Dzieje duszy Rozdzia? VI
Czytelnia - DZIEJE DUSZY - ?w - ?w. Teresa od Dzieci?tka Jezus

Dzieje duszy
?w. Teresa od Dzieci?tka Jezus (Teresa Martin)

Rozdzia? VI

Podró? do Rzymu

U Matki Boskiej Zwyci?skiej w Pary?u. Szwajcaria. Mediolan. Wenecja i Bolonia. Loretto. Rzym. W Koloseum i w katakumbach. Audiencja u Leona XIII. W drodze powrotnej. Asy? i Florencja. "Pi?eczka Dzieci?tka Jezus". Trzy miesi?ce oczekiwania.

W trzy dni po podró?y do Bayeux uda?am si? w podró? o wiele dalsz?, do wiecznego miasta... (1) Ach! có? to by?a za podró?!... Ona jedna da?a mi wi?cej, ni? d?ugie lata nauki; pokaza?a mi, jak pró?ne jest to, co przemija i ?e wszystko pod s?o?cem jest udr?czeniem ducha... (2) A przecie? widzia?am podczas niej wiele rzeczy, zachwyca?am si? wieloma wspania?ymi dzie?ami sztuki i pobo?no?ci, przede wszystkim za? st?pa?am po tej samej ziemi, po której chodzili ?wi?ci Aposto?owie, po ziemi przesi?kni?tej krwi? M?czenników, i dusza moja rozszerza?a si? w zetkni?ciu z tymi ?wi?to?ciami...

Jestem ogromnie szcz??liwa, ?e mog?am by? w Rzymie, rozumiem jednak dlaczego niektóre osoby mog?y mniema?, ?e Tatu? zabra? mnie w t? wielk? podró?, aby mnie odwie?? od my?li o ?yciu zakonnym; mniej zdecydowanym powo?aniem mog?a ona istotnie zachwia?. Nie obracaj?c si? nigdy dot?d w wielkim ?wiecie, znalaz?y?my si? teraz obie z Celin? w towarzystwie ludzi szlachetnego urodzenia, z których niemal wy??cznie sk?ada?a si? pielgrzymka. Bardzo nam by?o daleko do tego, by?my si? da?y ol?ni? tymi wszystkimi tytu?ami, a owe "de" wydawa?y si? nam jakoby dymem... Z daleka mog?oby mi to zamydli? oczy, ale z bliska spostrzeg?am, ?e "nie wszystko z?oto co si? ?wieci" i zrozumia?am s?owa Na?ladowana:. "Nie troszcz si? o cie? wielkiego imienia ani o liczne znajomo?ci, ani o szczególn? mi?o?? kogokolwiek" (3).

Zrozumia?am, ?e prawdziwa wielko?? le?y nie w imieniu, ale w duszy, o czym mówi Izajasz: "Pan da swoim wybranym IMI? NOWE" (4), a ?w. Jan te? powiada: "Zwyci?zca otrzyma kamyk bia?y, na którym jest wypisane IMI? NOWE, którego nie zna nikt prócz tego, kto je otrzymuje" (5). Nasze tytu?y szlachectwa poznamy dopiero w Niebie. Wtedy ka?dy otrzyma od Boga chwa??, na jak? zas?u?y? (6), i ten, który na ziemi chcia? by? najubo?szym, najbardziej zapoznanym w mi?o?ci do Jezusa, ten b?dzie pierwszym, najbardziej szlachetnym, najbogatszym!...

Drugie do?wiadczenie zdoby?am, przypatruj?c si? ksi??om. Nie znaj?c dotychczas ich prywatnego ?ycia, nie mog?am zrozumie? g?ównego celu reformy Karmelu. Zachwyca?a mnie modlitwa za grzeszników; ale modli? si? za dusze kap?anów, które uwa?a?am za czystsze nad kryszta?, wydawa?o mi si? rzecz? dziwn?!...

Ach! moje powo?anie zrozumia?am we W?oszech; nie by?a to zbyt daleka droga dla zdobycia tak cennej znajomo?ci...

W ci?gu tego miesi?ca spotka?am wielu ?wi?tych kap?anów i widzia?am, ?e chocia? ich wznios?a godno?? wynosi ich ponad anio?ów, to jednak pozostaj? oni lud?mi s?abymi i u?omnymi... Je?li nawet ?wi?ci kap?ani, których Jezus nazywa w swej Ewangelii: "Sol? ziemi", przez swój sposób ?ycia pokazuj?, jak bardzo potrzebuj? modlitwy, to co dopiero powiedzie? o ozi?b?ych? Czy? Jezus nie powiedzia? równie?: "Je?li sól utraci swój smak, czym?e si? soli? b?dzie?" (7)

O Matko! jak?e pi?kne jest powo?anie maj?ce za cel zachowanie soli przeznaczonej dla dusz! To jest w?a?nie powo?anie Karmelu, poniewa? jedynym celem naszych modlitw i ofiar jest to, aby?my jako aposto?ki aposto?ów b?aga?y za nimi, podczas gdy oni g?osz? duszom Ewangeli? s?owem, a nade wszystko przyk?adem. No, ale do?? tego; mówi?c dalej na ten temat, nie sko?czy?abym nigdy!...

Opowiem Ci, moja Matko, przebieg mojej podró?y, ??cznie z kilkoma szczegó?ami; wybacz mi, je?li b?dzie ich za wiele; nie obmy?lam z góry, co mam pisa? i cz?sto pisz? nie to, co zamierza?am; a to wszystko z braku wolnego czasu, tote? moje opowiadanie mo?e by? czasem nudne... Pocieszam si? my?l?, ?e w Niebie opowiem Ci ponownie o otrzymanych ?askach i b?d? to mog?a uczyni? w s?owach mi?ych i pe?nych wdzi?ku... Tam ju? nic nie przerwie naszych poufnych zwierze? i od jednego spojrzenia zrozumiesz wszystko... Ale có?, dok?d zmuszona jestem u?ywa? jeszcze j?zyka tej smutnej ziemi, spróbuj? czyni? to z prostot? ma?ego dziecka, które zna mi?o?? swej Matki!...

Pielgrzymka wyruszy?a z Pary?a siódmego listopada, ale Tatu? wyjecha? z nami do tego miasta kilka dni wcze?niej, by?my mog?y je zwiedzi?.

O godzinie trzeciej rano (8) przesz?am przez Lisieux pogr??one jeszcze we ?nie; wiele uczu? cisn??o mi si? wówczas do duszy. Mia?am poczucie, ?e id? w nieznane i ?e wielkie rzeczy tam na mnie czekaj?... Tatu? by? rozradowany; kiedy poci?g ruszy?, za?piewa? star? piosenk?: "Roule, roule, ma diligence, nous voil? sur le grand chemin" (9). Do Pary?a przybyli?my rano i zaraz zabrali?my si? do zwiedzania go. Drogi Ojczulek niema?o si? natrudzi?, by tylko sprawi? nam przyjemno??, tote? niebawem ogl?dn?li?my wszystkie cuda stolicy. Je?li chodzi o mnie, to znalaz?am tylko jeden jedyny, który mnie zachwyci?, a by?a nim: "Matka Boska Zwyci?ska" (10). Ach! tego, co prze?y?am u Jej stóp, nie potrafi? wyrazi?... ?aski, jakich mi udzieli?a, poruszy?y mnie tak g??boko, ?e jedynie ?zami mog?am wypowiedzie? moje szcz??cie, podobnie jak w dniu pierwszej Komunii ?w.... Naj?wi?tsza Panna da?a mi prze?wiadczenie, ?e to naprawd? Ona u?miechn??a si? do mnie. Zrozumia?am, ?e czuwa nade mn?, ?e jestem Jej dzieckiem, poj??am te?, ?e nie mog? Jej da? nic wi?cej, ponad to, by nazywa? J? "Mamusi?", które to imi? wydawa?o mi si? tkliwsze ni? imi? "Matka"... Z jak?? ?arliwo?ci? prosi?am J?, by mnie nieustannie strzeg?a i wkrótce zi?ci?a moje marzenie o ukryciu si? w cieniu Jej dziewiczego p?aszcza! Ach! to by?o jedno z mych pierwszych marze? dzieci?cych... Kiedy uros?am, zrozumia?am, ?e w Karmelu znajd? naprawd? p?aszcz Naj?wi?tszej Dziewicy, tote? ku tej urodzajnej górze zwraca?y si? wszystkie moje pragnienia...

B?aga?am równie? Matk? Bosk? Zwyci?sk?, by oddala?a ode mnie wszystko, co mog?oby rzuci? cie? na moj? czysto??; doskona?e zdawa?am sobie spraw?, ?e podczas takiej podró?y, jak ta do W?och, mog? natkn?? si? na wiele rzeczy zdolnych mnie zaniepokoi? przede wszystkim dlatego, ?e nie znaj?c z?a, ba?am si? je odkry?. Nie do?wiadczy?am jeszcze tego, ?e dla czystych wszystko jest czyste (11) i ?e dusza prosta i prawa w niczym nie dostrzega z?a, poniewa? w rzeczywisto?ci z?o istnieje tylko w ska?onych sercach, a nie w oboj?tnych przedmiotach... Modli?am si? równie? do ?w. Józefa, by czuwa? nade mn?; mia?am do niego nabo?e?stwo od dzieci?stwa, a pog??bia?o si? ono we mnie wraz z mi?o?ci? do Naj?w. Panny. Codziennie odmawia?am modlitw?: "O ?w. Józefie, ojcze i stró?u dziewic", tote? bez obawy podj??am moj? d?ug? podró?; s?dzi?am, ?e pod tak czujn? opiek? niepodobna si? jeszcze l?ka?.

