Emmerich - 3 JAN NAKŁANIA DO POKUTY I CHRZCI
Czytelnia - bl. Anna Katarzyna Emmerich

Żywot i Bolesna Męka
Pana Naszego Jezusa Chrystusa
I Najświętszej Matki Jego Maryi


napisała Katarzyna Emmerich (ok. 1790)

JAN NAKŁANIA DO POKUTY I CHRZCI

Jan opuszcza pustynię.

Jan otrzymał posłannictwo udzielania chrztu w objawieniu, na podstawie którego wziął się przed opuszczeniem pustyni do kopania, studni w miejscu, położonym bliżej zamieszkałych okolic. Widziałam go u stóp stromej skały od strony zachodniej. Po lewej ręce płynął strumyk, prawdopodobnie jedno ze źródeł Jordanu, który wypływa z gór Libanu, z jaskini, położonej między dwoma pagórkami (są one widoczne dopiero za zbliżeniem się do nich); po prawej ręce rozciągała się równina pusta, otoczona w około puszczą, i na niej to właśnie miał Jan kopać studnię. Jan klęczał na jednym kolanie, a na drugim trzymał długi zwój łyka papirusowego, na którym pisał coś rurką trzcinową. Promienie słońca padały prostopadle na niego, lecz on, wpatrzony w położone ku zachodowi góry Libanu, nie zważał na to. Klęcząc tak nieruchomy, robił wrażenie martwego posągu. Nagle zdawało mi się, że wpadł w zachwycenie i ujrzałam jakiegoś męża, stojącego przy nim, który przez cały czas, gdy Jan był w zachwyceniu, pisał coś i rysował na zwoju. Gdy Jan przyszedł do siebie, przeczytał, co ów nieznajomy napisał na zwoju i zaraz zaczął ciężką pracę kopania studni. Zapisany zwój położył na ziemi i przycisnął dwoma kamieniami, aby się nie zwijał i podczas pracy spoglądał weń często, gdyż widocznie był tam nakreślony plan, według którego miała się praca odbywać. Widzenie to ma związek z poprzednim, jakie miałam z życia Eliasza. Widziałam go, jak siedział na pustyni zasmucony tym, że popełnił jakiś błąd. Po chwili zasnął i miał sen, że chłopiec jakiś trąca go kijem i zdjęła go obawa, że wpadnie


196

do studni, znajdującej się obok, a to tym więcej, że wskutek owych uderzeń potoczył się nieco drogą. Wtedy zbudził go anioł i dał mu się napić wody. Działo się to na tym samym miejscu, gdzie teraz Jan kopał studnię. Znanym mi było znaczenie każdej warstwy ziemi, którą przekopywał Jan, robiąc studnię, jak również znaczenie każdej pojedynczej pracy, aż do zupełnego ukończenia dzieła. Wszystko miało związek ze skamieniałością i innymi wadami serc ludzkich, które miał pokonać, aby łaska Pana mogła na nie spłynąć. Ta jego praca — jak w ogóle jego całe życie i działalność — była jakby symbolem i obrazem, przez który nie tylko pouczał go Duch św. co ma robić, ale przez który rzeczywiście spełniał to, co te prace wyobrażały, gdyż Bóg przyjmował dobrą intencję, jaką do nich przyłączał. Do tego wszystkiego pobudzał go Duch św. podobnie jak niegdyś proroków. Jan odkopał dokoła darninę i w twardym marglowym pokładzie wykopał starannie równą okrągłą kotlinę, wyłożył ją różnymi kamieniami, a tam, gdzie woda zaczynała się pokazywać, pozostawił otwór. Wybraną ziemię ułożył dokoła kotliny na kształt wału, zostawiwszy w nim pięć otworów. Naprzeciw czterech z tych otworów zasadził w równym oddaleniu cztery smukłe zieleniejące się szczepy, z których każdy był innego gatunku. W środku zaś kotlinki zasadził jakieś osobliwe drzewo o wąskich liściach i piramidalnych pękach kwiecia, otoczonych kolczastymi szypułkami owoców. Drzewko to leżało dłuższy czas nieco zwiędnięte przed jego grotą. Cztery szczepy dokoła wyglądały raczej na drzewa, na których dojrzewają jagody. Dla ochrony otoczył je u spodu kopcami. Skoro przy kopaniu kotliny dotarł do gruntu, gdzie potem w środku zasadzone było drzewo, poprowadził rów z potoku obok swej groty aż do kotliny, a następnie widziałam, jak po puszczy zbierał trzciny, nasadzał jedną na drugą i w ten sposób poprowadził wodę z potoku do kotliny, poczym ten wodociąg przykrył ziemią; mógł go także zatykać. Zrobił ścieżkę przez zarośla do naprzeciw leżącego wyżłobienia w krawędzi kotliny. Ścieżka ta prowadziła naokoło kotliny, pomiędzy jej brzegiem, a czterema drzewami, które pozasadzał naprzeciwko czterem przerwom brzegu. W przerwie, gdzie się znajdowało wejście, nie było drzewa. Z tej strony jedynie był wolny przystęp do studni, z innych zaś stron była oddzielona od zarośli i skał jedynie otaczającą ją ścieżką. Na pokrytych murawą kopcach, u stóp czterech drzew, zasadził roślinę dobrze mi znaną. Bardzo ją lubiłam, będąc jeszcze dzieckiem, a gdy ją znalazłam, zasadziłam ją w pobliżu naszego domu. Ma ona wysoką, grubą łodygę, brunatno — czerwone kwiaty, a jest bardzo skuteczną na wrzody i ból szyi, o czym dzisiaj się przekonałam. Zasadzał również naokoło rozmaite inne rośliny i małe drzewka. Przy całym tym zajęciu spoglądał od czasu do czasu na leżący przed nim zwój łykowy i odmierzał wszystko laską; zdawało mi się, że miał wszystko tam naznaczone, nawet drzewa, które sadził. Przypominam sobie, że widziałam tam także środkowe drzewo. Był tam zajętym przez kilka tygodni, a gdy już ukończył, ukazała się dopiero mała fala na dnie kotliny. Środkowe drzewo, którego liście były zwiędłe i brunatne, ożyło; w naczyniu zrobionym z łyka drzewnego, w kształcie wora, a po bokach wylanym żywicą, przyniósł Jan z drugiego źródła wody i polał je. Woda ta była ze źródła, które przy jednym z jego dawniejszych mieszkań wytrysło ze skały, gdy w nią uderzył laską w kształcie krzyża. Słyszałam również, iż nie mógł na tym miejscu dawniejszego mieszkania wybudować studni, ponieważ były tam same skały: ale i to miało swoje znaczenie. Następnie puścił tyle wody ze strumyka do kotliny, ile było potrzeba; a gdy było jej za wiele, odpływała przez przerwy porobione w grobli, na leżącą w około płaszczyznę i orzeźwiała rośliny.


197

Widziałam dalej, jak Jan wszedł w wodę aż po pas, jedną ręką objął drzewo środkowe, a swoją laską, na której umieścił krzyż i chorągiewkę, tak bił w wodę, aż pryskała ponad jego głowę. Ujrzałam przy tym nad nim jasność i strumień światła, jakby od Ducha świętego, i jak dwaj aniołowie nad brzegiem kotliny zjawili się i z nim rozmawiali. To widziałam jako ostatnią jego czynność na pustyni. Studnia była w używaniu jeszcze po ukrzyżowaniu Jezusa; gdy chrześcijanie stamtąd uchodzili, chrzczono w niej podróżnych i chorych, mieli też zwyczaj tam się modlić. Za czasów Piotra otoczona była studnia murem ochronnym. Wkrótce po ukończeniu studni, mającej służyć do udzielania chrztu, powrócił Jan między ludzi. Sprawiał dziwne wrażenie. Wielki, wyschły od postów i umartwień ciała, ale silny i kościsty, odznaczał się niezwykłą szlachetnością, czystością i prostotą, całkiem szczery i stanowczy. Cera jego śniada, policzki wyschłe i zapadnięte, ale za to poważne i surowe; włosy jego ciemno — czerwone i kędzierzawe, broda niewielka. Naokoło ciała przepasany prześcieradłem, które spada aż do kolan. Nosi szorstki, brunatny płaszcz, który, jak się zdaje, składa się z trzech części. Z tyłu wolny, w środku ciała ściągnięty rzemieniem. Ramiona zaś i piersi są całkiem odkryte. Pierś kosmata i pełna włosów, które mają prawie ten sam kolor, co płaszcz. Nosi laskę, na kształt pasterskiej zakrzywioną. Schodząc z puszczy, zrobił najpierw mały most na strumyku. Wcale nie troszczył się o przejście, które było stąd daleko, lecz działał zupełnie tak, jak wymagał tego jego cel. Była tam publiczna droga. Przebywał blisko Cidessy i nauczał ludzi naokoło, pogan, którzy pierwszymi byli przy jego chrzcie. Żyli tutaj całkiem zaniedbani w podziemnych chałupach. Byli to potomkowie wszelakiego ludu, który się tutaj osiedlił przed narodzeniem Chrystusa po ostatnim zburzeniu świątyni. Jeden z ostatnich proroków przepowiedział im, że mają tu tak długo pozostawać, aż przyjdzie ktoś taki, jak jest właśnie Jan, który im powie, co mają robić. Później poszli ku Nazaretowi. Jan szedł wprost do ludzi, nie napotykając i nie zważając na żadną przeszkodę, i mówił tylko o jednym: O pokucie i o bliskości Mesjasza. Wszyscy się zdumiewali i poważnieli, gdzie się tylko pokazał. Jego głos był ostry jak miecz, głośny i surowy, a mimo to miły. Z ludźmi każdego stanu obcował, jak z dziećmi. Wszędzie szedł prosto, nic go nie mogło w błąd wprowadzić, na nic się nie oglądał, niczego nie potrzebował. Widziałam go, jak biegał po lasach i puszczach, tu i tam kopał, staczał kamienie, drzewa usuwał z drogi, przygotowywał miejsca na spoczynek, zwoływał ludzi, którzy z podziwem nań spoglądali, ba, nawet z chałup wyciągał ich do pomocy. Wszyscy ze zdumieniem przypatrywali mu się i dziwili, że nigdzie nie zatrzymywał się i wkrótce znowu był na innym miejscu. Przechodził mimo morza Galilejskiego, około Tarychei w dolinie Jordanu, później obok Salem naprzeciwko Betel przez pustynię, mimo Jerozolimy, gdzie nigdy nie był w swym życiu, a na którą spoglądał ze smutkiem i boleścią. Ciągle pełen swego zadania, poważny, surowy, prostoduszny, tylko jedno wołający: Pokutę czyńcie, gotujcie się, Zbawiciel nadchodzi. Następnie poszedł przez dolinę pasterską do swojej ojczyzny. Rodzice jego poumierali; pierwszymi jego uczniami było kilku młodzieńców, krewnych ze strony Zachariasza. Gdy Jan przechodził przez Betsaidę, Kafarnaum i Nazaret, nie widziała go Najświętsza Panna, która od czasu śmierci Józefa mało wychodziła z domu; ale mężowie z Jej pokrewieństwa słyszeli jego napomnienia i towarzyszyli mu także spory kawał drogi. Dwa razy przeszedł Jan na trzy miesiące przed chrztem przez kraj, głosząc Tego, który po nim miał przyjść. Jego chodzenie odbywało się z niezwykłą siłą, ścisłością, bez przerwy, prędko a jednak bez kwapienia się. Nie było to spokojne chodzenie, jak Zbawiciela. Gdzie nie miał nic do czynienia, to widziałam, że jakby


198

biegał od pola do pola. Szedł do domów i szkół nauczać, zbierał lud na miejscach publicznych i ulicach koło siebie. Kapłani i władze w różnych miejscowościach zatrzymywali go i wdawali się z nim w rozmowę; ale odchodzili z zdziwieniem i zdumieniem. Wyrażenie: „prostujcie drogi Pańskie" nie było tylko czysto obrazowe; albowiem widziałam, jak Jan rozpoczął swój urząd przygotowywaniem dróg, jak przechodził wszystkie miejsca i drogi, którymi później chodził Jezus ze Swymi uczniami. Usuwał z drogi krzaki i kamienie, i robił ścieżki. Dawał kładki po strumykach, oczyszczał ich koryta, kopał zbiorniki na wodę i studnie, urządzał siedzenia, miejsca na spoczynek i altany, gdzie później Zbawiciel spoczywał, nauczał i działał. Wśród tych zajęć ściągał na siebie powszechną uwagę ten poważny, prostoduszny i niezwykły człowiek w twardym odzieniu i surowej postaci, i budził zdumienie w chatach, do których wstępował, aby sobie wypożyczyć narzędzi do pracy, lub by zawezwać ludzi do pomocy. Wszędzie wkrótce go otaczano, a on śmiało i odważnie wzywał do pokuty, głosząc przyjście Mesjasza, a siebie przedstawiając jako Jego poprzednika. Często zwracał się w stronę, kędy Jezus właśnie przechodził. Jednak nigdy się z Nim nie schodził, chociaż czasem tylko o godzinę drogi byli od siebie oddaleni. Raz był najwyżej o małą godzinkę drogi od Jezusa oddalony, mówiąc ludowi, iż on sam nie jest oczekiwanym Zbawicielem, lecz tylko nędznym sługą, gotującym drogi Panu, a że tamtędy właśnie idzie Zbawiciel, wskazując na Niego. W całym swym życiu tylko trzy razy widział Jan Zbawiciela z wejrzenia. Pierwszy raz na pustyni, gdy święta Rodzina podczas ucieczki do Egiptu mimo przechodziła, a Jan, natchniony Duchem św., przybiegł, aby swego Mistrza pozdrowić, którego już pozdrowił był w łonie matki. Uczul bliskość Zbawiciela i Jego pragnienie. Wtedy pomodlił się chłopczyna i uderzył laską o ziemię, skąd wytrysnęło obfite źródło. Pobiegł naprzód, i ujrzał Jezusa z Maryją i Józefem przechodzącego, i w tym miejscu, gdzie źródło było, tańczył radośnie i powiewał chorągiewką. Drugi raz widział Jezusa przy chrzcie, a trzeci, gdy Go ujrzał przechodzącego nad Jordanem i dał o Nim świadectwo. Słyszałam, jak Zbawiciel mówił do Apostołów o wielkim zaparciu się Jana, iż nawet przy chrzcie trzymał się ściśle w granicach uroczystego nastroju, chociaż jego serce omal nie pękło z miłości i tęsknoty. Od tego czasu raczej z pokory unikał Go, pokonując popęd własnej miłości, skłaniającej go do szukania Jezusa. Jan patrzał ciągle na Zbawiciela w duchu, albowiem ciągle był w stanie proroczym. Ciągle widział w Jezusie dopełnienie swego poselstwa, urzeczywistnienie swego prorockiego nawoływania. Jezusa nie uważał on za swego rówieśnika, za współczesnego, lecz za Zbawiciela świata, Syna Bożego, który stał się człowiekiem; za Odwiecznego, który zjawił się w czasie; i nie śmiał nawet o tym pomyśleć, aby z Nim obcować. Lecz i siebie samego Jan nie uważał, jak inni, za żyjącego w czasie i w świecie, i z nim spojonego. Już w łonie matki kierował nim Przedwieczny, a Duch św. ze Zbawicielem jeszcze przed czasem wprowadził go w zetknięcie. Jako chłopiec uchylony był od świata i pozostawał w największym odosobnieniu na puszczy, o niczym nie wiedząc, jak tylko o Zbawicielu, aż wreszcie wychodzi z niej, jakoby drugi raz narodzony i rozpoczyna swój urząd poważnie, z namaszczeniem i siłą, o nic zresztą w około się nie troszcząc. Judea jest teraz dla niego pustynią i tak jak tutaj obcował ze źródłami, skałami, drzewami i zwierzętami, z nimi żyjąc i rozmawiając, tak teraz rozmawia i działa z ludźmi i grzesznikami, nie myśląc bynajmniej o sobie. Widzi on, wie i mówi jedynie o Jezusie: „Nadchodzi! przygotowujcie drogi, czyńcie pokutę, przyjmujcie chrzest! Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!" Oto jego


199

słowa. Na puszczy czysty i bez skazy, jak dziecko w łonie matki, z puszczy wyszedł szczery i prostoduszny, jak dziecko na piersiach matki. Sam Zbawiciel mówi o nim do Apostołów: „Czysty jak anioł, nigdy nic skalanego nie weszło do jego ust, i ani grzech, ani nieprawda z nich nie wyszły. Jan chrzcił na różnych miejscach. Najpierw przy Ainon, w okolicy Salem; później w On, naprzeciw Bethabary, na zachodniej stronie Jordanu, niedaleko od Jerycha. Trzecie miejsce chrztu było na wschód Jordanu, kilka godzin ku północy od drugiego. Na koniec chrzcił znowu przy Ainon, gdzie go też pojmano. Woda, którą Jan chrzci, jest odnogą Jordanu, która na wschodniej części rzeki robi zakręt, długi na godzinę drogi. Odnoga ta jest w niektórych miejscach tak wąska, iż ją można przeskoczyć, a w innych znowu szersza. Jej koryto tu i ówdzie zapewne się zmieniło, albowiem już wtedy na niektórych miejscach nie było wody. Zakręt Jordanu obejmuje małe stawy i studnie, które mają wodę z odnogi Jordanu. Taki staw oddzielony groblą od odnogi, był miejscem chrztu przy Ainon. Pod groblą znajdowały się rury, którymi można było wodę wpuszczać i wypuszczać. Miejsce to urządził po temu Jan. Była zatoka, wrzynająca się w brzeg, w którą wciskały się przesmyki lądu. Chrzczony stał między takimi dwoma klinami lądu po pas w wodzie, opierał się na poręczy, która się znajdowała na każdym klinie lądu. Na jednym ostrowie stał Jan, czerpiąc wodę muszlą i polewając na głowę chrzczonego, na przeciwnym cyplu stał ochrzczony, który kładł rękę na nowoochrzczonego. Na pierwszego kładł rękę sam Jan. Nowochrzczeńcy nie mieli górną część ciała całkiem odkrytą; okrywano ich rodzajem prześcieradła, tylko ramiona były wolne. Był tam także namiot, w którym się rozbierano i ubierano. Nie widziałam, aby chrzczono niewiasty. Chrzciciel miał przy udzielaniu chrztu, długą, białą suknię. Okolica, gdzie chrzczono, jest w ogóle przyjemna i nawodniona, i nazywa się Salem. Samo miejsce Salem leży po obu brzegach odnogi, Ainon zaś leży z przeciwnej strony Jordanu, bardziej ku północy niż Salem, bliżej Jordanii i jest większe. Bydło pasie się w okolicy, wiele osłów skubie trawę po łąkach naokoło licznych wód. Okolica Salem i Ainon była najpewniej wolną, albo też miała przywilej od dawna przyjęty, iż nikogo nie wolno było stamtąd wypędzić. Jan miał swoją chatę w pobliżu Ainon na starych zwaliskach dawnego wielkiego budynku, całkiem opustoszałych i trawą porosłych; gdzieniegdzie była tam zbudowana jakaś chatka. Były to fundamenta namiotu, który miał Melchizedek. Miałam o tym miejscu różnego rodzaju obrazy dawnych czasów, z których tylko to jeszcze wiem, iż Abraham miał tu widzenie i postawił dwa kamienie, jeden, na którym klęczał, drugi zaś służący za ołtarz. Widzenie zaś miał takie: Było miasto Boże, jak niebieskie Jeruzalem, a z niego spływały strumienie wody. Nakazano mu również modlić się o przyjście miasta Bożego. Spływająca z tego miasta woda, rozlewała się na wszystkie strony. Abraham miał to widzenie na pięć lat przedtem, zanim Melchizedek zbudował tu swój zamek. Ten zamek był raczej namiot z galeriami i schodami naokoło, coś na kształt zamku Menzora w Arabii. Tylko podwalina była bardzo silna z kamienia; zdaje mi się, że za czasów Jana widziałam jeszcze cztery skrzydła, gdzie stały główne filary. Na tym fundamencie, który jeszcze teraz stał, jak porośnięty szaniec, miał Jan chatę z rogoży. Za czasów Melchizedeka był ten namiot miejscem, gdzie się wielu obcych przechodzących ludzi zatrzymywało, rodzaj wolnego, wygodnego zajazdu przy przyjemnej wodzie. Może Melchizedek, którego widziałam zawsze jako doradcę i przewodnika przechodzących tu stąd i zowąd ludów i pokoleń, miał ten zamek dla przyjmowania ich i pouczania. Miało to już wtedy jakiś związek z chrztem i było dla Melchizedeka miejscem, skąd wychodził do swych zabudowań w Jerozolimie, do Abrahama i indziej; zbierał tu i rozdzielał rodziny i ludzi, którzy się tędy osiedlali. Jakób także przebywał tu przy Ainon ze swoim dobytkiem przez


200

czas dłuższy. Cysterna studni do chrztu już była wtedy a Jakób ją odnowił. Resztki zamku Melchizedeka leżały w pobliżu wody i miejsca chrztu, a w pierwszych czasach chrześcijańskiej Jerozolimy stanął kościół na tym miejscu, gdzie Jan chrzcił. Ten kościół stał jeszcze, gdy Maryja egipska tędy przechodziła na pustynię. Salem było to piękne miasto, ale zostało zniszczone w wojnie, zdaje mi się podczas zburzenia świątyni przed Chrystusem. Przebywał tu także ostatni z proroków. Jan zażywał od paru tygodni sławy z powodu nauki i chrztu, gdy w tym przyszli do niego posłowie Heroda z Kallirroe. Herod mieszkał tam w zamku na wschodniej stronie Martwego morza. Znajduje się tam wiele kąpieli i gorących źródeł. Herod chciał, aby Jan przyszedł do niego; lecz Jan odpowiedział posłom, że ma wiele do czynienia, a gdy Herod chce z nim mówić, to niech sam do niego przyjdzie. Wtedy widziałam, jak Herod z orszakiem żołnierzy, jechał na wozie o niskich kołach, lecz na wysokim siedzeniu, skąd mógł widzieć wszystko jak z tronu, do miasteczka, mniej więcej 5 godzin drogi na południe od Ainon, i kazał tam Jana zaprosić. Jan przyszedł w to miejsce do chaty cudzoziemca, a Herod poszedł bez orszaku do niego. Przypominam sobie, że mu Herod mówił, dlaczego mieszka, w tak nędznej chacie przy Ainon, że każe mu tam dom wybudować; na co Jan odpowiedział, iż nie potrzebuje domu, ma wszystko, czego mu potrzeba, a tylko czyni wolę Tego, który jest nad niego większym. Mówił poważnie i surowo i poszedł z powrotem. Stał z dala odwrócony od Heroda i mało mówił. Widziałam, iż synowie zmarłego Alfeusza i Maryi Kleofasowej, Szymon, Jakub Młodszy i Tadeusz i ich syn z drugiego małżeństwa z Sabą, Jozes Barsabas, dali się ochrzcić od Jana w Ainon. Także Jędrzej i Filip byli przy nim i byli przezeń ochrzczeni, poczym powrócili do swoich zajęć; również inni Apostołowie i wielu uczniów już chrzest przyjęli. Pewnego dnia przyszło wielu przełożonych i kapłanów z okolicznych miejsc Jerozolimy do Jana, aby się go zapytać, kim jest, kto go posłał, czego uczy itd. Odpowiadał z niezwykłą surowością i śmiałością, głosząc bliskość Mesjasza, i obwiniając ich o nie pokutę i obłudę. Niedługo potem wysłano z Nazaretu, Jerozolimy i Hebron całe tłumy przełożonych i Faryzeuszów do Jana, aby się go zapytali o jego powołanie. Wzniesiono także skargę przeciw niemu, że zajął bez pozwolenia miejsce, na którym chrzcił.Było wielu celników u Jana, którzy przyjęli od niego chrzest, a którym bardzo przemawiał do sumienia. Był tam także celnik Lewi, późniejszy Mateusz, syn z pierwszego małżeństwa wdowca Alfeusza, męża Maryi Kleofasowej. Bardzo się wzruszył i poprawił. Rodzina nim pogardzała. Wielu jednak celników Jan odprawił z niczym.

Żołnierze Heroda, wysłańcy "Rady" i rzesze pragnących chrztu, przychodzą do Jana.

W Dothaim, gdzie Jezus wyleczył niespokojnych, opętanych, mieszkali wspólnie poganie i żydzi od czasów niewoli babilońskiej. Poganie mieli na niedalekim pagórku swoje bożyszcza i uroczysko. Żydzi, obecnie wzruszeni krążącymi pogłoskami o rychłym przyjściu Mesjasza, który miał narodzić się w Galilei, nie chcieli znosić dłużej pogan obok siebie. Pogłoski te powstały już to przez to, że Jan był także w tych stronach, już to rozszerzali je ludzie, ochrzczeni przez Jana. Dla obrony kapłanów pogańskich przed żydami przysłał sąsiedni książę Sydonu żołnierzy. Uczynił to również i Herod dla zapobieżenia rozruchom. Żołnierze Heroda byli pstra zbieraniną wszelkiego rodzaju ludzi. Widziałam ich w Kallirroe przy Herodzie. Prosili go wtenczas, aby pozwolił im dać się ochrzcić u Jana. Było to tylko zręcznym wybiegiem i komedią, przez którą chcieli sobie zjednać więcej wzięcia u ludu. Herod odrzekł im, że niema najmniejszej potrzeby przyjmować chrztu od Jana; Jan nie czyni cudów, więc nie


201

można uznawać jego posłannictwa. Zresztą mogą bliższych szczegółów w tej sprawie zasięgnąć w Jerozolimie. Widziałam, ich później w Jerozolimie. Widocznie należeli do trzech różnych sekt, gdyż każda część gdzie indziej udawała się po poradę. Później zebrali się na placu sądowym gdzie Piotr zaparł się Jezusa. Siedziało tu wiele przed trybunałem i wiele ludu było. Na zapytanie ich odpowiedzieli kapłani szyderczo, że mogą czynić, co im się podoba, ich to nic nie obchodzi. Około trzydziestu z tych żołnierzy przybyło rzeczywiście do Jana, prosząc o chrzest, lecz Jan zgromił ich, mówiąc, że nie chodzi im o poprawę. Ochrzcił tylko kilku z nich, których uważał za lepszych, a innych odprawił wykazawszy im ich obłudę. Ogromne tłumy ludzi zgromadzone są w Ainon. Jan od kilku dni już nie chrzci, tylko naucza, karcąc surowo, Gromady żydów, samarytan i pogan rozłożyły się oddzielnie na wzgórkach i wyżynach, częścią w mieszkaniach, częścią na wolnym powietrzu, aby słuchać nauki Jana. Na setki było można liczyć tych, co przybywali codzień, aby wysłuchać nauki i przyjąć chrzest. Szczególnie raz widziałam wielu pogan aż gdzieś z Arabii i jeszcze z dalszych stron. Przybyli do krewnych w tutejsze strony, a prowadzili ze sobą trzody osłów i owiec Przeciągając tędy, wstąpili po drodze posłuchać nauki Jana. W Radzie jerozolimskiej odbyła się walna narada nad tym, jak się zachować wobec wystąpienia Jana. Postanowiono wysłać do niego z ramienia trzech urzędów po trzech mężów. Annasz wysłał Józefa z Arymatei, najstarszego syna Symeona, i jednego z kapłanów, zajmujących się oglądaniem ofiar. Z Rady wysłano trzech mężów, prócz tego poszło trzech zwyczajnych obywateli. Mieli oni wypytać Jana, kim jest, i zawezwać go do Jerozolimy, gdyż, jeśliby jego posłannictwo było prawnym, byłby się najpierw zgłosił do przełożonych świątyni. Wyszydzali jego śmieszny ubiór i nowy zwyczaj chrzczenia żydów, zwłaszcza że tylko pogan zwykło się chrzcić. Niektórzy z nich przypuszczali, że może to jest Eliasz, przybyły na powrót z drugiego świata. Andrzej i Jan, ewangelista, są przy Janie Chrzcicielu. Prócz nich są prawie wszyscy późniejsi apostołowie i wielu uczniów, z wyjątkiem Piotra, który już chrzest przyjął. Niema także zdrajcy Judasza, jednak był on już u rybaków koło Betsaidy i dowiadywał się o Jezusa i Jana. Jan, nie chrzcił już od trzech dni, właśnie znów chrzcić rozpoczął, kiedy przybyli do niego wysiani mężowie z Jerozolimy. Wysłańców nie przyjął zaraz, lecz dopiero, gdy skończył chrzcić, dał im posłuchanie. Ci przedstawiali mu, że postępuje zanadto samowładnie, że powinien zgłosić się do Jerozolimy po pozwolenie nauczania, a zarazem nie być tak dziwacznie ubranym. Na zarzuty ich odpowiedział Jan krótko a ostro, i odprawił ich z niczym. Między zebranymi ludźmi było wielu takich, których Jan nie chciał chrzcić; ci zwrócili się teraz z zażaleniem do wysłańców, oskarżając Jana o stronniczość. Wysłańcy odeszli; pozostał tylko Józef z Arymatei i syn Symeona, i przyjęli chrzest z rąk Jana. Z nauk Jana dowiedzieli się przyszli apostołowie wiele szczegółów o Jezusie i zaczęli zwracać na niego uwagę. Obecnie powrócili do domu, opowiadając wszędzie o Janie. Wracając do Jerozolimy, spotkał Józef z Arymatei Obeda, krewnego Serafii (Weroniki), który był sługą przy świątyni. Na jego zapytania opowiadał mu wiele o Janie, co skłoniło Obeda, że także dał się ochrzcić. Jako należący do świątyni pozostał tymczasem potajemnym uczniem i później dopiero wystąpił z tym jawnie.

