Dzieje duszy Rozdzia? II
Czytelnia - DZIEJE DUSZY - ?w - ?w. Teresa od Dzieci?tka Jezus

Dzieje duszy
?w. Teresa od Dzieci?tka Jezus (Teresa Martin)

Rozdzia? II

Buissonnets

?mier? matki. Mi?o?? ojcowska. Przyjazd do Lisieux. Przechadzki z ojcem. Domowe lekcje. Przygody z Wiktori?. Niedziele i ?wi?ta. Jak Paulina wychowywa?a "córeczk?". Widzenie prorocze. Nad morzem.

Wszystkie szczegó?y choroby naszej drogiej matki s? jeszcze ?ywe w mym sercu, pami?tam zw?aszcza ostatnie tygodnie, które sp?dzi?a na ziemi; by?y?my z Celin? jak biedne ma?e wygnanki; codziennie rano pani Leriche (1) przychodzi?a po nas i ca?y dzie? sp?dza?y?my u niej. Którego? dnia nie zd??y?y?my zmówi? pacierza przed wyj?ciem i w drodze Celina szepn??a mi: "Czy trzeba powiedzie?, ?e nie zmówi?y?my jeszcze pacierza?..." - "Oczywi?cie!" - odpowiedzia?am; wi?c bardzo nie?mia?o zwróci?a si? z tym do pani Leriche. "A wi?c, moje dzieci, zróbcie to teraz" - i wysz?a pozostawiaj?c nas w du?ym pokoju. Celina spojrza?a na mnie i obie stwierdzi?y?my: "Ach! to nie to co Mamusia... ona zawsze modli?a si? z nami!..." Bawi?c si? z dzie?mi, my?l? by?y?my stale przy naszej drogiej Matce; kiedy? Celina otrzymawszy pi?kn? morel?, nachyli?a si? ku mnie i szepn??a: "Nie jedzmy jej, ja dam j? Mamusi". Niestety! biedna Mamusia by?a ju? zbyt chora, by kosztowa? owoców tej ziemi, mog?a ju? tylko nasyci? si? chwa?? Bo?? w Niebie i pi? z Jezusem tajemnicze wino, o którym wspomina? podczas Ostatniej "Wieczerzy zapowiadaj?c, ?e b?dzie je dzieli? z nami w królestwie swego Ojca". (2)

Wzruszaj?ca ceremonia ostatniego namaszczenia (3) wyry?a si? równie? w mojej duszy; widz? jeszcze swoje miejsce obok Celiny, ca?a nasza pi?tka uszeregowana by?a pod?ug wieku, biedny Tatu? by? tak?e obecny i szlocha?... Nazajutrz, w dniu odej?cia Mamusi (4), wzi?? mnie na r?ce mówi?c: - "Chod? uca?owa? po raz ostatni twoj? biedn? Mam?". Bez s?owa zbli?y?am wargi do czo?a mej drogiej Matki... Nie pami?tam, bym bardzo p?aka?a, nie mówi?am nikomu o g??bokich uczuciach, jakich doznawa?am... Patrzy?am i s?ucha?am w milczeniu... nikt nie mia? czasu mn? si? zajmowa?, tote? widzia?am wiele rzeczy, które radzi byliby ukry? przede mn?. Jednego razu znalaz?am si? naprzeciw wieka trumny... zatrzyma?am si? i d?ugo i uwa?nie przygl?da?am si?; nigdy tego nie widzia?am, ale pozna?am... By?am tak ma?a, ?e pomimo niewielkiego wzrostu Mamusi musia?am podnie?? g?ow?, by widzie? je ca?e i wydawa?o mi si? bardzo du?e i bardzo smutne... Pi?tna?cie lat pó?niej stan??am wobec innej trumny; by?a to trumna Matki Genowefy (5), tak du?a jak mamusi, a ja prze?ywa?am znowu to samo, co w latach dzieci?stwa!... Wszystkie wspomnienia powróci?y t?umnie; patrzy?a na ni? wprawdzie ta sama Terenia, ale by?a ju? teraz du?a, podczas gdy trumna wydawa?a si? jej ma?a, nie potrzebowa?a podnosi? g?owy, by j? obj?? wzrokiem; wznosi j? ju? tylko kontempluj?c Niebo, które wydaje si? jej radosne, bo wszystkie do?wiadczenia ju? przesz?y i zima jej duszy min??a na zawsze...

W dniu, w którym Ko?ció? b?ogos?awi? doczesne szcz?tki naszej drogiej Mamy, b?d?cej ju? w Niebie, Pan Bóg chcia? da? mi inn? na ziemi i pozwoli?, bym j? sobie sama wybra?a. Ca?a nasza pi?tka znajdowa?a si? razem; ze smutkiem spogl?da?y?my na siebie. By?a tam tak?e Ludwika, która patrz?c na Celin? i na mnie powiedzia?a: "Biedne ma?e, nie macie ju? Matki!"... Wtedy Celina rzuci?a si? w ramiona Marii mówi?c: "A wi?c Ty b?dziesz moj? Mamusi?!" Cho? przywyk?am robi? to samo co ona, zwróci?am si? jednak do Ciebie, moja Matko, i jak gdyby rozdar?a si? zas?ona przysz?o?ci, rzuci?am si? w Twoje ramiona wo?aj?c: "A wi?c moj? Mamusi? b?dzie Paulina!"...

Trzeba mi - jak wspomnia?am - pozostawi? ju? ten etap ?ycia, a przyst?pi? do drugiego okresu mojego istnienia, najbole?niejszego spo?ród wszystkich trzech, zw?aszcza od momentu wst?pienia do Karmelu tej, któr? wybra?am sobie jako drug? "Mamusi?". Okres ten obejmuje lata od czterech i pó? do czternastego roku ?ycia, kiedy to odzyska?am w pe?ni swoje dzieci?ce usposobienie, nabieraj?c równocze?nie powagi ?ycia.