Opu?cili?my Pary? w poniedzia?ek rano, siódmego listopada, po po?wi?ceniu si? Naj?w. Sercu w bazylice na Montmartre (12). Wkrótce zawarli?my znajomo?? ze wspó?uczestnikami pielgrzymki. B?d?c zazwyczaj tak dalece nie?mia??, ?e nie mia?am odwagi rozmawia?, teraz wyzwoli?am si? zupe?nie od tej kr?puj?cej wady; ku memu ogromnemu zdziwieniu rozmawia?am swobodnie ze wszystkimi wielkimi paniami, z ksi??mi, a nawet z samym ks. Biskupem z Coutances. Mia?am wra?enie, jakbym przez ca?e ?ycie obraca?a si? w tym ?wiecie. Wydaje mi si?, ?e byli?my lubiani przez wszystkich, a Tatu? zdawa? si? by? dumny ze swych córek; lecz je?eli on by? dumny z nas, my równie? by?y?my dumne z niego, bo w ca?ej pielgrzymce nie znalaz?by si? m??czyzna pi?kniejszy i bardziej dystyngowany ni? mój kochany Król. Lubi?, by?my obie z Celin? by?y blisko niego; cz?sto, kiedy po wyj?ciu z powozu oddala?am si? od niego, wo?a? mnie, bym mu poda?a rami? tak jak w Lisieux... Ks. Reverony bacznie ?ledzi? ca?e moje zachowanie; cz?sto z daleka widzia?am, jak patrzy? na mnie; przy stole, je?eli nie siedzia?am naprzeciw niego, nachyla? si? usi?uj?c mnie widzie? i s?ysze?, co mówi?. Chcia? mnie zapewne pozna?, by si? przekona?, czy nadaj? si? na karmelitank?; s?dz? ?e by? zadowolony z tego egzaminu, bo pod koniec podró?y zdawa? si? by? ?yczliwie do mnie usposobionym, w Rzymie jednak - jak to pó?niej opowiem - dalekim by? od tego, by mnie popiera?. - Przed przybyciem do "wiecznego miasta", celu naszej pielgrzymki, mieli?my mo?no?? podziwia? wiele wspania?ych rzeczy. Najpierw Szwajcaria ze swymi górami, których szczyty gin??y w chmurach, z uroczymi wodospadami o tak ró?norodnym wygl?dzie, z g??bokimi dolinami pe?nymi olbrzymich paproci i ró?owych wrzosów. Matko droga, jak dobrze robi?o mojej duszy to pi?kno, tak obficie rozsiane w naturze, jak podnosi?o, j? ku Temu, który ma upodobanie w rozrzucaniu podobnych arcydzie? do tej ziemi wygnania, nie trwaj?cej d?u?ej jak jeden dzie?... Nie mog?am si? do?? napatrze? temu wszystkiemu. Z zapartym tchem sta?am przy oknie, chc?c by? równocze?nie po obu stronach wagonu, poniewa? odwracaj?c si? widzia?am czaruj?ce obrazy, zupe?nie odmienne od tych, jakie roztacza?y si? przed mymi oczyma.

Bywa?o, ?e znale?li?my si? na szczycie góry, maj?c u stóp przepa?cie, których wzrok zg??bi? nie zdo?a, a których g??bie jak gdyby chcia?y nas poch?on??... A oto czaruj?ca wioska z wdzi?cznymi domkami i dzwonnic?, ponad któr? mi?kko p?yn??y o?lepiaj?co bia?e chmury... W oddali wielkie jezioro, oz?ocone ostatnimi promieniami s?o?ca; spokojne i przejrzyste fale odbija?y lazur Nieba i purpur? zachodz?cego s?o?ca, roztaczaj?c przed naszymi oczyma urzekaj?ce widoki, najbardziej poetyczne i czaruj?ce, jakie mo?na ogl?da?... W g??bi rozleg?ego horyzontu widnia?y góry; ich mgliste zarysy mog?yby uj?? naszym oczom, gdyby nie ich o?nie?one szczyty, które po?yskuj?c w s?o?cu, przydawa?y uroku prze?licznemu jezioru, którym zachwycali?my si?...

Widok tych wszystkich cudów pobudza? moj? dusz? do powa?nych my?li; zdawa?o mi si?, ?e teraz pojmuj? wielko?? Boga i wspania?o?ci Nieba... ?ycie zakonne przedstawia?o mi si? takim, jakim jest, ze swoimi wyrzeczeniami i drobnymi ofiarami spe?nianymi w ukryciu. Rozumia?am, ?e w tych warunkach ?atwo zasklepi? si? w sobie, zapomnie? o wznios?ym celu swego powo?ania, tote? mówi?am sobie: pó?niej, w godzinie próby, kiedy zamkni?ta w Karmelu b?d? mog?a ogl?da? tylko male?ki skrawek gwia?dzistego Nieba, przywo?am w pami?ci te dzisiejsze, widoki, a ich wspomnienie doda mi odwagi; ?atwo zapomn? o drobnych osobistych sprawach w obliczu mocy i wielko?ci Boga, którego jedynie pragn? kocha?... B?d? ju? mog?a unikn?? nieszcz??cia przywi?zania si? do s?omek, skoro: "Moje SERCE PRZECZUWA, co Jezus zachowa? dla tych, którzy Go mi?uj?!...." (13)

B?d?c pe?n? zachwytu nad dzie?ami Dobrego Boga, mog?am z kolei podziwia? to, co da? On swym stworzeniom. Spo?ród miast w?oskich pierwszy zwiedzali?my Mediolan. Bardzo szczegó?owo obejrzeli?my katedr?, ca?? z bia?ego marmuru, z jej licznymi statuami, których by?oby dosy? na stworzenie do?? licznego t?umu. By?y?my obie z Celin? nieustraszone, wsz?dzie pierwsze i tu? obok Ekscelencji, aby widzie? wszystko, co dotyczy?o relikwii ?wi?tych i dobrze s?ysze? obja?nienia; dzi?ki temu podczas Mszy ?w., któr? odprawia? na grobie ?w. Karola, znajdowa?y?my si? razem z tatusiom za o?tarzem, gdzie mog?am oprze? g?ow? o relikwiarz zawieraj?cy cia?o ?wi?tego, ubrane w strój pontyfikalny. I tak by?o wsz?dzie... (Wyj?wszy wypadki, kiedy trzeba by by?o wej?? tam, gdzie godno?? Biskupa wzbrania?a nam wst?pu; wiedzia?y?my dobrze, kiedy nale?y opu?ci? Jego Ekscelencj?)... Pozostawiaj?c l?kliwe panie, które zas?ania?y sobie twarz r?kami po wspi?ciu si? na pierwsze wie?yczki wie?cz?ce katedr?, pod??y?y?my za najodwa?niejszymi pielgrzymami i dotar?y?my a? do szczytu ostatniej wie?y, sk?d mia?y?my rado?? zobaczy? le??cy u naszych stóp Mediolan, którego liczni mieszka?cy sprawiali wra?enie ma?ego mrowiska... Zst?piwszy z naszego piedesta?u, rozpocz??y?my ca?omiesi?czn? w?drówk? powozami, która raz na zawsze zaspokoi?a moje pragnienie jazdy bez zm?czenia! Cmentarz, campe santo, zachwyci? nas jeszcze wi?cej ni? katedra; wszystkie pos?gi z bia?ego marmuru, zda si? o?ywione d?utem geniusza, rozrzucone s? na wielkim polu umar?ych jak gdyby od niechcenia, co w moich oczach dodawa?o im uroku... Chcia?o by si? nieledwie pociesza? otaczaj?ce nas alegoryczne postacie. Ich wyraz jest tak prawdziwy, ich ból tak pe?en spokoju i rezygnacji, ?e nie mo?na tu nie rozpozna? idei nie?miertelno?ci, któr? przepe?nione by?y serca artystów wykonuj?cych te dzie?a. Oto dziecko sypi?ce kwiaty na grób swych rodziców; marmur zdaje si? traci? swój ci??ar i delikatne listki nieomal przesuwaj? si? pomi?dzy palcami dziecka; ma si? wra?enie, jakoby je wiatr rozwiewa?. Lekki woal wdów i wst??ki zdobi?ce w?osy m?odych dziewcz?t zdaj? si? igra? w podmuchach wiatru. Tatu? by? zachwycony równie jak my; w Szwajcarii by? zm?czony, ale teraz powróci? mu humor i cieszy? si? pi?knymi widokami, które mieli?my mo?no?? podziwia?. Wyraz wiary i zachwytu na jego pi?knym obliczu objawia? dusz? artysty. Jaki? starszy pan (Francuz), który na pewno nie mia? tak poetyckiej duszy, przygl?da? si? nam spod oka i stwierdzi? z niezadowoleniem: "Ach! co za entuzja?ci z tych Francuzów"; sprawia? równocze?nie wra?enie, jakby mu by?o ?al, ?e nie mo?e podzieli? naszego zachwytu. My?l?, ?e biedak zrobi?by lepiej, gdyby pozosta? w domu; nie wygl?da? bowiem na zadowolonego z podró?y. Znajduj?c si? cz?sto w pobli?u nas, nieustannie si? skar?y?; by? niezadowolony z pojazdów, z hoteli, z ludzi, z miast, w ko?cu ze wszystkiego... Tatu? usi?owa? go pocieszy? z w?a?ciw? sobie wielkoduszno?ci?, ofiarowa? mu swoje miejsce, itd... ostatecznie, czuj?c si? wsz?dzie dobrze, mia? kra?cowo ró?ne usposobienie ni? jego niegrzeczny s?siad... Ach! Jak przeró?nego rodzaju ludzi widzia?y?my, jak?e interesuj?ce jest studiowanie ?wiata, gdy tak nied?ugo ma si? go opu?ci?!...