Jan otrzymuje polecenie udania się do Jerycho

Widziałam potem Jana, jak przechodził przez Jordan chrzcić chorych. Miał na sobie tylko chustę i płaszcz, przewieszony na ramionach. Przez jedno ramię miał


202

przewieszony miech skórzany z wodą do chrztu, przez drugie czarę do polewania. Wielką liczbę chorych przyniesiono już to na noszach, już to w pewnego rodzaju taczkach na brzeg Jordanu, naprzeciw miejsca, gdzie Jan chrzcił. Ponieważ nie można było przewieźć ich na drugą stronę, proszono Jana, aby udał się do nich. Jan przybył z kilku uczniami. Za pomocą łopaty, którą zawsze miał przy sobie, wy kopał równy, gładki dół, oddzielony groblą od Jordanu. Przez kanał opatrzony zasuwą, napuścił wody do dołu, i wlał doń wodę, którą przyniósł ze sobą. Wtedy, po stosownej nauce, chrzcił chorych w ten sposób, że sadowił ich na kraju dołu i z czary lał na nich wodę. Ochrzciwszy chorych, przeprawił się znowu na wschodnią stronę Jordanu do Ainon. Tu przystąpił do niego anioł i rzekł mu, że mą udać się na drugą stronę Jordanu w okolice Jerycha, gdyż zbliża się Ten, który ma przyjść, a którego przyjście Jan ma głosić. Skutkiem tego polecenia zwinął Jan wraz z uczniami namioty w Ainon i wyruszył z nimi we wskazanym kierunku. Przez kilka godzin szli wschodnią stroną Jordanu w dół, potem przeprawili się na zachodni brzeg Jordanu i znowu szli przez jakiś czas w górę rzeki. Doszli wreszcie do miejsca, gdzie znajdowały się baseny kąpielowe, wewnątrz obmurowane, połączone z Jordanem kanałem, który można było zamykać, lub otwierać. Wysp na Jordanie nie było tutaj. To drugie miejsce chrztu leżało na zachodniej stronie Jordanu między Jerychem a Bethaglą. Naprzeciw, na wschodnim brzegu Jordanu, leżało miasto Bethabara. Do Jeruzalem jest stąd około pięć mil. Prostą drogą idzie się tam przez Betanię, pustynię i koło jakiejś gospody, która stoi opodal drogi. Okolica między Jerychem a Bethaglą jest bardzo piękna. Woda w Jordanie jest jasna, przejrzysta, a miejscami wydaje nawet przyjemny zapach, gdyż nad brzegami rośnie wiele kwitnących krzewów, z których kwiaty opadają w wodę. Miejscami woda jest tak płytka, że widać doskonale dno. W wielu miejscach widziałam otwory, wykute w nadbrzeżnych skałach podwodnych. Z przyjemnością przebywam duchem w tym błogosławionym kraju, lecz nigdy nie wiem, jaka jest pora roku. Gdy u nas jest zima, tam zieleni się już wszystko, gdy znowu u nas lato, tam nadchodzi już czas drugiego żniwa. Jest jednak i tam pora roku, w której są ciągłe deszcze, a mgła unosi się w powietrzu po całych dniach. W około Jana jest mniej więcej sto osób, między tymi uczniowie i wielu pogan. Wszyscy pracują nad urządzeniem miejsca do chrztu i chaty. Przenoszą resztę sprzętów z Ainon i wszystko porządkują. Z okolicy przyniesiono wielu chorych na łożach. W tym miejscu przedzielił niegdyś Eliasz płaszczem wody Jordanu i przeszedł z Elizeuszem suchą nogą, a ten ostatni uczynił to samo, idąc z powrotem i tu spoczywał. Tędy również przechodzili niegdyś Izraelici. Z Jerozolimy wysłano znowu od przełożonych świątyni do Jana Faryzeuszów i Saduceuszów. Jan wiedział przez anioła o ich przybyciu. Przybywszy nad Jordan, wysłali do niego gońca z poleceniem stawienia się przed nimi. Jan nie robił sobie nic z tego; nauczał i chrzcił dalej, a przez gońca kazał im powiedzieć, że jeśli chcą z nim mówić, to mogą przyjść do niego. Zawstydzeni tedy wysłańcy przyszli rzeczywiście do niego, lecz on, znowu nie zważając na nich, nauczał i chrzcił, i dopiero, gdy wysłuchali jego nauki, kazał ich zaprowadzić do namiotu, urządzonego przez uczniów. Potem w towarzystwie uczniów i pospólstwa udał się do nich; wysłańcy zapytywali go kilkakrotnie, czy on jest tym, lub owym, lecz Jan odpowiadał przecząco. Zapytywali go także, kto jest Ten, o którym opowiadają wszędzie. Od dawna mówią proroctwa, że ma przyjść Mesjasz, aż oto teraz słychać między ludem pogłoski, że już przyszedł. Jan odrzekł im na to: ?Powstał wśród was mąż, którego wy nie poznajecie. Nie widziałem Go nigdy, lecz zanim przyszedłem na świat, już otrzymałem rozkaz przygotować Mu drogę i ochrzcić Go. Przyjdźcie o oznaczonym czasie, a ujrzycie Go przy chrzcie." Wyrzucał im


203

również Jan surowo, że nie przyszli tu ochrzcić się, lecz tylko na podsłuchy. Wysłańcy odrzekli mu, że teraz już wiedzą, kim on jest, że chrzci bez upoważnienia, że jest obłudnikiem i tylko z obłudy ubiera się tak dziwacznie. Poczym odeszli. Po ich odejściu przybyli znowu posłowie ?Rady jerozolimskiej," w liczbie około dwudziestu. Byli oni wybrani z różnych stanów, między nimi i kapłani w czapkach, szerokich pasach, z taśmami zwieszającymi się z ramion, opatrzonymi futrzanym zakończeniem. W imieniu ?Rady" żądali od niego stanowczo, aby stawił się tamże i wykazał prawdziwość swego posłannictwa, gdyż właśnie przez nieposłuszeństwo dla ?Rady" okazuje, że nie jest powołanym do nauczania. Na to odrzekł Jan, że mają czekać, aż przyjdzie do niego Ten, który go posłał. Tu wskazał wybitnie na Jezusa jako Mesjasza, opowiadając Jego narodzenie w Betlejem, wychowanie w Nazarecie, ucieczkę do Egiptu itp. Zaręczał jednak, że nigdy nie widział Jezusa. Wysłańcy zarzucali mu, że jest w porozumieniu z Jezusem, i że wysyła do Niego posłów. Przyznał im Jan, że posyła często do Jezusa, lecz posłowie ci są niewidzialni, a tacy jak oni, nie godni są zobaczyć ich. Wysłańcy, widząc, że nic nie wskórają, odeszli, pełni niechęci. Ze wszystkich stron schodzą się do Jana gromady pogan i żydów. Nawet Herod przysyła często ludzi, aby przysłuchali się nauce Jana i opowiedzieli mu ją. Miejsce chrztu wygląda teraz o wiele piękniej. Z pomocą uczniów wystawił Jan wielki namiot, w którym pokrzepiają się chorzy lub zmęczeni, i gdzie odbywa się nauczanie. Często słychać śpiewy. Raz słyszałam, jak śpiewali psalm o przejściu Izraelitów przez Morze czerwone. Z czasem wytworzyło się tu jakby małe miasto, tyle jest chat i namiotów. Niektóre z nich kryte są skórami, inne sitowiem. Przypływ obcych jest bardzo wielki, nawet z najdalszych okolic, gdzie mieszkają trzej królowie. Przybysze ci mają ze sobą mnóstwo wielbłądów, osłów i koni. W podróży do Egiptu zatrzymują się tu koło Jana, słuchają jego nauki i przyjmują chrzest. Stąd ciągną gromadnie do Betlejem. Niedaleko groty, w której narodził się Jezus, w stronie, gdzie jest pole pasterzy, znajduje się studnia Abrahama. Abraham mieszkał ze Sarą w tej okolicy. Raz, będąc słabym, zapragnął gwałtownie napić się wody z tej studni, lecz gdy mu ją przyniesiono, przezwyciężył się i z miłości ku Bogu odmówił sobie napoju; w nagrodę za ten czyn wyzdrowiał natychmiast. Czerpanie wody jest z powodu głębokości tej studni wielce uciążliwym. Tuż obok stoi wielkie drzewo, a w pobliżu znajduje się grota z grobowcem Marahy, mamki Abrahama, która towarzyszyła mu wszędzie aż do tego miejsca, gdzie ją w podeszłym wieku śmierć zaskoczyła. Jest to miejsce pielgrzymki pobożnych żydów, podobnie jak góra Karmel i Horeb. Tu modlili się także trzej królowie. Oprócz późniejszych uczniów Jezusa widziałam bardzo mało Galilejczyków przy Janie. Przybywało tu więcej pogan jako też ludu z okolicy Hebron, i dlatego to Jezus w podróży Swej przez Galileę lud tamtejszy tak usilnie upominał, aby się udali do Jana i przyjęli chrzest.

Herod u Jana.

Obchód świąteczny tamże Miejsce, gdzie Jan nauczał, oddalone było o niecałą godzinę drogi od miejsca chrztu. Było to u żydów miejscem świętem, pamiątkowym. Otoczone było zewsząd murem, jakby ogród, a wewnątrz stały chaty o ścianach, krytych sitowiem. Na środku leżał kamień, tam gdzie niegdyś Izraelici po przeprawieniu się przez Jordan złożyli arkę i odprawili nabożeństwo dziękczynne. Nad tym kamieniom wystawił Jan wielki namiot, o ścianach plecionych, krytych sitowiem, przed kamieniem zaś stał rodzaj katedry, z której Jan nauczał. Tu zastał go Herod nauczającego w otoczeniu uczniów, lecz Jan, nie


204

zważając na niego, uczył dalej. Herod spotkał się w Jerozolimie z żoną brata swego, która przebywała tamże ze swą szesnastoletnią córką, Salome. Poznawszy ją, zapałał pragnieniem pojęcia ją za małżonkę. Daremnie jednak prosił „Radę" o pozwolenie na to małżeństwo, a nawet skutkiem tego poróżnił się z członkami „Rady." Obawiał się jednak przez spełnienie tego kroku narazić się opinii publicznej, dlatego nie chciał postępować samowładnie, lecz starał się pozyskać przyzwolenie Jana, którego lud czcił jako proroka. Sądził, że ten, aby pozyskać jego łaskę, z pewnością przychyli się do jego żądania. Herod udał się do Jana w towarzystwie Salomy, córki Herodiady. W orszaku swym miał około trzydziestu ludzi, oprócz służebnych Salomy. Jechał wraz z kobietami w powozie; Jana uprzedził o swym przybyciu przez osobnego posłańca; Jan jednak nie chciał, aby Herod ze swym orszakiem przybył aż na miejsce chrztu, gdyż ich obecność, a szczególnie obecność kobiet splamiłaby to święte miejsce. Przestał więc chrzcić i udał się z uczniami na miejsce nauki i tam spotkał się z Herodem. Nie rozmawiając z nim wcale, zaczął nauczać, mówiąc właśnie na ten temat, że Herod mógł pośrednio dowiedzieć się, jakie jest jego zapatrywanie w sprawie tego małżeństwa. Wypowiedział bez ogródki prawdę, a wreszcie dodał, że trzeba czekać na Tego, który ma przyjść; on sam już nie długo będzie chrzcił, bo ustąpi miejsca Temu, którego tylko jest przesłańcem. Z mowy tej mógł Herod łatwo zrozumieć, że Jan zna jego plan i że wcale go nie pochwala. Opuścił więc Jana z gniewem w sercu, wracając do miejsc kąpielowych w Kallirroe, gdyż wtenczas jeszcze tam mieszkał, oddalonych o kilka godzin drogi od miejsca chrztu Jana. Przed odejściem jednak kazał oddać Janowi zwój pisma z opisem swej sprawy, sądząc że Jan zmieni jeszcze swe zapatrywanie. Położono go przed Janem, gdyż nie chciał nim splamić swej ręki. Zarazem kazał zostać kilku ludziom ze swego orszaku, aby starali się Jana nakłonić, by tenże plan jego zechciał potwierdzić. Usiłowania ich jednak były daremne. Jan nie chciał małżeństwa Heroda z żoną brata uznać za ważne, a skończywszy nauczanie, wrócił na miejsce chrztu. Kobiety z orszaku Heroda wystrojone były zbytkownie, lecz dosyć przyzwoicie. Magdalena była w ubieraniu się więcej wybredna i rozrzutna. Wspominałam już, że w miejscowości, gdzie Jan chrzci, właśnie gdzie teraz leżał wielki kamień, spoczywała niegdyś arka przymierza. Otóż nie pamiętam już, czy na pamiątkę owego pochodu Izraelitów przez Jordan, czy z innej jakiej przyczyny, urządzono tam trzydniową uroczystość. Uczniowie Jana ozdobili to miejsce drzewkami, wieńcami i kwiatami. Byli tam obecni Piotr, Andrzej, Filip, Jakób Młodszy, Szymon, Tadeusz i wielu późniejszych uczniów Jezusa. Miejsce to uważali jeszcze wszyscy pobożni żydzi za święte, lecz z biegiem czasu straciło ono w ogóle na znaczeniu. Otóż widocznie chciał Jan przez ten uroczysty obchód znowu podnieść jego sławę. Jan Chrzciciel i niektórzy z uczniów mieli ubiory kapłańskie. Jan miał pod spodem szarą, a na wierzchu białą, szeroką szatę, przepasaną w biodrach szarfa białą, żółto nakrapianą, a opatrzoną na końcach ozdobnymi frędzlami. Na bokach miał zawieszone dwa podłużne, zaokrąglone drogie kamienie, a na każdym z nich wypisano były imiona sześciu pokoleń izraelskich. Na piersiach znowu wisiała czworokątna tablica biało — żółta, przymocowana na czterech rogach czterema złotymi łańcuszkami. W tablicę tę wprawione było dwanaście różnych drogich kamieni z wyrytymi na nich imionami dwunastu pokoleń. Przez plecy zwieszała długa chusta, na kształt stuły, u dołu nakrapianą w białe i żółte kostki, opatrzona na końcach frędzlami. Płaszcz ozdobiony był z tyłu białymi i żółtymi węzłami z jedwabiu, naśladującymi owoce. Głowę miał odkrytą, ale za to na szyi miał wąski kawał materii, którą mógł jak kapuzę naciągać ha głowę i wtedy koniec jej zachodził mu aż na czoło.


205

Przed pamiątkowym kamieniem arki przymierza ustawiono mały, mniej więcej czworoboczny ołtarz; w środku próżny. Ołtarz ten opatrzony był z wierzchu rusztem, u spodu był popielnik, a z czterech boków były umieszczone cztery wydęte rury, na kształt rogów. Ołtarz był przenośny z miejsca na miejsce. Naokoło ołtarza zebrali się uczniowie w białych szatach, przepasani szerokimi pasami. Ubrania te podobne były do szat apostołów przy sprawowaniu początkowym obrzędów religijnych. Ołtarz okadzono, a następnie Jan ofiarował, paląc na nim rozmaite zioła i korzenie, a o ile mi się zdaje, także i kłosy. Wszystko zdobne było w kwiaty, wieńce i girlandy. Wielkie tłumy ludzi, ochrzczonych przez Jana przypatrywały się uroczystości. Kapłańskie suknie Jana Chrzciciela wykonano już na nowym miejscu chrztu. Robiły je kobiety, które od niedawnego czasu osiedliły się niedaleko stąd nad Jordanem. Wyrabiały one rozmaite sprzęty i suknie, do chrztu jednak ich nie dopuszczano. Całe zachowanie się Jana w ostatnim czasie wyglądało tak, jak gdyby zakładał nowy kościół. Nie zajmował się tu już pracą ręczną, tylko chrzcił i nauczał; udzielając chrztu wdziewał długą białą szatę. Tylko miejsce, przeznaczone na chrzest Jezusa, przygotował własnoręcznie, przy czym mu kilku uczniów donosiło potrzebne przedmioty. Jan nauczał z zapałem zebrane, na uroczystość tłumy ludzi. Żeby lepiej można było słyszeć jego mowę, nauczał z galerii, otaczającej namiot. Zwyczaj budowania namiotów z galeriami pochodzi od królów arabskich. Przy murach, otaczających to miejsce, urządzone były siedzenia amfiteatralne, na których stały niezliczone tłumy ludu. Jan nauczał o Zbawicielu, który go posłał, a którego on nie zna, i o przejściu Izraelitów przez Jordan. Po nauce złożono znowu ofiarę kadzielną i spalono na ołtarzu zioła. Od Masfy aż do Galilei ogłoszono wszędzie, że Jan będzie miał ważną naukę; zeszły się więc wielkie tłumy ludzi. Esseńczycy stawili się prawie co do jednego. Większa część ludzi miała na sobie długie białe suknie. Przybyli nie tylko mężczyźni, ale i kobiety, które przyjechały na osłach, prowadzonych przez mężczyzn i przywiozły ze sobą mnóstwo gołębi; mężczyźni bowiem ofiarowali chleb a kobiety gołębie. Jan stał za kratą i przyjmował ofiarowane chleby; następnie oczyszczono je, z mąki przywrzałej, nad długim stołem opatrzonym na wierzchu kratą i składano na misy; Jan błogosławił chleby i podnosił w górę, ofiarując Bogu. Następnie dzielono te chleby na kawałki i rozdzielano między lud; najwięcej otrzymywali ci, którzy z najwięcej oddalonych stron dotąd przybyli, ponieważ oni też najbardziej potrzebowali. Oskrobana mąka i okrawki spadały przez kratki do osobnego zbiornika, skąd brano je i palono na ołtarzu. Podobnie rozdzielano także gołębie, ofiarowane przez kobiety. Trwało to wszystko prawie pół dnia. Cała uroczystość trwała włącznie z szabatem trzy dni, poczym Jan znowu oddał się zwykłemu zajęciu, to jest chrzcił i nauczał ludzi.

Wyspa chrztu Jezusa wyłania się z wód Jordanu

Po niejakim czasie miał Jan do uczniów mowę nad Jordanem o rychło mającym nastąpić chrzcie Mesjasza, którego nigdy nie widział. Odezwał się do nich w te słowa: „Na świadectwo prawdziwości mych słów, pokażę wam miejsce, gdzie Mesjasz będzie chrzczony. Patrzcie, oto wody Jordanu rozstąpią się, a z głębi ich ukaże się wyspa!" — W tej samej chwili rozstąpiły się rzeczywiście fale wody, a zdziwionym uczniom ukazała się mała, okrągła wysepka, utworzona z jakiejś białawej ziemi. Stało się to w tym samym miejscu, kędy niegdyś przechodzili Izraelici z arką przymierza i którędy przechodził Eliasz, rozdzieliwszy wody


206

płaszczem. Wielkie wzruszenie opanowało na ten widok obecnych. Padli na kolana, wznosząc ku niebu modły dziękczynne. Tymczasem pokładł Jan w wodę z pomocą uczniów wielkie kamienie od brzegu ku wysepce, położył na nie drzewa i gałęzie i wysypał z wierzchu drobnymi kamykami. Tak powstał mostek, po którym można było przejść na wysepkę, a pod którym woda swobodnie przepływała. Dokoła wysepki zasadzili dwanaście drzewek, połączywszy je razem, tak, że tworzyły jakby altanę, u góry otwartą. Między drzewkami posadzili krzewy, o kwiatach białych i czerwonych z owocami żółtymi, zakończonymi ładną szypułką. Krzaków tych była nad brzegiem wielka obfitość. Całość wyglądała bardzo pięknie, gdyż jedne krzewy dopiero kwitły, podczas gdy drugie uginały się już pod ciężarem owoców. Nowa wysepka, utworzona na miejscu, którędy przechodzili Izraelici, wydawała się skalistą, a łożysko rzeki bardziej pogłębione, jak za czasów Jozuego. Stan wody jednak był o wiele niższy, niż dawniej, i gdy na słowa Jana wysepka wyłoniła się z wody, nie wiedziałam właściwie, czy dno rzeki się podnosi, czy tylko woda się cofa. Na kraju wysepki na lewo od mostu wykopano dół, który zaraz napełnił się czyściutką wodą. Kilka stopni prowadziło w dół, a tuż ponad wodą leżał gładki, czerwony trójkątny kamień, na którym miał Jezus stać podczas chrztu. Na prawo od tego kamienia było piękne, pełne owoców drzewo palmowe, którego trzymał się Jezus podczas obrzędu chrztu. Brzeg studni wyłożony był ładnymi kamieniami, a w ogóle we wszystkim znać było staranne, skrzętne opracowanie. Kiedyś dawniej widziałam przejście Izraelitów tędy. Było to w czasie, gdy wody Jordanu wezbrały. Na samym przedzie, w dość wielkiej odległości przed resztą, ludu niesiono arkę przymierza. Pomiędzy dwunastu mężami, którzy nieśli i towarzyszyli arce przymierza, był także Jozue, Kaleb i zdaje mi się, Enoi. Gdy przyszli nad Jordan, jeden tylko niósł arkę z przodu, a inni z tyłu. Zaledwie spód arki dotknął się powierzchni wody, w tej chwili woda wstrzymała się, skrzepła i spiętrzyła w górę ogromnie wysoko, tak że aż z miasta Zartan można ją było widzieć. Skutkiem tego osuszyło się łożysko rzeki od miejsca gdzie arka stała, w stronę Morza martwego. Tymczasem nadeszli ciągnący Izraelici i przeprawili się oddaleni od arki suchą nogą na drugi brzeg. Ludzie niosący arkę stanęli mniej więcej w środku rzeki, gdzie leżały cztery wielkie, jak krew czerwone, graniaste kamienie; z obu ich stron leżało w dwóch rzędach po sześć trój graniastych gładko ciosanych kamieni, czyli po dwanaście z każdej strony. Każdy z nich był ostrym końcem zagłębiony w ziemię. Niosący arkę lewici postawili ją na czterech środkowych kamieniach, a sami stanęli, po sześciu z każdej strony, między rzędami kamieni trój graniastych. Kamienie na zewnątrz leżące, były różnokolorowe, ozdobione odciskami rozmaitych figur i kwiatów. Jozue wybrał dwunastu mężów, po jednym z każdego pokolenia, i kazał te kamienie wynieść na brzeg i tam w pewnym oddaleniu ustawić w dwóch rzędach, na pamiątkę przejścia przez Jordan. Wyryto na nich imiona dwunastu pokoleń i tych, którzy je przenosili. Za czasów Jana nie było ich już w tym miejscu. Nie wiem, czy przysypane są ziemia, czy też uległy zniszczeniu podczas licznych wojen. To jednak pewne, że w tym miejscu stał namiot Jana. W późniejszych czasach wybudowano tu kościół, zdaje mi się za staraniem cesarzowej Heleny. Kamienie, na których stali lewici obok arki, były o wiele większe; po odejściu lewitów obrócono je ostrymi końcami do góry. Wody, spiętrzone do góry, opadły po przejściu Izraelitów i przeniesieniu arki, i znowu płynął Jordan jak zwyczajnie. W tym właśnie miejscu, na którym stała arka, wykopał Jan na nowo powstałej wyspie studnię, w której Jezus miał przyjąć chrzest.


207

Poziom studni położony był niżej, niż powierzchnia wysepki tak, iż ten, który w niej stał, mógł być z brzegu widziany tylko po piersi. Studnia zbudowana była w ośmiokąt, mający około pięć stóp średnicy i była otoczona w pięciu miejscach przerwaną, krawędzią, na tyle dość szeroką, że sporo ludzi mogło na niej stanąć. Owych dwanaście trój graniastych kamieni, na których lewici stali, wystawało z ziemi po obu stronach studni. W samej zaś studni leżały pod wodą owe graniaste kamienie, na których spoczywała arka. Kamienie te można było i dawniej czasem widzieć przy niskim stanie wody w Jordanie. Tuż przy brzegu leżał wbity ostrym końcem w ziemię trój graniasty piramidalny kamień, na którym stał Jezus podczas chrztu, gdy Duch św. zstąpił na Niego. Po prawej ręce stało wspomniane wyżej drzewo palmowe, którego się trzymał podczas chrztu, po lewej stał Jan Chrzciciel. Kamień, na którym stał Jezus, nie należał do owych dwunastu kamieni; zdaje mi się, że Jan przyniósł go umyślnie z brzegu. Znać było na nim odciski rozmaitych kwiatów. Tamte kamienie były również ozdobione odciskami, a przy tym różnobarwne. Większe, były o wiele od tych, które Jozue kazał wynieść na brzeg. Zdaje mi się, że były to drogie kamienie, i że umieścił je tu Melchizedek, zupełnie małe, w czasach, gdy Jordan nie płynął jeszcze tędy. Podobnie zaznaczał Melchizedek wiele innych miejsc, które później miały być widownią ważnych zdarzeń dziejowych. Zdaje mi się także, że z tych, lub z wyniesionych na brzeg kamieni, wyrobione były drogie kamienie na napierśniku Jana, który miał na sobie podczas teraźniejszej uroczystości.

Nowe poselstwo z Jerozolimy. Herod powtórnie przybywa do Jana

Podczas gdy Jan chrzcił znowu na zwykłym miejscu, przybyło doń około dwudziestu posłów, przysłanych od wszystkich władz jerozolimskich, aby go pociągnąć do odpowiedzialności. Przybywszy na miejsce, gdzie się poprzednio odbywała owa uroczystość, posłali po Jana, aby się tam stawił, czego on jednak nie uczynił. Na drugi dzień przyszli bliżej, tak że tylko o pół godziny drogi oddaleni byli od miejsca chrztu. Jan nie życzył sobie, aby weszli w obręb ogrodzonej osady, więc po skończonym zajęciu zbliżył się ku nim i rozmawiał z nimi z pewnej odległości. Rozmowa dotyczyła tego samego, co i przedtem; Jan często nie odpowiadał na ich pytania, a we wszystkim odwoływał się na Tego, który przyjdzie przyjąć u niego chrzest, jest od niego potężniejszym, a którego jeszcze nigdy nie widział. Wkrótce potem widziałam Heroda, siedzącego na mule w pewnego rodzaju skrzyni, przytwierdzonej do grzbietu muła, jadącego do Jana. Towarzyszyła mu żona brata jego, mieszkająca w tym czasie już razem z nim. Siedziała również na mule, dumna i w zbytkowne suknie wystrojona. Z orszakiem sług przybyli w pobliże miejsca chrztu. Herodiada zatrzymała się na mule opodal. Herod zaś zsiadł z muła, przybliżył się do Jana i zaczął z nim rozmowę. Sprzeczał się z nim, gdyż Jan rzucił na niego klątwę z powodu niedozwolonego małżeństwa z żoną brata, mimo że Herod przedłożył mu niedawno pismo z dowodami, mającymi ten jego krok usprawiedliwić. Jan zagroził mu nadto utratą prawa chrztu i zbawienia przez Mesjasza, jeśli nie zaniecha tego haniebnego, gorszącego stosunku. Potem zapytywał Herod Jana, czy zna Jezusa z Nazaretu, o którym różne po kraju chodzą pogłoski, czy się nawzajem przez posłów porozumiewają, i czy to jest Ten sam, którego on głosi? Jeśli tak jest, to on zwróci się do Niego w tej sprawie. Jan zapewniał go, że Jezus tak samo będzie się na tę sprawę zapatrywał; nie pomogą tu żadne wykręty, gdyż cudzołóstwo pozostanie zawsze cudzołóstwem. — Cała ta rozmowa toczyła się z pewnego oddalenia. Gdy Herod zapytał Jana, dlaczego nie


208

chce przyjść bliżej do niego, odrzekł mu tenże: „Byłeś dotychczas ślepym, a grzech twój jeszcze bardziej cię oślepia. Czym bliżej byłbym ciebie, tym mniej pojmowałbyś. Gdy będę w twej mocy, wtenczas będziesz czynił, co zechcesz, chociaż później będziesz tego żałował!" Tkwiła w tych słowach przepowiednia przyszłego losu Jana. — Rozgoryczony, powrócił Herod z przewrotną kobieta, do domu. Zbliża się czas, w którym Jezus przyjdzie do chrztu. Jan chodzi zasmucony i już nie bierze się z takim zapałem do pracy, jak gdyby kończył się już czas jego działalności. Ze wszystkich stron cierpi prześladowanie. Z Jerycha, Jerozolimy, od Heroda, biegają posłańcy, nakazując jemu i uczniom opuścić przestrzeń, zajęta dokoła miejsca chrztu. Była to rzeczywiście przestrzeli dość wielka, więc tym bardziej nie chciano pozwolić stronnikom Jana osiedlać się na niej, a jego samego starano się wypędzić na drugą stronę Jordanu. Raz nawet zniszczyli żołnierze Heroda palisadę osądy na znacznej przestrzeni i po wypędzali ludzi z domostw; nie dotarli jednak do namiotu Jana, postawionego między dwunastu kamieniami. — Smuciło to Jana, i nieraz mówił swym uczniom, że czeka tylko na to, aby ochrzcić Jezusa, a potem rozłączy się z nimi i pójdzie na drugą stronę Jordanu. Bolało to wiernych przywiązanych uczniów, gdyż nie chcieli za nic w świecie rozłączać się z Janem. Dowiedziawszy się o zbliżaniu się Jezusa, wziął się Jan z dawnym zapałem do udzielania chrztu. Nadciągały teraz tłumy ludu, wyprawione do chrztu przez Jezusa; było między nimi wielu celników, a także Parmenas z Nazaretu wraz ze swymi rodzicami. Mówiąc o Mesjaszu i o rychłym swoim ustąpieniu, tak się Jan poniżał, że aż zasmucało to uczniów jego. Przybyli do niego także uczniowie Jezusa, których tenże odprawił w Nazarecie, i ci mu donieśli o zbliżaniu się Jezusa. Jan rozmawiał z nimi w namiocie o Jezusie; podczas tej rozmowy taką zapalił się miłością ku Jezusowi, że prawie okazywał zniecierpliwienie z tego powodu, że Jezus wyraźniej nie wskazuje na Siebie, jako na Mesjasza. — Podczas gdy Jan uczniów chrzcił, spuściła się na nich jasna chmura, a w jej blasku ujrzał Jan Jezusa w otoczeniu wszystkich Jego późniejszych uczniów. — Będąc już pewnym, że Jezus wkrótce przybędzie, okazuje Jan niezwykłą radość a zarazem tęsknotę, i ciągle spogląda w dal, czekając, rychło Pan nadejdzie. Wysepka, na której ma być ochrzczony Jezus, zieleni się pięknie. Nikt tam nie chodzi z wyjątkiem Jana. Droga, prowadząca przez mostek, jest zwykle zamknięta.

Jan chrzci Jezusa

Idąc prędzej niż Łazarz, przybył Jezus o dwie godziny wcześniej od niego na miejsce chrztu. Dochodząc tam, przyłączył się o zmierzchu do gromady ludzi, którzy również szli do chrztu. Nikt Go nie znał, a przecież wszystkich oczy zwracały się ku Niemu, jakby przeczuwano w Nim kogoś wyższego. Nad ranem przybył Jezus z innymi na miejsce chrztu. Ogromne tłumy ludzi zalegały równinę, a Jan natchnionymi słowami mówił miejsca chrztu. Było to u żydów miejscem świętem, pamiątkowym. Otoczone było zewsząd murem, jakby ogród, a wewnątrz stały chaty o ścianach, krytych sitowiem. Na środku leżał kamień, tam gdzie niegdyś Izraelici po przeprawieniu się przez Jordan złożyli arkę i odprawili nabożeństwo dziękczynne. Nad tym kamieniem wystawił Jan wielki namiot, o ścianach plecionych, krytych sitowiem, przed kamieniem zaś stał rodzaj katedry, z której Jan nauczał. Tu zastał go Herod nauczającego w otoczeniu uczniów, lecz Jan, nie zważając na niego, uczył dalej.