Musz? Ci wyzna?, moja Matko, ?e po ?mierci Mamusi moje usposobienie zmieni?o si? ca?kowicie; dot?d ?ywa nad miar?, sk?onna do wynurze?, sta?am si? nie?mia?a i ?agodna, zbyt przewra?liwiona. Wystarcza?o jedno spojrzenie, a zalewa?am si? ?zami; by mnie zadowoli?, trzeba by?o zupe?nie mn? si? nie zajmowa?, nie mog?am znie?? towarzystwa ludzi obcych, weso?o?? odzyskiwa?am tylko w gronie rodzinnym... A przecie? otaczano mnie nieustann? serdeczno?ci? najbardziej delikatn?. Serce Tatusia, ju? przedtem tak czu?e, wzbogaci?o sw? mi?o?? w uczucie prawdziwie macierzy?skie... Czy? Ty, moja Matko, wraz z Mari? nie by?y?cie dla mnie najczulszymi, najbardziej bezinteresownymi matkami?... Ach, gdyby dobry Bóg nie udzieli? dobroczynnych promieni swojemu kwiatuszkowi nie zdo?a?by on nigdy zaaklimatyzowa? si? na ziemi, by? jeszcze zbyt s?aby, by móg? znie?? deszcze i burze, potrzebowa? ciep?a, s?odkiej rosy i wiosennego wietrzyka. Tych dobrodziejstw nigdy mu nie zabrak?o; Jezus pozwala? mu znajdowa? je nawet pod ?niegiem do?wiadcze?!

Opuszczaj?c Alençon, nie odczu?am ?adnej przykro?ci. Dzieci lubi? zmian?, tote? z przyjemno?ci? przyby?am do Lisieux. Przypominam sobie podró?, przyjazd wieczorem do cioci (6), widz? jeszcze Joann? i Mari? (7) czekaj?ce na nas w drzwiach... By?am bardzo szcz??liwa z posiadania tak mi?ych kuzynek, kocha?am je bardzo, podobnie jak cioci?. Nade wszystko kocha?am wuja, jednak?e ba?am si? go i nie czu?am si? u niego tak swobodnie jak w Buissonnets (8), gdzie ?ycie moje by?o naprawd? szcz??liwe... Rano przychodzi?a? do mnie pytaj?c, czy odda?am swoje serce Panu Bogu, potem ubiera?a? mnie mówi?c mi o Nim, nast?pnie obok Ciebie mówi?am pacierz. Pó?niej nast?powa?a lekcja czytania: pierwsze s?owo, jakie sama potrafi?am przeczyta?, by?o: "Niebiosa". Moja kochana chrzestna matka podj??a si? lekcji pisania, a Ty, moja Matko, wszystkich innych; nauka nie przychodzi?a mi zbyt ?atwo, ale mia?am dobr? pami??. Katechizm, a szczególnie historia ?wi?ta, mia?y u mnie pierwsze?stwo; uczy?am si? ich z rado?ci?, gramatyk? jednak cz?sto oblewa?am ?zami... Pami?tasz rodzaj m?ski i rodzaj ?e?ski?!...

Po sko?czonej lekcji sz?am zaraz do belwederu (9) nios?c tatusiowi swoj? kokard? i stopnie. Jak?e by?am szcz??liwa, kiedy mog?am mu powiedzie?: "Mam pi?tki bez minusa, co znaczy?o, ?e Paulina pierwsza to powiedzia?a... Kiedy bowiem sama si? Ciebie pyta?am, czy mam pi?tki bez minusa, Ty za? tylko potwierdzi?a?, w moich oczach by? to ni?szy stopie?; dawa?a? mi tak?e dobre punkty, a kiedy zebra?am ju? pewn? ich liczb?, dostawa?am nagrod? i wolny dzie?. Pami?tam, ?e dni te wydawa?y mi si? znacznie d?u?sze od pozosta?ych, co sprawia?o Ci przyjemno??, ?wiadczy?o bowiem, ?e nie lubi? by? bezczynn?. Ka?dego popo?udnia sz?am na przechadzk? z tatusiem; wspólnie nawiedzali?my Naj?wi?tszy Sakrament, wst?puj?c codziennie do innego ko?cio?a. Tak to wesz?am po raz pierwszy do kaplicy Karmelu (10); Tatu? pokaza? mi kraty chórowe mówi?c, ?e za nimi s? zakonnice. Ani mi przez my?l przesz?o, ?e za dziewi?? lat b?d? mi?dzy nimi...

Po przechadzce, (w czasie której tatu? kupowa? mi zawsze ma?y prezencik za drobne pieni??ki), wraca?am do domu; odrabia?am lekcje, po czym reszt? czasu sp?dza?am w ogrodzie, skacz?c obok tatusia, poniewa? nie umia?am bawi? si? lalk?. Wielk? rado?? sprawia?o mi przyrz?dzanie herbatki z ziarenek i kory drzew znalezionych na ziemi; zanosi?am to potem tatusiowi w pi?knej fili?aneczce, a biedny tatu? ?miej?c si? przerywa? swoje zaj?cia i udawa?, ?e pije. Przed oddaniem fili?anki pyta? mnie (niby ukradkiem) czy ma wyla? zawarto??; nieraz odpowiada?am twierdz?co, ale cz??ciej zabiera?am z powrotem moj? drogocenn? herbat?, chc?c si? ni? wi?cej razy pos?u?y?... Lubi?am hodowa? kwiatki w ogrodzie, który mi podarowa? Tatu?; sp?dza?am czas na ustawianiu o?tarzyków w zag??bieniu znajduj?cym si? w murze; kiedy sko?czy?am, bieg?am po Tatusia i prowadz?c go, mówi?am, aby mocno zamkn?? oczy i nie otwiera? ich wcze?niej, a? w chwili kiedy mu powiem, ?e mo?e to uczyni?. Robi? wszystko, co chcia?am i pozwala? si? prowadzi? do mego ogródka; wtedy wo?a?am: "Tatusiu, otwórz oczy!" Otwiera? i zachwyca? si?, by sprawi? mi przyjemno??, podziwiaj?c to, co uwa?a?am za arcydzie?o!... Nie sko?czy?abym nigdy, gdybym chcia?a opowiedzie? tysi?c tego rodzaju szczególików, które t?umnie cisn? si? w mej pami?ci... Jak?e zdo?am wypowiedzie? t? niezmiern? czu?o??, jak? "Tatu?" otacza? swoj? królewn?? S? rzeczy, które czuje serce, ale których ani s?owo, ani my?l nawet nie s? w stanie wyrazi?...