W Wenecji sceneria zmieni?a si? zupe?nie; zamiast wielkomiejskiego ha?asu, w ciszy s?ycha? by?o tylko nawo?ywania gondolierów i plusk fal poruszanych wios?ami. Wenecji nie brak uroku, ale mnie wyda?a si? smutnym miastem. Pa?ac do?ów jest wspania?y, ale te? i smutny ze swymi rozleg?ymi apartamentami che?pi?cymi si? z?otem, drzewem, najdrogocenniejszymi marmurami i obrazami najwi?kszych mistrzów. Ju? od dawna jego akustyczne sklepienia nie rozbrzmiewaj? g?osem wielkorz?dców wydaj?cych wyroki ?ycia lub ?mierci w salach, przez które przechodzili?my... Sko?czy?y si? ju? cierpienia nieszcz??liwych wi??niów, zamykanych przez do?ów w ciemnicach i lochach podziemnych... Zwiedzaj?c te straszliwe wi?zienia, przenosi?am si? my?l? w czasy m?czenników i pragn??am, by dane mi by?o na?ladowa? ich!... Trzeba by?o jednak opu?ci? szybko to miejsce i przej?? przez "most westchnie?" nazwany tak z powodu westchnie? ulgi, jakie wydawali skazani po wydostaniu si? z okropno?ci podziemia, zamiast których woleli ?mier?...

Z Wenecji udali?my si? do Padwy, gdzie mieli?my mo?no?? uczci? j?zyk ?w. Antoniego, a nast?pnie do Bolonii, gdzie widzieli?my ?w. Katarzyn?, której [twarz] zachowa?a ?lad poca?unku Dzieci?tka Jezus. Mog?abym poda? wiele ciekawych szczegó?ów o ka?dym mie?cie, oraz tysi?ce drobnych wydarze? z naszej podró?y, nie mia?oby to jednak ko?ca; tote? podam tylko najwa?niejsze szczegó?y.

- Boloni? opuszcza?am z rado?ci?; to miasto by?o dla mnie niezno?ne z powodu studentów, których tam pe?no i którzy stali szpalerem ilekro? mieli?my nieszcz??cie i?? piechot?; przecie wszystkim za? z powodu ma?ego zaj?cia, jakie mia?am z jednym z nich (14); szcz??liwa by?am, kiedy znalaz?am si? w drodze do Loretto. Nie dziwi? si?, ?e t? w?a?nie okolic? wybra?a Naj?w. Panna na przeniesienie swego b?ogos?awionego domku; pokój, rado??, ubóstwo panuj? tam wszechw?adnie; wszystko jest proste i prymitywne, kobiety zachowa?y swój wdzi?czny strój w?oski i nie przyj??y, jak w innych miastach, mody paryskiej. S?owem - Loretto oczarowa?o mnie. A có? dopiero powiedzie? o ?wi?tym domku?... Ach! jak?e g??bokie by?o moje wzruszenie, kiedy znalaz?am si? pod tym samym dachem co ?w. Rodzina? z czci? ogl?da?am ?ciany, na których spoczywa?y boskie oczy Jezusa, st?pa?am po ziemi zroszonej potem ?w. Józefa, gdzie Maryja nosi?a Jezusa w swych ramionach, a przedtem w swym dziewiczym ?onie!... Widzia?am male?k? izdebk?, w której anio? zst?pi? do Naj?w. Panny... w?o?y?am swój ró?aniec do miseczki Dzieci?tka Jezus... Jak?e urocze to wspomnienia!...

Najwi?ksz? nasz? pociech? by?a mo?no?? przyj?cia samego Jezusa w Jego domku, stania si? jego ?yw? ?wi?tyni? w tym samym miejscu, które On zaszczyci? swoj? obecno?ci?. We wszystkich ko?cio?ach, wed?ug zwyczaju w?oskiego, ?w. cyborium (15) przechowywane jest tylko w jednym o?tarzu i ty?ka tam mo?na przyjmowa? Komuni? ?w.; o?tarz ten znajdowa? si? w bazylice, w której, niby w szkatule z bia?ego marmuru, zamkni?ty jest ?w. domek, jak drogocenny diament. To jednak nie wystarczy?oby nam do szcz??cia. Nie w szkatule, lecz w samym diamencie chcia?y?my przyj?? Komuni? ?w.... Tatu?, delikatny jak zwykle, post?pi? tak jak wszyscy, ale Celina i ja wyruszy?y?my na poszukiwanie, ksi?dza (16), który nam wsz?dzie towarzyszy? i który w?a?nie przygotowywa? si? do odprawienia Mszy ?w. w Santa-Casa, korzystaj?c ze specjalnego przywileju. Poprosi? on o dwie ma?e hostie i umie?ci? je na palenie wraz ze swoj? du??; pojmujesz chyba, moja droga Matko, z jakim zachwytem przyj??y?my tylko we dwójk? Komuni? ?w. w tym b?ogos?awionym domku!... By?o to szcz??cie zupe?nie niebia?skie, którego nie sposób wyrazi? s?owami. Czym?e dopiero b?dzie nasza Komunia ?w. w wiekuistym mieszkaniu Króla Niebios?... Tam rado?? nasza nie b?dzie mia?a ko?ca, nie b?dzie tam smutku, rozstania i nie trzeba b?dzie koniecznie - dla zachowania wspomnienia - skroba? ukradkiem murów, u?wi?conych obecno?ci? Bo??, dom Jego bowiem b?dzie naszym na wieki... Nie chce On da? go nam ju? tu na ziemi, tylko wskazuje nam, aby?my ukochali ubóstwo i ?ycie ukryte; zachowuje natomiast dla nas swój Pa?ac chwa?y, gdzie nie b?dzie ju? ukryty pod postaci? dziecka czy bia?ej hostii, ale b?dzie takim, jakim jest w blasku swego niesko?czonego majestatu!!!...

Teraz pozosta?o mi opowiedzie? jeszcze o Rzymie, o Rzymie, celu naszej podró?y, gdzie spodziewa?am si? spotka? szcz??cie, a znalaz?am krzy?!... Nasz przyjazd wypad? w nocy; spali?my jeszcze, gdy nas obudzi?o wo?anie urz?dników kolejowych: "Roma, Roma..." To nie sen, by?am w Rzymie!... (17)

Pierwszy dzie?, sp?dzony za murami, by? chyba najmilszy, poniewa? pomniki zachowa?y patyn? wieków, podczas gdy w centrum Rzymu, na widok wspania?o?ci hoteli i sklepów, mo?na by s?dzi?, ?e si? jest w Pary?u. Ta przechadzka po rzymskich roz?ogach pozostawi?a mi szczególnie mi?e wspomnienie. Nie b?d? rozwodzi? si? na temat miejsc, które?my zwiedzali; jest dosy? ksi??ek daj?cych ich wszechstronny opis; opisz? jedynie zasadnicze wra?enia jakich dozna?am. Najs?odsze by?o to, które przej??o mnie na widok Koloseum. Nareszcie zobaczy?am t? aren?, na której tylu m?czenników przela?o krew za Jezusa; gotowa?am si? ju? do uca?owania u?wi?conej przez nich ziemi, gdy tymczasem, jakie? rozczarowanie! - centrum jest jednym stosem gruzów. Pielgrzymi musz? si? zadowoli? jedynie obejrzeniem go, poniewa? bariera broni wej?cia; nikt zreszt? nie pokusi?by si? o prób? dotarcia do ?rodka tych ruin... By? w Rzymie i nie zej?? do Koloseum?... To wyda?o mi si? niepodobie?stwem. Nie s?ucha?am ju? obja?nie? przewodnika; zajmowa?a mnie tylko jedna my?l: zej?? na aren?!... Widz?c robotnika, który przechodzi? z drabin?, chcia?am go o to zapyta?; ca?e szcz??cie jednak, ?e nie zrealizowa?am mego pomys?u, by?by mnie wzi?? za szalon?... Ewangelia ?w. mówi, ?e Magdalena stoj?c ci?gle u grobu i nachylaj?c si? kilkakrotnie, by zajrze? do wn?trza, zobaczy?a w ko?cu dwóch anio?ów. (18) Podobnie jak ona uznawa?am ca?? niemo?liwo?? zrealizowania mych pragnie?, przechyla?am si? jednak nadal w stron? ruin, do których chcia?am zej??; w ko?cu nie zobaczy?am anio?ów, ale to, czego szuka?am. Wydawszy okrzyk rado?ci powiedzia?am do Celiny: "Chod? szybko, mo?emy przej??!..." Natychmiast przekroczy?y?my barier?, która w tym miejscu dotyka?a gruzów, i oto schodzi?y?my po ruinach staczaj?cych si? za ka?dym naszym krokiem.

