijaństwo, kradzieże, nieuczciwość, brak sumienności w pracy, nadużycia, szczególnie natury społecznej i publicznej. Świadomość konieczności takiej przemiany jest dowodem, że chociaż dużo było wśród nas zła, jednak sumienie pozostało i ono woła o miejsce chrześcijańskiej Ewangelii w naszym życiu społecznym, gospodarczym i narodowym.

Kościół, do którego tak powszechnie zwracają się dziś organizacje zawodowe, nie ma zamiaru tworzyć z nich jakichś bractw, nie chce im nadawać charakteru wyznaniowego, jak się to niekiedy mówi. My chcemy dla wszystkich - i dla tych, którzy pracują, i dla tych którzy nimi kierują - ducha Ewangelii Chrystusowej. Dlatego Kościół dzisiaj przypomina podstawowe tezy chrześcijańskiego myślenia, katolickiej nauki społecznej.

TEZY KATOLICKIEJ NAUKI SPOŁECZNEJ

Na czoło wysuwa się sprawa godności człowieka. Pamiętajmy jednak, że nikt tej godności nie zdoła obronić - chociażbyśmy mieli najwspanialsze ustawodawstwo społeczne - jeżeli człowiek sam nie będzie jej bronił przez styl życia chrześcijańskiego. Sprawą podstawową jest godność człowieka, o której tak wiele mówi Kościół, ponieważ Jego założyciel, Jezus Chrystus, przyszedł na ziemię dla nas ludzi i dla naszego zbawienia. To od was, od waszego stylu życiowego, od waszej wierności Chrystusowi i Ewangelii w pierwszej mierze zależy moralna odnowa naszego życia społecznego i publicznego.

Ale mówiąc o godności człowieka, Kościół w swoich licznych listach przypomina jednocześnie o prawach człowieka. Aby bowiem mieć świadomość swej wysokiej godności, trzeba żyć w atmosferze wolności i sprawiedliwości. I o tę wolność ludzie dzisiaj walczą. Jednak znowu konieczne jest zastrzeżenie. Otrzymawszy wolność trzeba pamiętać, że ma być ona użyta do dobrego, a nie do swawoli, nieładu, do anarchii i rozkładu. Wolność jest wielkim darem Boga dla dzieci Bożych i ma prowadzić do dobra, do prawdy, do miłości i do wzajemnej służby. Oto jest prawdziwa wolność! Gdy człowiek korzysta z takiej wolności, może doprowadzić do szerszego wymiaru stosowania sprawiedliwości społecznej w codziennym życiu.

Z tym łączy się prawo człowieka do owoców swej pracy. To wszystko, co człowiek wypracuje uczciwie, jest niewątpliwie w pierwszym rzędzie własnością jego i jego rodziny. Ale prawo do owoców pracy łączy się również z obowiązkiem umiejętnego posługiwania się wypracowanymi dobrami, aby człowiek nie stawał się przez nie gorszy, aby się nie upadlał. Owoce pracy, cokolwiek człowiek osiąga, mają służyć jemu, jego rodzinie i tym, którzy są w potrzebie. Stąd też człowiek nie może używać i nadużywać wypracowanych dóbr: dużo zarobiłem, mogę przepić. To jest błąd i ciężki grzech, Człowiek musi pamiętać, że nie jest absolutnym panem owoców swej pracy. Bo dobra i zarobki, zdobyte z trudem, z wielkim wysiłkiem fizycznym i duchowym, przeznaczone są dla duchowego rozwoju człowieka, jego rodziny i tej wspólnoty, która pomaga mu żyć i pracować.

Z tym wiąże się inne, bardzo doniosłe prawo: nie masz wolności w społeczeństwie bez możności zrzeszania się, jednoczenia, zespalania dla wzajemnej pomocy i potęgowania owoców swej pracy i służby społecznej. Może dlatego nasi bracia pracownicy zaczęli odnowę społeczną najpierw od zrzeszania się. Jednak to prawo niewątpliwie będzie utrzymane wtedy, gdy człowiek połączy z nim wysiłek zmierzający ku odnowie moralnej. Prawo do zrzeszania się jest prawem naturalnym, przyrodzonym, ale jest też prawem osobistym, indywidualnym, bo człowiek jest osobą społeczną. I chociaż ma i rozum, i wolną wolę, chociaż może mieć wielką wiedzę, talenty i zdolności, jeszcze sobie sam w życiu nie zdoła poradzić, jeżeli się nie odwoła do pomocy innych i jeżeli innym tej pomocy nie użyczy. To jest prawo naturalne, a więc niezaprzeczalne. Ale - jak powiedziałem - jest to również prawo indywidualne - to znaczy, człowiek może tworzyć takie wspólnoty społeczne, jaki odpowiadają jego potrzebom, zainteresowaniom i dążeniom. Prawa do zrzeszania nikt nam nie może ani narzucić, ani udzielić, bo ono jest naszym prawem wrodzonym.