Za najpi?kniejsze uwa?a?am dni, kiedy mój ukochany król zabiera? mnie z sob? na po?ów ryb; tak bardzo kocha?am wie?, kwiaty i ptaki! Czasem próbowa?am ?owi? swoj? ma?? w?dk?, ale wola?am usi??? samotnie na ukwieconej trawie; pogr??a?am si? wówczas w g??bokich my?lach i chocia? nie wiedzia?am, co to jest rozmy?lanie, dusza moja zatapia?a si? w rzeczywistej modlitwie... Do uszu moich dobiega?y odleg?e ha?asy... szum wiatru i ledwie dos?yszalna muzyka wojskowa, której d?wi?ki dochodz?ce a? do mnie, rzewnie nastraja?y moje serce... Ziemia zdawa?a mi si? miejscem wygnania i marzy?am o Niebie... Popo?udnie mija?o szybko; wkrótce trzeba by?o wraca? do Buissonnets; przed odej?ciem jednak zjada?am podwieczorek przyniesiony w koszyczku; pi?kna bu?eczka z konfitur?, któr? mi przygotowa?a?, zmienia?a swój wygl?d; zamiast jej ?ywego koloru widzia?am plam? o lekko ró?owym odcieniu, nie?wie?? i rozlan?... tote? ziemia wydawa?a mi si? jeszcze smutniejsza i zrozumia?am, ?e tylko w Niebie rado?? b?dzie bez chmur... W zwi?zku z chmurami przypominam sobie, jak to pewnego dnia pi?kny b??kit wiejskiego nieba zaciemni? si? nagle i wkrótce rozleg? si? ryk burzy; b?yskawice przeszywa?y ciemne chmury i z daleka widzia?am uderzaj?cy piorun; to mnie bynajmniej nie przerazi?o, by?am zachwycona, zdawa?o mi si?, ?e dobry Bóg jest przy mnie!... Tatu? nie podziela? zachwytu swojej królewny, chocia? burzy si? nie ba?. Trawa i rumianki, (które by?y wy?sze ode niej), l?ni?y jak drogie kamienie, a poniewa?, aby doj?? do drogi, musieli?my przej?? kilka ??k, mój drogi ojczulek boj?c si?, ?e diamenty zmocz? jego córeczk?, mimo ?e by? obarczony sprz?tem rybackim, wzi?? j? i niós? na plecach.

W czasie tych spacerów tatu? lubi? dawa? mi pieni??ki, abym zanosi?a je spotykanym ubogim. Którego? dnia ujrzeli?my jednego z nich jak z trudem posuwa? si? o kulach; podesz?am poda? mu pieni??ek, on jednak s?dz?c, ?e nie jest na tyle ubogim, by przyjmowa? ja?mu?n?, spojrza? na mnie ze smutnym u?miechem i odmówi? przyj?cia mojego daru. Nie potrafi? wypowiedzie?, co dzia?o si? w moim sercu; chcia?am go pocieszy?, przynie?? mu ulg?, a tymczasem - my?la?am - zrobi?am mu przykro??. Biedny chory musia? odgadn?? moje my?li, bo widzia?am jak si? odwróci? i u?miechn?? si? do mnie. Tatu? kupi? mi ciastko, które chcia?am mu ofiarowa?, ale nie ?mia?am. Pragn??am jednak ofiarowa? mu co?, czego przyj?cia nie móg?by odmówi?, poniewa? czu?am do niego wielk? sympati?;. Przypomnia?am sobie co kiedy? s?ysza?am, ?e w dniu pierwszej Komunii ?w. mo?na otrzyma? wszystko o co si? prosi; ta my?l przynios?a mi pociech?, i cho? mia?am nie wi?cej jak sze?? lat postanowi?am: "Pomodl? si? za mojego biednego w dniu pierwszej Komunii ?w." Pi?? lat pó?niej spe?ni?am obietnic? i ufam, ?e Dobry Bóg wys?ucha? modlitwy, skoro sam da? natchnienie, by j? do Niego skierowa? w intencji jednego z Jego cierpi?cych cz?onków...

Kocha?am bardzo Pana Boga i cz?sto oddawa?am Mu swoje serce przy pomocy formu?ki, której nauczy?a mnie mamusia, a jednak pewnego dnia, czy raczej pewnego wieczoru, w pi?knym miesi?cu Maryi pope?ni?am win?, która mnie bardzo zasmuci?a, da?a powód do upokorzenia, a ufam, ?e tak?e do doskona?ej skruchy. By?am za ma?a, by i?? na majowe nabo?e?stwo, zostawa?am wi?c z Wiktori? (11) i razem z ni? odprawia?am swoje nabo?e?stwa przed ma?ym o?tarzykiem Maryi. który urz?dza?am wed?ug swego upodobania; wszystko by?o ma?e: lichtarzyki i flakony na kwiaty, o?wietla?y go za? doskonale dwie zapa?ki-?wieczki. Czasem Wiktoria robi?a mi niespodziank? i dawa?a mi resztki ?wiecy, ale zdarza?o si? to bardzo rzadko. Pewnego wieczoru wszystko by?o gotowe do rozpocz?cia modlitwy, zwróci?am si? wi?c do niej: "Wiktorio, b?d? tak dobra zacz?? 'Pomnij...' a ja zapal?". Uda?a, ?e zaczyna, ale nic nie mówi?a i patrzy?a na mnie ?miej?c si?. Widz?c, jak moje drogocenne zapa?ki gwa?townie si? spalaj?, b?aga?am j?, by si? modli?a, ona jednak w dalszym ci?gu milcza?a, wi?c unosz?c si? gniewem, zacz??am na ni? g?o?no krzycze?, ?e jest niegodziwa, i porzucaj?c swoj? zwyk?? s?odycz, tupn??am nog? z ca?ych si?... Biedna Wiktoria straci?a ochot? do ?miechu; patrzy?a na mnie zdziwiona i pokaza?a ?wieczk?, któr? mi przynios?a... Po ?zach z?o?ci wylewa?am ?zy szczerego ?alu czyni?c postanowienie nigdy tak nie post?pi?!...