Tatu? obserwowa? to wszystko zdumiony nasz? odwag?; niebawem zawo?a?, by?my wraca?y, ale dwie uciekinierki nie s?ysza?y ju? nic. Podobnie jak wojownicy czuj? wzrastaj?c? w?ród niebezpiecze?stw odwag?, tak i nasza rado?? wzrasta?a w miar? trudu, który musia?y?my sobie zada?, by osi?gn?? przedmiot naszych pragnie?. Celina, jako bardziej uwa?na ode mnie, s?ucha?a przewodnika i teraz przypomnia?a sobie, ?e on wskaza? ma?y kamie? w kszta?cie krzy?a jako miejsce, na którym walczyli m?czennicy, i zacz??a go szuka?. Znalaz?a go niebawem i ukl?k?y?my na tej ?wi?tej ziemi, a nasze dusze pogr??y?y si? we wspólnej modlitwie... Serce bi?o mi bardzo mocno, kiedy zbli?a?am wargi do piasku purpurowego od krwi pierwszych chrze?cijan. B?aga?am o ?ask?, abym i ja równie? mog?a sta? si? m?czennic? dla Jezusa i w g??bi serca czu?am, ?e moja modlitwa by?a wys?uchana!... Wszystko to trwa?o bardzo krótko; zebrawszy kilka kamyków, zawróci?y?my ku ?cianom ruin, by od nowa zacz?? nasze trudne przedsi?wzi?cie. Tatu? widz?c, jak by?y?my uszcz??liwione, nie mia? serca nas gani? i widzia?am dobrze, ?e by? dumny z naszej odwagi... Dobry Bóg opiekowa? si? nami w sposób widoczny, bo pielgrzymi nie zauwa?yli naszej nieobecno?ci i poszli dalej, zaj?ci ogl?daniem naprawd? wspania?ych arkad, przy których przewodnik zwraca? ich uwag? na: "ma?e GZYMSY i KUPIDYNY znajduj?ce si? poni?ej"; tote? ani on, ani "wielebni ksi??a" nie dostrzegli rado?ci, któr? przepe?nione by?y nasze serca...

Katakumby pozostawi?y mi równie? najmilsze wra?enie; s? one istotnie takie, jak je sobie wyobra?a?am, czytaj?c ich opis w ?ywotach m?czenników. Jakkolwiek sp?dzili?my tam cz??? popo?udnia, mia?am wra?enie, ?e trwa?o to zaledwie kilka chwil, tak niezwyk?a wydawa?a mi si? atmosfera, któr? tam oddycha?am... Trzeba by?o zdoby? par? pami?tek z katakumb, wi?c Celina i Teresa, pozwoliwszy orszakowi oddali? si? nieco, zdo?a?y wcisn?? si? w g??b dawnego grobu ?w. Cecylii i zebra? odrobin? ziemi u?wi?conej jej obecno?ci?. Przed podró?? do Rzymu nie mia?am do tej ?wi?tej specjalnego nabo?e?stwa, gdy jednak zwiedzi?am jej dom zamieniony na ko?ció? (19), miejsce jej m?cze?stwa, gdy dowiedzia?am si?, ?e mieni si? j? królow? harmonii, nie dla jej pi?knego g?osu ani muzycznego talentu, ale dla upami?tnienia jej pie?ni dziewiczej, któr? wy?piewa?a swemu Niebieskiemu Oblubie?cowi ukrytemu w g??bi jej serca, uczu?am do niej wi?cej ni? nabo?e?stwo, bo prawdziw? tkliwo??, jak do przyjació?ki... Sta?a si? ona moj? ?wi?t?, do której mia?am szczególne upodobanie, moj? zaufan? powiernic?... Wszystko mnie w niej zachwyca?o, najwi?cej za? jej zawierzenie, jej bezgraniczna ufno??, dzi?ki której zdolna by?a wla? mi?o?? dziewictwa w dusze spragnione jedynie doczesnych rado?ci...

?wi?ta Cecylia podobna jest do oblubienicy z pie?ni; w niej widz? "Chór w obozie wojennym" (20)... Jej ?ycie to nic innego, jak melodyjny ?piew po?ród najwi?kszych do?wiadcze?, i nie dziwi mnie to, poniewa? "na sercu swym z?o?y?a Ewangeli? ?wi?t?" (21) a w sercu swym Oblubie?ca Dziewic!...

Bardzo mi?e by?o dla mnie tak?e zwiedzanie ko?cio?a ?w. Agnieszki (22); wszak to przyjació?ka mego dzieci?stwa, któr? przysz?am odwiedzi? w jej w?asnym domu. D?ugo rozmawia?am z ni? o tej, która tak godnie nosi jej imi? i usi?owa?am zdoby? jak?? relikwi? anielskiej patronki mej drogiej Matki, aby móc jej przywie??, niemo?liwo?ci? jednak by?o uzyska? cokolwiek innego, poza ma?ym czerwonym kamyczkiem, jaki oderwa? si? od bogatej mozaiki, pochodz?cej z czasów ?w. Agnieszki, na któr? ?wi?ta zapewne cz?sto spogl?da?a. Czy? to nie urocze, ?e droga ?wi?ta sama ofiarowa?a nam to, czego?my szuka?y, a czego nie wolno by?o samemu zabiera??... Zawsze uwa?a?am to za jej szczególn? delikatno?? i dowód mi?o?ci, z jak? s?odka ?w. Agnieszka spogl?da na moj? drog? Matk? i ni? si? opiekuje...

Sze?? dni przesz?o nam na zwiedzaniu cudów Rzymu, siódmego dnia za? ujrza?am najwi?kszy spo?ród wszystkich: "Leona XIII"... Tego dnia pragn??am i obawia?am si? go zarazem, od niego bowiem zale?a? los mego powo?ania. Odpowied? ks. Biskupa, któr? powinnam by?a otrzyma?, nie nadesz?a, za? z listu od Ciebie, moja Matko, dowiedzia?am si?, ?e nie jest on zbyt dobrze wobec mnie usposobiony; ostatecznie jedyn? desk? ratunku mog?o by? pozwolenie Ojca ?w... Ale aby je uzyska?, trzeba by?o o nie prosi?, trzeba by?o zdoby? si? na odwag? i przy wszystkich przemowi? "do Papie?a"; dr?a?am na sam? my?l o tym; co wycierpia?am przed audiencj?, wie tylko dobry Bóg i moja droga Celina. Nigdy nie zapomn? jej udzia?u we wszystkich moich do?wiadczeniach; zdawa?o si?, jakby moje powo?anie by?o jej w?asnym. (Nasza wzajemna mi?o?? nie usz?a uwagi ksi??y z pielgrzymki. Którego? wieczoru, gdy zebranie by?o tak liczne, ?e zabrak?o krzese?, Celina wzi??a mnie na kolana i spogl?da?y?my na siebie z tak? czu?o?ci?, i? jeden z ksi??y zawo?a?: Jak?e one si? kochaj?! Ach! te dwie siostry nigdy nie mog? si? roz??czy?!" To prawda, ?e kocha?y?my si?, ale nasze wzajemne uczucie by?o tak czyste i tak mocne, ?e nie zasmuca?a nas my?l o roz??ce, czu?y?my bowiem, ?e nic, nawet ocean, nie mo?e nas od siebie oddali?... Celina ze spokojem patrzy?a, jak moja ?ódeczka przybija do brzegu Karmelu, sama za? zgodzi?a si? pozosta? na burzliwym morzu ?wiata tak d?ugo, dok?d Dobry Bóg zechce, pewna, ?e przyjdzie czas, kiedy i ona przybije do upragnionego przez nas brzegu...).