209

Herod spotkał się w Jerozolimie z żoną brata swego, która przebywała tamże ze swą szesnastoletnią córką, Salome. Poznawszy ją, zapałał pragnieniem pojęcia ją za małżonkę. Daremnie jednak prosił „Radę" o pozwolenie na to małżeństwo, a nawet skutkiem tego poróżnił się z członkami „Rady." Obawiał się jednak przez spełnienie tego kroku narazić się opinii publicznej, dlatego nie chciał postępować samowładnie, lecz starał się pozyskać przyzwolenie Jana, którego lud czcił jako proroka. Sądził, że ten, aby pozyskać jego łaskę, z pewnością przychyli się do jego żądania. Herod udał się do Jana w towarzystwie Salomy, córki Herodiady. W orszaku swym miał około trzydziestu ludzi, oprócz służebnych Salomy. Jechał wraz z kobietami w powozie. Jana uprzedził o swym przybyciu przez osobnego posłańca; Jan jednak nie chciał, aby Herod ze swym orszakiem przybył aż na miejsce chrztu, gdyż ich obecność, a szczególnie obecność kobiet splamiłaby to święte miejsce. Przestał więc chrzcić i udał się z uczniami na miejsce nauki i tam spotkał się z Herodem. Nie rozmawiając z nim wcale, zaczął nauczać, mówiąc właśnie na ten temat, że Herod mógł pośrednio dowiedzieć się, jakie jest jego zapatrywanie w sprawie tego małżeństwa. Wypowiedział bez ogródki prawdę, a wreszcie dodał że trzeba czekać na Tego, który ma przyjść; on sam już nie długo będzie chrzcił, bo ustąpi miejsca Temu, którego tylko jest przesłańcem. Z mowy tej mógł Herod łatwo zrozumieć, że Jan zna jego plan i że wcale go nie pochwala. Opuścił więc Jana z gniewem w sercu, wracając do miejsc kąpielowych w Kallirroe, gdyż wtenczas jeszcze tam mieszkał, oddalonych o kilka godzin drogi od miejsca chrztu Jana. Przed odejściem jednak kazał oddać Janowi zwój pisma z opisem swej sprawy, sądząc że Jan zmieni jeszcze swe zapatrywanie. Położono go przed Janem, gdyż nie chciał nim splamić swej ręki. Zarazem kazał zostać kilku ludziom ze swego orszaku, aby starali się Jana nakłonić, by tenże plan jego zechciał potwierdzić. Usiłowania ich jednak były daremne. Jan nie chciał małżeństwa Heroda z żoną brata uznać za ważne, a skończywszy nauczanie, wrócił na miejsce chrztu. Kobiety z orszaku Heroda wystrojone były zbytkownie, lecz dosyć przyzwoicie. Magdalena była w ubieraniu się więcej wybredna i rozrzutna. Wspominałam już, że w miejscowości, gdzie Jan chrzci, właśnie gdzie teraz leżał wielki kamień, spoczywała niegdyś arka przymierza. Otóż nie pamiętam już, czy na pamiątkę owego pochodu Izraelitów przez Jordan, czy z innej jakiej przyczyny, urządzono tam trzydniową uroczystość. Uczniowie Jana ozdobili to miejsce o rychłym przyjściu Mesjasza, któremu ustąpi miejsca, i o potrzebie czynienia pokuty. Jezus stał pośród tłumu słuchaczów, a jednak Jan przeczuwał Jego obecność, a może Go i widział; w głosie jego znać było niezwykłą radość i zadowolenie. Mimo to dokończył swą mowę, a potem zaraz zaczął chrzcić. Jezus oczekiwał wraz z innymi, aż przyjdzie na Niego kolej i była już może dziesiąta godzina, gdy stanął przed Janem, prosząc o chrzest. Jan pokłonił się nisko, mówiąc: „Mnie przystoi, abym był ochrzczony przez Ciebie, a Ty do mnie przychodzisz!" I rzekł mu Jezus: „Pozwól, niech tak będzie, przystoi Nam wypełnić wszelką sprawiedliwość, a więc powinienem przyjąć chrzest z twej ręki." Potem mu mówił: "Otrzymasz chrzest Ducha świętego i krwi." Gdy Jan chciał zaprowadzić Jezusa na wysepkę, powiedział mu Tenże: „Owszem, pójdę ale chcę być chrzczony tą woda, którą chrzciłeś innych. Tam również masz chrzcić dziś wszystkich, którzy tu są ze Mną, a drzewo, które będę obejmował ręką przy chrzcie, ma być przesadzone na zwykłe miejsce chrztu, aby wszyscy, którzy po Mnie chrzcić się będą, dotykali się go ręką." Rzekłszy to, udał się Zbawiciel z Janem i dwoma jego uczniami, Andrzejem i


210

Saturninem (Andrzej przyszedł dotąd z uczniami Pana i ludźmi, o których wyżej była mowa, z Kafarnaum), przez mostek na wysepkę i wszedł do małego namiotu, stojącego po stronie wschodniej studni, a służącego do rozbierania się i ubierania. Uczniowie poszli za Nim na wyspę. Cały mostek i brzeg rzeki zajęty był przez tłumy ludzi. Mostek był tak szeroki, iż obok siebie mogły stać trzy osoby. W pierwszym rzędzie stał na mostku Łazarz. Studnia, służąca do chrztu, leżała w ośmiokątnej kotlinie lekko zagłębiającej się, i była zewsząd otoczona rowem, połączonym z Jordanem pięciu podziemnymi kanałami. Rów ten był przez połączenie z Jordanem napełniony wodą, która wcięciami, porobionymi w ośmiokątnej krawędzi studni, wpływała do tejże. Od strony północnej widać było trzy takie wcięcia, i przez nie wpływała woda. Dwa zaś wcięcia od strony południowej, służące do odpływu wody, były zakryte, więc też wody obok studni nie było widać. Z tej strony także był wolny przystęp do studni. Do samej zaś studni prowadziły schodki z darniny. Na południowo zachodniej krawędzi studni, tuż przy brzegu, wprawiony był trójgraniasty czerwony, połyskujący kamień, płaską stroną zwrócony ku wodzie, a ostrym końcem na zewnątrz. Ze strony, gdzie były umieszczone schody, był brzeg studni nieco wyższy, niż od strony północnej, skąd dopływała woda. Po stronie południowo zachodniej, w miejscu, gdzie kończył się brzeg wyższy, schodziło się po jednym schodzie na niższy brzeg. Tą tylko drogą można się było nań dostać. W samej studni obok wyżej wspomnianego kamienia stało smukłe zieleniejące się drzewo. Wysepka chrztu była częścią skalista, częścią okryta murawą. W środku wznosił się niewielki pagórek, a na nim stało drzewo o rozłożystych konarach. Wierzchołki dwunastu drzew, zasadzonych dokoła wyspy, połączone były z konarami drzewa środkowego, a między drzewami zasadzone były szpalerem małe krzewy. Całość wyglądała, jak jedna wielka altana. Wraz z Jezusem zeszło ku studni dziewięciu Jego uczniów, którzy w ostatnim czasie Go nie odstępowali i stanęli na krawędzi studni. — Jezus zdjął w namiocie płaszcz, pas i żółtą suknię wełnianą otwartą z przodu, a spiętą pętlicami, wreszcie wąski wełniany zawój, który noszono zwykle na szyi, i na piersiach na krzyż składano, a w nocy, lub podczas niepogody naciągano na głowę. Pozostał tylko w brunatnej tkanej koszuli, którą nosił na samym ciele. Zszedłszy na brzeg studni, ściągnął koszulę przez głowę. Teraz miał na sobie tylko przepaskę około bioder, owijająca obie nogi z osobna aż do kolan. Suknie odebrał od Niego Saturnin i oddał je stojącemu na kraju wyspy Łazarzowi. Jezus tymczasem wstąpił w wodę, sięgającą Mu aż do piersi. Lewą ręką trzymał się drzewa, a prawą położył na piersi; rozluźnione końce przepaski unosiły się lekko na wodzie. Jan stał od strony południowej, trzymając w ręku czarę z szerokim brzegiem o trzech żłóbkach. Schyliwszy się, nabrał wody i w trzech strumieniach wylał ją na głowę Pana. Jeden strumień padał na tył głowy, drugi na środek, a trzeci na przód głowy i na twarz. Nie pamiętam już dokładnie słów, jakie wymawiał Jan przy chrzcie; mniej więcej brzmiały one: „Niech Jehowa przez Cherubinów i Serafinów zleje na Ciebie wszelkie błogosławieństwo i udzieli Ci mądrości, rozumu i mocy." Ostatnich trzech słów nie słyszałam dobrze, lecz w każdym razie rozchodziło się tu o dary dla umysłu, duszy i ciała, których potrzeba każdemu, aby mógł przynieść Panu w ofierze umysł, duszę i ciało, uświęcone i oczyszczone z wszelkich zmaz grzechowych. Andrzej i Saturnin stali po prawej ręce Chrzciciela koło trójgraniastego kamienia. Gdy Jezus wyszedł ze studni, owinęli Go wielką chustą, którą się Jezus otarł, a następnie przyoblekli Go w długą białą koszulę.*) Teraz stanął Jezus na owym kamieniu, leżącym na prawo od wejścia do studni, Jan


211

położył rękę na Jego głowę, a uczniowie na ramię. Po tym obrzędzie pozostawił Jan Jezusa modlącego się i chciał już z obu uczniami wyjść na górę, gdy nagle stało się coś nadzwyczajnego. Najpierw dał się słyszeć z nieba szum wielki i rozległ się przeraźliwy huk grzmotu, tak, że wszyscy obecni zadrżeli, z lękiem spoglądając w górę. Następnie spuściła się wielka biała chmura świetlana, a w niej widać było skrzydlatą świetlaną postać, zalewającą Jezusa strumieniami światła. Przy tym otworzyło się niebo, a w nim pojawił się Ojciec niebieski w Swej zwykłej postaci i wśród huku grzmotów usłyszałam głos: „Ten jest Syn mój miły, w którym sobie upodobałem." Jezus, cały przeniknięty światłem, sam stał się tak jasny i przejrzysty, że nie można było na Niego patrzeć. Chóry aniołów otaczały Go dokoła. W niejakim oddaleniu ujrzałam na wodach Jordanu szatana w kształcie jakby wielkiej czarnej chmury, w koło której roiło się mnóstwo obrzydliwego robactwa i potworów. Zdawało się, jak gdyby wszystkie zbrodnie i grzechy, wszystko złe, gnieżdżące się w tej okolicy, przybierało widome postacie i uciekało przed światłem Ducha św. do tej ciemnej otchłani, z której wzięło swój początek. Straszny to był widok, ale właśnie przez to przeciwieństwo uwydatniał się lepiej nieopisany blask, szczęśliwość i błogość, napełniająca całą wyspę, na której znajdował się Jezus. Nie tylko święta studnia chrztu, lecz wszystko dokoła napełnione było dziwną światłością. Cztery kamienie na dnie studni, na których stała arka przymierza, błyszczały jakby z radości, a na dwunastu kamieniach około studni, na których stali lewici, widniały jakoby postacie aniołów, wielbiących swego Pana. Duch Boży przed wszystkimi ludźmi dał świadectwo Temu, który miał być żywym fundamentem, wybranym kamieniem węgielnym Kościoła. Na tym kamieniu musimy opierać się, musimy wznosić się jako duchowy budynek, jako święty gmach kapłaństwa, bo miłą ofiarę możemy Bogu złożyć tylko za pośrednictwem „Jego Syna miłego, w którym sobie upodobał." Wyszedłszy po stopniach na górę, udał się Jezus do namiotu. Saturnin odebrał od Łazarza suknie Jezusa, które tenże trzymał podczas chrztu, i zaniósł Jezusowi. Ubrawszy się, wyszedł Jezus z namiotu i otoczony uczniami, udał się na wolną przestrzeń koło drzewa, stojącego w środku wyspy. Tymczasem Jan, pełen radości, przemawiał do ludu, dając świadectwo Jezusowi, że jest Synem Boga i przyobiecanym Mesjaszem. Przytaczał na świadectwo tych słów wszystkie obietnice, dane patriarchom i prorokom, które spełniły się na Jezusie, i przypominał im zjawisko, dopiero co widziane, i głos słyszany z nieba: Zarazem oznajmiał, że teraz, po wystąpieniu Jezusa, on w krotce ustąpi. Przypominał także, że na tym miejscu stała arka przymierza, gdy naród izraelski zajmował kraj obiecany, a teraz na tym samym miejscu Bóg wszechmocny dał świadectwo Swemu Synowi, wypełnicielowi zakonu. Do niego odprawiał wszystkich, wielbiąc dzień, w którym spełniły się najgorętsze życzenia Izraela. Podczas tego przybyły nowe rzesze ludu, a między nimi i przyjaciele Jezusa. Widziałam w tłumie Nikodema, Obeda, Józefa z Arymatei, Jana Marka i innych. Andrzejowi polecił Jan, aby w Galilei ogłaszał chrzest Mesjasza. Po przemowie Jana potwierdził Jezus wyraźnie, że słowa jego są prawdziwe: dodał przy tym, że teraz oddali się na krótki czas, a gdy wróci, niech zgłoszą się do Niego chorzy i strapieni, a On ich pocieszy i wspomoże. Tymczasem niech przygotowują się do tego przez pokutę i pełnienie dobrych uczynków. Teraz odejdzie od nich, lecz nie na długo, a po powrocie obejmie królestwo, oddane Mu przez Ojca niebieskiego. — Wszystko to mówił Jezus w formie przypowieści o synu królewskim, który, zanim wstąpi na tron, przebywa na osobności, aby ubłagać pomoc u ojca, skupić ducha itd. Między zgromadzonymi było także kilku Faryzeuszów. Ci śmiesznie tłumaczyli


212

sobie słowa Jezusa. Mówili sobie tak: „Jezus zapewne nie jest synem cieśli, tylko podsuniętym dzieckiem jakiegoś króla. Teraz wróci do swej ojczyzny, zbierze wojsko i zajmie Jeruzalem." Wydawało im się to bardzo osobliwym i nierozsądnym. Jan chrzcił teraz wszystkich na wyspie w tej samej studni, gdzie chrzcił Jezusa. Wchodzili oni do wody, otaczającej studnię, a Jan chrzcił ich, stojąc na brzegu. Ludzie, ochrzczeni w tym dniu, stali się później prawie wszyscy wyznawcami Jezusa. Odchodząc, zabrał Jezus z sobą dziewięciu uczniów oprócz kilku innych, którzy tu przyszli do Niego. Za Nim poszli także Łazarz, Andrzej i Saturnin. Na rozkaz Jezusa wzięli ze sobą wór wody ze studni, w której był chrzczony Jezus. Obecni rzucali się na ziemię przed Jezusem, błagając Go, by został z nimi. Jezus jednak odszedł, obiecując wkrótce powrócić.

Jezus idzie przez Luz i Ensemes do gospód, w których przebywała i chroniła się św. Rodzina.

Jeszcze tego samego dnia udał się Jezus z towarzyszami do malej miejscowości, kilka godzin ku Jerozolimie położonej, nazywającej się prawdopodobnie Betel. Był tam rodzaj szpitala, w którym znajdowało się wielu chorych. Gdy do niego przybył, podano Jemu i uczniom obfity posiłek. Na wieść o Jego przybyciu zeszło się wiele ludzi, szczególnie starców. Przyjmowano Go uroczyście, ze czcią, gdyż wiedziano już przez ochrzczonych o tym, co Jan mówił o Jezusie. W towarzystwie uczniów szedł Jezus do izb wszystkich chorych i pocieszał ich, mówiąc, że po powrocie uleczy ich, jeśli tylko w Niego wierzą. Jednego tylko chorego leżącego w trzeciej izbie, uleczył Jezus. Człowiek ten wyschnięty był jak szkielet, miał pełno wrzodów na głowie, a po całym ciele białe krosty. Pobłogosławił go i kazał mu wstać, a ten wstał natychmiast zdrów, dzięki składając Jezusowi. Andrzej i Saturnin ochrzcili tam wielką liczbę ludzi. Jezus kazał nalać wody w miednicę tak wielką, że dziecko mogło się w niej zmieścić, i postawić ją w pokoju na stołku. Pobłogosławiwszy tę wodę, pokropił ją gałęzią zamaczaną, zdaje mi się, w wodzie przyniesionej od Jana w worze. Chcący się ochrzcić, obnażali się po piersi, schylali głowę nad miednicą, a Saturnin chrzcił ich. Zdaje mi się, że chrzcząc wymawiał inne słowa, niż Jan, których Jezus go nauczył. Tu obchodził Jezus szabat, poczym Andrzej udał się do Galilei, Jezus zaś wyruszył do miasta Luz. Przyszedłszy tam, miał w synagodze długą mowę, w której tłumaczył wiele tajemnic z Pisma świętego. Przypominam sobie, że opowiadał o dzieciach Izraela, jak po przejściu przez Morze Czerwone błądzili tak długo po pustyni z powodu swoich grzechów; później jednak przeszli przez Jordan i posiedli ziemię obiecaną. — Teraz — mówił — przyszedł czas urzeczywistnienia się tego przez chrzest. Wtenczas było to tylko obrazem, ale teraz posiądą rzeczywiście ziemię obiecaną i miasto Boże, jeśli tylko będą wierni i posłuszni przykazaniom Bożym. — Miał tu Jezus na myśli królestwo duchowne, niebieską Jerozolimę, lecz oni rozumieli królestwo doczesne i wyswobodzenie z pod jarzma Rzymian. Mówił także Jezus o arce przymierza i surowości Starego Zakonu; kto niepowołany dotykał się arki, natychmiast karany był śmiercią. Teraz jednak spełnił się zakon i następuje panowanie łaski w osobie Syna człowieczego. Czas obecny porównywał Jezus z tym czasem, gdy anioł odprowadzał do błogosławionego kraju Tobiasza, który wierny przykazaniom Boga, długi czas przepędził w ciężkiej niewoli. — Opowiadał także Jezus o wdowie Judycie, która ucięła głowę pijanemu Holofernesowi i uwolniła od oblężenia miasto Betulię; teraz wzrośnie w siły i potęgę dziewica od


213

wieków istniejąca i upadnie wiele pysznych głów, uciskających Betuel. Przez obraz dziewicy rozumiał tu Jezus Kościół i zwycięstwa, jakie Kościół odniesie nad władcami tego świata. Wiele podobnych porównań mówił Jezus, wykazując, że wszystkie spełniły się teraz. Nie rzekł jednak nigdy: „Ja jestem Mesjaszem," lecz wyrażał się o Sobie, jakby o trzeciej osobie. — Mówił także o tym, że kto za Nim pójdzie, musi wszystko opuścić i wyrzec się zbytecznej troski o rzeczy doczesne. Chodzi teraz o coś ważniejszego, o odrodzenie się, a Ten, który odrodzi ich z wody i z Ducha świętego, postara się także o wyżywienie ich. Kto za Nim pójdzie, musi wyrzec się rodziny, a nawet żony, gdyż nie jest teraz czas zasiewu, lecz żniwa. Wspominał Jezus o chlebie duchowym z nieba. Słuchacze podziwiali Jego mądrość i ze czcią spoglądali na Niego, jednak słowa Jego odnosili do rzeczy doczesnych, do spraw ciała. Łazarz odszedł stąd do domu; inni przyjaciele Jezusa rozstali się z Nim już nad Jordanem. Święte niewiasty, które były w Jerozolimie u Zuzanny, udały się drogą przez pustynię. Z Luz udał się Jezus z uczniami ku południowi. Droga prowadziła przez pustynię. Gdy przechodzili koło palm daktylowych, uczniowie chętnie by zjedli cokolwiek owoców z drzewa spadłych, lecz trzymając się przepisów za konnych, nie wolno im było zbierać ich z ziemi. Jezus uspokoił ich, mówiąc, iż nie mają się obawiać i śmiało jeść mogą. Niech tylko starają się o czystość serca i mowy, gdyż przez jedzenie owoców nie popełnią grzechu. Po drodze wstępował Jezus do pojedynczo stojących domów, pocieszał chorych, a niektórych nawet leczył. Ci po największej części szli zaraz za Nim. Wreszcie przybył Jezus do miejscowości Ensemes. Naprzeciw Niego wyszedł tłum ludzi, gdyż już im doniesiono, że zbliża się wielki prorok. Niektórzy nieśli nawet dzieci na rękach. Pozdrowili Go uroczyście, padając przed Nim na kolana; Jezus przyjął wdzięcznie ich powitania i został wprowadzony do domu jednego ze znakomitych mieszkańców. Wkrótce przyszli jednak po Niego Faryzeusze i zabrali Go ze sobą do szkoły. Początkowo usposobieni byli dobrze względem Niego i cieszyli się, że mają proroka między sobą. Dowiedziawszy się jednak od uczniów, że Jezus jest synem Józefa, cieśli z Nazaretu, zaraz znaleźli w Nim wiele wad. Gdy Jezus nauczał o chrzcie, spytali Go, chcąc Go wybadać, czyj chrzest jest lepszy, Jana, czy Jego? Jezus powtórzył im to, co Jan mówił o chrzcie swoim i Mesjasza, i dodał, że kto pogardził chrztem przesłańca, ten nie uszanuje także chrztu Mesjasza. Nie mówił jednak nigdy: „Ja jestem Mesjaszem," lecz nazywał się tak, jak później w ewangelii „synem człowieczym." Wieczerzę zjadł w domu, w którym zamieszkał, a przed udaniem się na spoczynek odprawił z uczniami wspólne modlitwy. Wyszedłszy z uczniami z Ensemes przeprawił się Jezus przez potok Cedron, płynący w Judei. Po największej części szedł bocznymi drogami, przechodząc przez doliny, w których gościła niegdyś Najśw. Panna z Józefem, idąc również bocznymi drogami do Betlejem. Obecnie jest tam dość zimno i mgła zalega ziemię; w głębokich dolinach widać nawet gdzieniegdzie śnieg, lub szron, za to w miejscach otwartych, dokąd słońce dochodziło zieleni się wszystko. Na drzewach jest jeszcze dosyć owoców i nimi żywi się Pan i uczniowie po drodze. Do większych miejscowości nie wstępuje Jezus, gdyż wszędzie już mówią o Jego chrzcie i o głosie słyszanym z nieba, jak również o świadectwie, jakie dał Mu Jan, jako Mesjaszowi. Wiedzą o tym już i w Jerozolimie. Jezus chce dopiero po powrocie z pustyni wystąpić publicznie w Galilei, a teraz podróżuje tędy, chcąc jeszcze gdzieniegdzie nakłonić ludzi do chrztu. Nie zawsze są uczniowie przy Nim; czasem jest ich tylko dwóch. Inni rozchodzą się po osadach pasterskich, leżących w bok drogi i prostują fałszywe pojęcia ludzi tych o Jezusie; wszystkich


214

ich bowiem tak dalece ujął Jan, iż sądzili, że Jezus jest tylko jego pomocnikiem. Uczniowie objaśniali im więc pojawienie się Ducha św. i słowa, które dały się słyszeć przy chrzcie Jezusa i powtarzali to, co Jan powiedział, że tylko przygotowuje drogę Panu i dlatego też działa czasem tak gwałtownie i nagle, gdyż usuwa przeszkody i drogi. Przekonani tymi słowy, przychodzili pasterze i tkacze, mieszkający w tych stronach, tłumnie do Jezusa, słuchali pod drzewami lub w szopach krótkiej Jego nauki, a potem rzucali się przed Nim na ziemię, a On błogosławił ich i utrwalał w dobrym. Po drodze objaśniał Jezus uczniom, że słowa, które słyszeli przy Jego chrzcie: „Ten jest Syn Mój miły !" wyrzekł Jego Ojciec niebieski o każdym, który bez grzechu przyjmie chrzest Ducha świętego. Już powyżej wspomniałam, że tędy przechodził Józef z Maryją do Betlejem. Józef znał doskonale tę okolicę, gdyż ojciec jego miał tu pastwiska. Idąc tędy, zboczył od Jerozolimy mniej więcej o półtora dnia drogi i omijał większe miasta. Szedł zaś przeważnie dlatego ta drogą, gdyż osady pasterskie były dość blisko obok siebie położone, tak, że w kilku godzinach można się było z jednej osady do drugiej z łatwością dostać. Święta Rodzina zaś nie mogła być przez cały dzień w podróży, ponieważ Najśw. Pannie za uciążliwym było dłuższe siedzenie na, poprzecznym siodle, jako też i pieszo nie mogła iść długo. Głównym celem podróży Jezusa były szczególnie dwa domy, do których wstępowali niegdyś na nocleg Jego rodzice. Najpierw przyszedł do tego domu, w którym niegdyś źle przyjęto Maryję. Właściciel domu, człowiek stary a grubiański, nie chciał i Jezusa przyjąć w gościnę. W zachowaniu się podobnym był do niejednego z dzisiejszych wieśniaków, którzy mówią: „Co mnie tam obchodzi to lub owo? Przecież płacę podatki i chodzę do kościoła" — a poza tym żyją według swego widzimisię. Podobnie mówili mieszkańcy tego domu: „Na co nam jakichś nowości? Mamy Zakon mojżeszowy, otrzymany od samego Boga, a więcej nie potrzebujemy". Jezus przypominał im obowiązek gościnności i miłosierdzia, czym odznaczali się święci patriarchowie; skąd żeby się wzięło to błogosławieństwo i prawo, gdyby Abraham nie był przyjął w dom anioła, przynoszącego mu błogosławieństwo? Następnie przypomniał im Jezus dawniejszy wypadek w formie przypowieści, tak brzmiącej: „Kto odtrąca od drzwi matkę brzemienną, znużoną podróżą i proszącą o przyjęcie, kto wyszydza człowieka, proszącego uprzejmie o przenocowanie, ten odepchnie także ich Syna, a z Nim zbawienie, które on przynosi." Przy tych słowach Jezusa jeden z nich drgnął, jakby rażony gromem; tak, widocznie był to ten sam dom, od którego Maryję i Józefa odepchnięto i wyszydzono. Poznałam go widać dobrze. Starsi z nich, którzy byli świadkami owego zdarzenia, zmieszali się nadzwyczajnie. Zdumiewało ich to, że Jezus opowiedział ich sprawkę w formie przypowieści bez wymienienia imion rodziców. Jeden więc z nich rzucił się przed Jezusem na twarz, prosząc, aby raczył wstąpić do niego i przyjąć posiłek, gdyż musi być niezawodnie prorokiem, kiedy tak dokładnie wie wszystko, co się tu przed 30 laty działo. Jezus jednak nie przyjął nic od niego. Nauczał następnie zebranych pasterzy, jako wszelkie uczynki są zapowiedzią, obrazem i zarodkiem następnych; dodał jednak, że szczery żal i pokuta niszczą zakorzenione zło i jeśli kto zmieni swój umysł na dobre, to może przez chrzest odrodzić się w Duchu świętym i zasłużyć sobie na żywot wieczny. Stąd ruszył Jezus dalej przez doliny, nauczając tu i ówdzie. Nieraz wołali za Nim opętani, lecz milkli natychmiast na Jego rozkaz. Tak przyszedł Jezus do drugiego domu, położonego na wyżynie, w którym także niegdyś Najśw. Panna szukała schronienia. Właściciel domu posiadał wiele trzód. W dolinach poniżej stały szeregiem chaty pasterzy i tkaczy. Mieli długie pasma, rozpięte pod gołym niebem, i wspólnie pracowali. W okolicy pasły się liczne


215

trzody owiec, i dziczyzny było pod dostatkiem. Po podwórzach chodziły jak u nas kury, gromadnie gołębie i jakieś wielkie ptaki z długimi ogonami. Widziałam także po lasach zwierzęta, podobne do sarny, z małymi rogami; nie były wcale płochliwe i pasły się razem z trzodami. Przyjęto tu Jezusa bardzo gościnnie. Mieszkańcy domu wyszli wraz z sąsiadami i dziećmi naprzeciw Niego i oddali Mu pokłon, ciesząc się z Jego przybycia. Słowem przyjęto Jezusa tak serdecznie, jak niegdyś Maryję i Józefa. Rodzina składała się z dwojga młodych ludzi i ich ojca, zgarbionego staruszka, podpierającego się laską pasterską. Byli to ludzie pobożni i dosyć oświeceni. Jako posiłek zastawiono owoce, jako też jarzyny, które maczano w sosie i małe podpłomyki. Gdy Jezus się posilił, zaprowadzili Go do komnaty, w której nocowała Najśw. Panna. Pokój ten łączył się dawniej z ich mieszkaniem, lecz później oddzielili go, zrobili osobne wejście i zamienili na modlitewnik. Przez ścięcie czterech rogów zamienili pokój na ośmioboczny i przykryli dachem w rodzaju kopuły. — W środku zawieszona była lampa i w powale klapa, dająca się otwierać. Przed lampą stał wąski stół na kształt naszych balasek, na którym można się było oprzeć podczas modlitwy. Pokój był pięknie i czysto utrzymany i wyglądał jak kaplica. Starzec, przyprowadził tu Jezusa, pokazując Mu miejsce, gdzie spoczywała Jego matka i gdzie spała matka jej, Anna, która także wstępowała tu, idąc w odwiedziny do Najśw. Panny do Betlejem. Ludzie ci znali dobrze życie Jezusa. Wiedzieli o Jego narodzeniu się w Betlejem, o przyjściu trzech królów, o proroctwach Symeona i Anny w świątyni, o ucieczce do Egiptu i o cudownej nauce Jezusa w świątyni. Niektóre z tych dni pamiątkowych święcili tu modlitwą i od początku przejęci byli silna wiarą, nadzieją i miłością. Doczekawszy się przyjścia Jezusa, spytali Go teraz prostodusznie w sposób zwykły wieśniakom: „Jak to będzie teraz? W Jerozolimie chodzą, pogłoski, że nowy Mesjasz jako król żydowski odbuduje państwo i wyswobodzi żydów z pod jarzma Rzymian. Czy rzeczywiście tak się stanie?" — Jezus odpowiedział im w formie przypowieści o synu królewskim, którego ojciec posyła, aby objął jego tron, przywrócił dawna świetność świętego miejsca i uwolnił braci z pod jarzma; współbracia nie uznają jego syna, będą go dręczyć i prześladować, a jednak on będzie wywyższony i pociągnie za sobą do królestwa ojca niebieskiego wszystkich, którzy będą spełniać jego przykazania. Wraz z Jezusem zeszło się do modlitewnika wiele ludzi, a Jezus nauczał ich. Uzdrowił także jedną niewiastę. Stary pasterz zaprowadził Go do swojej sąsiadki, która już od wielu lat cierpiała na podagrę. Jezus wziął ją za rękę i Rozkazał jej wstać; kobieta wstała natychmiast, na klęczkach podziękowała Panu i odprowadziła Go aż do drzwi zdrowa zupełnie, podczas gdy przedtem mogła chodzić tylko skulona, jak świekra Piotrowa. Następnie kazał się Jezus zaprowadzić w dolinę, gdzie było wielu chorych i pocieszał ich, a wielu z nich uleczył. Ogółem uleczył około dziesięciu ludzi. Jan chrzci jeszcze wciąż i coraz więcej ludzi przychodzi do niego. Drzewko, które Jezus trzymał przy chrzcie, przesadzone jest teraz do wielkiej sadzawki i pięknie się zieleni. Do stawu prowadzą z brzegu schody. Brzeg wrzyna się w wielu miejscach w wodę, tworząc małe przylądki. Po nich wchodzą ludzie do wody, a po ochrzczeniu wychodzą drugą stroną. Dom, w którym gościł Jezus, leży pięć godzin drogi od Betlejem. Gdy Jezus odchodził, odprowadzało Go sporo ludzi. Ludzie ci dlatego tak sprzyjali Jezusowi, bo schodzili się często z pasterzami, którzy po narodzeniu się Jezusa pierwsi Go witali, leżącego w żłóbku. Jezus szedł teraz z uczniami dalej, zbaczając często tu i ówdzie. Dokoła Niego zbierały się tłumy pasterzy i robotników, a On pouczał ich porównaniami,


216

wziętymi z ich życia codziennego i zajęć. Nakłaniał ich wciąż do przyjęcia chrztu i czynienia pokuty, przepowiadając zbliżanie się Mesjasza, mającego ich zbawić. Na drodze, przez którą miał Jezus przechodzić, u stoku góry, w dogodnym położeniu, ujrzałam raz tłumy ludzi, zajętych pracą w polu i w winnicach. Zwozili oni nagromadzone zboże, orali, siali i sadzili. Ziemia wydawała się tu bardzo urodzajną, podczas gdy w niżej położonych dolinach leżał szron lub śnieg. Zboża nie wiązano w snopki, lecz zżynano na pół stopy z góry i wiązano zawsze w dwa pęki w ten sposób, że kłosy zwieszały się z obu stron. Całe stosy takich wiązanek leżały na polu. Znoszenie nie odbywało się teraz, gdyż było to już dawno po żniwach. Wielkie stogi zboża leżały już od dawna zebrane. Teraz jednak, przy nadchodzącej dżdżystej porze roku, przykrywano je słomą i uprawiano ziemię na nowo. Kłosy obcinano krzywym nożem, a słomę wyrywano i rzucano na kupę. Słomę wiązano także w wielkie snopki, prawdopodobnie na spalenie. Zboże zaś znoszono na kupę na noszach, które dźwigało czterech robotników. W innych miejscach orano. Pług był bez kół, ciągniony przez ludzi, a ten, który widziałam, wyglądał jak sanki z trzema ostrzami do krajania ziemi i z ciężarem na wierzchu. W środku był orczyk. Pługiem nie kierowano z tylu, tylko ciągnęli go ludzie lub osły. Orano na wzdłuż i na poprzek. Brona była trójkątna, zwrócona podstawą do przodu. Zboże rodziło się obficie. Gdzie grunt był skalisty, tam nakładano ziemi i także zasiewano. Siewcy mieli worek ze zbożem przewieszony przez kark, tak że oba końce spadały na piersi. Sadzono czosnek i jakieś rośliny o wielkich liściach, zapewne jarzyny. Jedna z nich nazywała się Durra. Uczniowie zawołali tych ludzi na drogę, a Jezus nauczał ich przez przypowieści o oraniu, sianiu i o żniwach. Mówił potem do uczniów o zasiewie, który mają rzucać przez chrzest. Następnie przeznaczył kilku uczniów, pomiędzy innymi także Saturnina, aby po pewnym czasie poszli nad Jordan chrzcić. Mówił im, że chrzest będzie zasiewem, i jak ci ludzie tutaj, tak i oni po dwóch miesiącach zbierać będą plon. Mówił także o słomie, która ma być wrzucona do ognia. Podczas gdy Jezus nauczał, nadeszła drogą z Sychar gromada robotników z łopatami, hakami i długimi drągami. Byli to niby niewolnicy wracający do domu od roboty przy publicznej budowli czy też budowie drogi. Z nieśmiałością zatrzymali się w pewnym oddaleniu, nie odważając się przystąpić do żydów i tylko z daleka przysłuchiwali się nauce. Jezus kazał im się przybliżyć, mówiąc, że Jego Ojciec niebieski powołuje przez Niego wszystkich do Siebie i że wszyscy są równi, którzy czynią pokutę i dają się ochrzcić. Ośmieleni Jego łagodnością, upadli Mu ci biedacy do nóg, prosząc, aby przyszedł i do nich do Samarii i ulżył ich nędzy. Jezus przyrzekł im, że przybędzie, jednak teraz musi pewien czas przebyć w samotności, aby przygotować się na objęcie królestwa, do którego posyła Go Ojciec Jego niebieski. Pasterze oprowadzali Jezusa jeszcze po różnych drogach, którymi chodziła niegdyś matka Jego. On jednak znał te miejsca lepiej, niż Jego przewodnicy, tak iż ci, zdziwieni, zawołali: „Panie, Ty jesteś prorokiem, ale i dobrym, pobożnym synem, gdyż znasz ślady stóp Twej błogosławionej matki i chodzisz nimi!" Nauczając i upominając po drodze, ludzi, przybył Jezus do miasta Bet Araba. Było to już po południu, kiedy Jezus przyszedł z uczniami Swymi na obszerny, równy plac, zasiadł pod drzewami na kamiennym siedzeniu i nauczał zebranych tu ludzi, którzy byli dobrze usposobieni względem Niego.