Kiedy indziej dosz?o równie? do awantury z Wiktori?, ale po niej nie odczuwa?am skruchy, poniewa? doskonale zachowa?am spokój. Chcia?am dosta? ka?amarz, który znajdowa? si? na kominku w kuchni; b?d?c zbyt ma??, by go dosi?gn??, bardzo grzecznie poprosi?am Wiktori? o podanie mi go, ona jednak odmówi?a powiedziawszy, bym wesz?a na krzes?o. Bez s?owa wzi??am krzes?o my?l?c sobie, ?e ona nie jest uprzejma; chc?c da? jej to odczu?, szuka?am w mojej g?ówce s?owa w mym poj?ciu najbardziej obra?liwego. Ona to cz?sto, gdy j? nudzi?am, nazywa?a mnie "smarkaczem", co mnie bardzo upokarza?o. Tote? zanim zeskoczy?am z krzes?a na ziemi? obróci?am si? z godno?ci? i powiedzia?am jej: "Wiktorio, jeste? smarkaczem", po czym uciek?am pozwalaj?c jej rozwa?y? to twarde s?owo, które do niej skierowa?am... Na wynik nie trzeba by?o d?ugo czeka?, wkrótce us?ysza?am jej krzyk: "Panno Mario!... Teresa powiedzia?a mi, ?e jestem smarkaczem". Maria przysz?a i kaza?a mi j? przeprosi?, zrobi?am to jednak bez skruchy uwa?aj?c, ?e skoro Wiktoria nie chcia?a wyci?gn?? swej du?ej r?ki, by odda? mi ma?? przys?ug?, zas?ugiwa?a na tytu? smarkacza... Mimo to kocha?am j? bardzo i by?am przez ni? kochana; pewnego dnia wyratowa?a mnie z wielkiego niebezpiecze?stwa, w które wpad?am z w?asnej winy. Wiktoria prasowa?a, maj?c obok siebie wiadro z wod?, ja za? przygl?da?am si? jej ko?ysz?c si? na krze?le (jak to mia?am w zwyczaju). Nagle krzes?o usun??o si? spode mnie i spad?am, lecz nie na ziemi?, ale do wn?trza wiadra!!!... Nogi dotyka?y g?owy i wype?nia?am sob? wiadro, jak kurcz?tko wype?nia jajko!... Biedna Wiktoria patrzy?a na mnie z bezgranicznym zdumieniem, nigdy bowiem nie widzia?a czego? podobnego. Chcia?am wydosta? si? z wiadra jak najpr?dzej, by?o to jednak niemo?liwe; moje wi?zienie by?o tak dopasowane, ?e nie mog?am zrobi? najmniejszego ruchu. Z trudem wybawi?a mnie z mego wielkiego niebezpiecze?stwa, nie uratowa?a jednak sukienki i reszty, które musia?a mi zmieni?, bo by?am przemokni?ta do nitki.

- Innym razem wpad?am do kominka; ca?e szcz??cie, ?e nie pali? si? w nim ogie?. Wiktoria z trudem wyci?gn??a mnie i otrzepa?a z popio?u, którego mia?am pe?no na sobie. Te przygody przytrafia?y mi si? zawsze w ?rod?, to znaczy wtedy, kiedy by?a? z Mari? na ?piewie. Równie? w ?rod? przyszed? do nas z wizyt? ks. Ducellier (12). Wiktoria powiedzia?a mu, ?e w domu nie ma nikogo prócz ma?ej Teresy; wszed? do kuchni, by mnie zobaczy? i ogl?dn?? moje wypracowania; by?am bardzo dumna, ?e przyjmuj? mego spowiednika, poniewa? krótko przedtem po raz pierwszy si? spowiada?am. Jak?e s?odkie to dla mnie wspomnienie!...

Matko droga! jak troskliwie przygotowywa?a? mnie mówi?c, ?e nie cz?owiekowi, ale Dobremu Bogu b?d? wyznawa? swoje grzechy. By?am o tym bardzo mocno przekonana, tote? spowiada?am si? w tak wielkim duchu wiary, ?e zapyta?am Ciebie, czy aby nie nale?y powiedzie? ks. Ducellier, ?e go kocham z ca?ego serca, skoro w jego osobie mówi? b?d? do samego Pana Boga...

Pouczona dobrze o wszystkim, co nale?y mówi? i czyni?, zbli?y?am si? do konfesjona?u i ukl?k?am, ale ks. Ducellier po otwarciu okienka nie zobaczy? nikogo; by?am tak ma?a, ?e moja g?owa znajdowa?a si? pod podpórk?, na której opiera? swe r?ce, powiedzia? mi wi?c, ?ebym sta?a. Pos?ucha?am natychmiast, podnios?am si? i zwracaj?c twarz wprost do niego, by go dobrze widzie?, wyspowiada?am si? jak doros?a dziewczynka i z wielk? pobo?no?ci? przyj??am jego b?ogos?awie?stwo, poniewa? powiedzia?a? mi, ?e w tym momencie ?zy male?kiego Jezusa obmyj? m? dusz?. Pami?tam, ?e w pierwszej nauce, jak? otrzyma?am, zach?cano mnie do nabo?e?stwa do Naj?wi?tszej Dziewicy, wi?c obieca?am sobie podwoi? moj? serdeczno?? wobec Niej. Opuszcza?am konfesjona? tak zadowolona, z tak lekkim sercem i z uczuciem takiej rado?ci w duszy jak nigdy. Odt?d spowiada?am si? we wszystkie wielkie ?wi?ta i ilekro? przyst?powa?am do spowiedzi, by?o to dla mnie prawdziwe ?wi?to.

?wi?ta!... ile? wspomnie? przywo?uje to s?owo!... ?wi?ta, jak bardzo je kocha?am!... Umia?a?, droga Matko, tak dobrze wyt?umaczy? mi wszystkie tajemnice ukryte w ka?dym z nich, i by?y one dla mnie prawdziwie dniami Nieba. Nade wszystko kocha?am procesje z Naj?wi?tszym Sakramentem; co za rado?? sypa? kwiaty pod stopy Dobrego Boga!... nie pozwoli?am im jednak tam upa??, ale rzuca?am je najwy?ej jak mog?am i najszcz??liwsza by?am widz?c, jak moje p?atki ró? dotykaj? Monstrancji...