W niedziel? dwudziestego listopada, ubrawszy si? wed?ug przepisów ceremonia?u watyka?skiego (to znaczy na czarno, z koronkowym okryciem na g?owie) i przyozdobiwszy si? wielkim medalem Leona XIII, zawieszonym na bia?oniebieskiej wst??eczce, udali?my si? do Watykanu, do kaplicy Najwy?szego Pasterza... O godzinie ósmej ogarn??o nas wielkie wzruszenie, gdy wszed?, by odprawi? Msz? ?w... Po udzieleniu b?ogos?awie?stwa licznie zebranym wokó? niego pielgrzymom, wst?pi? na stopnie o?tarza i tu pokaza? nam, przez sw? pobo?no?? godn? Zast?pcy Jezusa, ?e by? rzeczywi?cie "Ojcem ?wi?tym". Serce bi?o mi bardzo mocno i modli?am si? z wielk? ?arliwo?ci?, kiedy Jezus zst?powa? do r?k swego Najwy?szego Kap?ana. By?am pe?na ufno?ci. Ewangelia tego dnia zawiera?a cudowne s?owa: "Nie l?kaj si?, trzódko ma?a, bo spodoba?o si? Ojcu mojemu da? wam królestwo" (23). O nie, nie l?ka?am si?, ufa?am, ?e królestwo Karmelu wkrótce si? do mnie przybli?y, tote? nie przysz?y mi na my?l inne s?owa Jezusa: "Ja wam przygotowa?em królestwo, jak mnie przygotowa? Ojciec mój" (24), to znaczy, ?e ja zachowuj? dla was krzy?e i do?wiadczenia, bo dzi?ki nim staniecie si? godni posi??? to królestwo, za którym t?sknicie. Skoro konieczne by?o, by Chrystus cierpia? i tak wszed? do chwa?y swojej (25), to je?li pragniecie zaj?? miejsce u Jego boku, pijcie kielich, który On pi?!... (26) Ten kielich poda? mi Ojciec ?wi?ty, i ?zy moje zmiesza?y si? z gorzkim napojem, który mi ofiarowano. Po Mszy ?w. dzi?kczynnej, nast?puj?cej bezpo?rednio po Mszy Jego ?wi?tobliwo?ci, rozpocz??a si? audiencja. Leon XIII usiad? na wielkim fotelu; ubrany by? w prost? bia?? sutann?, pelerynk? tego samego koloru, a na g?owie mia? ma?? piusk?. Otaczali go kardyna?owie, arcybiskupi i biskupi, ale ja widzia?am ich tylko ogólnie, maj?c ca?? uwag? zwrócon? na Ojca ?wi?tego. Przechodzili?my przed nim procesjonalnie; ka?dy z pielgrzymów po kolei kl?ka?, ca?owa? stop? i r?k? Leona XIII, oraz przyjmowa? jego b?ogos?awie?stwo, po czym dwaj z gwardii szlacheckiej dotykali go zgodnie z ceremonia?em na znak, ?e ma si? podnie?? (to znaczy pielgrzym, bo z powodu mego z?ego wyra?ania si? mo?na by s?dzi?, ?e chodzi tu o Papie?a). Zanim wesz?am do apartamentów papieskich zdecydowana by?am przemówi?, gdy jednak spostrzeg?am po prawej stronie Ojca ?w. "Ks. Révérony!..." poczu?am, ?e moja odwaga s?abnie. W tej samej niemal chwili on ze swej strony zapowiedzia? nam, ?e zabrania mówi? do Leona XIII, poniewa? audiencja przeci?gn??aby si? zbyt d?ugo... Odwróci?am si? do mojej drogiej Celiny, by si? przekona?, co o tym s?dzi: "Mów!" - rzek?a mi. W chwil? potem znalaz?am si? u stóp Ojca ?w.; poca?owa?am jego pantofel, on poda? mi r?k?, ale zamiast j? poca?owa? z?o?y?am swoje i podnosz?c ku jego twarzy oczy pe?ne ?ez, zawo?a?am: "Ojcze ?wi?ty, prosz? Ci? o wielk? ?ask?!..." (27)

- Wtedy Papie? pochyli? si? ku mnie w taki sposób, ?e moja twarz dotyka?a niemal jego twarzy; widzia?am utkwione we mnie jego czarne i g??bokie oczy. które zdawa?y si? przenika? a? do g??bi duszy. - "Ojcze ?wi?ty, powtórzy?am, dla uczczenia twego jubileuszu pozwól mi wst?pi? do Karmelu w pi?tnastym roku ?ycia!..."

G?os mi zapewne dr?a? z wzruszenia, bo Ojciec ?w. obracaj?c si? do ks. Révérony, który patrzy? na mnie zdziwiony i niezadowolony, powiedzia?: "Nie rozumiem dobrze". Gdyby Dobry Bóg pozwoli?, ks. Révérony móg? bardzo ?atwo uzyska? dla mnie to, czego pragn??am; On jednak chcia? mi da? krzy? a nie pociech?. - "Ojcze ?wi?ty - odpowiedzia? Wikariusz Generalny - to jest dziecko, które pragnie wst?pi? do Karmelu w pi?tnastym roku ?ycia; prze?o?eni rozpatruj? w?a?nie t? spraw?". - "A wi?c, moje dziecko - odpowiedzia? Ojciec ?w. patrz?c na mnie z dobroci? - zrób to, co ci prze?o?eni powiedz?". Opieraj?c r?ce na jego kolanach, zrobi?am ostatni wysi?ek i rzek?am tonem b?agalnym: "Ojcze ?wi?ty, je?li powiesz tak, wszyscy si? zgodz?..." Patrz?c na mnie uwa?nie, wypowiedzia? te oto s?owa, podkre?laj?c ka?d? sylab?: "A zatem... a zatem wst?pisz, je?li Pan Bóg tego zechce!..." (Jego akcent by? przy tym tak przenikliwy i przekonywaj?cy, ?e mam wra?enie, jakbym go jeszcze s?ysza?a). Dobro? Ojca ?w. doda?a mi odwagi, chcia?am jeszcze co? powiedzie?, ale dwaj z gwardii szlacheckiej dotkn?li mnie bardzo grzecznie, daj?c znak do powstania; widz?c za?, ?e to nie wystarczy, wzi?li mnie pod ramiona i ks. Révérony pomóg? im podnie?? mnie, bo pozostawa?am nadal z r?kami z?o?onymi, opartymi o kolana Leona XIII, i trzeba mnie by?o si?? oderwa? od jego stóp... W chwili, gdy mnie w ten sposób podnoszono, Ojciec ?w. po?o?y? r?k? na moich ustach, potem podniós? j?, by mnie pob?ogos?awi? (28), podczas gdy moje oczy nape?ni?y si? ?zami i ks. Révérony mia? mo?no?? ogl?da? przynajmniej tyle diamentów, ile ich widzia? w Bayeux." Dwaj z gwardii szlacheckiej nie?li mnie nieomal a? do drzwi, gdzie trzeci wr?czy? mi medal Leona XIII. Celina id?c za mn?, by?a ?wiadkiem sceny, która si? rozegra?a; b?d?c przej?t? niemal tak jak ja, mia?a jednak odwag? poprosi? Ojca ?w. o b?ogos?awie?stwo dla Karmelu. Ks. Révérony odpowiedzia? z niezadowoleniem: "Karmel jest ju? pob?ogos?awiony". Dobry Ojciec .?w. powtórzy? ze s?odycz?: "O tak, ju? jest pob?ogos?awiony". Tatu? wcze?niej podszed? do stóp Ojca ?w. (w grupie panów) (29). Ks. Révérony okaza? si? dla niego uprzejmy i przedstawi? go jako Ojca dwóch karmelitanek. Papie? na znak szczególnej ?askawo?ci po?o?y? r?k? na czcigodnej g?owie mego drogiego Króla, jakby chcia? go w ten sposób naznaczy? tajemnicz? piecz?ci? w imieniu Tego, którego jest prawdziwym zast?pc?... Ach! teraz, gdy ten Ojciec czterech karmelitanek jest ju? w Niebie, na jego czole spoczywa ju? nie r?ka Papie?a, zdaj?ca si? wró?y? mu m?cze?stwo... ale r?ka Oblubie?ca Dziewic, Króla Chwa?y, opromieniaj?ca g?ow? Wiernego S?ugi i ju? nigdy ta d?o? chwalebna nie usunie si? z czo?a, które uwie?czy?a na wieki!...

Mój drogi Tatu? niema?o si? zmartwi?, gdy po wyj?ciu z audiencji znalaz? mnie zalan? ?zami; usi?owa? mnie pocieszy?, ale bezskutecznie... W g??bi serca czu?am wielki pokój, poniewa? zrobi?am absolutnie wszystko, co by?o w mojej mocy, by odpowiedzie? na ??danie Bo?e, niemniej pokój ten panowa? w g??bi, a dusz? moj? przepe?nia?a gorycz, poniewa? Jezus milcza?. Mia?am wra?enie, jakoby mnie opu?ci?; nic nie zdradza?o mi Jego obecno?ci... S?o?ce tak?e tego dnia nie odwa?y?o si? ?wieci?, i pi?kne, b??kitne niebo Italii, zasnute pos?pnymi chmurami, nie przestawa?o p?aka? wraz ze mn?... Ach! wszystko si? sko?czy?o, podró? straci?a ju? w moich oczach wszelki urok, poniewa? cel jej by? chybiony. A przecie? ostatnie s?owa Ojca ?w. winny mnie by?y pocieszy?; czy? ostatecznie nie by?y one naprawd? prorocze? To, co Dobry Bóg chcia?, wype?ni?o si? pomimo wszelkich przeciwno?ci. Nie dopu?ci? On, aby stworzenia pe?ni?y swoje w?asne zamys?y, lecz Jego wol?... Od jakiego? czasu ofiarowa?am si? Dzieci?tku Jezus jako Jego ma?a zabawka i prosi?am Go, aby si? mn? bawi? nie jak drogocenn? zabawk?, któr? dzieci ogl?daj? tylko, nie ?miej?c jej dotkn??, ale jak nic nie wart? pi?eczk?, któr? móg?by rzuci? na ziemi?, kopn?? nog?, przek?u?, pozostawi? w k?cie, lub te? przytuli? mocno do serca, je?liby Mu to sprawi?o przyjemno??; jednym s?owem, chcia?am zabawi? ma?ego Jezusa, sprawi? Mu rado??, chcia?am odda? si? Jego dziecinnym kaprysom. I wys?ucha? mojej modlitwy...