217

Jezus w dolinie pasterskiej koło Betlejem

Jezus opuścił to miejsce w towarzystwie wielu słuchaczy i szedł ku dolinie pasterskiej, która leżała stąd mniej więcej o 3 i pół godziny. Razu pewnego widziałam Go z uczniami pod otwartą szopą, jak spożywał uzbierane czerwone jagody i kłosy. Uczniowie rozproszyli się po różnych drogach, a Jezus przeznaczył im miejsce, gdzie się znowu zejść mieli. Oni oznajmiali ludziom o Jezusie i wzywali ich do chrztu i pokuty, jeżeli jeszcze nie byli ochrzczeni; ludzie ci szli po części z nimi na wyznaczone miejsca, na których Pan Jezus nauczał. Jezus także szedł manowcami, a często spędzał połowę nocy na różnych pagórkach na modlitwie, tak iż czas przeznaczony na drogę całkiem był wypełniony. Słyszałam, jak uczniowie prosili Jezusa, aby ostrym życiem, chodzeniem pieszo, postami, i czuwaniem nocnym, wśród takiego zimna i wilgotnej pory roku, nie wycieńczał przedwcześnie Swego ciała. On jednak odpowiadał im łagodnie, i pozostawał przy Swoim. O brzasku dnia zstępował Jezus wraz z uczniami przez grzbiet góry do doliny pasterskiej. Mieszkający tam naokoło pasterze już wiedzieli, że Jezus się do nich zbliża. Wszyscy przyjęli już chrzest Jana, a nawet kilku miało sny widzenia o bliskim przyjściu Pana. Dlatego niektórzy z nich czuwali i spoglądali ciągle w stronę, skąd Jezus powinien był nadejść. — Widzieli, jak zstępował w dolinę, jaśniejący i otoczony światłem, albowiem wielu z tych prostaczków było w stanie łaski. Zatrąbili natychmiast na rogu, aby w oddali mieszkających zbudzić i przywołać. Mieli ten zwyczaj przy każdym szczególniejszym zdarzeniu. Wszyscy pospieszyli naprzeciw Pana i rzucili się przed Nim pokornie na ziemię, z wyciągniętą naprzód szyją, trzymając w rękach długie laski. Niektórzy leżeli, rzuciwszy się na twarz. Nosili oni kaftany, sięgające aż do kolan, przeważnie owcze; niektórzy mieli owe kaftany otwarte na piersiach, drudzy znowu bez otworu, a na ramionach sakwy. Powitali Jezusa słowami psalmu, który wyrażał przyjście Zbawiciela i dzięki Izraela za spełnioną obietnicę. Jezus był bardzo uprzejmy i rozmawiał o ich szczęśliwym stanie. Uczył tu i ówdzie w chatach, które leżały naokoło szerokich łąk, w przypowieściach o stanie pasterskim. Stąd udał się z nimi dalej, przez dolinę ku Betlejem do wieży pasterskiej. Wieża ta była zbudowana na pagórku wśród pola, na podwalinach z wielkich kamieni. Składała się z bardzo wysokiego rusztowania z belek, a w koło rosły drzewa, które ją także podpierały. Była obwieszana różkami, miała zewnątrz schody i galerie, tu i ówdzie małe pokryte budki, jak strażnice. Z oddalenia miała wygląd wysokiego okrętu z napiętymi żaglami, i była podobną do wież, z których w kraju królów się gwiazdy bada. Mieli stamtąd widok na całą okolicę, mogli widzieć Jerozolimę, a nawet górę, na której szatan kusił Jezusa. Pasterzom była ta wieża potrzebna, aby mieć widok na ruchy trzody, i aby stróżów ostrzec przed grożącym niebezpieczeństwem. Poszczególni pasterze, ze swymi rodzinami, mieszkali w okręgu o 5 godzin od wieży, w chatach z podwórzami, polem i ogrodami. Przy wieży było wspólne miejsce dla zgromadzania się; odbywali tu także swoje narady i stąd otrzymywali stróże pożywienie. Wzdłuż pagórka, na którym wieża stała, były chaty, a na osobności wielka szopa, w której mieszkały niewiasty stróżów i przyrządzały pożywienie. Niewiasty te nie wyszły razem z pasterzami naprzeciw Jezusa i Jego uczniów. Mieszkało tu blisko 20 pasterzy, których Jezus pouczał o ich szczęśliwym stanie, i że On ich teraz odwiedził, ponieważ i oni oddali Mu pokłon w żłóbku a Jego Rodzicom okazali miłość. Pouczał ich także w przypowieściach o pasterzach i trzodach, i że On także jest pasterzem, który będzie miał innych pasterzy, będzie gromadził trzody, leczył i prowadził aż do końca dni.


218

Pasterze opowiadali o zwiastowaniu Anioła, o Świętej Rodzinie i o dziecku; oni także widzieli w gwieździe nad szopką obraz dziecka. Opowiadali o królach, że ci widzieli w gwiazdach także wieżę pasterską i o darach, które złożyli. Wiele z tych darów, osobliwie surowe płótna na namioty, spotrzebowali na wieże i chaty. Było tu wiele starszych mężczyzn, którzy jako młodzieńcy byli u żłóbka. Opowiedali Jezusowi o wszystkim, co wtedy widzieli. Na drugi dzień zaprowadzili pasterze Jezusa i uczniów Jego bliżej ku Betlejem do mieszkania synów trzech najstarszych pasterzy, którym najpierw zjawili się Aniołowie przy narodzeniu Chrystusa, i którzy pierwsi oddali Mu pokłon. Pasterze ci już pomarli i pogrzebani byli niedaleko mieszkania, które mniej więcej o godzinę było oddalone od groty żłobkowej. Trzej już podeszli w latach synowie owych pasterzy byli przy życiu i zażywali u reszty pasterzy powszechnego szacunku. Rodzina ta była niejako przełożoną nad innymi, tak jak trzej królowie u swoich. Przyjęli oni Jezusa pokornie i z radością, i zaprowadzili Go do grobów swych ojców. Był to pagórek, porosły winem; u dołu był naokoło otoczony pewnego rodzaju schronieniem, pod którym wchodziło się do piwnic i jaskiń; wyżej nad pagórkiem były grobowce starych pasterzy. Grobowce znajdowały się w ziemi w tym kierunku, i były przykryte drzwiami. Pasterze otworzyli grobowce, i widziałam owinięte ciała ze śniadym obliczem. Miejsce około trumien było wypełnione małymi kamyczkami. W trumnach leżały laski pasterskie. Pasterze pokazali Jezusowi także skarb, który im pozostał z podarunków świętych Trzech Króli, a który był schowany w jaskini. Składał się z bitego złota i z kawałków bardzo kosztownej, złotem przetykanej materii. Pytali się Jezusa, czy mają, to ofiarować do świątyni, na co im odpowiedział, aby zatrzymali to dla gminu, który będzie tworzył nową świątynię; a nadto dodał, iż na tym grobowcu stanie kiedyś kościół (uczyniła to św. Helena). Pagórek ten był początkiem winnic, które się ciągły ku Gazie, i był wspólnym cmentarzem dla pasterzy. Stąd zaprowadzili Pana do miejsca Jego urodzenia, do groty, o godzinę drogi stąd oddalonej. Droga wiodła przez niezwykle piękną łąkę, przez którą prowadziły trzy ścieżki pomiędzy alejami z drzew owocowych. Po drodze opowiadali pasterze o chwale Aniołów, a ja widziałam znowu wszystkie te obrazy. Aniołowie zjawili się na trzech miejscach; najpierw trzem pasterzom, w następną noc pasterzom na wieży, a później przy studni, w miejscu, gdzie wczoraj pasterze przyjęli Jezusa. Na wieży pasterskiej zjawili się w większej liczbie. Były to wielkie postacie bez skrzydeł. Pasterze zaprowadzili również Jezusa do grobowca Marahy, mamki Abrahama, przy wielkim terebincie.

Grota żłobkowa jako miejsce modlitwy pasterzy

Droga do groty prowadziła od strony wschodniej, skąd nie było do Betlejem dobrego przystępu, ani też równej prostej drogi. Miasta od tej strony prawie nie było widać, było bowiem oddzielono od doliny pasterskiej rozwalonymi wałami, i grubymi gruzami murów, między którymi były wąwozy. Najbliższy i właściwy wchód do miasta prowadził przez bramę południową, która wiodła do Hebron. Od tej bramy trzeba było obejść naokoło miasta ku wschodowi, gdy się chciało dostać w okolicę groty, która się stykała z doliną pasterską, a z której wchodziło się w tę okolicę, omijając zupełnie Betlejem. Grota i obok leżące jaskinie należały także do pasterzy, którzy już od dawna używali ich dla zapędzania bydła i składania sprzętów, a nikt z Betlejem nie utrzymywał z nimi stosunków, jako też nie było żadnej drogi ani ścieżki. Józef, którego dom rodzinny był w stronie południowej, obcował już jako dziecko tu z pasterzami, ukrywał się przed braćmi i spędzał czas na modlitwie.


219

Gdy pasterze z Jezusem przyszli do groty, była już zupełnie zmieniona. Przerobili ją, jako miejsce święte, na modlitewnik. Ponieważ zaś nikomu nie było dozwolone na świętej ziemi stanąć, dlatego zrobili naokoło żłóbka chodnik, który otoczyli kratami i w ten sposób grotę rozszerzyli. Z tego chodnika prowadziły wejścia do celek, znajdujących się w skałach, podobnie jak w klasztorze. Ściany i posadzka były pokryte dywanami od królów; były one pstre i po największej części wyszyte były na nich piramidy (prawdopodobnie różnobarwne trójkąty, zwykle przez Żydów używane ozdoby na ściany, o których wspominałam, mówiąc o modlitewniku Maryi przy świątyni). Oprócz tego poprowadzili z chodnika otaczającego grotę dwoje schodów nad grotę, usunęli z niej całkiem sklepienie, gdzie były skośne otwory, a natomiast umieścili rodzaj kopuły, przez która padało światło z góry. Mogli jednymi schodami wejść na wzgórek i w ten sposób górą przejść do Betlejem. Wszystkie te zmiany porobili przy pomocy zasobów, jakie otrzymali od królów. Kiedy Jezusa tu przyprowadzili, był właśnie początek szabatu, więc w grocie pozapalano lampy. Żłóbek sam stał jeszcze na dawnym miejscu. Jezus pokazał im miejsce, w którym się narodził, czego oni dotąd nie wiedzieli. Miał tu piękną naukę, poczym święcili szabat. Powiedział im, że miejsce to przedtem już przeznaczył Ojciec niebieski, gdy Maryja była poczętą; wiedziałam również o różnych ważniejszych zdarzeniach Starego Testamentu, które się wydarzyły na tym miejscu. Był tu także Abraham i Jakub. Tu porodziła Ewa po siedmioletniej pokucie Seta, jako dziecka obietnicy; tu oznajmił Anioł Ewie, iż tego syna dał jej Bóg w miejsce Abla, i tu, jako też w jaskini ssania, późniejszym grobowcu mamki Marahy, długo był ukrywany i karmiony, albowiem bracia jego czyhali aby go zdradzić, jak synowie Jakuba Józefa. Pasterze zaprowadzili również Jezusa do sąsiedniej groty, gdzie święta Rodzina przez pewien czas mieszkała. Źródło, jakie tam wytrysło przy narodzeniu Chrystusa Pana, pięknie ogrodzili i używali wody z niego w chorobach. Jezus kazał wziąć tej wody ze sobą. Następnie odwiedzał pojedynczo mieszkania pasterskie. Saturnin ochrzcił wielu starców, którzy nie byli w stanie pójść do Jana, aby przyjąć chrzest. Zmieszano wodę, którą się Jan posługiwał przy chrzcie Chrystusa, z wodą ze źródła obok groty. Przy chrzcie z rąk Jana wyznawano ogólnie grzechy, przy chrzcie zaś Jezusa wyznawali grzechy pojedynczo, żałowali i otrzymywali odpuszczenie. Starcy klękali, a ciało mieli odsłonięte aż po piersi. Przed nimi stała wielka miednica, nad którą schylali głowę i przyjmowali chrzest. Przy tym chrzcie, podobnie jak i przy formułce, jakiej używał Jan przy Chrzcie Jezusowym, wymieniano imię Jehowy i daru trzech przymiotów, ale i słowo w imię posłanego.

Jezus zwiedza gospody, gdzie odpoczywała święta Rodzina w ucieczce do Egiptu.

Noce spędzał Jezus samotnie na modlitwie. Gdy opuścił pasterzy, rzekł do uczniów: „że teraz chce iść jeszcze do ludzi, którzy swego czasu przyjęli Go z Rodzicami w czasie ucieczki, i że tam chce leczyć chorych i nawrócić pewnego grzesznika. Żaden krok jego św. Rodziców nie pozostanie bez błogosławieństwa. Wszystkich, którzy ich wówczas przyjęli gościnnie i okazali im miłość, odszuka teraz i poprowadzi do zbawienia. Każde dobrodziejstwo i miłosierdzie, teraz jak i przedtem, będzie miało udział w zbawieniu wiekuistym i do niego się przyczyni; podobnie jak On teraz odwiedza wszystkich, którzy wówczas Jemu i Jego bliskim okazali miłość, tak Jego Ojciec niebieski będzie pamiętał o wszystkich, którzy


220

miłość i dobrodziejstwo wyświadczą najmniejszemu z Jego braci." Kazał się zejść uczniom Swoim na pewnym miejscu przy mieście i górach Efraim, gdzie Go mieli oczekiwać. Jezus szedł teraz samotnie nad granicą obszaru Heroda ku pustyni przy Anim albo Engannim o kilka godzin od Morza martwego, przez okolicę dziką, jednak dosyć urodzajną. Było tu wiele pasących się wielbłądów, chodzących po czterdzieści w różnych ogrodzeniach. Jezus szedł do gospody, która tu była dla ludzi udających się w pustynię. Wiele chat i szop stało tu jedna po drugiej a ludzie ci mieli także wiele wielbłądów. Miejsce to było ostatnią gospodą w obszarze Heroda, podczas ucieczki do Egiptu, a ludzie, chociaż są złego usposobienia, i trudnią się najpewniej także kradzieżą, jednakowoż uprzejmie przyjęli świętą Rodzinę. Również w poliskim miasteczku mieszkało wielu nie porządnych ludzi, którzy od czasu wojen tu się osiedlili. Jezus udał się do pewnego domu i żądał przyjęcia. Właściciel domu nazywał się Ruben, liczył około lat 50, a mieszkał tu już w czasie ucieczki do Egiptu. Gdy Jezus przemówił do niego i nań spojrzał, wstąpił jakby promień w jego serce. Słowa Jezusa i pozdrowienie były jakby błogosławieństwem, przemówił więc wzruszony: „Panie, zdaje mi się, jakoby kraj obiecany wraz z Tobą wszedł do domu mego." Jezus odrzekł mu, jeżeli wierzy w obietnicę, a wypełnienia od siebie nie odrzuca, to może mieć udział w kraju obiecanym. Później rozmawiał o dobrych uczynkach i ich skutkach, i że przyszedł do niego, aby mu zbawienie zwiastować, ponieważ Matka Jego i opiekun w domu tym przed 30 laty znaleźli gościnne przyjęcie podczas ucieczki. Tak jak ten czyn, odniesie każdy, czy dobry, czy zły, swój owoc. Wtedy rzucił się mąż, całkiem wzruszony, na ziemię i rzekł: „Panie, skądże to mnie biednemu i nikczemnemu człowiekowi, iż Ty wstępujesz w me progi?" Jezus wyjaśnił mu, iż przychodzi nawracać i oczyszczać grzeszników. Mężczyzna mówił ciągle o swej nikczemności, i że oni wszyscy tu są niegodnym i zepsutym plemieniem. Opowiadał również, że jego wnuki są chore i mizerne, a Jezus mu powiedział, iż jeśli w Niego uwierzy i da się ochrzcić, to On przywróci wnukom zdrowie. Potem umył Jezusowi nogi i dał Mu się posilić tym, co miał. Gdy się tu zeszli sąsiedzi, opowiedział im, kim jest Jezus i co mu przyobiecał. Był także przy tym krewny, imieniem Issachar. Zaprowadził również Jezusa do chorych wnuków, którzy byli jużto trędowaci, jużto kulawi i pozarastani. Poszedł także Jezus do niewiast chorych i cierpiących na krwotok. Dzieciom kazał wstać, i wstały uzdrowione. Rozkazał przygotować kąpiel. Postawili wielkie naczynie z wodą pod namiotem, a Jezus wlał z flaszki trochę wody z Jordanu, która służyła do chrztu, i pobłogosławił ją. Dwie takie flaszki nosił z boku pod suknią przepasaną rzemieniem. Ludzie musieli się w niej obmyć, i wychodzili zdrowi, dziękując Panu. Sam ich nie chrzcił, lecz obmywali się; był to jakoby chrzest w nagłej potrzebie; wzywał ich jednak, aby zażądali chrztu w Jordanie. Gdy się Go pytali, czy Jordan ma taką szczególniejsza moc, odpowiedział im: Ojciec niebieski wymierzył drogę Jordanu, przeznaczył i zbudował wszystkie święte miejsca tego kraju, zanim jeszcze tu ludzie byli, owszem nim był kraj i Jordan. Mówił dziwne rzeczy o tym; rozmawiał także o małżeństwie z niewiastami, zalecając im karność i wstrzemięźliwość, i przedstawiał upośledzenie tutejszych ludzi i nędzę dzieci jako skutek nieprawidłowych stadeł w tej okolicy; mówił, iż rodzice przyczyniają się do upośledzenia dzieci, że to zło da się usunąć przez pokutę i zadośćuczynienie, jako też o odrodzeniu przez chrzest. Następnie opowiadał o wszystkim, co wyświadczyli świętej Rodzinie podczas ucieczki, i nauczał na miejscach, gdzie św. Rodzina jadła i spoczywała. Mieli ze sobą w czasie ucieczki osła i oślicę. Wskazywał im na wszystkie ówczesne


221

czynności, jako obrazy ich teraźniejszego przejścia z grzechu do zbawienia. Przygotowali Panu ucztę, jaką tylko mogli; był tam pewien rodzaj gęstego mleka, przy tym biały ser, miód, małe chleby pieczone w popiele, także winogrona i ptaki. W towarzystwie kilku z tych mężów wracał Jezus inną drogą z Anim i przyszedł, pod wieczór do miejscowości, która leżała po obu stronach góry, wśród której była dzika dolina z głębokimi jarami. Miejscowość i góra nazywała się Efraim czyli Efron. Góry rozciągały się w kierunku Gazy. Jezus przyszedł przez okolicę Hebronu. Z drogi, którą Jezus szedł, widać było w dość sporej głości podupadła miejscowość z wieżą, której nazwa podobnie brzmiała jak Malaga. (Prawdopodobnie Molada, którą Józef Flawiusz 18, 7, 2. nazywa Malatha). Tutaj w okręgu godziny był gaj Mambre, gdzie Aniołowie przynieśli Abrahamowi obietnicę Izaaka. Również niezbyt daleko była podwójna jaskinia, którą Abraham od Hetejczyka Efron był kupił, i gdzie był jego grobowiec, jak również miejsce walki Dawida z Goliatem. Jezus, którego towarzysze znowu wrócili do domu, obszedł jedną stronę miasta, z obu stron góry położonego, i spotkał się z uczniami Swymi, którym tę okolicę przeznaczył, na drodze w dzikiej dolinie. Wychodząc z tego wąwozu, poprowadził ich do jaskini, której położenie było zupełnie dzikie i niedostępne, ale za to była bardzo przestronna. Tutaj przepędzili noc. Był tu szósty spoczynek św. Rodziny podczas ucieczki do Egiptu. Jezus opowiadał o tym uczniom, którzy pocierając szybko jeden kawałek drzewa o drugi, rozniecili ogień. Pouczał ich o świętości tego miejsca. Tutaj również często wśród modlitwy przebywał jakiś prorok, zdaje mi się, Samuel. Dawid strzegł w tej okolicy owiec swego ojca, modlił się w tej jaskini i otrzymywał rozkazy od Boga przez Anioła; tutaj również wśród modlitwy otrzymał polecenie zabicia Goliata. Święta Rodzina przybyła tu podczas ucieczki wielce strudzona, a Najświętsza Panna była bardzo smutna i płakała. Cierpieli niedostatek, albowiem uciekali bocznymi drogami i omijali wszystkie wielkie miasta i publiczne gospody. Spoczywali tu przez cały dzień. Dla ich pokrzepienia zdarzyło się kilka cudów. W grocie wytrysło źródło, przyszła także dzika koza i pozwoliła się doić. Jezus mówił do uczniów o wielkich trudach, które czekają ich i wszystkich, którzy za Nim pójdą i o niewygodach, których doznała tutaj Jego Matka najświętsza i On, również o miłosierdziu Jego Ojca niebieskiego i o świętości tego miejsca. Mówił im także, że tutaj niegdyś będzie wybudowany kościół, i pobłogosławił jaskinię, jakoby ją poświęcał. Spożyli tutaj kilka owoców i małych chlebów, które uczniowie mieli ze sobą.

Jezus udaje się ku Masfa, do jednego z krewnych św. Józefa

Gdy Jezus i uczniowie opuścili jaskinię, udali się w kierunku Betlejem i wstąpili z tamtej strony Efronu do pewnej gospody, położonej obok domów osobno stojących, gdzie się pokrzepili i umyli nogi. Ludzie tutejsi byli dobrzy i ciekawi. Jezus nauczał o pokucie i zbliżaniu się zbawienia i o naśladowaniu. Pytali się też Jezusa, dlaczego to Jego Matka odbyła tak daleką drogę z Nazaretu do Betlejem, mogąc w domu mieć wszelką wygodę. Wtedy mówił Jezus, że według obietnic miał się narodzić w ubóstwie w Betlejem pomiędzy pasterzami, jako pasterz, który ma zgromadzić trzodę, i dlatego teraz, kiedy Ojciec Jego niebieski już dał o nim świadectwo, idzie najpierw przez te okolice pasterskie. Stąd szedł ku południowej stronie Betlejem, które było odległe o parę godzin, przeszedł część doliny pasterskiej, szedł po zachodniej stronie od Betlejem i


222

pozostawił na prawo dom rodziców Józefa. Pod wieczór przybył do małego obecnie miasta Masfy, które jest oddalone od Betlejem o kilka godzin. Masfę można było z daleka widzieć. Ognie płonęły w żelaznych koszach na gościńcach około miasta, które było otoczone murem i posiadało wieże, a wiele dróg tędy przechodziło. Miasto to było przez długi czas głównym miejscem dla modlitwy. Judas Machabejczyk*) odprawił tu wielkie nabożeństwo przed bitwą, przedłożył Bogu różne haniebne edykty nieprzyjaciół i Jego obietnice, jako też objaśnił ludowi znaczenie szat kapłańskich. Potom zjawiło się im przed miastem pięciu Aniołów, którzy im przyobiecali zwycięstwo. Tu zebrał się także Izrael do walki przeciw pokoleniu Beniamin, z powodu znieważenia i zabicia żony pewnego podróżującego Lewity. Zhańbienie to wydarzyło się przy pewnym drzewie; miejsce to było jeszcze teraz otoczone murem i nikt się doń nie zbliżał. Samuel odbywał w Masfa także sądy i tu też był klasztor Esseńczyków, w którym mieszkał Manahem, który Herodowi jako chłopcu przepowiedział tron królewski. Zbudował go Esseńczyk Chariot. Żył on blisko 100 lat przed Chrystusem; pochodził z okolicy Jerycha i był żonaty; rozłączył się jednak z żoną i oboje, on dla mężczyzn, ona dla niewiast, założyli stowarzyszenia Esseńczyków. Oprócz tego założył inny klasztor niedaleko Betlejem, w którym umarł. Był tak świątobliwym mężem, że przy śmierci Chrystusa najpierw powstał z grobu i ukazał się. Tu w Masfa było bardzo wiele gospód, a ludzie zaraz wiedzieli, gdy jaki cudzoziemiec zawitał. Zaledwie Jezus przyszedł do gospody, a już było wiele ludzi koło niego. Zaprowadzono go również do synagogi, gdzie wykładał Zakon. Byli i tu podsłuchiwacze, którzy nie bardzo byli z tego zadowoleni. Ci chcieli podstępnie wybadać Jezusa, czy prawdą jest, co słyszeli, że chce i pogan wprowadzić do królestwa Bożego, i jak się przy pasterzach wyrażał o trzech królach. Jezus jednak nauczał bardzo ostro i mówił: czas obietnicy wypełnił się, wszyscy, którzy znowu odrodzą się we chrzcie i uwierzą w tego, którego posłał Ojciec, staną się uczestnikami królestwa, a ci, którzy pójdą za nimi, odziedziczą królestwo; od Żydów zaś, którzy nie uwierzą, odwróci się obietnica, a przejdzie do pogan. Nie mogę się dobrze wyrazić, lecz mówił, że wie, iż tylko czyhają, by Go pochwycić i polecił im udać się do Jerozolimy i tę Jego naukę ogłaszać. Jezus mówił także o Judzie Machabeuszu, i o innych zdarzeniach, które tu zaszły, a oni mówili o wspaniałości świątyni i pierwszeństwie żydów przed poganami. On im zaś wykładał, że cel wybranego ludu i jego świątyni wypełnił się; ten bowiem, którego Pan obiecał przez proroków, przyszedł, aby założyć królestwo i świątynię Ojca niebieskiego. Po tej nauce opuścił Jezus Masfę i udał się mniej więcej godzinę drogi na wschód. Minąwszy rzędy domów, przybył do osobnej zagrody, do krewnych Józefa. Ojciec Józefa przez powtórne ożenienie się z pewną wdową, miał przyrodniego syna, który się tu osiedlił, a potomkowie jego właśnie tę zagrodę zamieszkiwali. Mieli dzieci, byli ochrzczeni i przyjęli Jezusa uprzejmie i z pokorą; przyszło tu nadto wielu sąsiadów. Jezus nauczał i jadł też u nich. Po uczcie szedł z dwoma mężczyznami, Aminadabem i Manassem. Ci Go pytali, czy zna ich stosunki i czy zaraz mają pójść za Nim. Jezus odpowiedział im, że nie, ale aby byli Jego tajnymi uczniami; uklękli, a Jezus ich pobłogosławił. Przed Jego śmiercią jednak przeszli do publicznych uczniów Jezusa. Jezus tu przenocował.

Jezus w przedostatniej gospodzie Maryi w Jej podróży do Betlejem

Stąd udał się Jezus ze Swoimi uczniami o kilka godzin dalej ku dworowi, który był przedostatnią gospodą Maryi przed Betlejem, oddalonym stąd może jakie cztery


223

godziny. Z zabudowań wyszli Mu naprzeciw mężczyźni, i upadli przed nim na kolana, zapraszając Go do siebie. Przyjęto Go tu bardzo uprzejmie. Ludzie ci chodzili prawie codziennie na naukę Jana i znali cudowne skutki jego chrztu. Przyrządzono Mu ucztę a nawet ciepłą kąpiel, jako też wyborne posłanie. Jezus nauczał tu. Niewiasta, która przed trzydziestu laty przyjmowała świętą Rodzinę, jeszcze żyła. Mieszkała sama w głównym budynku, obok mieszkały dzieci, i posyłały jej pożywienie. Gdy się Jezus obmył, udał się także do owej niewiasty. Nie widziała już nic i od kilku lat całkiem była pochylona. Jezus rozmawiał z nią o miłosierdziu i gościnności, o nie wypełnianiu dobrych uczynków, o samolubstwie, i przedstawił teraźniejszą jej nędzę, jako karę za to. Niewiastę bardzo to wzruszyło, wyznała swoje grzechy, a Jezus ją uzdrowił. Kazał jej wejść do wody, w której się On obmył, przez co odzyskała wzrok, prostą postawę i zdrowie. Jezus jednak zakazał jej komukolwiek o tym mówić. Pytano tu Jezusa z prostotą: który też jest większym, On czy Jan? Jezus odpowiedział im: „Ten, o którym Jan daje świadectwo." Mówili nadto o męstwie i gorliwości Jana, i o pięknej postaci Jezusa. Jezus odpowiedział im iż po kilku miesiącach nie ujrzą żadnej postaci w Nim, ani Go nie poznają, tak się Jego ciało zmieni. Mówił o męstwie i gorliwości Jana, jako takiego, który puka do domu śpiących, zwiastując przybycie Pana, jako takiego, który przez pustynię toruje drogę, aby nią mógł iść król, jako o strumieniu, który oczyszcza koryto rzeki.

Oto Baranek Boży

Nazajutrz z brzaskiem dnia wyruszył Jezus z uczniami i tłumem ludzi, zgromadzonym koło Niego, ku Jordanowi oddalonemu stąd mniej więcej o trzy godziny drogi. — Jordan płynie tu mniej więcej pół godziny szeroką, po obu stronach rzeki wznoszącą się doliną. Pamiątkowy kamień arki przymierza w oddzielnym miejscu, w którym niedawno obchodzono uroczystość, leżał od miejsca chrztu Jana o godzinę drogi, w kierunku prostym ku Jeruzalem. Chata zaś Jana przy dwunastu kamieniach, położona była w kierunku Betabary, więcej na północ niż powyższy kamień, a mianowicie o pół godziny drogi od miejsca chrztu w kierunku Gilgal. Gilgal zaś leżało na zachodniej stronie wyżyny, która w tym miejscu znowu się zniża. Ze stawu, gdzie Jan chrzcił, rozlegał się piękny widok, na wznoszące się lekko urodzajne brzegi Jordanu.Najpiękniejsza okolica rozciągała się nad morzem Galilejskim. Roślinność była tam nadzwyczaj bujna i widać było mnóstwo drzew owocowych. Bliżej stawu i w okolicy Betlejem uprawiano głównie zboże, owoce, czosnek, ogórki, a na łąkach wypasają bydło. Minąwszy kamień arki przymierza, przechodził Jezus wczesnym rankiem o kwadrans drogi od chaty Jana, który właśnie nauczał lud. Można stąd było widzieć Jana i nawzajem Jan mógł widzieć Jezusa, ale tylko przez parę minut, gdy Jezus przechodził bardzo krótką przestrzeń wąwozem doliny. Jan jednak, napełniony Duchem św. wskazał palcem na Jezusa, wołając: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!" Jezus przechodził właśnie, a przed Nim i za Nim rozproszeni uczniowie Gromada ludzi, którzy się na ostatku przyłączyli do Niego, szła na samym końcu. Ludzie otaczający Jana, słysząc jego słowa, pobiegli w stronę ku Jezusowi, lecz Ten już przeszedł i znikł im z oczu. Nie mogąc więc już z Nim rozmawiać, słali Jezusowi z oddalenia swe uwielbienie. Powróciwszy do Jana, rzekli mu: „Wielka liczba ludzi idzie z Jezusem. Słyszeliśmy także, że uczniowie Jego chrzczą nawet. Co to z tego będzie?" Jan powtórzył im jeszcze raz, że wkrótce ustąpi swego miejsca Jezusowi, gdyż jest tylko


224

przesłańcem i sługą Jezusa. Nie bardzo podobały się te słowa uczniom jego, którzy teraz może i zazdrościli nieco uczniom Jezusa. Jezus zwrócił się teraz w kierunku północno zachodnim, pozostawił Jerycho na prawo i udał się do Gilgal oddalonego o dwie godziny drogi od Jerycho. Po drodze wstępował gdzie niegdzie. Dzieci, spotykane po drodze, towarzyszyły Mu, śpiewając pieśni na Jego cześć, lub też biegły do domów, aby zawołać rodziców.