Dzisiaj na przykład czytamy w gazetach wiele najrozmaitszych rozważań na temat: jeżeli pracownicy przemysłowi uzyskali prawo zrzeszania się, to trzeba to prawo przyznać również i pracownikom rolnym. Nie trzeba tego prawa "przyznawać". Ono po prostu istnieje i nikt go nam odmówić nie może. Jedno jest prawo przyrodzone takie samo dla każdego człowieka bez względu na to, co on robi: czy pracuje w fabryce, w kopalni czy na roli. Każdy ma takie samo prawo przyrodzone, naturalne, zespalania swoich sił i wysiłków dla wspólnego przeprowadzania zadań, które człowiek ma do wykonania. Ponadto, jest to również prawo indywidualne, jak najbardziej osobiste.

Weźmy na przykład wielką rzeszę pracowników na roli. Jezus Chrystus miał dla niej tyle szacunku, do tego stopnia, że mówił: Ojciec mój jest oraczem... Ojciec mój działa aż dotąd i Ja też działam. Gdy czytamy Ewangelię, zastanawia nas, że Chrystus tak bacznie obserwował proces rozwoju roślin: od źdźbła, poprzez kłos, do ziarna. Tak to wszystko umiał zastosować w swoich najrozmaitszych przypowieściach, iż można powiedzieć: chyba był rolnikiem. Ale znając ówczesne stosunki, trzeba uznać, że prawdopodobnie Józef, prowadzący warsztat, mógł mieć najwyżej jakiś zagon przy swojej chacie, ale niewielki, i może coś uprawiał razem z Maryją. Niemniej jednak Jezus rolnikiem, w znaczeniu dzisiejszym, nie był.

Jeżeli patrzymy dzisiaj na świat rolniczy, który ma tak doniosłe znaczenie w naszym życiu narodowym, widzimy, że ci ludzie mają swoje własne zadania. Na nich spoczywa odpowiedzialność za ziemię: Czyńcie sobie ziemię poddaną (Rdz 1,28); odpowiedzialność za swoją pozycję w narodzie; na nich ciąży obowiązek żywienia i wyżywienia społeczeństwa. To są ich własne zadania, których nikt nie wypełni. Ale mają też prawo do pomocy. Jeżeli obecnie w prasie zagranicznej ukazują się artykuły o polskim skandalu - który polega na tym, że Polska, która była spichlerzem dla Europy, dzisiaj chodzi po proszonym od kraju do kraju po zboże - to oczywiście nie najlepiej świadczy o naszej gospodarce. Ale jeżeli zważymy, że istniał specjalny, nieprzyjazny styl odnoszenia się do świata rolniczego, głębiej pojmiemy dzisiejszą klęskę. Gdyby tylko jedno zrozumiano, że jesteśmy w ścisłym tego słowa znaczeniu krajem rolniczym, a jedynie na marginesie - przemysłowym, wtedy na pewno nastąpiłaby taka harmonia gospodarcza, że Polska nie byłaby "żebrakiem narodów", ale mogłaby być jeszcze ich żywicielem. Stąd też zwlekanie z przyznawaniem ludności rolniczej prawa do zrzeszania się tak, jak ona tego chce, jest nierozumne, więcej, jest przeciwne prawu przyrodzonemu i prawu własnemu tego wielkiego żywiciela naszego narodu, jakim jest ludność rolnicza.

Takie rozważania snujemy dzisiaj, patrząc na Maryję, która niesie Dzieciątko do świątyni, i na Józefa, który składa na ofiarę to, co jego skromne życie pracy dało - jakąś parę synogarlic, może kawałek chleba; przynieśli to do świątyni, aby złożyć jako wykupienie za pierworodnego Syna Maryi i Ojca niebieskiego. I na pewno ten Syn Oracza, który otoczył całe życie i trud pracy rolniczej szacunkiem i umiłowaniem, sprawi, że będzie ona zrehabilitowana i w naszej ojczyźnie. Im prędzej to się stanie, tym lepiej, bo tym szybciej zapanuje w naszym kraju sprawiedliwość i pokój, którego tak głęboko wszyscy pragniemy.

Ale, najmilsze dzieci Boże, na tle dzisiejszej uroczystości, gdy Bóg-Człowiek wszedł do świątyni - nie tylko Bóg, ale i Człowiek, tak jak każdy z nas jest człowiekiem przeznaczonym do życia Bożego - pamiętać musimy, że trzeba zacząć od duchowej odnowy naszego życia.