?wi?ta!... O ile te wielkie by?y rzadko, za to ka?dy tydzie? przynosi? bardzo drog? memu sercu "Niedziel?!" Có? to za dzie? ta Niedziela!... By?o to ?wi?to Pana Boga, ?wi?to odpoczynku. Najpierw pozostawa?am w ?ó?eczku d?u?ej ni? w inne dni, nast?pnie mamusia Paulina dogadza?a swojej córeczce, przynosz?c jej do ?ó?eczka czekolad?, wreszcie ubiera?a j? jak królewn?. Chrzestna mama przychodzi?a uk?ada? loki swej chrze?niaczce, która nie zawsze by?a grzeczna, gdy j? ci?gni?to za w?osy, ale potem bardzo zadowolona bra?a za r?k? swego Króla, który tego dnia ?ciska? j? jeszcze czulej ni? zwykle, po czym ca?a rodzina udawa?a si? na Msz? ?w. (13) Przez ca?? drog?, a nawet w ko?ciele "Tatusiowa Królewna" trzyma?a go za r?k?, jej miejsce by?o obok niego, a kiedy musieli?my zej?? na kazanie, trzeba by?o znowu znale?? dwa krzes?a obok siebie. Nie przedstawia?o to trudno?ci, ka?demu bowiem mi?y by? widok tego pi?knego Starca z male?k? córeczk? i nikt nie waha? si? ust?pi? im miejsca. Mój wuj, który siedzia? w ?awie cz?onków rady parafialnej, cieszy? si?, gdy widzia? nas wchodz?cych, mawia?, ?e jestem jego promykiem S?o?ca... Nie sprawia?o mi niepokoju to, ?e na mnie patrzono; s?ucha?am bardzo uwa?nie kazania, cz?sto niewiele z niego rozumiej?c. Pierwszym, jakie zrozumia?am, i które mnie g??boko wzruszy?o, by?o kazanie o M?ce Pa?skiej, g?oszone przez ks. Ducellier, i odt?d rozumia?am ju? wszystkie. Kiedy kaznodzieja mówi? o ?w. Teresie, tatu? nachyli? si? i szepn??: - "S?uchaj dobrze, moja królewno, bo to mowa o twojej Patronce". S?ucha?am wprawdzie dobrze, ale wi?cej patrzy?am na tatusia ni? na kaznodziej?; jego pi?kna twarz mówi?a mi tak wiele... Bywa?o, ?e oczy jego nape?nia?y si? ?zami, które na pró?no usi?owa? powstrzyma?; dusza jego z takim upodobaniem zatapia?a si? w prawdach wiecznych, ?e zdawa?o si?, jakoby ju? nie by? na ziemi. Tymczasem koniec jego ?ycia by? jeszcze daleki, d?ugie lata musia?y jeszcze up?yn??, zanim pi?kne Niebo otworzy?o si? przed jego zachwyconymi oczyma i zanim Pan otar? ?zy swego dobrego i wiernego s?ugi...

Powracam jednak do mojej Niedzieli. Ten radosny dzie?, który tak szybko mija?, mia? pewien odcie? melancholii. Pami?tam, ?e moje szcz??cie by?o niezm?cone a? do komplety; podczas tego nabo?e?stwa my?la?am, ?e dzie? odpoczynku ko?czy si?... ?e jutro trzeba b?dzie rozpocz?? codzienne ?ycie, pracowa?, od r?bi?c lekcje, i serce moje odczuwa?o wygnanie tej ziemi... wzdycha?am do wieczystego odpoczynku Nieba, Niedzieli bez zachodu s?o?ca w Ojczy?nie niebieskiej!... Nawet przechadzki. które urz?dzali?my przed powrotem do Buissonnets, pozostawia?y mi w duszy uczucie smutku; rodzina nie by?a wtedy w komplecie, poniewa? dla sprawienia przyjemno?ci memu Wujowi Tatu? zostawia? mu w ka?d? Niedziel? wieczorem Mari? lub Paulin?; zadowolona by?am tylko wówczas, gdy i ja równie? zostawa?am. Wola?am to, ni? kiedy by?am zaproszona sama, bo zwracano na mnie mniejsz? uwag?. Najwi?ksz? przyjemno?? sprawia?o mi s?uchanie opowiada? Wuja; nie lubi?am jednak gdy mnie pyta?, a ju? bardzo si? ba?am, gdy bra? mnie na jedno ze swych kolan ?piewaj?c gromkim g?osem Barbe-blau... Z rado?ci? wita?am przychodz?cego po nas Tatusia. W drodze powrotnej ogl?da?am gwiazdy, które ?agodnie migota?y i zachwyca?am si? ich widokiem... By?a w?ród nich przede wszystkim grupa z?ocistych pere?, któr? z rado?ci? zauwa?y?am, w kszta?cie litery T (oto mniej wi?cej taki kszta?t "T"); pokaza?am j? Tatusiowi, mówi?c, ?e moje imi? jest zapisane w Niebie, i nie chc?c ju? niczego ogl?da? na brzydkiej ziemi, prosi?am go, by mnie prowadzi?, i nie patrz?c, gdzie stawiam kroki, podziwia?am gwia?dzisty firmament...

Có? powiedzie? o zimowych wieczorach, zw?aszcza w Niedziel??... Ach! jak?e s?odko by?o po grze w warcaby usi??? razem z Celin? na kolanach Tatusia... ?piewa? swoim pi?knym g?osem pie?ni nape?niaj?ce dusz? g??bokimi my?lami... lub ko?ysz?c nas delikatnie, recytowa? wiersze pe?ne prawd wiecznych. Na zako?czenie by?a wspólna modlitwa, podczas której królewna znajdowa?a si? tu? obok swego Króla patrz?c na niego, by si? przekona?, jak modl? si? ?wi?ci... Wreszcie przychodzi?y?my wszystkie po kolei powiedzie? tatusiowi dobranoc i otrzyma? od niego poca?unek; królowa podchodzi?a oczywi?cie ostatnia; król aby j? u?ciska?, chwyta? j? pod pachy, a ona wo?a?a z wysoka: "B?d? zdrów. Tatusiu, dobranoc, ?pij dobrze, powtarza?o si? to co wieczór. Potem moja mateczka bra?a mnie w ramiona i zanosi?a do ?ó?ka Celiny, a ja pyta?am: "Paulino, czy by?am dzisiaj grzeczna?... czy anio?ki b?d? fruwa? ko?o mnie?" Odpowied? by?a zawsze twierdz?ca, w przeciwnym razie sp?dzi?abym ca?? noc we ?zach... Potem Paulina, jak równie? moja chrzestna matka, u?ciskawszy mnie odchodzi?y i biedna Terenia zostawa?a zupe?nie sama w ciemno?ciach; na pró?no wyobra?a?a sobie fruwaj?ce wokó? niej anio?ki, wkrótce ogarnia? j? l?k, ba?a si? ciemno?ci, bo ze swego ?ó?eczka nie widzia?a gwiazd, które migota?y ?agodnie...