Jezus w Gilgal, Dibon, Sukkot, Aminie i Betanii

Nazwę Gilgal nosi w obszerniejszym znaczeniu całe pole, wyżej położone nad doliną Jordanu, mające pięć godzin drogi obwodu. Ze wszech stron otoczone jest strumieniami, spływającymi do Jordanu. W ściślejszym znaczeniu miejscowość Gilgal, do której Jezus się zbliżał przed wieczorem, ciągnęło się mniej więcej godzinę drogi w stronę, gdzie przebywał Jan Chrzciciel. Domy stały w pewnym oddaleniu od siebie, otoczone pięknymi ogrodami. Zbliżywszy się do miasta, udał się Jezus najpierw na odosobnione święte miejsce, gdzie prowadzono zwykle proroków i wielkich nauczycieli. Miejsce to było to samo, gdzie niegdyś Jozue wyjawił Izraelitom tajemnicę, którą Mojżesz przed śmiercią powierzył jemu i Eliezerowi, a mianowicie sześć przekleństw i sześć błogosławieństw. Niedaleko stąd znajdowało się wzgórze obrzezania, otoczone osobnym murem. Przy tej sposobności ujrzałam obraz śmierci Mojżesza, Umarł on na małym, stromym pagórku, położonym w głębi gór, Nebo, między Arabią a Moab. Obóz Izraelitów rozłożony był dokoła w pewnym oddaleniu, i tylko kilka placówek stało bliżej w dolinie, otaczającej pagórek, który był obrosły jakby bluszczem, małymi strzępiastymi krzakami, podobnymi do jałowcu. Pagórek był tak stromy, że Mojżesz musiał chwytać się krzaków, aby się dostać na wierzch. Poszli z nim Jozue i Eliezer. Mojżesz miał tam widzenie, zakryte oczom towarzyszów. Następnie oddał Jozuemu pismo, zawierające sześć przekleństw i sześć błogosławieństw, z poleceniem, aby je ogłosił ludowi dopiero w ziemi obiecanej. Potem pożegnał ich uściskiem, kazał im odejść i nie oglądać się; sam zaś ukląkł, wyciągnąwszy ręce w górę, i po chwili padł martwy na ziemię. W tej chwili rozstąpiła się pod nim ziemia i przyjęła go w swe łono. Przy przemienieniu się Jezusa na górze Tabor, z tej strony pojawił się Mojżesz. Sześć przekleństw i sześć błogosławieństw ogłosił później Jozue ludowi. W Gilgal oczekiwali Jezusa Jego przyjaciele, Łazarz, Józef z Arymatei, Obed, syn wdowy z Nazaretu i wielu innych. Zaprowadziwszy Go do gospody, umyli Panu i towarzyszom Jego nogi i podali im posiłek. Nad wysokim, w kształcie tarczy spadającym brzegiem jednej z odnóg rzecznych, było urządzone miejsce do oczyszczania się i do kąpieli. Nad nim rozpięty był dach płócienny, a w koło były altany obsadzone drzewami. Tu nauczał Jezus w wobec licznie zebranych mieszkańców tutejszych, jako też gromad ludzi, dążących do Jana, aby chrzest przyjąć. Saturnin i dwóch innych uczniów, którzy od Jana towarzyszyli Jezusowi, chrzcili, a Jezus nauczał o Duchu świętym, o darach Jego i o znakach, po jakich poznać można, czy się Go otrzymało. Przy chrzcie Jana była tylko ogólna zachęta do pokuty, ogólne wyznanie winy i przyobiecanie poprawy; przy chrzcie Jezusa nie wystarczało ogólne wyznanie win, każdy musiał pojedynczo oskarżać się i wyznawać swe grzechy główne. Jezus napominał każdego, i nieraz, aby skruszyć zatwardziałego grzesznika, który przez fałszywy wstyd i dumę wahał się wyznać swe grzechy, wbrew wypowiadał najtajniejsze jego winy. Nauczał tu Jezus także o przejściu przez Jordan i o obrzezaniu, które się tutaj


225

odbyło; objaśniał zebranym, dla czego się też tutaj chrzest odbywa, i że odtąd przezeń mają być obrzezani na sercu, jako też o spełnieniu obietnic Zakonu. Przy chrzcie nie wchodzili już ludzie do wody, tylko pochylali się nad nią. Uczniowie nie mieli do chrzczenia takiej czary z trzema żłóbkami, jak Jan, tylko trzykrotnie czerpali wodę ręką ze stojącego naczynia. Nie wkładano też ochrzczonym koszuli, lecz okrywano tylko plecy białą chustą. Ochrzczeni, w liczbie około trzydziestu, byli bardzo wzruszeni i uradowani i jak przyznawali — czuli to dobrze, że Duch św. zstąpił na nich. Po nauce udał się Jezus na szabat do synagogi w Gilgal, wśród wysławiania przez tłumy ludu, w drodze Mu towarzyszące. Synagoga leżała we wschodniej dzielnicy miasta. Był to budynek starożytny, obszerny, w kształcie podłużnego czworoboku ściętego na rogach. Podzielony był na trzy piętra, a w każdym mieściła się szkoła. Dokoła każdego piętra biegła galeria, na którą wychodziło się po schodach, umieszczonych z zewnątrz. W górze w ściętych rogach budynku były zrobione nyże, z których daleko i szeroko widzieć było można. Po obu bokach synagogi była wolna przestrzeń i tu urządzone były małe ogródki. Z przodu dobudowany był przedsionek z siedzeniem, przeznaczonym dla nauczającego, podobnie jak w świątyni jerozolimskiej. Był także dziedziniec, gdzie słał ołtarz pod gołym niebem, na którym niegdyś składano ofiary. Dla niewiast i dzieci urządzone były osobne kryte miejsca. W całym urządzeniu znać było ślady podobieństwa do świątyni jerozolimskiej, także i to, że tu stała niegdyś arka przymierza i że tu składano ofiary. W sali na dole, urządzonej piękniej niż dwie inne, stał w jednym końcu, gdzie się w świątyni „Miejsce najświętsze" znajdowało, filar ośmiokątny, opatrzony dokoła półkami, pełnymi zwojów pisma. Dołem biegł dokoła słupa okrągły stół, a spodem było sklepienie; tu stała niegdyś arka przymierza. Słup wyciosany był z pięknego białego kamienia. W tej sali nauczał Jezus wobec zgromadzonego tłumu ludu, kapłanów i uczonych. Między innymi powiedział im: iż tu najpierw założone zostało obiecane państwo, a jednak później tak dalece oddano się obrzydliwym zabobonom pogańskim, że zaledwie siedmiu sprawiedliwych można było w mieście znaleźć. Niniwa była pięć razy większą i było w niej pięciu sprawiedliwych. Bóg zachował miasto Gilgal od zatraty; nie powinni więc teraz odrzucać posła, przybywającego według danej obietnicy. Mają czynić pokutę i odrodzić się przez chrzest. Mówiąc to, otwierał Jezus umieszczone przed kolumną pisma, czytał z nich i objaśniał. Następnie nauczał Jezus młodzieńców na drugim piętrze, a na trzecim chłopców. Zeszedłszy, nauczał jeszcze w przedsionku niewiasty i dziewice. Nauczał o wstydliwości i obyczajności, o poskramianiu ciekawości, o skromności w ubiorze, zalecał zasłanianie włosów i nakrywanie głowy w świątyni i szkole. Przypominał, że na miejscach świętych obecnym jest Bóg i aniołowie, i że ci ostatni zakrywają przed Nim swe oblicza. Mówił, że w świątyni i szkole jest wielu aniołów obecnych między ludźmi i tłumaczył im, dlaczego kobiety powinny zakrywać głowę i włosy. Z dziećmi obchodził się Jezus bardzo serdecznie. Błogosławił je i brał na ręce; toteż lgnęły one do Niego całym sercem. W ogóle cieszono się bardzo Jego obecnością, a gdy wychodził ze szkoły, wołały za Nim tłumy: „Spełnia się obietnica, dana ojcom naszym. Oby tylko została przy nas na zawsze!" Po nauce chcieli ludzie przynieść do Niego chorych, lecz Jezus odmówił, mówiąc, że nic jest tu miejsce i czas po temu; musi odejść stąd, gdyż jest gdzie indziej powołanym. Łazarz i przyjaciele z Jerozolimy wrócili z powrotem do domu, a Jezus kazał przez nich powiedzieć Najświętszej Pannie, gdzie się z Nią jeszcze zobaczy, zanim pójdzie na pustynię. „Rada jerozolimska" odbyła znowu walną naradę co do Jezusa. Mieli oni wszędzie


226

przekupionych ludzi, którzy donosili im o każdym kroku Jezusa. „Rada jerozolimska'' składała się z 71 kapłanów i uczonych; jednak zwyczajnie urzędował tylko wydział, złożony z dwudziestu członków, z których znowu po pięciu wspólnie naradzali się i rozprawiali. Zbadawszy księgi rodowodów, przekonali się i nie mogli zaprzeczyć, że rzeczywiście Józef i Maryja pochodzą z pokolenia Dawidowego, a matka Maryi z pokolenia Aarona; tłumaczyli sobie jednak, że ród ten wiele już stracił na znaczeniu, a sam Jezus plami Swą godność, włócząc się z jakimś motłochem, przestając z celnikami i poganami i schlebiając niewolnikom. Wiedzieli już o tym, że Jezus niedawno w okolicy Betlejem rozmawiał poufnie z Symechitami, wracającymi z roboty do domu, i mniemali, że na czole motłochu chce wywołać rokosz w kraju. Niektórzy obstawali przy tym, że Jezus jest może podrzuconym dzieckiem i że zechce kiedy wystąpić jako syn królewski. Musiał gdzieś pobierać tajemne nauki, zapewne od diabła, gdyż lubi przebywać w odosobnieniu, a nocą często wychodzi na pustynię, lub na wzgórki. Wszystko to już zbadali. Wśród tych dwudziestu było kilku, którzy znali bliżej Jezusa i Jego stronników, i ci byli potajemnie Jego przyjaciółmi. Nie sprzeciwiali się jednak drugim, aby móc pomagać Jezusowi i uczniom, donosząc im o tym, co się działo w „Radzie." Wreszcie ogłoszono w Jerozolimie z wydziału „Rady" wysoki wyrok, jak zwyczajnie nazywano ich uchwały, że „Jezus musi pobierać nauki od diabła." Uczniowie Jana donieśli mu o chrzcie w Gilgal, przedstawiając mu to, jako wdzieranie się w jego prawa. Jan nauczał ich znowu z najgłębszą pokorą, że jest tylko przesłańcem Pana, któremu przygotowuje drogę, i że w krotce ustąpi Mu miejsca. Mowy tej jednak uczniowie dobrze nie zrozumieli. Wyszedłszy z Gilgal z dwudziestu towarzyszami, poszedł Jezus ku Jordanowi, przez który tratwą przeprawili się na drugą stronę. Na tratwie umieszczone były w koło ławki, w środku zaś stało kilka wielkich koryt, w które wstawiano zwykle wielbłądy, aby podczas przeprawy, przez szpary pomiędzy belkami, nie wpadły nogami do wody. Można tam było wstawić trzy wielbłądy. Obecnie nic było nikogo na tratwie oprócz Jezusa i uczniów. Ponieważ to było wieczorom, więc świecono pochodniami. Jezus zaczął opowiadać uczniom przypowieść o siewcy, lecz skończył ją dopiero dnia następnego. Przeprawa trwała dobry kwadrans, gdyż rzeka płynęła w tym miejscu bardzo bystro. Chcąc dopłynąć do miejsca, które mieli na celu, trzeba było naprzód płynąć kawał drogi w górę i stamtąd dopiero z prądem na skoś, przepływać. Dziwna to rzeka ten Jordan. W niektórych miejscach są brzegi tak strome, że o przeprawie przez wodę wcale nie może być mowy, ponieważ nie można dojść do wody; skręca się nagle i zdaje się wprost płynąć do jakiejś miejscowości, lecz tuż za nią znowu gdzie indziej zwraca swój bieg. Miejscami dno jest skaliste, poszarpane, i tworzy mnóstwo raf i wysepek. Woda jest raz mętna, to znów przejrzysta, stosownie do właściwości gruntu, po jakim płynie. Gdzieniegdzie są i wodospady. Woda jest miękka i letnia. Wylądowano przy mieszkaniach celników. Tędy prowadził w dolinę gościniec z okolicy Kedar. Jezus zamieszkał u celników ochrzczonych już przez Jana. Wielu z towarzyszów Jezusa dziwiło to poufałe obcowanie Jezusa z ludźmi, powszechnie pogardzanymi, i trwożliwie trzymali się z dala. Jezus jednak i uczniowie uczniowie nie zważali na to, i nocowali tu, z pokorą przez celników ugoszczeni. Domy celników stały w dolinie przy drodze, tuż nad Jordanem; nieco dalej były gospody dla kupców i stajnie dla wielbłądów. Obecnie było tu rojno i gwarno, gdyż z powodu nadchodzącego święta kuczek nic wolno było kupcom dalej podróżować. Wprawdzie byli to po największej części poganie, lecz pod tym względem musieli trzymać się przepisów zakonnych i przestrzegać wypoczynku świątecznego. Celnicy pytali Jezusa, co mają teraz począć ze źle nabytym mieniem. Jezus


227

polecił im oddać je do świątyni, lecz przez świątynię rozumiał przenośnie Swój przyszły kościół. Mówił, że za te pieniądze należy kupić rolę koło Jeruzalem dla biednych wdów i tłumaczył im, dlaczego właśnie rolę, a nie co innego. Wszystko to miało związek ścisły z opowiadaniem przypowieści o siewcy. Na drugi dzień chodził Jezus z uczniami po nadbrzeżnej okolicy, mówiąc dalej przy powieść o siewcy i o przyszłym żniwie, a wybrał tę właśnie przypowieść z okazji nadchodzącego święta kuczek, które jest także świętem zbiorów wina i owoców. Rozstawszy się z celnikami, wyruszył Jezus dalej drogą, wiodącą przez dolinę. Po obu stronach drogi na otaczających wzgórzach stały długiem pasmem domy, to wyżej, to niżej, we wszystkich zaś obchodzono święto kuczek. Domy te były zapewne przedmieściem miasta Dibon, do którego wiodła ta droga. Przy domach wybudowane były chatki zielone z gałęzi drzew, zdobne w bukiety, różne owoce i winogrona. Kuczki i osobne chatki dla kobiet leżały po jednej stronie drogi, po drugiej zaś były komory, w których bito zwierzynę na święta. Potrawy przenoszono przez drogę. Od jednej kuczki do drugiej snuły się wśród muzyki i śpiewu gromadki dzieci, przystrojonych w wieńce. Do grania miały trojakie instrumenty: trójkątne z krążkami, które dzwoniły, drugie również w kształcie trójkąta, opatrzonego strunami, i instrument dęty o licznych kręconych piszczałkach. Po drodze Jezus nauczał. Gdzieniegdzie podawano Jemu i uczniom posiłek, np. winogrona, wiszące na kijach, a które zawsze dwóch niosło. Minąwszy wszystkie domy, zaszedł Jezus do gospody, leżącej niedaleko wielkiej, pięknej synagogi. Synagoga ta należała do Dibon, ale leżała poza obrębem miasta od strony wyżej wspomnianych domów. Położona była na równym miejscu w środku drogi, otoczona drzewami. Na drugi dzień nauczał Jezus w synagodze, objaśniając przypowieść o siewcy, mówiąc o chrzcie i bliskości królestwa Bożego. Omawiając święto kuczek i sposób obchodzenia go tutaj, zarzucał ludziom, że do ceremonii swych wmieszali wiele pierwiastka pogańskiego. Pochodziło to stąd, że mieszkali tu jeszcze gdzieniegdzie Moabici, z którymi miejscowi mieszkańcy wchodzili w związki. Wychodząc z synagogi, napotkał Jezus na dziedzińcu wielu chorych, przyniesionych tu na noszach. Zobaczywszy Go, wołali: „Panie! Ty jesteś prorokiem, posłanym od Boga. Wiemy, że możesz nam pomóc. Dopomóż nam, Panie!" Jezus uleczył też wielu. Wieczorem wyprawiono w gospodzie Jemu i uczniom wspaniałą ucztę. W pobliżu obozowało wielu kupców pogańskich i ci przysłuchiwali się,jak Jezus mówił o powołaniu pogan, o gwieździe, która ukazała się w kraju trzech królów, i za której śladem poszli oni, aby odwiedzić nowonarodzone Dziecię i oddać Mu pokłon. Nocą opuścił Jezus to miejsce i wyszedł sam na górę, aby w samotności się modlić, uczniom zaś kazał stawić się następnego ranka na drodze poza miastem Dibon. — Dibon, oddalone o sześć godzin drogi od Gilgal, odznacza się obfitością łąk i źródeł. Mnóstwo tu jest ogrodów i teras, gdyż miasto nie ogranicza sio tylko na dolinę, lecz także zajmuje część gór, wznoszących się po obu stronach doliny. Stąd udał się Jezus do Sukkot i przybył tam nad wieczorem. Zaraz otoczyły Go ogromne tłumy ludu, między nimi wielu chorych. Jezus nauczał w synagodze, a Saturninowi i czterem innym uczniom nakazał chrzcić. Chrzest odbywał się przy studni, zrobionej pod skalistym sklepieniem, z którego można by były widzieć Jordan, gdyby nie zasłaniał widoku wyniosły pagórek. Studnia była tak głęboka, że zasilała się wodą aż z Jordanu. Światło dochodziło z góry przez otwory w sklepieniu. Przed sklepieniem rozciągał się obszerny, pięknie urządzony ogródek z zieleniejącą się murawą, obsadzony drzewkami i krzewami. Leżał tu także kamień pamiątkowy, odnoszący się do odwiedzin Melchizedeka u Abrahama.


228

Jezus nauczał o chrzcie Jana, mówiąc, że jest to chrzest pokuty, który wkrótce ustanie, a zastąpi go chrzest Ducha świętego i odpuszczenia win. Chcący się ochrzcić, wyznawali najpierw ogólnie swe winy, a następnie każdy pojedynczo wyznawał główniejsze grzechy i ułomności. Następnie wkładał na nich ręce na znak rozgrzeszenia. Chrzczeni nie zanurzali się w wodzie, lecz tylko obnażeni do połowy, schylali się nad wielką miednicą, ustawioną na kamieniu pamiątkowym Abrahama, a chrzczący nabierał trzy razy wody i wylewał im na głowę. Zostało tu bardzo wielu ochrzczonych. W Sukkot mieszkał także niegdyś Abraham ze swoją mamka, Maraha. Tu miał posiadłości w trzech miejscach, a przybył dotąd po podziale majętności z Lotem. Melchizedek nie miał już wtenczas ziemskiej majętności w Salem. Pierwszy raz przybył tu do Abrahama, podobnie jak to czynili aniołowie, i kazał mu złożyć potrójna ofiarę, z gołębi, ptaków z długiem i dziobami i innych zwierząt. Zarazem oznajmił mu, że przyjdzie później ofiarować chleb i wino, wskazał mu, o co się ma modlić, i przepowiedział przyszłe losy Sodomy i Lota. W tej okolicy miał także Jakób swoje domostwa. Z Sukkot wyruszył Jezus do miasta, WielkieChorazin zwanego. W pobliżu tego miasta znajdowała się gospoda, do której polecił udać się Swej Matce i świętym niewiastom. Przechodząc przez Gerazę, obchodził tam Jezus szabat, a potem udał się do wspomnianej gospody w pustyni, oddalonej o kilka godzin drogi od jeziora Galilejskiego. Właściciele gospody, mieszkali w pobliżu, sama zaś gospoda zamieniona była na kuczkę świąteczną. Święte niewiasty wynajęły ją już kilka dni przedtem i wszystko przyrządziły. Potrawy sprowadziły z Gerazy. Oprócz innych niewiast obecna była także żona Piotra, a nawet Zuzanna z Jerozolimy. Nie było tylko Weroniki. Jezus rozmawiał długo na osobności z Matką Swą, oznajmiając Jej, że stąd uda się do Betanii, a potem na puszczę. Maryja przejęta była do głębi smutkiem i prosiła Go, aby przynajmniej nie wstępował do Jerozolimy, gdyż słyszała o wysokim wyroku „Rady jerozolimskiej." Nieco później nauczał Jezus na wzgórzu, gdzie urządzone było kamienne siedzenie, zrobione umyślnie dla nauczających. Zgromadziło się dokoła Niego wielu mężczyzn z okolicy i około trzydzieści kobiet. Te ostatnie stały razem, w pewnym oddaleniu od mężczyzn. Po nauce oznajmił towarzyszom, że teraz rozłączy się na pewien czas z nimi, a wtenczas i oni, równie jak niewiasty, niech się rozejdą, dopóki On nie powróci. Mówił także o chrzcie Jana, który wkrótce ustanie i o prześladowaniach, jakie czekają Jego i Jego zwolenników. Opuściwszy gospodę, poszedł Jezus z mniej więcej dwudziestu uczniami i towarzyszami w kierunku południowozachodnim ku miastu Arumie. Idąc dwanaście godzin bez przerwy, doszli do gospody, położonej przed miastem, a wynajętej raz na zawsze dla Jezusa i Jego towarzyszy. Marta urządziła tę gospodę podczas pierwszej swej podróży z świętymi niewiastami do Gerazy. Nadzorcy gospody mieszkali w pobliżu. Koszty ponosili przyjaciele Jezusa z Jerozolimy. Przy odejściu Jezusa radziły Mu niewiasty stanąć w tej gospodzie. Miasto Aruma leży o dziewięć godzin drogi od Jerozolimy, a pięć do sześć od Jerycho. Obok gospody mieli także Esseńczycy swe mieszkania. Dowiedziawszy się o przybyciu Jezusa, przyszli zaraz do Niego, i rozmawiali z Nim, spożywając wspólnie zastawiony posiłek. Potem poszedł Jezus do synagogi, gdzie nauczał o chrzcie Jana; mówił, że jest to tylko chrzest pokuty, przedwstępne oczyszczenie i akt przygotowawczy, jakich wiele jest podobnych w przepisach Zakonu. Jest on jednak różnym od chrztu Tego, którego Jan przepowiada. Nie widziałam też żadnego z ochrzczonych przez Jana, który by prędzej dawał się chrzcić po raz wtóry, jak przy stawie Betesda, i to, już po ukrzyżowaniu Jezusa i po zesłaniu


229

Ducha świętego. — Faryzeusze zapytywali Jezusa o znaki, po których ma się poznawać Mesjasza, a Jezus wyliczył im wszystkie i wytłumaczył. Powstawał także przeciw mieszanym małżeństwom z Samarytanami i poganami. Między innymi słuchał tu nauki Jezusa Judasz Iskariot, późniejszy apostoł. Przybył tu osobno, nie w towarzystwie innych uczniów, i przez dwa dni przysłuchiwał się mowom Jezusa, a potem rozprawiał o tym z faryzeuszami, nieprzychylnymi Jezusowi. Następnie udał się do pobliskiej, mało poważanej miejscowości, i tu wiele naopowiadał jakiemuś poczciwemu człowiekowi o nauce Jezusa. Człowiek ten zaprosił Jezusa do siebie. Jezus przyjął zaproszenie i kiedy przybył do owej miejscowości z uczniami, Judasza już tam nie zastał. Była to nowo powstała osada, mało poważana, gdyż mieszkał tam tylko sam motłoch. W pobliżu był zamek Heroda. Musiało tu się coś stać, co miało związek z Beniamitami, gdyż w pobliżu stało drzewo, otoczone murem, do którego nikt się nie zbliżał. Swego czasu składał tu Abraham i Jakób ofiarę i dotąd udał się także Ezaw gdy się poróżnił z Jakubem z powodu błogosławieństwa. Izaak mieszkał wtenczas koło Sychar. Człowiek, do którego Jezus był zaproszony, nazywał się Jair; należał on do tych Esseńczyków, którym wolno było się żenić. Byt też żonaty i miał kilkoro dzieci. Synowie nazywali się Ammon i Kaleb; córkę później Jezus uleczył w słabości. Nie jest to jednak ów ewangeliczny Jair, lecz potomek Esseńczyka Chariota, który założył klasztory w Betlejem i Masfie i znał dobrze stosunki rodzinne i lata młodzieńcze Jezusa. Obrany był naczelnikiem tej wzgardzonej miejscowości, a to dla znanej jego miłości ku bliźnim. Wspomagał chorych, w oznaczonych dniach nauczał dzieci i nieumiejętnych, ponieważ nie było tu szkoły, ani kapłanów. Pielęgnował także chorych. Słysząc, że Jezus się zbliża, wyszedł z synami naprzeciw Niego i przywitał Go z wielką pokorą. Jezus nauczał tu jak zwykle, o chrzcie Jana jako przygotowawczym chrzcie pokuty, i o zbliżaniu się królestwa Bożego. Następnie udał się z Jairem do chorych i pocieszał ich; nie chciał ich jednak uzdrowić. Za to obiecał, że za cztery miesiące wróci znowu, i wtenczas ich uleczy. W nauce Swej wspominał o zdarzeniach, które tu miały miejsce, jak np. o oddaleniu się Ezawa od swego brata skutkiem gniewu, odnosząc to do występku, który spowodował wzgardę tej miejscowości. Mówił o miłosierdziu Ojca niebieskiego, objawiającym się przez spełnienie się obietnicy dla wszystkich, którzy wierzą w Tego, którego On posłał, dadzą się ochrzcić, i czynić będą pokutę; gdyż pokuta gładzi następstwa złych czynów. Emmerich. Żywot Jezusa Chrystusa. Wieczorem wyruszył Jezus z uczniami ku Betanii, odprowadzony przez Jaira i synów jego do połowy drogi. W gospodzie, znajdującej się w pobliżu Betanii, nauczał Jezus długo uczniów; mówił im o niebezpieczeństwach, jakie czekają Jego i tych, którzy Mu będą towarzyszyli w przyszłym Jego życiu. Powiedział im, że teraz mogą go opuścić i niech się dobrze zastanowią, czy będą mogli w przyszłości wytrwać przy Nim. Do tego miejsca wyszedł Łazarz Jezusowi naprzeciw. Niebawem rozeszli się też uczniowie, oprócz Arama i Temeniego, którzy towarzyszyli Jezusowi aż do Betanii, gdzie wiele przyjaciół z Jerozolimy Jezusa oczekiwało. Były tam także święte niewiasty i Weronika. — Aram i Temeni byli siostrzeńcami Józefa z Arymatei. Byli poprzednio uczniami Jana, lecz udali się za Jezusem, gdy Tenże przechodził drogą, prowadzącą do Gilgal około miejsca chrztu Jana. W domu Łazarza nauczał Jezus o chrzcie Jana i Mesjasza, o Zakonie, o spełnieniu się obietnicy, i o różnych rodzajach sekt żydowskich. Przyjaciele Jego przynieśli z Jerozolimy księgi pisma, a On objaśniał z nich ustępy prorockie, odnoszące się do Mesjasza. — Przy takich objaśnieniach obecnym był tylko Łazarz i kilku


230

zaufanych. Jezus mówił z nimi także o tym, gdzie później będzie przebywał. Radzili Mu, aby nie osiedlał się w Jerozolimie, oznajmiając wszystko, co tam przeciw Niemu knuto i mówiono. Za to zachęcali Go, aby przebywał w Salem, gdyż tam mało jest faryzeuszów. Jezus rozmawiał z nimi o wszystkich tych miejscowościach i o tym, iż się musi spełnić kapłaństwo Melchizedeka; ten odmierzył wszystkie drogi i oznaczył wszystkie miejsca, którymi stosownie do woli Ojca niebieskiego Syn człowieczy ma chodzić. Rozmowy te prowadzono w odosobnionych komnatach przy ogrodzie, gdzie urządzone były łazienki. Z niewiastami rozmawiał Jezus w dawniejszych komnatach Magdaleny, leżących od strony drogi jerozolimskiej. Na życzenie Jezusa przyprowadził Łazarz do Niego siostrę, „cichą Marię," i zostawił ich samych. Niewiasty chodziły tymczasem w przedsionku. Tym razem było zachowanie się Marii względem Jezusa nieco innym. Wszedłszy, rzuciła się przed Nim na kolana i ucałowała nogi Jego. Jezus pozwolił na to, a wziąwszy ją za rękę, kazał jej wstać. Po chwili podniosła oczy w górę, jakby w natchnieniu, i zaczęła mówić głębokie, dziwne tajemnice prostymi, naturalnymi słowami. Mówiła o Bogu, Jego Synu i królestwie zupełnie tak, jak służebna mówi o ojcu swego pana i jego dziedzictwie. Wszystkie jej słowa były prorocze, gdyż mówiła to tylko, co widziała przed sobą. Mówiła dalej o wielkich długach i o złym prowadzeniu gospodarstwa przez złych parobków i dziewki służebne. Teraz wysłał ojciec swego syna, aby uporządkował wszystko i każdego stosownie do jego zasług wynagrodził. Przyjmą go jednak źle i będzie musiał umrzeć w wielkich cierpieniach, aby krwią swą odkupić królestwo i zmazać winy niewolników, by ci mogli być znowu uznani godnymi dziećmi swego ojca. Wszystko to wypowiadała pięknie a w tak naturalny sposób, jak gdyby mówiła o tym, co się wokoło niej dzieje, i cieszyła się z tego; potem znowu smuciła się, że jest nieużyteczną służebnicą i bolała nad ciężką pracą, jaka czeka syna tak miłosiernego Pana i Ojca. Skarżyła się także, że sługi nie chcą tego zrozumieć, a przecież to tak naturalne i że tak być musi. Mówiła także o zmartwychwstaniu, o tym, że syn pójdzie także do sług, zamkniętych w podziemnych więzieniach, pocieszy ich i uwolni, bo przecież odkupił ich, a potem wróci z nimi do ojca swego. Wszyscy zaś, którzy nie uznają zadosyćuczynienia i będą dalej trwać w złem, będą wrzuceni w ogień, gdy syn przyjdzie znowu na sąd. O śmierci i wskrzeszeniu Łazarza tak mówiła: „Idzie z tego kraju w dal, patrzy na wszystko, a wszyscy płaczą za nim, jak gdyby nigdy nie miał wrócić; jednak syn wraca go z drogi słowy swymi, i znowu pracuje w winnicy."— O Magdalenie zaś mówiła: „Służebnica jest na strasznej pustyni, po której wędrowały dzieci Izraela; na miejscach złych, gdzie panują ciemności i nie postała nigdy noga ludzka; lecz wyjdzie stamtąd i na innej pustyni wszystko zmaże pokutą." O sobie samej mówiła „cicha Maria" jak o niewolnicy. Własne ciało wydawało się jej jakoby więzienie, gdyż nie wiedziała o tym, że żyje. Życzyła sobie wrócić do domu z tej niewoli, ponieważ wszędzie tu tak ciasno, nikt jej nie rozumie, gdyż wszyscy są ślepi. Ofiarowała się jednak chętnie pozostać i wytrzymać wszystko, będąc przekonaną, że na nic lepszego nie zasługuje. Jezus pocieszał ją, przemawiając do niej życzliwie i rzekł: „Po świętach paschy, gdy znowu tutaj wrócę, będziesz już w swojej ojczyźnie." następnie, gdy uklękła przed Nim, pobłogosławił ją, trzymając ręce nad jej głową; zdawało mi się, jak gdyby Jezus wylał jej coś na głowę z flaszki, trzymanej w ręku; nie wiem jednak zapewne, czy to była oliwa czy woda. Cicha Maria odznaczała się wielką świętością; żyła w ciągłych objawieniach, tyczących się odkupienia, których znaczenia nikt nie przeczuwał, a które ona po dziecięcemu pojmowała. Nikt nie poznał się na niej, nie rozumiał


231

jej, wszyscy uważali ją za obłąkaną. Po słowach, które Jezus do Marii wypowiedział, oznajmiając jej czas skonu i wyzwolenia z więzów, namaścił jej ciało na śmierć. Z tego można wnosić, że namaszczanie ciała przed śmiercią jest rzeczą ważniejszą, niż się ludziom zdaje. Jezus uczynił to z litości, gdyż jako mniemaną obłąkana nie balsamowano by jej po śmierci. Świętość jej była tajemnicą dla wszystkich. Po powyższej rozmowie pożegnał Jezus Marię, a ta udała się do swego mieszkania. Potem rozmawiał Jezus z mężczyznami o chrzcie Jana w porównaniu do chrztu Ducha świętego. Nie przypominam sobie, aby była jaka znaczniejsza różnica między chrztem Jana a początkowym chrztem uczniów Jezusa; o tyle tylko może, że ten ostatni prędzej usposabiał do zmazania win. Żaden z ochrzczonych przez Jana nie dawał się drugi raz chrzcić przed zesłaniem Ducha świętego. Przed szabatem wrócili przyjaciele Jezusa do Jerozolimy. Aram i Temeni szli z Józefem z Arymatei. Jezus rzekł im na odchodnym, że teraz przez jakiś czas będzie żył w samotności, aby się przygotować do uciążliwego urzędu nauczycielskiego; nie wspominał im jednak o tym, że będzie pościł.