W Rzymie Jezus przek?u? swoj? zabaweczk?; chcia? zobaczy?, co znajduje si? w jej ?rodku, a po zbadaniu, zadowolony ze swego odkrycia, pozwoli? upa?? swej pi?eczce a sam zasn??... I có? dzia?o si? podczas Jego s?odkiego snu i jakie by?y losy opuszczonej pi?eczki?... Jezus ?ni?, ?e nadal bawi si? swoj? pi?eczk?, rzucaj?c j? i podnosz?c na przemian, a potem kiedy spostrzeg?, ?e potoczy?a si? bardzo daleko, przytuli? j? do swego serca, aby ju? nigdy wi?cej nie wypu?ci? jej ze swojej r?czki...

Zdajesz sobie spraw?, moja droga Matko, jak smutn? by?a pi?eczka, kiedy si? znalaz?a na ziemi... Wbrew wszelkiej nadziei nie przestawa?am jednak ufa? (30). W kilka dni po audiencji u Ojca ?w. Tatu? poszed? odwiedzi? dobrego brata Symeona (31) i spotka? u niego ks. Révérony, który by? bardzo uprzejmy. Tatu? wypomnia? mu na weso?o, ?e nie dopomóg? mi w moim trudnym przedsi?wzi?ciu, po czym opowiedzia? bratu Symeonowi histori? swej Królowej. Czcigodny starzec s?ucha? jego opowiadania z wielkim zainteresowaniem, zanotowa? je sobie i rzek? ze wzruszeniem: "Tego nie widuje si? we W?oszech". S?dz?, ?e to spotkanie zrobi?o na ks. Révérony bardzo dobre wra?enie; odt?d nie przestawa? mi dowodzi?, ?e w ko?cu zosta? przekonany o moim powo?aniu.

Nazajutrz po tym pami?tnym dniu pojechali?my rankiem do Neapolu i Pompei. Wezuwiusz na nasz? cze?? wydawa? przez ca?y dzie? grzmoty, wypuszczaj?c z towarzyszeniem strza?ów armatnich szerokie s?upy dymu. ?lady, jakie pozostawi? w ruinach Pompei, s? przera?aj?ce: objawiaj? one moc Boga "Który na ziemi? patrzy, a ona dr?y, dotyka gór, a one dymi?..." (32)

Ch?tnie przechadza?abym si? samotnie po?ród ruin, rozmy?laj?c o krucho?ci tego co ludzkie, ale t?umy turystów odbiera?y temu zburzonemu miastu znaczn? cz??? jego ponurego uroku... W Neapolu by?o wprost przeciwnie, wielka ilo?? dwukonnych pojazdów u?wietni?a tylko nasz? przeja?d?k? do klasztoru San Martino, po?o?onego na wysokim wzgórzu ponad miastem. Na nieszcz??cie konie, które nas wioz?y, ponosi?y co chwil? i nieraz s?dzi?am, ?e nadchodzi moja ostatnia godzina. Daremnie wo?nica powtarza? bez przerwy magiczne s?owo w?oskich przewo?ników: "Appipau, Appipau...", biedne konie omal nie wywróci?y powozu; koniec ko?ców, dzi?ki pomocy naszych anio?ów stró?ów, dotarli?my do wspania?ego hotelu. Podczas ca?ej podró?y stawali?my w pierwszorz?dnych hotelach; nigdy dot?d nie by?am otoczona takim luksusem. I tu w?a?nie sprawdza si? powiedzenie, ?e bogactwo nie daje szcz??cia; by?abym o wiele szcz??liwsza pod s?omianym dachem, maj?c przy tym nadziej? wst?pienia do Karmelu, ani?eli po?ród z?oconych lamperii, schodów z bia?ego marmuru, jedwabnych kobierców, ale z sercem pe?nym goryczy... O! jak?e dobrze to czu?am, ?e szcz??cie nie znajduje si? w przedmiotach, które nas otaczaj?, ale w g??bi duszy; mo?na je posiada? równie dobrze w wi?zieniu, jak i w pa?acu; najlepszy dowód, ?e jestem szcz??liwsza w Karmelu, nawet po?ród do?wiadcze? zewn?trznych i wewn?trznych, ani?eli by?am w ?wiecie, otoczona wszelkimi wygodami ?ycia, a przede wszystkim rozkoszami ojcowskiego domu!...

Mimo ?e dusza moja by?a pogr??ona w smutku, nie pokazywa?am tego po sobie, s?dzi?am bowiem, ?e moja pro?ba, jak? skierowa?am do Ojca ?w., nie jest nikomu znana; wkrótce mia?am okazj? przekona? si?, ?e jest zupe?nie inaczej. Kiedy? zosta?am sama z Celin? w wagonie (inni pielgrzymi udali si? do bufetu podczas kilkuminutowego postoju) i widz?, jak ks. Legoux, wikariusz generalny z Coutance, otwiera drzwi i spogl?daj?c na mnie z u?miechem pyta: "Jak?e si? miewa nasza ma?a karmelitanka?..." U?wiadomi?am sobie wówczas, ?e ca?a pielgrzymka zna moj? tajemnic?; na szcz??cie nikt o tym przy mnie nie wspomina?, ale widzia?am, ?e patrzono na mnie z sympati?. Moja pro?ba nie sprawi?a wi?c z?ego wra?enia, raczej przeciwnie... W ma?ym miasteczku Asy?u (33) mia?am okazj? wsi??? do powozu ks. Révérony; by?a to ?aska, jakiej nie dost?pi?a ?adna dama podczas ca?ej podró?y. A oto, jak uzyska?am ów przywilej. Po zwiedzeniu miejsc owianych woni? cnót ?w. Franciszka i ?w. Klary, udali?my si? na zako?czenie do klasztoru: ?w. Agnieszki, siostry ?w. Klary. Mog?am ku mojej rado?ci ogl?dn?? g?ow? ?wi?tej i kiedy pozosta?am tam jako jedna z ostatnich, zauwa?y?am, ?e zgubi?am pasek. Zacz??am go szuka? w t?umie; jeden z ksi??y zlitowa? si? nade mn? i pomóg? mi, ale gdy znalaz?am, spostrzeg?am, ?e si? oddali?, a ja zosta?am sama nadal szukaj?c, bo cho? mia?am ju? pasek, nie mog?am go za?o?y?, brakowa?o sprz?czki. Wreszcie zobaczy?am j? l?ni?c? w k?cie, schwyci?am j? i przyczepi?am do paska, co nie trwa?o zbyt d?ugo. Poprzednia czynno?? zaj??a jednak du?o czasu, tote? ku memu wielkiemu zdumieniu znalaz?am si? przed ko?cio?em sama; spo?ród licznych powozów znik?y wszystkie z wyj?tkiem powozu ks. Révérony. Có? by?o robi?? Czy mia?am biec za powozami, które ju? znik?y mi z oczu, ryzykowa? spó?nienie do poci?gu i mego drogiego Tatusia narazi? na niepokój, czy raczej poprosi? o miejsce w kolasie ks. Révérony?... Zdecydowa?am si? na to ostatnie. Z min? najbardziej uprzejm? i mo?liwie najmniej zak?opotan?, mimo mego kra?cowego zak?opotania, przedstawi?am mu swoj? krytyczn? sytuacj?, czym z kolei jego wprawi?am w zak?opotanie, poniewa? jego powóz by? wype?niony przez najbardziej dystyngowanych panów z pielgrzymki; niemo?liwo?ci? by?o znale?? jedno miejsce wolne. Wtedy jaki? bardzo elegancki pan ust?pi? mi swego miejsca, a sam usiad? skromnie obok wo?nicy. Poczu?am si? jak wiewiórka schwytana w pu?apk? i bynajmniej nie by?am zachwycona, znalaz?szy si? w otoczeniu tak godnych osobisto?ci, a zw?aszcza siedz?c naprzeciw najgro?niejszej... Tymczasem on by? dla mnie bardzo uprzejmy; od czasu do czasu przerywa? rozmow? z panami, aby powiedzie? mi co? o Karmelu. Po przyje?dzie na dworzec wszystkie wielkie osobisto?ci wyci?gn??y swe wielkie portmonetki, by da? pieni?dze wo?nicy (ju? zap?aconemu); zrobi?am tak jak oni i wyci?gn??am swoj? male?k? portmonetk?, ale ks. Révérony nie pozwoli? mi wyj?? z niej ?licznych malutkich pieni??ków i wola? da? jeden du?y za nas dwoje...

Kiedy indziej znalaz?am si? ko?o niego w omnibusie; by? jeszcze bardziej uprzejmy i obieca? mi, ?e zrobi wszystko co mo?liwe, bym mog?a wst?pi? do Karmelu... Wszystko to wla?o nieco balsamu w moje rany, niemniej te krótkie spotkania nie by?y w stanie zapobiec temu, ?e powrót by? o wiele mniej przyjemny od wyjazdu; nie mia?am ju? wi?cej nadziei "na Ojca ?w."; nie znalaz?am ?adnej pomocy na ziemi, która wobec tego wydawa?a mi si? such? i bezwodn? pustyni? (34), ca?a moja nadzieja by?a jedynie w Dobrym Bogu, w Nim samym... nabra?am do?wiadczenia, ?e lepiej ucieka? si? do Niego ni? do Jego ?wi?tych...