Uwa?am to, droga Matko, za prawdziw? ?ask?, ?e przyzwyczaja?a? mnie do przezwyci??ania l?ku; czasami posy?a?a? mnie wieczorem sam?, bym poszuka?a czego? w odleg?ym pokoju; gdybym nie by?a tak dobrze prowadzona, sta?abym si? bardzo l?kliwa, obecnie natomiast trudno mnie przestraszy?... Zadaj? sobie czasem pytanie, jak potrafi?a? wychowa? mnie z tak? mi?o?ci? i delikatno?ci? nie rozpieszczaj?c mnie równocze?nie, bo przecie? nie przepu?ci?a? mi ?adnej niedoskona?o?ci; nie czyni?a? mi nigdy nies?usznych wymówek, ale te? nigdy nie cofn??a? raz wypowiedzianego s?owa; dobrze o .tym wiedzia?am, ?e nie mog? zrobi? ani kroku, je?eli mi tego zabroni?a?. Nawet Tatu? obowi?zany by? stosowa? si? do Twojej woli. Bez pozwolenia Pauliny nie sz?am na przechadzk? i gdy Tatu? mówi?: chod?! odpowiada?am: "Paulina nie chce"; szed? wtedy prosi? o ?ask? dla mnie; czasem Paulina zgadza?a si?, by mu zrobi? przyjemno??, ale Terenia poznaj?c po jej minie, ?e nie by?a zadowolona, zaczyna?a p?aka? i nie dawa?a si? pocieszy?, a? Paulina powiedzia?a tak i u?ciska?a j? z ca?ego serca.

Kiedy Terenia by?a chora, a zdarza?o si? to ka?dej zimy, trudno wypowiedzie? z jak? macierzy?sk? troskliwo?ci? by?a piel?gnowana. Paulina k?ad?a j? do swego ?ó?ka (?aska niezrównana) i dawa?a jej wszystko, na co ta mia?a ochot?. Którego? dnia Paulina wyci?gn??a spod poduszki swój ?liczny scyzoryczek i daj?c go swej córeczce, wprawi?a j? w nieopisany zachwyt. - "Ach! Paulino - zawo?a?am - musisz mnie bardzo kocha?, skoro pozbawiasz si? dla mnie swego ?licznego scyzoryka z gwiazdk? z per?owej masy... Ale je?li mnie tak kochasz, czy zrobi?aby? ofiar? ze swego zegarka, by nie dopu?ci? do mojej ?mierci?" "Nie tylko, by nie dopu?ci? do twojej ?mierci, odda?abym zegarek, ale jestem gotowa nawet na ka?d? ofiar?, by?e? szybko wyzdrowia?a". S?ucha?am tych s?ów Pauliny z niewypowiedzianym zdumieniem i wdzi?czno?ci?. W lecie by?am kilka razy chora na serce. I znów Paulina piel?gnowa?a mnie troskliwie; by mnie zabawi? - co by?o najlepszym lekarstwem - wozi?a mnie na taczkach doko?a ogrodu, a potem zsadziwszy mnie, wk?ada?a na moje miejsce pi?kne sadzonki stokrotek i bardzo ostro?nie zawozi?a do mego ogródka, gdzie z wielk? pomp? zajmowa?y swoje miejsce...

Paulina przyjmowa?a wszystkie moje poufne zwierzenia, roz?wietla?a moje w?tpliwo?ci... Razu pewnego dziwi?am si?, ?e Pan Bóg nie udziela równej chwa?y w Niebie wszystkim wybranym i obawia?am si?, ?e nie wszyscy b?d? szcz??liwi; wtedy Paulina poleci?a mi pój?? poszuka? du?ej "szklanki Tatusia" i postawi? j? obok mego male?kiego naparstka, nast?pnie nape?ni? oba naczynia wod?, a w ko?cu zapyta?a mnie, które z nich jest pe?niejsze. Odpowiedzia?am, ?e oba s? tak pe?ne, i? niemo?liwo?ci? jest nala? w nie wi?cej wody, poniewa? nie zdo?a?yby jej w sobie pomie?ci?. Dzi?ki mojej drogiej Matce zrozumia?am, ?e Dobry Bóg daje w Niebie swoim wybranym tyle chwa?y, ile oni s? w stanie znie??, i tak oto ostatni nie b?dzie mia? czego zazdro?ci? pierwszemu. Uprzyst?pniaj?c mi w podobny sposób najbardziej wznios?e tajemnice, umia?a?, moja Matko, poda? mojej duszy pokarm, jakiego koniecznie potrzebowa?a...

Jak?? rado?ci? nape?nia?o mnie co roku zbli?aj?ce si? rozdawanie nagród!... I tutaj, jak wsz?dzie, zachowywana by?a sprawiedliwo?? i otrzymywa?am tylko zas?u?one nagrody; stoj?c zupe?nie sama po?ród dostojnego zgromadzenia, s?ucha?am wyroku czytanego przez "Króla Francji i Nawarry"; serce bi?o mi bardzo mocno, kiedy odbiera?am nagrody i wieniec... by? to dla mnie obraz s?du!... Natychmiast po rozdaniu nagród zdejmowa?a Królewna swoj? bia?? sukienk? i szybko j? przebierano do wzi?cia udzia?u w wielkim przedstawieniu!...

Ach! jak?e radosne by?y te rodzinne ?wi?ta... Patrz?c na mego drogiego Króla, tak promiennego, zupe?nie nie przeczuwa?am do?wiadcze?, jakie go czeka?y!... A? tu pewnego dnia Dobry Bóg ukaza? mi w prawdziwie nadzwyczajnym widzeniu wizj? owego do?wiadczenia, przez które chcia? nas przygotowa? (14).