JEZUS NA PUSZCZY. GODY W KANIE. PIERWSZE ŚWIĘTA WIELKANOCNE W JEROZOLIMIE

Czterdziestodniowy post Jezusa

Jezus udał się przed szabatem w towarzystwie Łazarza w stronę pustyni do gospody, będącej własnością Łazarza. W drodze oznajmił mu, że wróci znowu po dniach czterdziestu. W gospodzie rozstał się z Łazarzem i poszedł dalej sam jeden, boso. Z początku nie szedł w kierunku Jerycha, lecz ku południowi, jak gdyby zamierzał do Betlejem, drogą między miejscem pobytu krewnych Anny, a krewnych Józefa, koło Masfy; następnie zwrócił się ku Jordanowi, obchodząc różne miejsca, a wreszcie przyszedł ścieżkami tuż koło miejsca, gdzie niegdyś stała arka i gdzie Jan obchodził ową uroczystość. Mniej więcej o godzinę drogi od Jerycha wszedł w góry, ciągnące się do Jerycho między wschodem a południem przez Jordan ku Madian. Tu udał się do obszernej groty. W okolicy Jerycho zaczął Jezus pościć, potem przebywał, poszcząc, w różnych stronach pustyni z przeciwnej strony Jordanu, i tu także w okolicy Jerycha post Swój zakończył. Stąd zaniósł Go szatan na górę, która częścią jest porosła krzakami, częścią pusta i skalista. Z wierzchołka jej roztacza się przed oczami szeroko i daleko piękny widok. Nie jest właściwie tak wysoko położona, jak Jerozolima, ponieważ jednak leży w niższym poziomie i z dala od innych gór, więc się wyższa wydaje. Na wzgórzach jerozolimskich najwyżej sięga szczyt Kalwarii, leżący w równej wysokości ze świątynią. Od strony Betlejem i od południa opada wyżyna, na której stoi miasto Jeruzalem, bardzo stromo na dół; z tej też strony niema do miasta żadnego dostępu. Stoją tu tylko pałace. W nocy wyszedł Jezus na stromą, dziką górę na puszczy, zwaną teraz Kwarantanią. Góra ta ma trzy grzbiety, a w każdym jest jaskinia, jedna nad drugą. Poza najwyższą jaskinią, do której wszedł Jezus, widać było stromą, ciemna przepaść. W górze tej pełno było strasznych, niebezpiecznych szczelin. W tej samej jaskini mieszkał przed 400 laty jakiś prorok, którego nazwiska nie pamiętam. Mieszkał tu również potajemnie przez czas jakiś Eliasz i rozszerzył pieczarę; stąd schodził nieraz niespodzianie między lud, prorokował i łagodził spory. Przed 150 laty miało tu swe mieszkania 25 Esseńczyków. U stóp tej góry obozowali niegdyś Izraelici, gdy wśród odgłosu trąb z arką przymierza okrążali


232

Jerycho. W okolicy tej jest także owa studnia, której wodę Elizeusz przemienił na słodką. Św. Helena kazała tę jaskinię przemienić w kaplice, a w jednej z nich widziałam na ścianie obraz, przedstawiający kuszenie Jezusa. Później zbudowano na górze klasztor. Pamiętam, że nie mogłam pojąć, jak mogli robotnicy wyjść na taką górę i tam budować. Helena zbudowała kościoły w wielu świętych miejscach. Za jej staraniem powstał także kościół o dwie godziny od Seforis nad domem, w którym się urodziła Anna, matka Najświętszej Maryi Panny. W samym Seforis posiadali rodzice Anny również dom. Ach, jak to bolesne, że prawie wszystkie te święte miejsca uległy teraz zniszczeniu i ledwie pamięć po nich pozostała. Idąc jako młode dziewczę zimą po śniegu, przed wschodem słońca, do kościoła w Koesfeld, widziałam dokładnie wszystkie te miejsca i patrzałam nieraz, jak poczciwi ludzie tamtejsi rzucali się płazem na drodze pod nogi rozjuszonych wojowników, aby tylko ochronić to drogie pamiątki, od zniszczenia. Słowa Pisma św.: „zaprowadzony był przez Ducha św. na puszczę" należy rozumieć w ten sposób, że Duch święty, który zstąpił na Niego przy chrzcie (o ile Jezus jako człowiek przejawiał na Sobie całą Boskość), skłonił Go pójść na pustynię i przygotować się w sposób ludzki przed Swoim Ojcem niebieskim do trudów i cierpień przyszłego zawodu. Jezus modlił się długo w grocie do Ojca niebieskiego, klęcząc z rękoma wniesionymi w górę, prosząc o wytrwałość i pociechę we wszystkich, czekających Go cierpieniach. Przewidując je wszystkie naprzód, błagał o potrzebne łaski do wytrwania w nich. Widziałam po kolei wszystkie te niedole i troski, a na każde otrzymał Jezus pociechę i zasługę. Wielka jak kościół świetlana chmura spuściła się na Niego z góry, a podczas gdy odmawiał pojedyncze modlitwy, zbliżały się do Niego jakieś postacie duchowe, przyoblekały na się postać ludzką i oddawały Mu cześć, przynosząc Mu zarazem różne obietnice i pociechy. Zrozumiałam jasno, że tu na pustyni Jezus dla nas zdobywał wszelkie umocnienie, pomoc i zwycięstwo w utrapieniach, zjednywał nam zasługę walki i zwycięstwa, przygotowywał nam wartość dla naszych umartwień i postów. Tu ofiarował Bogu Ojcu wszelkie Swe przyszłe prace i trudy, aby nadać wartość przyszłym ćwiczeniom duchownym i modlitwom wszystkich wiernych. Poznałam, jak wielki skarb zdobył przez to Chrystus dla Kościoła, który to skarb oddany został do użytku wiernych przez ustanowienie postu czterdziestodniowego. Podczas modlitwy pocił się Jezus krwawym potem. Z tej góry zeszedł Jezus ku Jordanowi, idąc między Gilgal a miejscem chrztu Jana, leżącym o godzinę drogi więcej na południe. Przeprawiwszy się, w głębokim lecz wąskim miejscu, na belce przez Jordan, zostawił Betabarę po prawej ręce i przekroczywszy wiele dróg, prowadzących do Jordanu, dostał się w góry, idąc pustynią po ścieżkach górskich, pomiędzy wschodem a południem. Przeszedłszy następnie dolinę, ciągnącą się ku Kallirroe, i przeprawiwszy się przez jakąś rzeczkę, wyruszył grzbietem górskim ku północy aż do miejsca, naprzeciw którego leży w dolinie Jachza. Tu niegdyś pobili Izraelici króla Amorytów, Sychona. Trzech Izraelitów przypadało na 16 nieprzyjaciół, a jednak Izraelici cudem zwyciężyli, gdyż rozległ się nad wojskiem Amorytów straszliwy szum, którym przestraszeni, uciekli. Góry, na których się Jezus teraz znajdował, położone były prawie, naprzeciw góry przy Jerycho, lecz o wiele dziksze od tychże. Od Jordanu są one oddalone mniej więcej 9 godzin. Szatanowi nieznaną była Boskość Jezusa i Jego posłannictwo. Słowa: „Ten jest Syn Mój miły, w którym Sobie upodobałem," tłumaczył sobie szatan jako odnoszące się do człowieka — proroka. Mimo tego już nieraz kuszony był Jezus wewnętrznie. Pierwszą pokusą była myśl: „Ten lud jest zanadto popsuty. Czyż to


233

wszystko mam dla niego cierpieć, a jednak nie dokonać Swego dzieła?" Pokusy te jednak zwyciężył Jezus Swą nieskończoną miłością i miłosierdziem, mimo że widział wszystkie Swoje męki. Jezus modlił się w grocie to leżąc, to klęcząc, to stojąc. Był w zwykłym Swym odzieniu, lecz było ono przestronnym i wolnym. Pasa i sandałów nie miał na Sobie. Płaszcz, sakwy i pas leżały obok na ziemi. Codziennie modlił się Jezus o co innego, codziennie zdobywał nam nowe łaski, nie powtarzając nigdy dwa razy to samo. Bez tych Jego wytrwałych, ciągłych modlitw nie moglibyśmy nigdy zdobyć zasługi za opieranie się pokusom. Przez cały ten czas nie jadł Jezus, ani nie pił, lecz widziałam, że Go pokrzepiali aniołowie. Nie wychudł wcale skutkiem długiego postu, tylko przybladł znacznie. W grocie, nie leżącej przy samym wierzchołku góry, był otwór, przez który dął ostry, mroźny wiatr, gdyż właśnie była teraz dżdżysta pora roku. Grota jednak była na tyle obszerna, że Jezus mógł klęczeć lub leżeć, nie znajdując się na wprost otworu. Ściany groty utworzone były z kamieni różnobarwne żyłkowanych i gdyby się je ogładziło, wyglądałaby grota jak malowana. Pewnego dnia leżał Jezus twarzą na ziemi. Obnażone nogi były zaczerwienione i pokaleczone podróżą po skalistych drogach; Jezus bowiem przez cały ten czas chodził po pustyni boso. Często wstawał, to znowu kładł się twarzą na ziemię. Światło otaczało Go dokoła. Nagle rozległ się szum z nieba, światłość napełniła grotę, a w tej światłości ukazała się gromadka aniołów, niosących rozmaite przedmioty. Wtem doznałam uczucia, jak gdyby ktoś przemocą wtłaczał mnie w ścianę groty. Sądząc, że zapadam się, krzyknęłam: „Jak to! mam zapaść się, zapaść obok mego najdroższego Jezusa?" Gdy to przeminęło, ujrzałam, jak aniołowie ze czcią oddawali pokłon Jezusowi, pytając Go, czy mogą Mu przedstawić Jego posłannictwo i czy zawsze jeszcze jest Jego wolą, cierpieć jako człowiek za ludzi, jak to postanowił wtenczas, gdy zstępował od Ojca niebieskiego, przyjmując ciało ludzkie w łonie Dziewicy? Gdy Jezus powtórnie przyjął na Siebie wszystkie cierpienia, wystawili przed Nim aniołowie wysoki krzyż, którego pojedyncze części przynieśli ze sobą. Krzyż miał zwykły swój kształt, lecz składał się z czterech części, podobnie jak to wiedziałam przy tłoczniach krzyżowych, ponieważ górna część dłuższego boku, wystająca ponad ramiona, zrobiona była także z osobnego kawałka drzewa. Pięciu aniołów niosło dolną część krzyża, trzech górną, trzech lewe, trzech prawe ramię krzyża; trzech niosło podstawę dla oparcia nóg, trzech drabinę, inny niósł kosz ze sznurkami i narzędziami, inni włócznię, trzcinę, rózgi, bicze, koronę cierniową, gwoździe i inne przedmioty mające służyć do urągania, w ogóle wszystko, co użytym być miało przy Jego męce. Krzyż zdawał się być w środku wydrążony; można go było otworzyć jak szafę, wypełniony zaś był mnóstwem rozmaitych narzędzi męczeńskich. W środku zaś, w miejscu, gdzie przebito serce Jezusa, łączyły się wszelkie możliwe rodzaje męki, przedstawione za pomocą odpowiednich narzędzi. Krzyż był barwy krwistej, boleśnie nastrajającej. Pojedyncze części krzyża miały również barwy boleśnie usposabiające, z których każda wyobrażała rodzaj męki, mającej być odcierpianą w tym miejscu, a odczutą w sercu. Narzędzia, umieszczone w pojedynczych częściach krzyża, były również wyobrażeniem przyszłych mąk. W krzyżu były także naczynia z żółcią i octem, prócz tego maści, mirra i jakieś korzenie, a to odnosiło się zapewne do śmierci i złożenia w grobie Jezusa. Prócz tego było mnóstwo długich, na dłoń szerokich pasm o różnych barwach, na których wypisane były różne cierpienia i bolesne prace Jezusa. Barwy oznaczały


234

rozmaite stopnie i rodzaje ciemności, które cierpienia Jezusa miały rozjaśnić i rozproszyć. Czarny kolor oznaczał zgubę; brunatny — smutek, oschłość, pomieszanie i brud; czerwony — ociężałość, cielesność, zmysłowość; żółty — miękkość serca i obawę przed cierpieniami. Były także wstęgi pół żółte i pół czerwone jedne i drugie miały wybieleć. Wiele było pasm zupełnie białych jak mleko, przejrzystych, z pismem świecącym. Na nich wypisane były błogie skutki męki Jezusa. Wszystkie te wstęgi przedstawiały niejako liczbę wszelkiego rodzaju cierpień i prac, jakie Jezusa czekały w czasie Jego przyszłej, uciążliwej wędrówki życiowej, z uczniami i innymi ludźmi. Przed oczami Jezusa przesunęli się wszyscy ci ludzie, którzy mieli Mu najwięcej ukryte sprawiać boleści, jak; podstępni faryzeusze, zdrajca Judasz i żydzi, bezlitośnie szydzący z Niego podczas konania i haniebnej i gorzkiej śmierci na krzyżu. Wszystko to rozwijali aniołowie przed oczami Zbawiciela z niewypowiedzianą czcią i kapłańskim porządkiem; a gdy już cały obraz, męki był uporządkowany i Jezusowi przedstawiony, płakali aniołowie wraz z Jezusem, patrząc na ten bolesny obraz. W jednym z następnych dni przedstawiali aniołowie Jezusowi w obrazach niewdzięczność ludzi, zwątpienie, naigrywanie, szyderstwa, zdradę i zaparcie się Go ze strony przyjaciół i nieprzyjaciół przed i po śmierci Jego. Z drugiej strony okazywali Mu jako pociechę wszystko dobro, jakie będzie i skutkiem Jego męki. Wszystko to wskazywali Mu po kolei rękoma na obrazach. Podczas tych przedstawień męki, krzyż pozostał zawsze jednakowy, złożony z pięciu kawałków drzewa, z ramionami podpartymi klinami, z podstawą na nogi. Część pnia nad głową, gdzie przybity był napis, była przymocowana później osobno, gdy pień okazał się za niskim, aby można było umieścić nad głową napis. Nasadzono ją zaś w ten sposób, jak nakrywkę wkłada się na igielnik.

Szatan kusi Jezusa w różny sposób

Szatan nie wiedział, że Chrystus jest Bogiem, uważał Go tylko za proroka. Znanym mu było święte życie Jezusa w młodości i świętość Jego matki. Maryja nie doznała nigdy najazdów szatana, bo nie mogła być kuszona. Szatan nie mógł znaleźć w Jej duszy żadnej słabej strony, którą by mógł wyzyskać, aby ją przywieść do grzechu. Była najpiękniejszą dziewicą i niewiastą; nie miała jednak nigdy świadomie ubiegających się o Nią, wyjąwszy wtenczas, gdy miała wyjść za mąż i w tym celu odbywało się w świątyni losowanie za pomocą gałązek. Co do Jezusa, wprowadziło szatana w błąd to, że Jezus nie okazywał względem, uczniów właściwej Faryzeuszom surowości co do zachowania niektórych mniej ważnych zwyczajów. Uważał Go za człowieka dlatego, bo Jemu przypisywali winę, że uczniowie Jego nie trzymają się litery prawa i nie przestrzegają tradycji. — Znając gorliwość Jezusa, chciał Go przywieść do gniewu i gorszyć, ukazując Mu się w postaci jednego z uczniów Jego, to znowu chciał poruszyć Jego miłosierdzie, pojawiając Mu się jako osłabiony starzec, lub chciał jako Esseńczyk z Nim rozprawiać. Raz np. pojawił się szatan u wejścia do groty w postaci syna jednej z trzech wdów, którego Jezus szczególnie miłował. Szmerem dał znać o swej obecności, sądząc, że Jezus, zobaczywszy ucznia, rozgniewa się, iż ośmielił się pójść za Nim wbrew Jego zakazu. Jezus jednak nie obejrzał się nawet. Szatan zaglądał do jaskini, wymyślał rozmaite rzeczy o Janie Chrzcicielu, mówiąc, że podobno się wielce rozgniewał na Niego, dowiedziawszy się, że Jezus każe tu i ówdzie chrzcić, co przecież do Niego nie należy.


235

Potem nasłał szatan na Niego postacie siedmiu czy dziewięciu Jego uczniów. Wchodzili oni kolejno do groty, mówiąc, że szukali Go trwożliwie i od Eustachego dowiedzieli się o Jego pobycie. Prosili Go, by nie wyniszczał się tu do ostatka i nie opuszczał ich. Różne uwłaczające Mu pogłoski krążą o Nim, a przecie nie powinien pozwolić, aby coś z tego przylgnęło do Niego. Jezus nie odpowiadał nic na to, jak tylko: „Odstąp ode mnie, szatanie, jeszcze nie przyszedł czas." Na te słowa poznikały wszystkie zjawiska. Drugi raz znowu pojawił się szatan w postaci pochylonego wiekiem, poważnie wyglądającego Esseńczyka, który z trudem wspinał się na stromą górę. Zmęczył się przy tym tak, że sama, nie wiedząc, kto to taki, litowałam się nad nim. Zbliżywszy się do groty, upadł bezwładny przy wejściu z głośnym jękiem. Jezus nie spojrzał wcale na niego. Wtedy starzec powstał i rzekł, że jest Esseńczykiem z Karmelu, że słyszał o Jezusie, i powodowany pragnieniem ujrzenia Go, przybył aż tu, upadając ze znużenia. Prosił Jezusa, aby usiadł koło niego i rozmawiał z nim o świętych rzeczach. Wie on także, co to jest post i modlitwa; gdy dwóch jest razem w imię Boże, łatwiej postępować na drodze doskonałości. Na te wywody szatana wyrzekł Jezus mniej więcej te słowa: „Idź precz, szatanie, jeszcze nie nadszedł czas! Wtenczas poznałam, że to był szatan, gdyż, znikając, zrobił się czarny a złość piekielna widniała w nim. Śmieszne mi się to wydawało, jak upadł niby ze znużenia na ziemię, a potem jak niepyszny musiał wstawać. Trzeci raz pojawił się u Jezusa w postaci starego Eliuda. Musiał już wiedzieć o przedstawieniu. Jezusowi przez aniołów przyszłej Jego męki, gdyż w te się odezwał słowa: „Miałem objawienie, jak ciężkie walki i trudy przyszłego życia przedstawione Ci były, i czułem, że nie będziesz mógł ich przetrwać; czterdziestu dni postu także nie potrafisz przebyć. Dlatego z miłości ku Tobie przyszedłem jeszcze raz prosić Cię, abyś pozwolił mi podzielić z Tobą samotność i włożył na mnie część Twego zobowiązania." — Jezus, nie zważając na kusiciela, podniósł ręce ku niebu i rzekł: „Ojcze mój, oddal tę pokusę ode mnie!" Szatan znikł natychmiast, zgrzytając zębami ze złości. Po niejakim czasie, gdy Jezus modlił się, klęcząc, przybyło do groty trzech młodzieńców, którzy byli przy Nim podczas pierwszej Jego podróży z Nazaretu, a potem Go opuścili. Zbliżyli się teraz trwożliwie, rzucili się przed Nim na kolana i żalili się, że nie będą mieć spokoju, dopóki im nie przebaczy. Niech przyjmie ich na powrót z litości i pozwoli im za karę pościć ze Sobą. Obiecywali, że będą Mu najwierniejszymi uczniami. Wywodząc takie skargi, chodzili po obszernej grocie z głośnym szelestem. Jezus powstał, wzniósł ręce i pomodlił się do Boga, a zjawiska znikły w tej chwili. W kilka dni później, gdy Jezus znowu się modlił w jaskini, klęcząc, zjawił się szatan, bujając w powietrzu od wschodniej strony groty, kędy nie było wejścia do jaskini, tylko kilka dziur w ścianie. Miał na sobie lśniącą suknię, chciał bowiem uchodzić za anioła. Nie może mu się to jednak udać zupełnie, gdyż światło jego nie jest nigdy całkiem przezroczystym, lecz wygląda jak namalowane, suknie zaś wydają się całkiem sztywne, podczas gdy odzienie aniołów jest lekkie, przejrzyste, powiewne. Przypłynąwszy w powietrzu ku wejściu jaskini, rzeki: „Jestem przysłany od Ojca Twego, aby Cię pocieszyć." Jezus nie spojrzał na niego. Wtedy pojawił się przy jednym z otworów ze strony całkiem niedostępnej i zawołał na Jezusa, aby się przekonał że on jest aniołem, bo potrafi unosić się w powietrzu ponad skałami. Jezus znowu nie spojrzał na niego. Rozgniewało to szatana i zrobił ruch, jak gdyby chciał przez otwór chwycić Jezusa pazurami. Widząc jednak, że Jezus i teraz wcale na niego nie patrzy, przybrał swą pierwotną, wstrętną postać i zniknął.


236

Potem przyszedł szatan do jaskini w postaci starego, dziko wyglądającego pustelnika z góry Synaj. Miał długą brodę, a w twarzy wyraz złośliwości i chytrości. Jako odzienie miał tylko skórę, zarzuconą na sobie. Wdrapawszy się z trudem na górę, rzekł do Jezusa, że był u niego Esseńczyk z góry Karmel i opowiadał mu mnóstwo rzeczy o Jego chrzcie, mądrości, cudach i o teraźniejszym surowym poście. Nie zważając na swój wiek, wybrał się więc zaraz w daleką drogę do Niego, a teraz chce z Nim pomówić bo on sam także ma już wielkie doświadczenie w umartwieniach. Dosyć już — mówił — tego, teraz może i na niego włożyć część umartwień. Te i tym podobne rzeczy wygadywał pustelnik. Jezus popatrzył na niego z boku i rzekł: „Idź precz, szatanie!" Wtem też szatan sczerniał i stoczył się z hukiem na dół w postaci czarnej kuli. Zadawałam sobie w duchu pytanie, dlaczego też przed szatanem zatajona jest Boskość Chrystusa. Otrzymałam od Boga wskazówki, tłumaczące mi to, i poznałam dokładnie nieopisaną korzyść, wypływająca dla ludzi z tego, że ani szatan, ani oni sami nie wiedzieli, że Chrystus jest Bogiem, i musieli dopiero nauczyć się w to wierzyć. Ze słów, które mi Pan mówił, zapamiętałam tylko te: „Człowiek nie wiedział, że wąż, który go uwiódł, był szatanem, więc też na odwrót szatan nie śmie wiedzieć, że ten, który odkupi człowieka, jest Bogiem." Szatan też dopiero wtenczas się dowiedział, że Chrystus jest Bogiem, kiedy Tenże wyprowadzał dusze sprawiedliwych z otchłani. Pewnego z następnych dni przybył znowu szatan w postaci znakomitego męża z Jerozolimy. Przyszedłszy przed grotę, rzekł do Jezusa, że przychodzi tu z życzliwości dla Niego, gdyż wie dobrze, że posłannictwem Jego jest wywalczenie żydom wolności. Opowiadał Mu następnie, co mówią o Nim w Jerozolimie i co knują przeciw Niemu, a potem rzekł: „Przyszedłem do Ciebie, aby poprzeć Twą sprawę. Jestem urzędnikiem Heroda, więc udaj się ze mną do Jerozolimy, tam ukryjesz się w pałacu Heroda, uczniom nakażesz się zgromadzić, a tak będzie można plan ten przeprowadzić. Chodź zaraz ze mną!" Wszystko to tłumaczył Jezusowi bardzo rozwlekle. Jezus jednak, nie patrząc na niego, modlił się gorąco. Po chwili szatan ustąpił, przybrawszy swą postać ohydną; z nozdrzy buchał mu ogień i para, i zniknął. Ponieważ Jezus zaczął łaknąć i pragnąć, przybył do Niego szatan w postaci pobożnego pustelnika i rzekł: „Cierpię głód nieznośny! Proszę Cię, daj mi nieco z owoców, rosnących na górze przed jaskinią, gdyż nie chcę ich rwać, nie poprosiwszy właściciela o pozwolenie (szatan udawał, że uważa Jezusa za właściciela); potem siądziemy sobie razem i będziemy rozmawiali o zacnych rzeczach." Rzeczywiście rosło tam od wschodniej strony groty w pewnym oddaleniu parę fig i drzewa z owocami, podobnymi do orzechów, tylko z miękką łupiną, jak u nieszpułek i jagód. Jezus odrzekł szatanowi: „Kłamcą jesteś od początku. Idź precz i nie ruszaj wcale owoców!" Na te słowa przybrał szatan ciemną postać i uciekł przez górę, siejąc kłęby czarnej pary. Potem przybył szatan także w postaci podróżnego do Jezusa, pytając Go, czy nie wolno Mu jeść pięknych winogron, rosnących w pobliżu, gdyż uspokajają one pragnienie. Jezus nie odrzekł mu nic i nie spojrzał nawet na niego. W dzień potem usiłował skusić Jezusa, okazując Mu źródło wody.

Szatan kusi Jezusa sztukami kuglarskimi

Widziałam szatana wchodzącego do groty Jezusa, podającego się za kuglarza i mędrca, a przybył do Jezusa, jako do podobnego sobie mędrca, aby Mu pokazać, że on także coś umie. Kazał Jezusowi zajrzeć do maszynki, którą trzymał w ręku.


237

Była ona podobna do kuli, lub raczej do klatki. Jezus nie patrząc Niego, odwrócił się i wyszedł z groty. W klatce, którą szatan trzymał, widać było prześliczne krajobrazy, coś na kształt rozkosznego, bujnego ogrodu, o cienistych altanach, świeżych źródłach, pełnego drzew obładowanych owocami i przepysznych winogron. Wszystko wydawało się tak łudząco bliskim, że brała ochota ręką sięgnąć po to; a widok ciągle się zmieniał i coraz był piękniejszy. Gdy szatan widział, że Jezus na niego nie zważa, ustąpił. Była to już dla Jezusa druga pokusa do złamania postu; a właśnie teraz zaczynał odczuwać głód i pragnienie. Szatan nie wie już, za co właściwie Jezusa ma uważać. Zna wprawdzie dobrze proroctwa o Nim i czuje, że Jezus ma nad nim władzę, nie wie jednak, że jest Bogiem i Mesjaszem, niezłomnym w dokonaniu Swego dzieła. Wprowadza go w błąd to, że Jezus pości, znosi utrapienie, głód, jest ubogim, cierpi wiele i w ogóle okazuje się człowiekiem, nie różnym co do natury od innych. Oślepia to szatana, podobnie jak Faryzeuszów; uważa Go jednak za bardzo świętego człowieka i stara się na wszelki sposób przez pokusy przywieść Go do upadku.

Szatan kusi Jezusa, aby przemienił kamienie w chleb

Jezusa dręczył głód i pragnienie. Często wychodził przed grotę. Pod wieczór dnia następnego zjawił się szatan, idąc pod górę w postaci rosłego, krzepkiego męża. Z dołu wziął dwa kamienie wielkości małych bochenków chleba, lecz kanciaste, i idąc pod górę, urabiał je w ręku na kształt bochenków. Ze złośliwym wyrazem twarzy przystąpił do Jezusa, a trzymając w jednej ręce kamienie, tak rzekł mniej więcej: „Masz słuszność, że nie jesz owoców, gdyż one podniecają tylko głód. Patrz! kamienie te mają kształt chleba. Jeśli jesteś ukochanym Synem Boga, na którego zstąpił Duch święty podczas chrztu, uczyń, aby te kamienie stały się chlebem". Jezus nie spojrzał na szatana, wymówił tylko słowa: „Człowiek nie samym żyje chlebem". Te tylko słowa słyszałam wyraźnie; nie wiem, czy mówił co więcej. Na to przybrał szatan straszną postać, wyciągnął swe pazury ku Jezusowi, przy czym oba kamienie leżały mu na ramionach, i uciekł. Śmiać mi się chciało z niego, że musiał kamienie zabrać ze sobą.

Szatan unosi Jezusa na ganek świątyni, potem na górę Kwarantania. Aniołowie pokrzepiają Jezusa.