Mimo ?e w duszy mej panowa? smutek, nie przesta?am si? ?ywo interesowa? ?wi?tymi miejscami, które zwiedzali?my. We Florencji (35) by?am szcz??liwa, mog?c ogl?da? cia?o ?w. Magdaleny de Pazzi w po?rodku chóru karmelitanek, które otworzy?y nam wielk? krat?; nie mogli?my si? do?? nacieszy? z tego przywileju i wiele osób pragn??o otrze? swe ró?a?ce o grób ?wi?tej, nikt jednak oprócz mnie nie zdo?a? przesun?? r?ki przez oddzielaj?c? nas krat?, tote? wszyscy przynosili mi ró?a?ce, a ja by?am bardzo dumna ze swojej funkcji... Zawsze wynalaz?am sposób, by wszystkiego dotkn??. W ko?ciele ?w. Krzy?a Jerozolimskiego (w Rzymie) mieli?my mo?no?? uczci? liczne szcz?tki prawdziwego Krzy?a, dwa ciemi? i jeden ze ?wi?tych gwo?dzi zamkni?ty we wspania?ym relikwiarzu wykonanym ze z?ota, ale Palio nieoszklonym, tote? oddaj?c cze?? tej cennej relikwii, znalaz?am sposób, by wsun?? swój ma?y palec w jeden z otworów relikwiarza, dzi?ki czemu mog?am dotkn?? gwo?dzia, zbroczonego niegdy? krwi? Jezusa... By?am istotnie nazbyt ?mia?a!... Na szcz??cie Pan Bóg, który przenika g??bie serc wie, ?e mia?am czyst? intencj? i ?e za nic w ?wiecie nie chcia?abym Jemu si? nie podoba?; post?powa?am z Nim jak dziecko, które wierzy, ?e mu wszystko wolno i skarby Ojca uwa?a za swoje. - Nie mog? te? zrozumie?, dlaczego we W?oszech tak ?atwo kobietom narazi? si? na ekskomunik?; co chwila mówiono nam: "Nie wchod?cie tu... Nie wchod?cie tam, bo b?dziecie ekskomunikowane!" Ach! biedne kobiety, jak?e one s? pogardzane!... A przecie? one kochaj? Dobrego Boga bardziej ni? przewa?aj?ca wi?kszo?? m??czyzn, a w czasie M?ki Pana Naszego kobiety mia?y wi?cej odwagi ni? aposto?owie, stawi?y czo?o zniewagom ?o?nierzy, nie l?ka?y si? otrze? czcigodne Oblicze Jezusa. Zapewne dlatego pozwala On, aby na ziemi wzgarda by?a ich udzia?em, ?e sam j? wybra? dla siebie... W Niebie oka?e si? jasno, ?e Jego my?li nie s? jako my?li ludzkie (36), wtedy bowiem ostatni b?d? pierwszymi... (37) Podczas podró?y niejednokrotnie nie mia?am cierpliwo?ci czeka? na to pierwsze?stwo w Niebie... Którego? dnia, gdy zwiedzali?my klasztor Karmelitów, nie zadowalaj?c si? spacerem razem z pielgrzymami po galeriach zewn?trznych, zapu?ci?am si? w wewn?trzny kru?ganek... Nagle ujrza?am poczciwego starego karmelit?, który z daleka dawa? mi znaki, bym si? oddali?a; ale ja, zamiast pój?? sobie, zbli?y?am si? do niego i wskazuj?c na obrazy w kru?ganku, pokaza?am mu na migi, ?e s? ?adne. Po moich w?osach spuszczonych na plecy i moim m?odym wygl?dzie pozna? zapewne, ?e ma do czynienia z dzieckiem; u?miechn?? si? do mnie z dobroci? i oddali? si? widz?c, ?e nie ma przed sob? wroga. Gdybym umia?a po w?osku, by?abym mu powiedzia?a, ?e jestem przysz?? karmelitank?, ale z powodu budowniczych wie?y Babel by?o to dla mnie niemo?liwe. <>- Zwiedziwszy jeszcze Piz? i Genu? (38) wracali?my do Francji. W czasie drogi powrotnej mieli?my wspania?e widoki: to jechali?my wzd?u? morza; szyny kolejowe bieg?y tak blisko niego, ?e mia?o si? wra?enie, jakoby fale podchodzi?y a? do nas (ten widok spowodowa?a wczorajsza burza, dzi?ki której sceneria sta?a si? jeszcze bardziej imponuj?ca); to znowu mijali?my równiny pokryte plantacjami pomara?cz z dojrza?ymi owocami, zielone gaje oliwek o lekkich li?ciach, oazy prze?licznych palm... w zapadaj?cym zmroku widzieli?my mnóstwo ma?ych przystani morskich jarz?cych si? niezliczonymi ?wiat?ami, podczas gdy na Niebie migota?y pierwsze gwiazdy... Ach! ile? poetycznych prze?y? przepe?nia?o mi dusz? na widok tych wszystkich rzeczy, które ogl?da?am po raz pierwszy i ostatni w ?yciu!... Bez ?alu patrzy?am, jak znika?y; serce moje wyrywa?o si? do innych cudów; do?? ju? napatrzy?o si? na pi?kno?ci ziemi, przedmiotem jego pragnie? sta?y si? pi?kno?ci Nieba; chcia?o zosta? wi??niem, by dawa? je duszom... Zanim danym mi by?o zobaczy? otwieraj?ce si? przede mn? bramy b?ogos?awionego wi?zienia, do którego wzdycha?am, trzeba mi by?o jeszcze wiele zmaga? si? i cierpie?; czu?am to wracaj?c do Francji, mimo to ufno?? moja by?a tak wielka, ?e nie rezygnowa?am z my?li o wst?pieniu dwudziestego pi?tego grudnia... Po przybyciu do Lisieux pierwsz? wizyt? z?o?yli?my w Karmelu (39). Có? to by?o za spotkanie!... Mia?y?my sobie tak wiele do powiedzenia po miesi?cu roz??ki, miesi?cu, który zdawa? mi si? bardzo d?ugi i podczas którego nauczy?am si? wi?cej, ni? przez ca?e lata...

Matko moja droga! jak?e s?odko mi by?o ujrze? Ci? znowu, otworzy? przed Tob? swoj? biedn?, ma??, zranion? dusz?, przed Tob?, która tak dobrze umia?a? mnie zrozumie?, ?e jedno s?owo, jedno spojrzenie wystarcza?o, by? odgad?a wszystko! Wyczerpa?am ju? wszystkie moje mo?liwo?ci, zrobi?am wszystko co do mnie nale?a?o, wszystko, ??cznie z przemówieniem do Ojca ?w.; nie wiedzia?am, co jeszcze mog?abym uczyni?. Radzi?a? mi napisa? do ks. Biskupa i przypomnie? mu jego obietnic?; zrobi?am to niezw?ocznie i jak tylko potrafi?am najlepiej, ale w s?owach, które wujowi wyda?y si? zbyt proste. On to poprawi? mój list; w chwili, gdy sz?am go wys?a?, otrzyma?am list od Ciebie, w którym poleci?a?, by nie pisa?, tylko poczeka? kilka dni; pos?ucha?am natychmiast w tym przekonaniu, ?e jest to najlepszy sposób, by nie pob??dzi?. Wreszcie list mój odszed? na dziesi?? dni przed Bo?ym Narodzeniem (40). By?am najmocniej przekonana, ?e na odpowied? nie trzeba b?dzie czeka?; codziennie rano po Mszy ?w. chodzi?am z Tatusiom na poczt? w nadziei, ?e znajd? tam pozwolenie na to, bym mog?a odlecie?, ale ka?dy ranek przynosi? nowy zawód, co nie zachwia?o jednak mojej wiary... Prosi?am Jezusa, by pozrywa? moje wi?zy; uczyni? to, ale w sposób zupe?nie inny, ni? tego oczekiwa?am. Nadesz?y pi?kne ?wi?ta Bo?ego Narodzenia, a Jezus nie obudzi? si?... Pozostawi? sw? pi?eczk? na ziemi, nie spojrzawszy nawet na ni?...

Na Pasterk? sz?am z rozdartym sercem; tak bardzo liczy?am na to, ?e b?d? w niej uczestniczy? za kratami Karmelu. By?a to bardzo wielka próba mojej wiary, ale Ten, którego serce czuwa podczas snu (41), da? mi zrozumie?, ?e dla tych, których wiara jest jako ziarno gorczycy, sprawi cuda i góry przeniesie, aby t? ma?? wiar? umocni? (42); ale dla swych zaufanych przyjació?, dla swej Matki, nie czyni? cudów, zanim nie wypróbowa? ich wiary. Czy? nie pozwoli? umrze? ?azarzowi, chocia? Marta i Maria pos?a?y do Niego mówi?c, ?e jest chory?... (43) A na godach w Kanie, kiedy Naj?w. Panna prosi?a Jezusa, by dopomóg? Gospodarzowi domu, czy? nie odpowiedzia?, ?e Jego godzina jeszcze nie nadesz?a?... (44) Ale po próbie - jaka? nagroda! Woda zmienia si? w wino... ?azarz zmartwychwstaje!... Podobnie post?pi? Jezus ze sw? ma?? Teres?; d?ugo j? do?wiadczaj?c, wype?ni? wreszcie wszystkie pragnienia jej serca.