Tatu? by? od kilku dni w podró?y i mia? powróci? dopiero za dwa czy trzy dni. By?a godzina druga albo trzecia po po?udniu, s?o?ce ?wieci?o jasnym blaskiem i ca?a natura mia?a wygl?d jakby od?wi?tny. By?am sama w oknie mansardy wychodz?cym na ogród; patrzy?am przed siebie zaj?ta radosnymi my?lami, gdy nagle przed pralni?, znajduj?c? si? akuratnie naprzeciw, dostrzeg?am cz?owieka ubranego zupe?nie jak Tatu?, identycznej co on postaci i o tym samym sposobie chodzenia, by? tylko o wiele bardziej pochylony... G?ow? mia? okryt? czym? w rodzaju fartucha w niewyra?nym kolorze i to w taki sposób, ?e nie widzia?am jego twarzy. Mia? kapelusz podobny jak Tatu?. Widzia?am, jak posuwa? si? miarowym krokiem wzd?u? mego ogródka... Dusz? moj? opanowa?o natychmiast uczucie nadnaturalnego l?ku, ale z miejsca zreflektowa?am si?, ?e to na pewno jest Tatu?, który wróci? i ukrywa si?, by mi zrobi? niespodziank?; krzykn??am wi?c g?osem dr??cym z przej?cia: - "Tatusiu, Tatusiu!..." Ale tajemnicza posta? zdawa?a si? mnie nie s?ysze?, posuwa?a si? dalej swym miarowym krokiem, nie odwracaj?c si? nawet; ?ledz?c j? wzrokiem spostrzeg?am, jak skierowa?a si? w stron? zaro?li, które wielka aleja dzieli?a na dwie cz??ci; spodziewa?am si?, ?e zobacz? j? po drugiej stronie wielkich drzew, ale prorocze widzenie znik?o... Trwa?o to wszystko zaledwie chwil?, ale tak g??boko wyry?o si? w moim sercu, ze dzi?, po pi?tnastu latach, wspomnienie jest tak ?ywe, jak gdyby widzenie trwa?o jeszcze przed moimi oczyma...

Maria by?a razem z Tob?, moja Matko, w pokoju przyleg?ym do tego, w którym ja si? znajdowa?am; s?ysz?c, ?e wo?am Tatusia, dozna?a wra?enia l?ku s?dz?c - jak mi to pó?niej wyzna?a - ?e musia?o zaj?? co? nadzwyczajnego. Nie daj?c nic pozna? po sobie, przybieg?a do mnie pytaj?c, co mi przysz?o do g?owy, ?eby wo?a? Tatusia, który jest w Alençon; opowiedzia?am jej to, co widzia?am. Maria chc?c mnie uspokoi?, powiedzia?a, ?e to na pewno by?a Wiktoria, która ukry?a g?ow? w fartuch, aby mnie nastraszy?; zapytana jednak Wiktoria zapewni?a, ?e nie wychodzi?a z kuchni. By?am zreszt? pewna, ?e widzia?am m??czyzn? i ?e ów m??czyzna postaci? by? podobny do Tatusia, posz?y?my wi?c wszystkie trzy za grup? drzew, nie znalaz?y?my jednak nic co by wskazywa?o, ?e przechodzi? t?dy ktokolwiek. Powiedzia?a? mi, bym wi?cej ju? o tym nie my?la?a...

Nie by?o w mojej mocy nie my?le? o tym; bardzo cz?sto wyobra?nia przedstawia?a mi tajemnicz? scen?, któr? ogl?da?am... Bardzo cz?sto chcia?am podnie?? zas?on? ukrywaj?c? przede mn? jej sens; w g??bi serca by?am bowiem przekonana, ?e wizja ta mia?a swój sens, który pewnego dm? zostanie mi objawiony... Na ten dzie? trzeba by?o czeka? d?ugo; po czternastu latach sam Bóg rozerwa? tajemnicz? zas?on?.

Korzystaj?c z pozwolenia, rozmawia?y?my z Siostra Mari? od Naj?w. Serca (15) jak zwykle o sprawach przysz?ego ?ycia i naszych wspomnieniach z dzieci?stwa; przypomnia?am jej wówczas widzenie, które mia?am w szóstym czy siódmym roku ?ycia. Nagle, wspominaj?c szczegó?y tej dziwnej sceny, zrozumia?y?my, co ona oznacza?a... Widzia?am rzeczywi?cie Tatusia, jak szed? pochylony wiekiem... To by? rzeczywi?cie on, nios?cy na swej czcigodnej twarzy, na swej siwej g?owie, znak swego chwalebnego do?wiadczenia (18)... Jak godne uwielbienia Oblicze Jezusa by?o podczas M?ki zakryte, tak twarz Jego wiernego s?ugi zosta?a zas?oni?ta w dniach jego cierpienia, by w ko?cu rozpromieni? si? w Ojczy?nie Niebieskiej obok swego Pana, S?owa Przedwiecznego. Z wy?yn tej niewys?owionej chwa?y, kiedy ju? królowa? w niebie, wyjedna? nam nasz drogi Ojciec ?ask? odkrycia sensu widzenia, które jego królewna mia?a w wieku, kiedy jeszcze nie trzeba obawia? si? z?udze?. Z wy?yn tej chwa?y uprosi? nam s?odk? pociech? zrozumienia, ?e ju? dziesi?? lat przed naszym wielkim do?wiadczeniem Dobry Bóg nam je ukaza?, jak Ojciec da? przeczu? swym dzieciom ich chwalebn? przysz?o??, z upodobaniem rozwa?aj?c maj?ce im przypa?? bogactwa...

Dlaczego w?a?nie mnie da? Dobry Bóg to ?wiat?o? Dlaczego tak ma?emu dziecku ukaza? to, czego nie mog?o zrozumie?, a gdyby zrozumia?o, umar?oby z bólu... dlaczego? Jest to jedna z tych tajemnic, które zrozumiemy pewnie dopiero w Niebie i która stanie si? przedmiotem naszego zachwytu przez ca?? wieczno??...

Jaki Pan Bóg jest dobry!... jak dostosowuje do?wiadczenia do si?, które nam daje. Nigdy - jak to ju? powiedzia?am - nie mog?abym znie?? nawet my?li o gorzkich utrapieniach, jakie zgotowa?a mi przysz?o??... Nie mia?am odwagi nawet pomy?le?, ?e Tatu? móg?by umrze?... Kiedy? wszed? na szczyt drabiny, a ja znajdowa?am si? akurat pod nim; zawo?a? do mnie: ,.Odsu? si? smyku, bo je?li spadn?, to ci? zgniot?". Odczu?am bunt wewn?trzny na te s?owa i zamiast si? oddali?, przytuli?am si? do drabiny my?l?c: "Je?eli Tatu? spadnie, to przynajmniej nie b?d? cierpia?a widz?c go umar?ym, poniewa? umr? z nim razem!" Nie potrafi? wypowiedzie?, jak bardzo kocha?am Tatusia; wszystko mnie w nim zachwyca?o; kiedy t?umaczy? mi swoje my?li (jakbym by?a du?? dziewczynk?), mówi?am mu naiwnie, ?e gdyby powiedzia? to wszystko cz?onkom rz?du, oni na pewno wybraliby go Królem i wtedy Francja by?aby szcz??liwa jak nigdy dot?d... Ale w duchu by?am zadowolona (i wyrzucam to sobie jako my?l egoistyczn?), ?e jest on mnie tylko dobrze znanym Tatusiem; gdyby bowiem zosta? Królem Francji i Nawarry, wiem, ?e nie by?by szcz??liwy, poniewa? taki jest ju? los wszystkich monarchów, ale przede wszystkim nie by?by ju? moim wy??cznie Królem!...