Dnia następnego około wieczora przybył szatan do Jezusa w postaci potężnego anioła, unosząc się z szumem w powietrzu. Miał na sobie rodzaj wojowniczego odzienia, podobnego do tego, w jakim pojawia się św. Michał. Mimo jednak, świetnego blasku przebijało się w nim coś ponurego, strasznego. Chełpił się przed Jezusem, mówiąc mniej więcej: „Pokażę Ci, czym jestem, co potrafię, i jak mnie aniołowie noszą na rękach. Patrz, oto tam Jerozolima! Widzisz świątynię? Postawię Cię na najwyższym jej szczycie, a Ty pokaż, co Ty potrafisz i czy aniołowie zniosą cię na dół". Podczas tych słów szatana zdało mi się, że Jerozolima i świątynia leżą tuż pod górą. Zapewne jednak było to tylko omamieniem. Jezus nie odpowiadał nic szatanowi. Wtedy szatan ujął Jezusa za ramiona, uniósł Go w powietrzu w niewielkiej odległości od ziemi do Jerozolimy i postawił na szczycie jednej z wież, stojących na czterech rogach świątyni, których przedtem nie zauważyłam. Wieża ta stała ze strony zachodniej ku górze Syjon, naprzeciw zamku Antonia. Wzgórze świątyni było w tym miejscu bardzo


238

strome. Wieże te wyglądały jako więzienia, a w jednej z nich przechowywano kosztowne suknie arcykapłana. Dach był płaski, tak, że można było po nim chodzić; tylko w środku wznosiła się kopuła, zakończona wielką kulą, na której mogło stanąć dwoje ludzi. Stąd można było całą świątynię widzieć. Na ten najwyższy szczyt wieży postawił szatan Jezusa, nie odzywającego się wcale do niego, spuścił się na dół i rzekł: „Jeśli jesteś Synem Bożym, pokaż Swą moc i spuść się na dół; napisano jest bowiem w piśmie: „Aniołom Swoim rozkazał o Tobie i będą Cię na ręku nosić, abyś snać nie obraził o kamień nogi Twojej". Na to odrzekł mu Jezus: „Zasię napisano jest, nie będziesz kusił Pana Boga twego". Rozgniewany, przystąpił szatan znowu do Niego, a Jezus rzekł: „Używaj twej mocy, która ci jest dana". Na zachodzie widniała już zorza wieczorna. Szatan chwycił znowu Jezusa na barki i z wielkim gniewem poleciał z Nim przez pustynię ku Jerycho; lecz zdaje się, teraz wolniej, niż przedtem. To wzlatywał wyżej, to spuszczał się ku dołowi, to rzucał się na wszystkie strony, jak taki, który chce wywrzeć na kimś swą wściekłość, a nie może tego dokazać. Niósł Jezusa na górę, oddaloną o siedem mil od Jeruzalem, tę samą, na której Jezus post rozpoczął. Niosąc Jezusa, przeleciał szatan tuż ponad wysokim starem drzewem terebintowym, rosnącym w dawnym ogrodzie jakiegoś Esseńczyka, którzy tu dawniej mieszkali; także Eliasz przebywał w tych stronach czas jakiś. Drzewo stało za grotą niedaleko stromego urwiska. Drzewa takie nacina się trzy razy do roku i otrzymuje się z nich za każdym razem cokolwiek lichszy balsam. Szatan postawił Pana na wystającej, niedostępnej skale, która tworzyła najwyższy szczyt góry, a położoną była o wiele wyżej, jak grota. Było już ciemno; lecz kiedy szatan wskazywał ręką naokoło siebie, zrobiło się jasno i we wszystkich stronach świata widać było najpiękniejsze krajobrazy. Wtedy rzekł szatan do Jezusa: „Wiem, że jesteś wielkim nauczycielem, a teraz chcesz powołać uczniów i naukę Swą rozszerzyć. Patrz! Tu widzisz mnóstwo wspaniałych krajów, potężnych narodów, a tu z drugiej strony mała, nieznaczna Judea! Tam idź! oddam Ci te wszystkie kraje w posiadanie, jeśli, uklęknąwszy, oddasz mi pokłon." Przez pokłon rozumiał tu szatan uniżenie się, jak to często czynili żydzi, a szczególnie faryzeusze, wobec wysokich dostojników i królów, gdy chcieli coś uzyskać. Pokusa ta diabelska podobną była do owej, gdy szatan przybył do Jezusa z Jerozolimy, jako urzędnik Heroda, i chciał wziąć Go ze sobą do Jerozolimy na zamek, aby tam popierać Jego plany. Tylko ta, ułożona była na większy zakrój. Gdzie szatan wskazał ręką, tam widać było rzeczywiście kraje i morza, wspaniałe miasta, królów, postępujących w chwale i tryumfie w otoczeniu wojowników i wspaniałego orszaku. Wszystko widać było tak wyraźnie, jak gdyby odległość była bardzo mała; a każdy obraz, każdy naród, przedstawiał się w innym blasku i świetności, każdy miał inne zwyczaje i obyczaje. Szatan wykazywał także Jezusowi zalety pojedynczych narodów; szczególnie zwracał uwagę Jego na kraj, zamieszkały przez rosłych, wspaniałych ludzi, jakoby olbrzymów (zdaje mi się, że była to Persja), i radził Mu tam przede wszystkim pójść nauczać. Palestynę zaś ganił jako mały i nieznaczny kraik. Był to cudowny widok. Tyle różnych rzeczy, a wszystko tak świetne i wspaniałe. Jezus nie wyrzekł nic więcej do szatana tylko te słowa: „Samego Boga, Pana twego czcić będziesz i Jemu samemu służyć będziesz. Idź precz, szatanie!" — W tej chwili stał się szatan nieopisanie strasznym, rzucił się ze skały w przepaść i zniknął, jakby go ziemia pochłonęła. Zaraz potem przystąpił do Jezusa chór aniołów, którzy, oddawszy Mu pokłon, łagodnie, jakby na rękach, zanieśli Go do groty, w której zaczął Swój post czterdziestodniowy. Było dwunastu głównych aniołów i wiele mniejszych do


239

posługi, również oznaczonej liczby. Nie pamiętam już, czy tych ostatnich było 72, lecz tak mi się zdaje, gdyż podczas tego widzenia miałam wciąż na myśli apostołów i uczniów Jezusa. Teraz odbyła się w grocie uroczystość dziękczynna i tryumfalna, a potem uczta. Aniołowie obwiesili grotę liśćmi winnymi i z tychże liści zwieszała się ze sklepienia nad Jezusem korona zwycięska. Wszystko odbyło się w porządku i uroczyście i bardzo szybko, gdyż cokolwiek tylko który z aniołów pomyślał, to w jednej chwili przybierało wyraźne kształty i stosownie do przeznaczenia zajmowało swe miejsce; a wszystko było przejrzystym, symbolicznym. Aniołowie przynieśli również ze sobą stół z początku mały, zastawiony niebiańskimi potrawami, który szybko wzrastał i powiększał się. Potrawy i naczynia były takie same, jakie widywałam zawsze na stołach niebiańskich. Jezus zasiadł wraz z aniołami do spożywania potraw. Właściwie jednak nie było to zwykłe jedzenie ustami, lecz cudowne jakieś przechodzenie potraw w spożywających, udzielanie się jedzącym siły orzeźwiającej i pożywności tychże. Wydawało się, jak gdyby sama wewnętrzna treść potraw przechodziła w spożywających. Nie da się to słowami wypowiedzieć. Na końcu stołu stał wielki świetlisty kielich, a w koło niego małe kubki takiego kształtu, jak przy ostatniej wieczerzy, tylko większe; stał także talerz z cienkimi skibkami chleba. Jezus nalewał z wielkiego kielicha do kubków, zanurzał w nich kawałki chleba, a aniołowie odbierali je od Niego i odnosili. Na tym skończyło się widzenie. Opuściwszy grotę, zeszedł Jezus z gór ku Jordanowi. Aniołowie, którzy służyli Jezusowi, byli różnego stopnia i postaci, i rozmaicie ubrani. Ci, co na ostatku odchodzili z chlebem i winem, byli w szatach kapłańskich. W tej samej chwili, jak znikli, miałam widzenie, jakie pociechy duchowne teraźniejsi i późniejsi przyjaciele Jezusa otrzymali. W Kanie pojawił się Jezus w widzeniu Najświętszej Pannie, pokrzepiając ją. Łazarz i Marta zapałali nadzwyczajną miłością ku Jezusowi. „Cichej Marii" przyniósł anioł rzeczywiście w darze potrawy ze stołu Pana; przyjmowała je z dziecinną radością. Widziała ona podczas postu Jezusa wszystkie Jego utrapienia i pokusy i żyła tylko rozważaniem i współczuciem dla Niego, nie dziwiąc się niczemu.— Magdalena także doznała cudownego wzruszenia umysłu. Była właśnie zajętą strojeniem się na jakąś uroczystość, gdy w tym opanowała ją nagła trwoga z powodu swego sposobu życia i gwałtowne pragnienie ratowania swej duszy. Rzuciła strój o ziemię, idąc za pierwszym popędem, za co otoczenie jej wyśmiało ją. Wielu z późniejszych apostołów otrzymało także pokrzepienie duchowne, i tęsknota opanowała ich serca. Natanaelowi, siedzącemu w swym mieszkaniu, przypomniało się wszystko, co słyszał o Jezusie, i wzruszył się tym bardzo, lecz wkrótce zapomniał o tym. Piotr, Andrzej i inni byli także poruszeni i pokrzepieni na duchu. Cudowny był to obraz. Podczas postu Jezusa mieszkała Maryja początkowo w domu koło Kafarnaum. Nasłuchała się tu nieraz rozmaitych rzeczy o Jezusie i zarzutów, jakie Mu czyniono, że włóczy się Bóg wie którędy, że zaniedbuje obowiązek postarania się o jakie zajęcie, aby utrzymać swą matkę itd. W ogóle mówiono w całym kraju bardzo wiele o Jezusie, bo przez opowiadania rozproszonych uczniów dowiedzieli się wszyscy o cudownym zjawisku przy chrzcie i o świadectwie jakie Mu dał Jan. Później jeszcze raz tylko, tj. przy wskrzeszeniu Łazarza i przed męką, zajmowano się Nim tyle co teraz. Najśw. Panna była wciąż poważną i skupioną w Sobie; nie było chwili, żeby nie miała wewnętrznych natchnień i objawień i żeby nie czuła i nie cierpiała wespół z Jezusem. Pod koniec czterdziestodniowego postu zamieszkała Maryja w Kanie galilejskiej u rodziców narzeczonej z Kany. Byli to ludzie poważni i jak gdyby przełożeni


240

miasta. W środku miasta mieli piękny, przyjemny dom, drugi zaś dom mają w innym miejscu i ten oddają z wszelkim urządzeniom córce na wiano. W nim mieszka teraz Najświętsza Panna. Przez środek miasta idzie gościniec, zdaje mi się, z Ptolomaidy; widać, go z daleka, jak z wyżyn spuszcza się powoli ku miastu. Miasto samo nie jest tak nierówno i nie porządnie zbudowane, jak inne. Oblubieniec jest prawie w tym samym wieku co Jezus, i jako głowa rodziny prowadzi gospodarstwo swej matce. Dobrzy ci ludzie radzą się Najświętszej Panny co do szczegółów wyprawy dla nowożeńców i wszystko Jej pokazują. W czasie tym Jan ciągle jest zajęty chrzczeniem. Herod nieraz starał się nakłonić go, by przyszedł do niego, a także posyłał doń, aby wywiedzieć się coś o Jezusie. Jan traktował Heroda zawsze obojętnie, a co do Jezusa powtórzył mu dawniejsze swe słowa. Wysłańcy z Jerozolimy byli także u Niego, aby im zdał sprawę o sobie i o Jezusie. Jan powtórzył im to, co zawsze, że Jezusa nigdy przedtem nie widział, że jednak posłany jest, aby Mu przygotować drogę. Od czasu, kiedy się Jezus dał ochrzcić, nauczał Jan zawsze, że woda ta uświęconą została przez chrzest Jego i zstąpienie na Niego Ducha świętego, i że złe mocy wyszły już z wody, jak gdyby ją egzorcyzmowano. Jezus dlatego dał się ochrzcić, aby uświęcić wodę. Chrzest Jana był więc teraz czystszym i świętszym; dlatego też widziałam, że Jan Jezusa chrzcił w osobnej studni, z której potem puszczono wodę do Jordanu i innych chrzcielnic, i z której tak Jezus, jak i uczniowie brali zawsze wody w drogę do dalszego udzielania chrztu.

Jezus wyrusza nad Jordan i każe chrzcić

Rankiem przeprawił się Jezus przez Jordan w tym samym miejscu, co przed czterdziestu dniami; leżały tam belki, służące do przeprawiania się. Nie było to jednak główne przejście. Przeprawiwszy się, poszedł Jezus wschodnią stroną Jordanu w dół, aż naprzeciw miejsca chrztu Jana. Jan nauczał właśnie i chrzcił, lecz jakby natchnieniem wiedziony, wskazał zaraz ręką w tę stronę i rzekł: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata!" Jezus zwrócił teraz swe kroki ku Betabarze. Andrzej i Saturnin, którzy stali przy Janie i słyszeli jego słowa, przeprawili się zaraz przez Jordan w tym samym miejscu, co i Jezus. Za nimi poszedł jeden z krewnych Józefa z Arymatei i dwaj inni uczniowie Jana. Wszyscy pospieszyli za Jezusem; Jezus przystanął, i idąc naprzeciw nich, zapytał, czego szukają. Wtedy Andrzej, uradowany że Go znowu znalazł, zapytał, gdzie mieszka? Jezus kazał im iść za Sobą i zaprowadził ich do gospody, położonej przed Betabarą w kierunku wody, i tu zatrzymali się na spoczynek. Przez ten dzień pozostał Jezus w Betabarze wraz z pięciu uczniami i spożył z nimi posiłek. Rozmawiał z nimi, że zamierza rozpocząć zawód nauczycielski i zebrać uczniów. Andrzej wymieniał Mu niektórych swoich znajomych, a mianowicie Piotra, Filipa, Natanaela, zalecając ich Jezusowi na uczniów. Mówił im potem Jezus, że kilku z nich będzie tu chrzcić nad Jordanem. Na to odrzekli oni, że niema tu nigdzie dogodnego miejsca do chrztu, chyba to, gdzie Jan chrzci, a przecież nie wypada rugować go stamtąd. Jezus wytłumaczył im, że posłannictwo i przeznaczenie Jana już się spełniło, i potwierdził wszystkie słowa Jana, wypowiedziane przez tegoż o sobie i o Mesjaszu. Dalej mówił Jezus o swoim przygotowaniu się na pustyni do zawodu nauczycielskiego, i o przygotowaniu w ogólności, które jest koniecznie potrzebnym do każdego ważnego dzieła. W ogóle był z uczniami poufałym i serdecznym, a oni patrzeli na Niego z bojaźnią i pokorą.


241

Na drugi dzień rano udał się Jezus z uczniami z Betabary nad Jordan ku domkom przewoźników i nauczał tu zgromadzonych. Potem przeprawił się przez Jordan i nauczał w małej miejscowości, składającej się z dwudziestu może domów, oddalonej o godzinę drogi od Jerycho. Napływały tu wciąż nowe gromady ochrzczonych i uczniów Jana, aby przysłuchać się nauce i opowiedzieć o Nim chrzcicielowi. Było to już około południa, gdy tam nauczał. Następnie polecił Jezus uczniom, aby po szabacie przyprowadzili znowu do porządku miejsce chrztu po drugiej stronie Jordanu, oddalone o godzinę drogi od Betabary w górę rzeki. W miejscu tym chrzcił Jan, zstępując z Ainon, zanim przyszedł na zachodni brzeg Jordanu, naprzeciw Betabary. Chciano tu Jezusowi wyprawić ucztę, lecz Jezus odszedł i wrócił przez Jordan przed szabatem do Betabary; tam odprawił szabat i nauczał w synagodze. Nocował u przełożonego szkoły u którego także spożył wieczerzę. Uczniowie, wysłani przez Jezusa, przyprowadzili do ładu miejsce, gdzie Jan przez krótki czas chrzcił, zanim się udał w okolicę Jerycha, by tam chrztu udzielać. Chrzcielnica była tu mniejsza, jak u Jana koło Jerycha. Wysoki brzeg opatrzony był cyplem wrzynającym się w wodę, na którym stawali chrzczeni. Dokoła biegł kanał, z którego można było przez brzeg spuszczać wodę do chrzcielnicy. Trzy więc są teraz chrzcielnice. Jedna, o której jest mowa, powyżej Betabary, druga na wysepce, gdzie Jezus przyjmował chrzest, i powszechna chrzcielnica, w której chrzci Jan. Andrzej przyniósł we worze skórzanym wody ze studni na wyspie, w której Jezus został ochrzczonym. Gdy Jezus tu przybył, wlał nieco, tej wody do studni, przeznaczonej do chrztu i pobłogosławił ją. Wszyscy ochrzczeni czuli się; do głębi rozrzewnieni i wzruszeni. Chrztu udzielał Andrzej i Saturnin, lecz przyjmujących chrzest nie zanurzano całkiem we wodzie. Ludzie wstępowali w wodę przy brzegu; kładziono im ręce na ramiona, a chrzczący czerpał ręką wodę po trzykroć i wylewał na nich, chrzcząc w imię Ojca i Syna i Ducha świętego, czego nie czynił Jan, który miał naczynie do czerpania o trzech żłóbkach. Dało się tu chrzcić bardzo wielu ludzi, szczególnie zaś z Perei. Jezus nauczał, stojąc w pobliżu na pagórku, pokrytym murawą, o pokucie, chrzcie i Duchu świętym, mówiąc: „Ojciec mój zesłał Ducha świętego, gdy przyjmowałem chrzest, i powiedział: Ten jest Syn Mój miły, w którym Sobie upodobałem." Tak samo odzywa się do każdego, który Ojca niebieskiego miłuje i żałuje za swoje grzechy. I na wszystkich, którzy dają się chrzcić w Imię Ojca i Syna i Ducha świętego, zsyła Ducha świętego, i wszyscy są odtąd Jego synami, w których On znajduje upodobanie; albowiem On jest Ojcem dla wszystkich, którzy przyjmują chrzest Jego i przezeń dla Niego się rodzą." Dziwi mnie zawsze, że wszystkie te zdarzenia tak krótko są opisane w Ewangelii i że Jezus zaraz, gdy Andrzej poszedł za nim po świadectwie, jakie dał o Nim Jan, spotkał się z Piotrem, który tu wcale nie był, lecz w Galilei. Ale jeszcze dziwniejszym mi się wydaje, że po wyjeździe do Jerozolimy w niedzielę palmową, tak prędko następuje ostatnia wieczerza i męka, gdy ja w tym czasie słyszę zawsze tak wiele nauk Jezusa, i tyle dni widzę. Mniemam też, iż Jezus zatrzyma się tu jeszcze ze czternaście dni, zanim się uda do Galilei. Andrzej nie był jeszcze właściwie przyjęty w poczet uczniów. Jezus go nie powołał, sam przyszedł i ofiarował się, iż chce chętnie zostać przy Nim. Był on bardziej żądny służenia Jezusowi i więcej się z tym oświadczał niż Piotr, który sobie myślał, że do tego jest niezdolny, i że to przewyższa jego siły, skutkiem czego poszedł do swoich zajęć. Również Saturnin i obaj krewni Józefa z Arymatei, Aram i Temeni, podobnie przyłączyli się do Jezusa. Byłoby jeszcze więcej przeszło do Jezusa uczniów Jana, którego miejsce chrztu


242

coraz bardziej się poczęło opróżniać, gdyby kilku uporczywych jego uczniów, którym się cała ta sprawa nie podobała, nie było ich od tego powstrzymało. Użalali się oni o to przed Janem i mniemali, iż Jezus niesłusznie postępuje, że tu chrzci, gdyż to do Niego nie należy. Jan miał z tego powodu wiele trudu, aby im wykazać ich błędne zapatrywanie. Mówił im, więc, aby mieli zawsze na pamięci jego słowa, jak on to zwykle mawiał, iż tylko przygotowuje drogę, i że już wnet zupełnie zaprzestanie tej wędrówki, gdy tylko drogi będą gotowe. Kochali oni bardzo Jana i nie mogło im się to wcale pomieścić w głowie. Miejsca przy chrzcie Jezusa były już tak przepełnione, iż oznajmił uczniom Swoim, że jutro dalej się udadzą. Udając się z Betabary, miał Jezus około dwudziestu towarzyszy przy Sobie, między tymi także Andrzeja, Saturnina, Arama i Temeniego, i przeszedł wraz z nimi Jordan w miejscu zwykłem i dogodnym, i udał się, zostawiając Gilgal po prawej stronie, do miasteczka Ofry, które leżało całkiem schowane w wąskiej dolinie górskiej. Tędy przechodzili zwykle ludzie z okolicy poza Sodomą i Gomorą, którzy na wielbłądach dążyli z towarami na wschodnią stronę Jordanu i przyjmowali chrzest z rąk Jana. Prowadziła tędy boczna droga z Judei do Jordanu. Miejscowość ta leżała około 3 — 4 godziny od miejsca chrztu Jana i tyle też mniej więcej od Jerycho, a od Jerozolimy może ze siedem godzin. W ogólności była jakoby całkiem zapomniana. Klimat był zimny i słońce nie wiele dochodziło, ale za to dobrze była uprawiona. Dobrobyt ludzi stanowił pewien rodzaj kramarstwa, celnictwa, czy też przemycanie. Zdaje się, iż z przechodniów ciągli zysk. Nie byli złego usposobienia, lecz ospali i coś tak, jak są często kramarze i gospodarze, gdy mają dobry zarobek. Niewiele dbali o chrzest Jana, ani też nie łaknęli zbawienia; żyli w dobrych stosunkach, mieli wszystkiego pod ostatkiem, a o resztę się nie kłopotali. Gdy się zbliżali do tego miejsca, wysłał Jezus krewnych Józefa z Arymatei naprzód, aby zażądali kluczy od synagogi i zwołali ludzi na naukę. Używał ich zwykle do takich zleceń, albowiem byli uprzejmi i zręczni. Przy wstępie do miasta, biegli opętani i obłąkani do Jezusa i wołali z daleka: „Oto przybywa prorok, Syn Boży, Jezus Chrystus, nasz wróg! on nas wypędzi." Jezus rozkazał im milczeć i zachować spokój. Uspokoili się natychmiast wszyscy, i poszli za Nim do synagogi, znajdującej się na drugim końcu miasta. W synagodze nauczał Jezus do wieczora i tylko raz wyszedł, aby się nieco posilić. Nauczał o zbliżaniu się Królestwa Bożego, o potrzebie chrztu, i ostro upominał mieszkańców, aby ocknęli się z oziębłości i fałszywego bezpieczeństwa, aby sąd na nich nie przyszedł. Występował surowo przeciw ich lichwiarstwu i przemytnictwu, w ogóle przeciw takim grzechom, jakie popełniali celnicy i kramarze. Ludzie nie sprzeciwiali się w niczym, lecz także nie bardzo brali sobie to do serca, albowiem bardzo byli ugrzęźli w swoim kramarstwie. Kilku jednak ta nauka bardzo wzruszyła i zmieniła. Pod wieczór przybyło do Jezusa do gospody kilku z wyższego i niższego stanu z mocnym postanowieniem przyjęcia chrztu; jakoż zaraz w następnych dniach poszli do Jana. Z Ofry wracał Jezus z rana ze Swoimi uczniami do Betabary. Wśród drogi rozdzielili się. Andrzeja z większą częścią wysłano naprzód tą drogą, którą dotąd szli. Jezus zaś ze Saturninem i krewnym Józefa z Arymatei zbliżał się do miejsca chrztu Jana tą samą drogą, gdzie ten najpierw po chrzcie dał o Nim świadectwo. Po drodze wstępował do kilku domów, nauczając i wzywając do chrztu. Po południu przyszli znowu do Betabary, a Jezus jeszcze tego dnia nauczał na miejscu chrztu, a Andrzej i Saturnin chrzcili. Ponieważ zaś coraz to inne tłumy przychodziły do chrztu, nauczał Jezus przeważnie o tym, iż Ojciec Jego niebieski do wszystkich pokutników i ochrzczonych powiedział: „Ten jest Syn mój miły!"


243

gdyż wszyscy mają stać się dziećmi Bożymi. Przystępujący do chrztu pochodzili po największej części z kraju Filipa Tetrarchy, który był człowiekiem dobrym. Ludzie byli dosyć zamożni, i dlatego jeszcze mało o tym myśleli, aby się dać ochrzcić. Z Betabary poszedł Jezus z trzema uczniami przez dolinę ku Dibon, gdzie niedawno spędził święto Kuczek. Nauczał w niektórych domach, jako też i w synagodze, która leżała w dolinie przy drodze, oddalona od miasta. W samej miejscowości Dibon nie był. Przenocował w gospodzie, a raczej szopie, leżącej nieco na osobności, a w której robotnicy z okolicy otrzymywali nocleg i pożywienie. Zasiewano teraz na stronie, zwróconej do słońca; zasiewy te dojrzewały około Wielkanocy. Rolę rozkopywano, gdyż jest tu albo twardy grunt, albo kamień, lub piasek, i nie można używać pługów i innych zwykłych narzędzi do rozpulchniania ziemi. Część pozostałego żniwa zebrali dopiero teraz. Długość tej doliny wynosiła około 3 godziny, a mieszkańcy byli dobrzy, żyli pojedynczo i byli też dla Jezusa dobrze usposobieni. Jezus opowiadał w synagodze i robotnikom na polu przypowieść o siewcy i wykładał ją. Nie zawsze jednak to czynił, i tak np. wobec faryzeuszów opowiadał ją, często, ale jej nie wykładał. Andrzej i Saturnin poszli z innymi uczniami jeszcze raz do Ofry, aby ludzi, których nauka Jezusowa bardzo poruszyła, jeszcze więcej w dobrym utwierdzić. Z gospody przy Dibon ruszył Jezus dalej drogą, leżącą o dwie godziny bardziej na południe od Jordanu, aniżeli ta, którą przyszedł z Betabary, i przybył do miejscowości Eleale, oddalonej od Dibon około cztery godziny. Przybył tu w towarzystwie siedmiu uczniów i wstąpił do przełożonego synagogi. Przy rozpoczęciu szabatu miał naukę w przypowieści o chwiejących się gałęziach drzew, które postrząsały kwiecie i nie wydały owocu. Chciał przez to dać do poznania mieszkańcom, iż przeważnie nie poprawili się przez chrzest Jana i pozwalają, aby im wiatr strząsał kwiaty pokuty, skutkiem czego nie przynoszą owoców. Było tu tak w rzeczywistości. Użył zaś tego porównania dlatego, ponieważ mieszkańcy tutejsi utrzymywali się przeważnie z hodowania owoców. Ponieważ zaś miejscowość ta położona była na ustroniu i nie było gościńca, przeto byli zmuszeni owoce roznosić daleko celem sprzedaży. Wyrabiali także w wielkiej ilości koce i grube tkaniny. Jezus nie napotkał dotychczas żadnego oporu. Ludzie w Dibon i wszędzie naokoło przyjmowali Go bardzo uprzejmie i zawsze mawiali, iż nigdy jeszcze nie słyszeli takiego nauczyciela, a starcy porównywali Go zawsze z prorokami, o których nauce słyszeli od swoich pradziadów. Po szabacie szedł Jezus około trzy godziny ku zachodowi do Betjesimot, które było położone na wschodniej stronie góry, zwróconej do słońca, mniej więcej godzinę od Jordanu. Wśród drogi przyszli Andrzej i Saturnin z innymi jeszcze uczniami Jana znowu do Jezusa. Rozmawiał z nimi o Izraelitach, którzy tu obozowali, i jak Jozue i Mojżesz do nich przemawiał. Zastosował to do obecnej chwili i do Swojej nauki. Betjesimot nie jest wielkie, ale za to bardzo urodzajne, a szczególnie obfituje w winnice. Gdy Jezus tu przybył, wypuszczono właśnie na świeże powietrze opętanych od czarta, którzy tu byli umieszczeni w jednym budynku a teraz szli powiązani. Poczęli się też zaraz srożyć i wołać: „Oto nadchodzi Prorok, On chce nas wypędzić!" Jezus zwrócił się do nich, nakazał im milczeć, jako też aby opadły z nich więzy i aby poszli za Nim do synagogi. Zaraz też więzy z nich w cudowny sposób spadły, uspokoili się, upadli przed Jezusem na ziemię, podziękowali Mu i poszli za Nim do synagogi, gdzie Jezus nauczał w przypowieściach o urodzajności i uprawie winnicy. Następnie odwiedził wielu chorych w domach i uleczył.


244

Miejscowość ta nie leży przy gościńcu, mieszkańcy więc muszą sami nosić płody swoje na targ. Od czasu, jak Jezus opuścił pustynię, uzdrawiał tu znowu po raz pierwszy, dlatego też prosili Go bardzo mieszkańcy, aby pozostał. Pomimo to szedł Jezus z Andrzejem, Saturninem, krewnymi Józefa z Arymatei, ogółem około dwunastu towarzyszami, ukośnie ku północy, aż do publicznego miejsca przeprawy, dokąd z Dibon prowadził gościniec, którym szedł z Gilgal do Dibon na święta Kuczek. Trzeba tu było dosyć długo płynąć przez wodę, albowiem z powodu stromego brzegu, miejsca do wsiadania nie leżały prosto naprzeciw siebie. Stąd szli jeszcze około godzinę drogi w kierunku Samarii u stóp góry do pewnej miejscowości, składającej się z szeregu domów, a nie mającej szkoły. Miejscowość tę zamieszkiwali przeważnie pasterze i ludzie łagodnego usposobienia, którzy prawie tak samo byli ubrani, jak pasterze przy żłóbku. Jezus nauczał pod gołym niebem na wzniesieniu, gdzie była zrobiona z kamieni katedra. Ludzie tutejsi również byli już ochrzczeni z rąk Jana.