Po po?udniu tych ?wi?t promiennych, które sp?dzi?am we ?zach, posz?am odwiedzi? karmelitanki. Mia?am ogromn? niespodziank?, kiedy po otwarciu kraty zobaczy?am uroczego ma?ego Jezusa trzymaj?cego w r?ce pi?k?, na której wypisane by?o moje imi?. Zamiast Jezusa, który by? jeszcze za ma?y, by móg? mówi?, karmelitanki za?piewa?y mi piosenk? u?o?on? przez moj? drog? Matk?; ka?de jej s?owo wlewa?o mi do duszy niezmiernie s?odk? pociech?. Nigdy nie zapomn? owej delikatno?ci matczynego serca, które zawsze darzy?o mnie najtkliwsz? czu?o?ci?... Dzi?kuj?c przez ?zy, opowiedzia?am, jak? to niespodziank? zrobi?a mi moja kochana Celina po powrocie z Pasterki. W moim pokoju znalaz?am uroczy basen, w po?rodku którego ma?y okr?cik unosi? ma?ego Jezusa, ?pi?cego ze sw? ma?? pi?k?; na bia?ym ?aglu Celina wypisa?a s?owa: "Ja ?pi?, lecz serce moje czuwa" (45), a na okr?ciku to jedno tylko s?owo: "Zdanie si?!". Ach! je?li Jezus nie odezwa? si? jeszcze do swej ma?ej oblubienicy, je?li boskie Jego oczy wci?? jeszcze by?y zamkni?te, to przynajmniej objawi? si? jej za po?rednictwem dusz znaj?cych ca?? delikatno?? i mi?o?? Jego serca...

W pierwszym dniu 1888 roku ofiarowa? mi Jezus swój krzy?, ale tym razem mia?am go nie?? sama; by? on tym bole?niejszy, ?e nie by? zrozumiany... W li?cie Matki Marii od ?w. Gonzagi otrzyma?am wiadomo??, ?e odpowied? od ks. Biskupa przysz?a dwudziestego ósmego, w uroczysto?? ?w. Niewini?tek, ale Matka mnie o tym nie zawiadomi?a, poniewa? zadecydowa?a, ?e wst?pi? dopiero po Wielkim Po?cie. Nie mog?am powstrzyma? ?ez na my?l o tak d?ugiej zw?oce. By?o to dla mnie do?wiadczenie zupe?nie szczególne; zerwane zosta?y wi?zy ??cz?ce mnie ze ?wiatem, a oto ?wi?ta arka odmawia?a wst?pu biednej ma?ej go??bce... Wiem dobrze, ?e musia?am wydawa? si? niem?dr?, nie przyjmuj?c rado?nie tych trzech miesi?cy wygnania, ale wiem równie?, ?e to do?wiadczenie by?o najwi?ksze, cho? na takie nie wygl?da?o, i ?e dzi?ki niemu wzros?am w zdaniu si? [na Boga] i w innych cnotach.

Jak sp?dzi?am te trzy miesi?ce, tak bogate w lask? dla mojej duszy?... Pocz?tkowo przysz?a mi my?l, ?eby si? nie kr?powa? przez prowadzenie ?ycia tak uregulowanego jak dot?d, wkrótce jednak zrozumia?am warto?? ofiarowanego mi czasu, postanowi?am wi?c odda? si? ?yciu bardziej ni? kiedykolwiek powa?nemu i umartwionemu. Kiedy mówi? umartwionemu, nie nale?y rozumie? tego w taki sposób, jakobym czyni?a pokut?. Niestety! nigdy ?adnej pokuty nie czyni?am; daleka by?am od na?ladowania tych pi?knych dusz, które od dzieci?stwa praktykowa?y wszelkiego rodzaju umartwienia; me odczuwa?am nigdy poci?gu w tym kierunku. Pochodzi?o to niew?tpliwie z mego tchórzostwa, bo? przecie? mog?am, tak jak Celina, wynajdywa? tysi?ce drobnych sposobów, by zada? sobie cierpienie. Tymczasem zawsze pozwala?am, by mnie pieszczono w puchu i karmiono jak piskl?, któremu pokuta nie potrzebna... Umartwienia moje polega?y na prze?amywaniu w?asnej woli przez ustawiczn? gotowo?? do uleg?o?ci, na powstrzymywaniu si? od ostrych odpowiedzi, na spe?nianiu ma?ych us?ug w ukryciu, na siedzeniu bez opierania si? plecami itd... itd... Przez praktyk? owych nic przygotowywa?am si? do zostania oblubienic? Jezusa i nie zdo?am wypowiedzie?, jak s?odkie wspomnienie pozostawi?o mi to oczekiwanie... Trzy miesi?ce min??y szybko; nadesz?a w ko?cu tak gor?co upragniona chwila.

* * *

(1) Pielgrzymka zosta?a zorganizowana przez diecezj? Coutances z okazji z?otego jubileuszu kap?a?stwa Leona XIII. Do??czy?a si? do niej diecezja Bayeux, aby w czasie antyklerykalnych zamieszek we W?oszech z?o?y? Ojcu ?w. ?wiadectwo wiary.

(2) Por. Ekl 2, 11.

(3) O na?ladowaniu Chrystusa, ks. III 24, 2.

(4) Iz 65, 15.

(5) Ap 2, 17.

(6) 1 Kor 4, 5.

(7) Mt 5, 13.

(8) W pi?tek, 4 listopada 1887 roku.

(9) "Obracaj, obracaj swe ko?a, mój dyli?ansie, oto jeste?my na szerokiej drodze".

(10) W bazylice "Notre Dame des Victoires.

(11) Tt 1, 15.

(12) Oficjalne otwarcie pielgrzymki odby?o si? w niedziel? 6 listopada w krypcie bazyliki Sacré-Coeur de Montmartre. Poci?g opu?ci? dworzec Wschodni w poniedzia?ek 7 listopada o godz. 6.35. Dzi?ki delikatno?ci biskupa Legoux przedzia?, w którym jecha? pan Martin, otrzyma? za patrona ?w. Marcina. W j?zyku francuskim jest tu gra s?ów: pan Martin - Saint Martin.

(13) Por. 1 Kor 2, 9.

(14) "W chwili kiedy?my opuszczali poci?g w Bolonii, znalaz?o si? tam mnóstwo studentów; jeden z nich szybko uniós? Teres? w ramionach, czemu z powodu ?cisku nie mogli?my przeszkodzi?. Ona jednak polecaj?c si? Naj?w. Pannie, przeszy?a go takim spojrzeniem, ?e natr?t przestraszy? si? i natychmiast pu?ci? schwytanej". (Zeznanie s. Genowefy od ?w. Teresy w Procesie Apostolskim: Bayeux, tom II. fol. 470 v).

(15) Naj?wi?tszy Sakrament.

(16) Ks. Leconte, wikary ko?cio?a ?w. Piotra w Lisieux.

(17) 13 listopada.

(18) Por. J 20, 11-12.

(19) Ko?ció? ?w. Cecylii na Zatybrzu.

(20) Por. Pnp 7, 1.

(21) Oficjum ?w. Cecylii.

(22) Bazylika ?w. Agnieszki za murami.

(23) ?k 12, 32; ewangelia ze wspomnienia ?w. Feliksa Walezego, 20 listopada.

(24) ?k 22, 29.

(25) Por. ?k 24, 26.

(26) Por. Mt 20, 21-23.

(27) W r?kopisie nast?puj?cy po tym fragment (-...-) znajduje si?, w formie dopisku, u do?u karty 63 r.

(28) W tym miejscu r?kopisu jest dodatek obcy: "i d?ugo za mn? patrzy?..."

(29) Teresa pope?ni?a tu b??d. Wed?ug innych dokumentów m??czy?ni przechodzili przed Ojcem ?w. po paniach i ksi??ach.

(30) Por. Rz 4, 18.

(31) Brat ten ze Zgromadzenia Braci Szkó? Chrze?cija?skich by? dyrektorem kolegium ?w. Józefa i by? bardzo ceniony w ?rodowisku rzymskim.

(32) Ps 103,32.

(33) Czwartek, 24 listopada.

(34) Por. Ps 62, 2.

(35) Pobyt we Florencji trwa? od 24 listopada wieczorem do 26 po po?udniu.

(36) Por. Iz 55, 8-9.

(37) Por. Mt 20, 16.

(38) 26 i 27 listopada.

(39) Pielgrzymi przybyli do Lisieux 2 grudnia po po?udniu. Wizyta w Karmelu by?a prawdopodobnie nazajutrz.

(40) List nosi dat? 16 grudnia.

(41) Por. Pnp 5, 2.

(42) Por. Mt 17, 19.

(43) Por. J 11, 3.

(44) Por. J 2, 4.

(45) Pnp 5, 2.

(46) Tj. zdanie si? na wol? Bo?? (abandon).

Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych: www.karmel.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po ?acinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

NaszÄ… witrynÄ™ przeglÄ…da teraz 270 goĹ›ci