Mia?am sze?? albo siedem lat, kiedy Tatu? zawióz? nas do Trouville (17). Nie zapomn? nigdy wra?enia, jakie zrobi?o na mnie morze, nie mog?am oczu oderwa? od niego; jego majestat, szum fal, wszystko to mówi?o mojej duszy o wielko?ci i mocy Pana Boga. Pami?tam, ?e podczas spaceru po pla?y jacy? pa?stwo obserwowali mnie, gdy skaka?am obok Tatusia, po czym zbli?ywszy si? zapytali, czy jestem jego [córk?] i stwierdzili, ?e bardzo mi?a ze mnie dziewczynka. Tatu? odpowiedzia?, ?e tak, ale zauwa?y?am jak dawa? znak, aby nie mówili mi komplementów... Wtedy to po raz pierwszy us?ysza?am o sobie, ?e jestem mi?a i sprawi?o mi to przyjemno??, poniewa? nie wiedzia?am o tym. Chroni?a? mnie, droga Matko, przed wszystkim, co mog?oby przy?mi? moj? niewinno??, nade wszystko za? czuwa?a?, abym nie us?ysza?a nic takiego, przez co wkra?? by si? mog?a do mego serca pró?no??. Licz?c si? jedynie ze s?owami twoimi i Marii (18) (od Ciebie za? nie s?ysza?am nigdy ani jednego komplementu), nie przywi?zywa?am wi?kszego znaczenia do s?ów i pe?nych podziwu spojrze? tej pani. Wieczorem, gdy s?o?ce zdawa?o si? nurza? w bezmiarze fal pozostawiaj?c po sobie ?wietlist? smug?, siada?y?my z Paulina na samotnej skale...

Przychodzi?o mi wówczas na my?l przejmuj?ce opowiadanie "O z?otej smudze"... (19) D?ugo kontemplowa?am t? ?wietlist? drog? - obraz ?aski - jak? mia? przeby? ma?y okr?cik o wdzi?cznym bia?ym ?aglu. Siedz?c przy Paulinie, postanowi?am, ?e nie usun? nigdy swojej duszy spod spojrzenia Jezusa, aby mog?a dop?yn?? w pokoju do Niebieskiej Ojczyzny!...

?ycie moje up?ywa?o spokojnie i szcz??liwie; mi?o??, któr? otaczano mnie w Buissonnets, pozwoli?a mi, ?e si? tak wyra??, wzrasta?; jednak by?am ju? zapewne do?? du?a, aby zacz?? poznawa? ?wiat i n?dz?, której jest pe?en...

* * *

(1) Pani Leriche by?a córk? Panny Martin, drugiej siostry pana Martin.

(2) Por. Mt 26, 29.

(3) Pani Martin przyj??a wiatyk i sakrament chorych w niedziel?, 26 sierpnia 1877 r. Zachowujemy w t?umaczeniu nazw? tego sakramentu, przyj?t? wówczas i u?yt? przez Teres?.

(4) Pani Martin zmar?a dnia 28 sierpnia o godz. pierwszej; pogrzeb odby? si? 29 sierpnia.

(5) Matka Genowefa od ?w. Teresy, jedna z fundatorek Karmelu w Lisieux.

(6) Pan Martin zdecydowa? si? zamieszka? w Lisieux, by zbli?y? swoje córki do rodziny ze strony matki. Teresa i jej siostry przyby?y tam 15 listopada 1877 roku, przywiezione przez swego wuja, pana Guérin, który mia? aptek? w Lisieux, na placu ?w. Piotra.

(7) Pa?stwo Guérin mieli dwoje dzieci: Joann? licz?c? 9 lat i 7 letni? Mari?.

(8) 16 listopada rodzina Martin zamieszka?a w tej posiad?o?ci, wyszukanej przez pana Guérin. Le?a?a ona na wzgórzu wznosz?cym si? nad ulic? de Pont l'Eveque.

(9) Mieszkanie na poddaszu, którego szerokie okna wychodzi?y na fasad? Buissonnets.

(10) Karmel w Lisieux przy ulicy de Livarot by? now? fundacj? (1838); budynki zosta?y wyko?czone w roku 1877.

(11) Wiktoria Pasquier, pe?ni?ca obowi?zki pomocy domowej rodziny Martin w Lisieux.

(12) Ks. Ducellier by? wikarym przy katedrze ?w. Piotra.

(13) Obecnie w r?kopisie czytamy: "Sum?" zamiast "Msz?" (poprawiono obc? r?k?).

(14) Widzenie to mia?o miejsce latem 1879 lub 1880 roku. Pan Martin wyjecha? do Alençon w celach handlowych.

(15) Zgodnie ze zwyczajem Karmelu siostry otrzymuj? w niektóre ?wi?ta pozwolenie na prywatne rozmowy.

(16) Pan Martin zosta? pod koniec ?ycia dotkni?ty parali?em, spowodowanym arterioskleroza mózgu i towarzysz?cymi jej zaburzeniami psychicznymi.

(17) Podró? ta by?a we czwartek, 8 sierpnia 1878 r. W rzeczywisto?ci Teresa mia?a pi?? lat i osiem miesi?cy.

(18) Obecnie w r?kopisie jest: "Tatusia". W chwili korekty przystosowuj?cej wyraz: "Marii" zast?piono wyrazem "Tatusia" w celu uzgodnienia zmiany osób, która ten ust?p zniekszta?ca?a. W efekcie napisano: "moje siostry zwraca?y tak wielk? uwag? (...) ja liczy?am si? tylko ze s?owami ich i Tatusia..." Sam wyraz "Tatusia" zosta? przeoczony, kiedy przywracano r?kopisowi jego pierwotne przeznaczenie dla matki Agnieszki od Jezusa.

(19) Opowiadanie to znajduje si? w zbiorze lektur, które Teresa bardzo w dzieci?stwie lubi?a: La Tirelire aux histoires, de Mme Louise S.W. Belloc, Garnier 1870.

Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych: www.karmel.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po ?acinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

NaszÄ… witrynÄ™ przeglÄ…da teraz 86 goĹ›ci