NAKAZ ODNOWY LUDZI

Nie trzeba się oglądać na innych, na tych lub owych, może na polityków, żądając od nich, aby się odmienili. Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy prawdziwie się odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać, i politycy będą musieli się odmienić, czy będą chcieli czy nie. Nie idzie bowiem w tej chwili w ojczyźnie naszej tylko o zmianę instytucji społecznej, nie idzie też o wymianę ludzi, ale idzie przede wszystkim o odnowienie się człowieka. Idzie o to, aby człowiek był nowy, aby nastało "nowych ludzi plemię". Bo jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej zasobny ustrój, najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradzione i zginie. Cóż bowiem z tego - powiem może trywialnie - że krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków do rąk innych pijaków! Powiem jeszcze bardziej drastycznie: że klucz od kasy państwowej przejdzie z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei?! Przecież chyba nie o to idzie, żeby wszyscy złodzieje mieli dostęp do kasy i wszyscy pijacy do wódki, tylko żeby sumienie wszystkich się obudziło, żebyśmy zrozumieli naszą odpowiedzialność za naród, który Bóg wskrzesza.

Dzisiaj wspomina się bardzo często powstania polskie, które były zrywami narodu, by go ratować. Dwieście lat temu Polska konała. Jej rozkład moralny był wtedy straszny. Sprzedawano Polskę na sejmie Grodzieńskim w 1794 roku po prostu kawałkami. Może się dziś komuś wydawać, że ktoś ma nas ratować. Powiedziałem w katedrze warszawskiej w dniu 6 stycznia: nie możemy handlować naszą ojczyzną, nie możemy też liczyć na to, że ktoś nas zbawi. Zbawi nas tylko Pan nasz Jezus Chrystus, jeżeli zaufamy Jego Ewangelii i rozpoczniemy rzetelną odnowę duchową od siebie, nie oglądając się wokół na innych, tylko zaglądając w swoje własne sumienie. Pamiętajmy, że ludzie ze starymi nałogami nie odnowią ojczyzny. Chrystus domagał się tego, gdy mówił: Nie wlewa się młodego wina do starych bukłaków. W przeciwnym razie bukłaki pękają, wino wycieka, a bukłaki się psują (Mt 9,17). Jeżeli w Polsce robi się teraz nowe wino, to trzeba pamiętać, że należy je wlewać w nowe dusze, w nowe serca, w nowe myśli, w zdrową wolę społeczną. Dopiero wtedy ojczyzna zdoła się podnieść, podźwignąć z tej niedoli, której na razie jeszcze końca nie widać.

Może to, co mówię, jest nie w smak wielu ludziom. Być może, ale w mojej 3 z-letniej służbie Kościołowi gnieźnieńskiemu, Kościołowi w Polsce i narodowi już nieraz tak się zdarzało, że nie w smak było to, co mówiłem. Nie jestem jednak od tego, żebym schlebiał komukolwiek, żebym trzymał z tym lub owym. Ja jestem nauczycielem narodu w Kościele. I tego się trzymałem od pierwszej chwili, gdy przed 3 z laty z lękiem, z obawą, ale i wielką czcią wchodziłem w te prastare mury prymasowskiej bazyliki. Dlatego muszę nieraz powiedzieć twarde słowa i postawić twarde wymagania.

Potrzeba ojczyźnie naszej Bożego pokoju i ładu. Mówił o tym papież w dniu 31 stycznia na audiencji dla Polaków w Rzymie: Modlę się, dla was o pokój, o rozwagę, i o rozwój waszych osiągnięć. Najmilsi! Trzeba pamiętać, że to wszystko jest możliwe w duchu ładu Bożego. Ład musi być we wszystkich naszych pragnieniach, uczuciach i przedsięwzięciach. Nie jest możliwe osiągnięcie Bożego pokoju, gdy w duszach naszych jest nieporządek. Zdobywamy sobie prawo mówienia do ludzi i nauczania ich przez wysoki poziom naszego życia moralnego.

Kończymy nasze rozważania. To jest światłość na oświecenie pogan - Jezus Chrystus, który wszedł do świątyni na ramionach Bogurodzicy Dziewicy, Tej, która jest nam tak bliska, której tak ufamy, której zawierzyliśmy bez granic, której ja, wasz biskup, służę od 32 lat - bo wszystko postawiłem na Maryję. Uczyniłem to, wsłuchując się w słowa kardynała Augusta Hlonda, który, gdy umierał w szpitalu sióstr Elżbietanek w Warszawie, mówił: Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej. Nie myślmy, że to jest już pełnia zwycięstwa, bo Matka Chrystusowa jest niesłychanie hojna dla swoich czcicieli. Ona wniosła Dziecię Boże do świątyni jerozolimskiej. Pozwólcie, że Ona wniesie Jezusa do waszych serc, do wszystkich rodzin, do miejsc waszego trudu i pracy - w fabryce, w kopalni, na roli. Ona wprowadzi światłość prawdziwą do całego życia narodowego. Ona sprawi duchową odnowę w naszej wspólnocie państwowej.

A więc światła! Światła! Jak najwięcej Bożego światła dla serc i umysłów życzy wam biskup w 32-gą rocznicę swojej pokornej służby dzieciom Bożym świętego Kościoła archidiecezjalnego gnieźnieńskiego.

Źródło:
Stefan kardynał Wyszyński Prymas Polski, Nauczanie społeczne 1946-1981, Warszawa 1990, Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych

 

Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 346 gości