Jezus w Siło, Kibzaim i Tebez

Potem widziałam Jezusa w Silo, które leżało na wyżynie zwolna piętrzących się gór, naokoło wysokiej stromej skały, na której znajdowała się wielka płaszczyzna. Na tej płaszczyźnie, najwyższym szczycie w całym paśmie gór, stał w pierwszych czasach po wyjściu z Egiptu i w podróży przez pustynię przybytek z arką przymierza. Była tu wielka przestrzeń, otoczona murem częściowo już zawalonym, na której leżały jeszcze resztki małego przedsionka, zbudowanego nad przybytkiem. Na miejscu gdzie stała arka przymierza, był pod dachem, spoczywającym na otwartym łuku, taki sam słup, jak i w Gilgal, a pod tym znajdował się podobnie jak i tam, rodzaj pieczary w gruncie skalistym. Nie daleko od miejsca, gdzie stała arka przymierza, było miejsce, przeznaczone do ofiar, i przykryty dół, gdzie składano odpadki przy zabijaniu, albowiem wolno im tu było jeszcze trzy lub cztery razy w roku składać ofiary. Synagoga również leżała na tym obmurowanym wzgórku, skąd był niezwykle daleki widok na wzgórza Jerozolimy, na morze Galilejskie i wiele gór. Silo samo było nieco podupadłym i nie bardzo zaludnionym miasteczkiem ze szkołą Faryzeuszów i Saduceuszów. Mieszkańcy tutejsi byli niedobrzy, dumni, pełni zarozumiałości i fałszywej ufności w siebie. W niewielkiej odległości od bramy miejskiej leżał zaniedbany klasztor Esseńczyków z rozwalonymi wieżami, a bliżej miasta stał jeszcze dom, w którym Beniamici podczas święta Kuczek zamknęli byli w Silo pochwytane dziewice. Jezus wstąpił z dwunastu towarzyszami do pewnego domu, gdzie podróżni, nauczyciele i prorocy prawo mieli wstępować. Dom ten stykał się ze szkołami i zabudowaniami Faryzeuszów i uczonych w piśmie, którzy mieli tu jakoby rodzaj seminarium. Zebrało się ich przy Jezusie około dwudziestu w długich szatach z pasami i grubymi, długimi, spadającymi na ramiona warkoczami. Udawali, jakoby nic o Nim nie wiedzieli, i docinali Mu w różny sposób, mówiąc do Niego: „Co z tego będzie? Są teraz dwa chrzty, jeden Jana, a drugi Jezusa, syna cieśli z Galilei; któryż z nich jest prawdziwym? Słychać także, iż się inne jeszcze kobiety przyłączyły do matki tego syna cieśli, a między innymi jakaś wdowa z dwoma synami, że matka Jego chodzi do różnych miejscowości i zjednywa zwolenników synowi swemu. Oni wcale nie potrzebują takich nowości, mają swoje obietnice i Zakon i to im wystarcza." Nie szydzili oni w swej mowie wprost z Jezusa, lecz z obłudą i udaną uprzejmością. Jezus odpowiedział im na ich uszczypliwe mowy: iż On jest właśnie tym, o którym mówią. A gdy wspomnieli o głosie, który dał się


245

słyszeć przy chrzcie Jego, nauczał, iż był to głos Ojca Jego niebieskiego, który jest Ojcem każdego, żałującego za grzechy i odradzającego się we chrzcie. Gdy zaś Jezusa i uczniów Jego nie chcieli wpuścić na miejsce, gdzie stała arka przymierza, jako na miejsce najświętsze, On pomimo tego poszedł tam i wyrzucał im, że przez swą złość postradali arkę przymierza, że teraz, mając puste miejsce, tak samo dalej postępują, że Zakon wtedy i zawsze przekraczali; i dlatego podobnie jak arka przymierza ich opuściła, tak samo odstąpi od nich spełnienie Zakonu. Gdy zaś chcieli z Nim rozprawiać o Zakonie, poustawiał ich po dwóch, i pytał ich tak jak dzieci. Zadawał im różnorakie zawiłe pytania z Zakonu, a oni nie byli w stanie na nie odpowiedzieć. Zawstydzili się bardzo i rozgniewani, trącali się nawzajem, mruczeli i poczęli wychodzić. Jezus poprowadził ich także do przykrytego dołu, do którego wrzucano odpadki z ofiar, kazał go otworzyć i porównał ich z owym dołem, mówiąc, iż są wewnątrz pełni nieczystości i zgnilizny, niezdatnej do ofiary, zewnątrz zaś pięknie okryci, i to właśnie tu, na miejscu, z którego ustąpiła świętość z powodu grzechów ich pradziadów. Odeszli wszyscy rozgoryczeni. W synagodze nauczał Jezus bardzo wiele o uszanowaniu starców i o miłości dla rodziców. Nauczał o tym bardzo surowo; ludzie bowiem w Silo mieli od dawna zły nałóg, że pogardzali i lekceważyli rodziców podeszłych w wieku, i odmawiali im opieki. Z Betel, które leży ku południu, prowadzi dotąd droga; Lebona leży w pobliżu. Stąd może być od Samarii mniej więcej osiem do dziewięć godzin, w Silo jest pochowany prorok Jonasz. Jezus opuścił miasto Silo z przeciwnej strony w kierunku zachodu i północy. Andrzej, Saturnin i krewni Józefa z Arymatei rozłączyli się tu z Jezusem i poszli naprzód do Galilei. Jezus zaś przybył z innymi uczniami Jana, którzy przy Nim byli, przed szabatem do Kibzaim. Leży ono w nizinie, pomiędzy rozgałęzieniem gór, które ciągną się środkiem kraju, i tu się układają jakby w kształt wilczej łapy. Tutejsi mieszkańcy byli dobroczynni, uprzejmi i dobrze usposobieni dla Jezusa, i oczekiwali Go. Było to miasto Lewitów. Jezus zagościł u jednego przełożonego obok szkoły. Przybył tu również, w celu przywitania Jezusa, Łazarz z Martą i ze starym sługą, oprócz tego Joanna Chusa i syn Szymona, który miał posadę przy świątyni. Byli oni w drodze na gody do Kany, a dowiedzieli się przez posłów, iż się tu z Jezusem spotkają. Przy spotkaniu się wyszczególnił Jezus Łazarza, jako osobliwie umiłowanego przyjaciela; — nigdy jednak go się nie wypytywał: „Co robi ten lub ów z twoich przyjaciół lub krewnych?" Kibzaim leży na osobności, ukryte w zakątku góry. Mieszkańcy utrzymują się z hodowania drzew owocowych; wyrabiają tu także namioty, kobierce, a szczególnie wiele podeszew. — Jezus zatrzymał się tu przez szabat i uzdrowił wielu chorych samym rozkazem. Byli to cierpiący na puchlinę wodną i ślepi, których przyniesiono do Niego przed szkołę na małych łożach. Uczta odbyła się u pewnego znakomitego Lewity. Po szabacie udał się Jezus jeszcze do Sichar, gdzie przybył późno i przenocował w pewnej gospodzie. Łazarz i jego towarzystwo poszli wprost do Galilei. Na drugi dzień rano szedł Jezus z Sichar na północny wschód do Tebez. W Sichar albo Sychem nie mógł nauczać. Nie było tu Żydów, lecz Samarytanie, a nadto jeszcze jacyś ludzie, którzy od czasu niewoli babilońskiej lub po jakiej wojnie tu pozostali; uczęszczają oni do świątyni w Jerozolimie, lecz nie składają razem ofiar. Obok Sychem leży piękne pole, które kupił Jakób dla swego syna, Józefa. Część tego należy już do Heroda z Galilei. Przez dolinę prowadzi granica, którą stanowi wał, ścieżka i kołki. Przez Tebez, które jest dosyć wielkim miastem, prowadzi gościniec. Mieszkańcy


246

tutejsi trudnią się handlem. Przechodzą tędy wielbłądy, wysoko obładowane. Jest to ciekawy widok, gdy obładowane owe zwierzęta, jak małe wieżyczki, powoli przechodzą przez góry, z powodu ciężaru chwieją głową na długiej szyi w tę i owa stronę. Mieszkańcy tutejsi handlują także surowym jedwabiem. Są to dobrzy ludzie i nie stawali na przeszkodzie Jezusowi; nie byli jednak prostymi i dziecinnymi, ale obojętnymi, jakimi są często dobrze się mający kupcy. Kapłani i uczeni w piśmie byli nieco pewni siebie i neutralni. Gdy Jezus przybył do miasta, podnieśli opętani i słabi na umyśle krzyk: „Oto nadchodzi prorok z Galilei! On ma moc nad nami; On nas wypędzi." Rozkazał im milczeć i wtedy się uspokoili. Jezus wstąpił tu do synagogi, a ludzie poszli za Nim i przynieśli Mu chorych i uzdrowił ich. Pod wieczór nauczał w szkole i obchodził święto poświęcenia świątyni, które rozpoczęło się tego wieczora. Pozapalano w szkole i po wszystkich domach siedem świateł, również na dworze, po polach i przy drogach były zapalone wiązki na drągach. Tebez leżało na bardzo pięknym wzgórzu; w wielkiej odległości można było widzieć prowadzącą drogę górską i jak zstępowały po niej objuczone wielbłądy; z pobliża nie widziało się tego. Andrzej, Saturnin i krewni Józefa poszli już z Silo do Galilei. Andrzej wstąpił do swoich w Betsaidzie i powiedział Piotrowi, iż Mesjasza, który teraz idzie do Galilei, znowu odnalazł, i że chciałby Piotra do Niego zaprowadzić. Teraz szli wszyscy do Arbeli, zwanej także Betarbel, po Natanaela Chasyda, który miał tam zajęcia, by go zabrać do Gennabris i tam spędzić uroczystość, albowiem Chasyd mieszkał tam wówczas w wysokim budynku, który z wielu innymi stał oddzielnie przed miastem. — Rozmawiali wiele o Jezusie, a Andrzej sam poprowadził ich tam na święta, albowiem tak on jak i drudzy wiele liczyli na Natanaela. Chcieli usłyszeć, jakie jest jego w tym względzie zapatrywanie; on zaś niewielką kładł wagę na całą tę sprawę. Łazarz przybył z Martą i Joanną Chusa do Maryi w Kafarnaum, która tam udała się była z Kany, — i poszedł ze synem Szymona dalej do Tyberiady, gdzie się chcieli spotkać z Jezusem; oblubieniec z Kany, który był synem córki Soby, siostry Anny, wyszedł również na spotkanie Pana. Zwał się także Natanaelem i nie pochodził z Kany, lecz tylko tam się ożenił i osiedlił. Miasto Gennabris było ludne; prowadził przez nie gościniec, a nadto było bardzo przemysłowe; mieszkańcy trudnili się handlem, między innymi kupczyli także jedwabiem. Leżało ono o parę godzin w głąb kraju od Tyberiady, jednak oddzielone górami w ten sposób, iż trzeba było iść nieco ku południu i między Emaus a Tyberiadą, a potem obrócić się znowu ku Tyberiadzie. Arbel leżało między Seforis a Tyberiadą.

Pierwsze wyraźne powołanie Piotra, Filipa i Natanaela

Jezus wyruszył przed dniem z Tebez i szedł z uczniami najpierw ku wschodowi, potem zwrócił się ku północy, u stóp góry, w dolinie Jordanu, do Tyberiady. Przechodził przez piękną miejscowość AbelMehula, miasto rodzinne Elizeusza, gdzie góry zwracają się więcej ku północy. Miasto rozciąga się na grzbiecie góry; zauważyłam wielką różnicę między urodzajnością po stronie zwróconej do słońca a urodzajnością po stronie północnej. Ludzie byli tu dosyć dobrzy. Słyszeli oni o cudach Jezusa w Kibraim i Tebez. Zatrzymali Go na drodze i wyrazili życzenie, aby tu pozostał i leczył. Zbiegło się też wiele ludu. Jezus nie bawił tu długo. Miejsce było oddalone około cztery godziny od Tebez. Teraz szedł Jezus między Scytopolis i Jordanem. Gdy Jezus z Abelmehola dalej podróżował, wyszli naprzeciw Niego Andrzej z Piotrem i Janem przy pewnym miasteczku, oddalonym od Tyberiady około sześć godzin, podczas gdy inni przyjaciele byli już w Gennabris. Piotr z Janem przebywał w tej okolicy dla rybołówstwa. — Chcieli iść także do Gennabris,


247

Andrzej jednak nakłonił ich, aby wpierw wyszli naprzeciw Pana. Andrzej przyprowadził teraz swego brata do Jezusa, a Ten między innymi rzekł doń: „Ty jesteś Szymon, syn Jony, lecz na przyszłość będziesz się nazywał Kefas." Odbyło się to wszystko tylko w krótkim przemówieniu. Do Jana powiedział, że się wnet zobaczą. Następnie udali się Piotr i Jan do Gennabris. Andrzej zaś pozostał przy Jezusie, który stąd podążył w okolicę Tarychei. Jan Chrzciciel opuścił teraz miejsce, gdzie udzielał chrztu nad Jordanem; przeszedł rzekę i chrzcił dalej, może godzinę drogi za Betabarą, gdzie Jezus niedawno rozkazał chrzcić, a gdzie Jan sam przedtem chrzcił. Uczynił to zaś dlatego, ponieważ wielu ludzi z kraju Filipa Tetrarchy, który był człowiekiem dobrodusznym, chciało się dać ochrzcić, ale niechętnie przechodzili przez Jordan, szczególnie zaś dlatego, ponieważ było tam wielu pogan, i że podczas ostatniego pobytu Jezusa w tej okolicy wielu ludzi dało się nakłonić do przyjęcia chrztu. Nadto chciał pokazać, iż od Jezusa nie jest odłączony, więc udzielał chrztu na tym samym miejscu, co Jezus. Gdy Jezus przybył z Andrzejem w pobliże Tarychei, wstąpił do jednej z chat rybackich, położonej w obrębie rybołówstwa Piotra, w pobliżu jeziora, gdzie Andrzej już był zamówił gospodę. Do miasta Jezus nie wstępował; mieszkańcy mieli coś w sobie nieprzyjemnego i odrażającego i byli bardzo chciwi na lichwę i zysk. Szymon, który tutaj sprawował urząd, był na świętach w Gennabris z Tadeuszem, Jakóbem Młodszym i swymi braćmi, gdzie również byli Jakób Starszy i Jan. Przybył tu do Jezusa Łazarz, Saturnin i syn Szymona a nadto oblubieniec z Kany, który Jezusa wraz z towarzyszami zaprosił na gody. Jezus przebywał około Tarychei przez kilka dni, a to głównie z tej przyczyny, ponieważ chciał przyszłym Apostołom i uczniom dać dosyć czasu, aby sobie nawzajem mogli udzielić różnych wieści, i aby to wszystko, co, im Andrzej i Saturnin opowiedzą, mogli sobie dobrze rozważyć i nawzajem się porozumieć. Widziałam również, iż podczas gdy Jezus chodził po okolicy, Andrzej pozostał w domu, i pisał trzciną listy na paskach łyka; pismo to można było za pomocą z boku przymocowanych drewienek zwijać i rozwijać. Do Andrzeja przychodzili często mężczyźni i młodzieńcy, szukając zajęcia; Andrzej używał ich za posłańców. Wysłał te listy do Filipa i do brata przyrodniego, Jonatana, do Gennabris do Piotra i innych z oznajmieniem, iż Jezus przyjdzie na szabat do Kafamaum, dokąd ich wszystkich wzywał. Z Kafarnaum przybyło tymczasem poselstwo do Andrzeja, żeby przecież prosił Jezusa, aby Tenże przyszedł, gdyż już od kilku dni czeka na Niego posłaniec z Kades, który Go chce prosić o pomoc. Jezus szedł potem z Andrzejem, Saturninem, Obedem i kilku uczniami Jana z domu rybackiego przy Tarychei do Kafamaum, które nie leżało nad samym jeziorem, lecz na wzgórzu, po południowej stronie góry. Góra ta tworzy od strony zachodniej jeziora dolinę, przez którą Jordan płynie i wpada do jeziora. Jezus i Jego towarzysze szli oddzielnie. Andrzej zeszedł się na drodze z bratem swoim przyrodnim, Jonatanem, i Filipem, którzy, stosownie do jego zawiadomienia, wyszli mu naprzeciw; z Jezusem nie spotkali się. Andrzej rozmawiał z nim żywo, opowiadał wszystko co wiedział o Jezusie, i upewniał ich, iż Jezus jest prawdziwym Mesjaszem. Jeżeli chcą iść za Nim, to wcale nie potrzebują Go o to prosić; mają tylko uważnie słuchać Jego nauk, a jeżeli serdecznie będą pragnąć zostać Jego uczniami, to On ich przyjmie jednym skinieniem lub słowem. Maryja i święte niewiasty nie były w samym Kafamaum, lecz w mieszkaniu Maryi, w dolinie przed Kafarnaum naprzeciw jeziora, i tam obchodziły też święta. Synowie Marii Kleofasowej i Jakób Starszy z bratem Janem i Piotr, przybyli już tu z Gennabris, jak również i inni późniejsi uczniowie. — Chasyda (Natanaela),


248

Tomasza, Bartłomieja i Mateusza tam nie było; zresztą było tu wielu innych krewnych i przyjaciół świętej Rodziny, którzy otrzymali zaproszenie na gody do Kany, a tu święcili szabat, ponieważ słyszeli o Jezusie. Jezus mieszkał z Andrzejem, Saturninem, kilku uczniami Jana, Łazarzem i Obedem w domu, należącym do oblubieńca Natanaela, którego rodzice już pomarli i w spadku mu wielki majątek zostawili. Przyszli uczniowie, którzy przybyli tutaj z Gennabris, trzymali się jeszcze z dala z powodu pewnej obawy, albowiem chwiali się między powagą, jaką wywierało na nich zdanie Natanaela Chasyda, a wielkimi rzeczami, które opowiadali im o Jezusie Andrzej i inni uczniowie Jana; częścią zaś wstrzymywała ich nieśmiałość, jako też słowa Andrzeja, który im powiedział, iż nie potrzebują się zgłaszać, niech tylko słuchają Jego nauki, a potem już pójdą za wewnętrznym poruszeniem. Dwa dni czekał tu człowiek z Kades na przyjście Jezusa. Teraz upadłszy Mu do nóg, rzekł, że jest sługą pewnego męża z Kades. Jego pan błaga Jezusa, aby przybył do niego i uleczył jego synka, który ma trąd i opętany przez diabła, stracił mowę. Widać było po nim, że wierny to sługa, bo z wielkim współczuciem mówił o zmartwieniu swego Pana. Jezus odrzekł mu, że pójść tam nie może, jednak trzeba będzie dziecku pomóc ze względu na jego niewinność. Polecił więc słudze, aby najpierw Pan jego położył się na syna z rozkrzyżowanymi ramionami i odmówił pewną modlitwę, a trąd zejdzie z chłopca; potem niech on, sługa; sam położy się na chłopca i tchnie na niego, a wtenczas wyjdzie z chłopca błękitna para i uleczony będzie z niemocy. Widziałam, że rzeczywiście ojciec i sługa uleczyli w ten sposób chłopca. Miało to swoje tajemne znaczenie, że ojciec i sługa mieli brać udział w leczeniu chłopca. Sługa on był właściwym ojcem dziecka, o czym jednak pan jego nie wiedział; Jezusowi jednak wiadomym to było, i dlatego kazał im obydwom zdjąć z dziecka niezasłużoną winę. Miasto Kades leżało o sześć godzin drogi od Kafarnaum nad granicą Tyru na zachód od Paneas; było niegdyś głównym miastem Kanaanitów, a obecnie jest miastem wolnym, gdzie mogą się chronić ścigani przez sąd. Graniczyło z krajem Chabul, który Salomon darował królowi Fenicji. Ten pas ziemi jest zawsze jakiś ponury, nieprzyjemny, to też Jezus omijał go zawsze, gdy szedł do Tyru i Sydonu. Sądzę, że musiano tam popełniać morderstwa i rozboje. Na naukę Jezusa w synagodze zgromadziło się bardzo wiele ludzi, a między innymi wszyscy przyjaciele i krewni Jezusa. Mowa Jego była dla ludzi czymś zupełnie nowym, porywającym. Mówił o bliskości królestwa Bożego, o świetle, którego nie powinno się stawiać pod korzec, o siewcy i o podobieństwie wiary do ziarnka gorczycowego. Nie ograniczał się jednak na samych przypowieściach bez wytłumaczenia ich. Przypowieści służyły Mu tylko za przykład, lub porównanie, a z tego wyciągał następnie odpowiednią naukę. Słyszałam wprawdzie podczas Jego nauk wiele przypowieści, nie umieszczonych w ewangelii; te jednak, które teraz mówił, powtarzał często, tylko za każdym razem wykładał je inaczej. Po szabacie poszedł Jezus z uczniami na małą dolinkę obok synagogi, służącą jako miejsce do przechadzek. U wejścia, jak również w samej dolinie, rosły drzewa. Za Nim poszli synowie Marii Kleofasowej, Zebedeusza i inni uczniowie; tylko Filip z bojaźni i pokory ociągał się, nie wiedząc, czy może pójść za Panem. Wtedy Jezus, idący przed nim, zwrócił głowę ku niemu i rzekł: „Chodź za Mną!" słysząc te słowa, poszedł Filip, uradowany, wraz z innymi. Wszystkich uczniów było około dwunastu. W miejscu tym nauczał Jezus pod drzewem o Swym powołaniu i o potrzebie naśladowania Go. Andrzej, który był nadzwyczaj gorliwy i napełniony


249

pragnieniem, aby wszyscy tak jak on, byli przekonani o godności mesjańskiej Jezusa, cieszył się wielce, że Jezus Swą nauką w szabat tak bardzo pociągnął za Sobą ludzi. Mając serce przepełnione radością, powtarzał każdemu, komu tylko mógł, widzenie przy chrzcie Jezusa i wszystkie cuda Jego. Jezus mówił ponownie uczniom, że posłał Go Ojciec niebieski i wzywał Niebo na świadka, że większe jeszcze cuda zobaczą, niż dotychczas. Mówiąc o powołaniu ich na uczniów, rzekł, że mają być wciąż gotowymi, a gdy ich zawoła, mają wszystko opuścić, a On się już postara o to, że nie będzie im na niczym zbywać. Tymczasem mogą się zajmować swym rzemiosłem, gdyż przed zbliżającą się Wielkanocą, ma jeszcze inne sprawy do załatwienia; lecz gdy ich powoła, mają, nie troszcząc się o nic, pójść za Nim. Mówił Jezus o tym dlatego, gdyż obecni uczniowie zapytywali Go, co mają zrobić ze swą rodziną? Piotr np. wspominał, że nie może przecież opuścić natychmiast swego ojczyma (wuja Filipa). Obawy te rozproszył Jezus, mówiąc, że przed Wielkanocą nie będzie nic zaczynał. Obecnie mają tylko w sercu pozbyć się przywiązania do swoich zajęć, ale na zewnątrz mogą się zajęciu swemu oddawać dopóty, dopóki nie będą powołani. Tymczasem zaś mogą przygotowywać się do oddania swych rzemiosł i interesów w inne ręce. Opuściwszy następnie dolinę z przeciwnej strony, udał się Jezus wzdłuż domów, leżących między Kafarnaum a Betsaidą, do mieszkania Swej matki. Krewni Jego poszli za Nim, gdyż matki ich także się tam znajdowały. Na drugi dzień wyruszył Jezus raniuteńko z uczniami i krewnymi do Kany. Maryja i inne niewiasty poszły tamże osobno drogą prostszą i krótszą. Droga, którą szły niewiasty, była to wąska ścieżka, prowadząca przeważnie przez góry. Dla niewiast była ona milszą, gdyż zapewniała im samotność, a szerokiej drogi nie potrzebowały, bo szły zwykle szeregiem, jedna za drugą. Z przodu i z tyłu szli w niejakim oddaleniu przewodnicy. Droga ta ciągła się mniej więcej 7 godzin w kierunku na południowy zachód od Kafarnaum. Jezus szedł z towarzyszami w stronę Gennabris, drogą dłuższą, lecz szeroką i sposobniejszą do nauczania; często przystawał, nauczając, lub objaśniając coś. Droga ta skręcała się więcej ku południowi, niż droga, którą poszła Maryja. Z Kafarnaum do Gennabris wynosiła przestrzeń około sześć godzin, stamtąd zaś w kierunku zachodnim do Kany trzy godziny. Gennabris było pięknym miastem i posiadało szkołę, synagogę i szkołę wymowy, oprócz tego kwitł tu handel. Przed miastem stało kilka domów, a między nimi w jednym wysokim budynku miał Natanael swe biuro urzędowe. Natanael do miasta nie przyszedł, pomimo, iż go do tego niektórzy z uczniów, przyjaciele jego, namawiali. Jezus nauczał tu w synagodze, poczym z kilku uczniami u pewnego zamożnego faryzeusza nieco się posilił. Reszta uczniów poszła już naprzód. Filipowi polecił Jezus, aby udał się do Natanaela i przywiódł go ze sobą na drogę, którędy będzie przechodził. Jezus doznał w Gennabris bardzo zaszczytnego przyjęcia; mieszkańcy prosili Go nawet, aby pozostał dłużej i ulitował się nad chorymi, bo przecież jest ich ziomkiem. Jezus jednak nie został i odszedł wkrótce do Kany. Tymczasem był Filip u Natanaela w domu pisarskim, w którym jeszcze więcej pisarzy się znajdowało, sam zaś Natanael siedział w swej izdebce na górze. Filip, choć znał go dobrze, nie mówił z nim przedtem o Jezusie, gdyż Natanael nie był z innymi w Gennabris. Obecnie z zapałem wielkim wychwalał Jezusa, mówiąc, że jest prawdziwym Mesjaszem, o którym mówią proroctwa. Znaleźli wreszcie Mesjasza w osobie Jezusa z Nazaretu, syna Józefa! Natanael był człowiekiem wesołym, żywym, przy tym rzetelnym i szczerym, a przekonań swych lubił się stale trzymać i nie zmieniać ich. Obecnie zapytał Filipa:


250

„Cóż może być osobliwszego z Nazaretu?" Znał bowiem dobrze zdanie, jakie miano o Nazareńczykach, że umysł ich ma wstręt do wszelkich nowości i że w szkołach ich niewiele mądrego uczono. Sądził, że człowiek, który tam odebrał wykształcenie, może chyba zadowolić swoich prostodusznych, pojedynczych przyjaciół, lecz z pewnością mądrość ta nie zadowoli jego wymagań. Filip nalegał na niego, aby przynajmniej poszedł popatrzeć na Jezusa, gdyż będzie wkrótce przechodził drogą, prowadzącą do Kany. Dawszy się nakłonić, poszedł Natanael z Filipem ścieżką, od domu do gościńca. Jezus nadchodził właśnie i zatrzymał się w miejscu, gdzie ścieżka ta krzyżowała się z gościńcem. Filip, o ile przedtem był nieśmiały, o tyle od czasu, kiedy go Jezus zawołał, poufale obcował z Jezusem, i zawołał głośno, zbliżając się z Natanaelem: „Nauczycielu! przywodzę Ci tego, który się pytał, co może wyjść osobliwego z Nazaretu." Gdy Natanael stanął przed Jezusem, rzekł Tenże do otaczających Go uczniów: „Oto prawdziwy Izraelczyk, w którym nie masz zdrady!" Powiedział to Jezus tonem serdecznym, przyjacielskim, a Natanael zapytał Go: „Skądże mnie znasz?" — I rzekł mu Jezus: „Pierwej, niż cię Filip wezwał, widziałem cię, gdyś stał pod figą." Przy tych słowach spojrzał na niego Jezus wzrokiem, właściwym Sobie, do głębi wzruszającym. Pod wpływem tego wzroku przypomniał sobie nagle Natanael, że to Jezus jest tym podróżnym, którego poważne, ostrzegające spojrzenie tak cudownie go pokrzepiło, gdy stał pod figą na miejscu spacerowym w ciepłych kąpielach i walcząc z pokusą, spoglądał za urodziwymi kobietami, które po drugiej stronie łąki współubiegały się o owoce. Potęga tego wzroku, i skutkiem którego odniósł owo zwycięstwo nad sobą, pozostały mu w pamięci, lecz rysy twarzy podróżnego zatarły mu się w umyśle. Obecnie poznał niezawodnie zaraz Jezusa, lecz nie przyszło mu na myśl, że ów wzrok rozmyślnie był wówczas skierowany na niego. Teraz jednak, gdy Jezus powołał się na owo zdarzenie i znowu bystro na niego spojrzał, uczuł się dziwnie wstrząśniętym i poruszonym; poznał, że Jezus, przechodząc wtenczas koło niego, czytał w jego sercu, i był mu aniołem opiekuńczym; Natanael miał, bowiem tak czyste serce, że każda myśl nieczysta już go zasmucała. Widział, więc teraz w Jezusie swego obrońcę i zbawiciela, a to, że Jezus odczytał jego myśli, było dla jego szczerego, wdzięcznego serca dostatecznym powodem, aby zaraz radośnie wobec wszystkich uczniów uznać Jezusa za Mesjasza. Natychmiast, więc po tych słowach ukorzył się przed Jezusem i rzekł: Nauczycielu! Tyś jest Synem Bożym, Tyś jest królem Izraelskimi" Na to rzekł mu Jezus: Iżem ci powiedział: widziałem cię pod figą, uwierzyłeś. Zaprawdę, większe jeszcze rzeczy ujrzysz." Zwracając się następnie do drugich rzekł: Zaprawdę, zaprawdę! Ujrzycie niebo otworzone i anioły Boże, wstępujące i zstępujące na Syna człowieczego."Inni uczniowie nie rozumieli właściwego znaczenia słów Jezusa o drzewie figowym; nie wiedzieli, dlaczego Natanael Chasyd tak nagle zmienił swe zapatrywanie. Przyczyna ta pozostała dla nich jako sprawa sumienia tajemnicą i tylko Jan o tym wiedział, gdyż Natanael zwierzył mu się na godach weselnych w Kanie. ? Natanael zapytał Jezusa, czy ma zaraz opuścić wszystko i pójść za Nim; ma bowiem brata, któremu chciałby oddać swój urząd. Jezus powtórzył mu to samo, co wczoraj wieczorem mówił innym, i zaprosił go, aby przybył za Nim na gody do Kany. Następnie wyruszył Jezus z uczniami w dalszą drogę do Kany; Natanael Chasyd zaś wrócił do domu, przygotował się do podróży na uroczystość weselną i na drugi dzień rano był już w Kanie.


251

Gody w Kanie

Kana, przyjemne i schludne miasteczko, położone na zachodnim stoku dość wyniosłego pagórka, jest mniejsze od Kafarnaum. Posiada synagogę, a przy niej jest trzech kapłanów. Gody odbywają się w budynku z przedsionkiem i przysionkami dokoła, stojącym obok synagogi i przeznaczonym na uroczyste obchody. Od budynku aż do synagogi stoją altany i porobione są łuki z zielonych gałęzi, obwieszone wieńcami i mnóstwem owoców. Jako sala godowa służy przestrzeń między przedsionkiem a ogniskiem. Ognisko wysokie, murowane, zastawione jest obecnie naczyniami, kwiatami i podarunkami dla nowożeńców. Za ogniskiem jest jeszcze wolna trzecia część sali, gdzie podczas uczty siedzą niewiasty, oddzielnie od mężczyzn. W górze widać belki, zdobne wieńcami, u których umieszczone są lampy, przeznaczone do oświetlenia sali. Gdy Jezus zbliżał się do Kany wyszła naprzeciw Niego Maryja, rodzice oblubienicy, oblubieniec i inni; przyjęto Go z wielkim szacunkiem. Jezus zamieszkał z wybranymi uczniami, a mianowicie z późniejszymi apostołami, w osobnym domu, należącym do ciotki oblubieńca, która także była córką Soby, siostry Anny. Podczas całej uroczystości zastępowała ona oblubieńcowi matkę. — Ojciec oblubienicy nazywał się Izrael i pochodził z rodziny Rut z Betlejem. Był zamożnym człowiekiem; posiadał składy towarów, wielkie pakownie wodne, gospody i żerowiska dla karawan wzdłuż gościńca, przy czym zatrudniał wielu ludzi. Cały dobrobyt tej miejscowości był w ręku Izraela i kilku innych; większość, zatem mieszkańców żyła z zarobków u Izraela. Matka oblubienicy była nieco kulawa, skutkiem, czego utykała i musiano ją prowadzić. Z Galilei zebrali się w Kanie wszyscy krewni św. Anny i Joachima, ogółem około 100 osób. Z Jerozolimy przybyli Maria matka Marka, Jan Marek, Obed i Weronika. Sam Jezus przyprowadził jako gości około 25 uczniów. Jak już powyżej mówiłam, był Jezus w dwunastym roku życia, po powrocie ze świątyni, na zabawie dziecinnej w domu św. Anny. Wtenczas to, mówiąc z obecnym oblubieńcem, o tajemniczych sprawach chleba i wina, powiedział Jezus, że będzie na jego weselu; jednak obecny Jego udział w tej uroczystości miał jeszcze jak i wszystkie inne Jego czynności w życiu na tej ziemi oprócz wyższych tajemniczych przyczyn, także zewnętrzne, na pozór zwyczajne powody. Już wielokrotnie prosiła Maryja Jezusa przez posłów, aby przybył na tę uroczystość weselną. Powód do tego był taki. Krewni i znajomi św. Rodziny, jak zwykle ludzie, mówili nieraz między sobą, że Maryja, matka Jezusa, jest opuszczoną wdową, że Jezus chodzi z miejsca na miejsce, a nie troszczy się o Nią i o Swoją rodzinę. Dlatego też postanowił Jezus przybyć z przyjaciółmi na gody i uczcić Swą matkę. Uważał te gody za Swą własną sprawę i wziął nawet na Siebie część całej uroczystości; z tego też powodu Maryja tam tak wcześnie przybyła i wszystko pomagała urządzać. Jezus przyjął na Siebie dostarczenie wszelkiego wina na gody, i dlatego to Maryja przede wszystkim Jezusa zawiadomiła, gdy wina zabrakło. Polecił Jezus udać się do Kany także Łazarzowi i Marcie, którzy Maryi w Jej zajęciach pomagali. Łazarz ponosił część kosztów, które Jezus przyjął na Siebie, co było tylko Jezusowi i Maryi wiadomym. Jezus miał do Łazarza wielkie, zaufanie; przyjmował chętnie wszystko od niego, a tenże był szczęśliwy, kiedy Jezusowi mógł, co ofiarować. Do końca życia był Łazarz niejako skarbnikiem gminy Jezusowej. Ojciec oblubienicy podejmował Łazarza, jako znakomitego pana, podczas całej uroczystości z wielkim szacunkiem i o ile mógł osobiście mu usługiwał. Łazarz był ugrzeczniony, poważny, spokojny i uprzejmy, jednak nie narzucający się. Mówił mało, a wpatrywał się ciągle z serdecznością w Jezusa. Oprócz wina przyjął Jezus na Siebie dostarczenie części potraw i to


252

najwyborniejszych, tudzież owoców, ptactwa i jarzyn. O to wszystko się też postarano. Weronika przyniosła z Jerozolimy kosz ślicznych kwiatów i jakieś osobliwe cukierki. — Jezus był jakby panem godów. Kierował wszystkimi rozrywkami, dodając do nich nauki. Ułożył cały porządek zachowania się podczas godów i dozwolił wszystkim bawić się w tych dniach stosownie do przyjętego zwyczaju, lecz i z zabaw polecał wyciągać pożytek dla duszy. Między innymi postanowił, iż dwa razy na dzień będą wychodzić na wolne powietrze, aby tam się zabawiać. Potem widziałam wszystkich gości weselnych, osobno mężczyzn i kobiety, zajętych rozmową i zabawą w ogrodzie. Mężczyźni leżeli wkoło na ziemi i zabawiali się grę, polegającą, na tym, że rzucano do siebie podług pewnych reguł owoce, starając się je wpędzić do oznaczonych dołków i kółek, a inni przeszkadzali temu. Jezus brał także udział w tej grze z właściwą Sobie uprzejmością i powagą. Często z uśmiechem wymawiał jakie słowo, wywołując u wszystkich podziw, lub ciche, wewnętrzne wzruszenie; niektórzy nie rozumieli tego i prosili mądrzejszych o objaśnienie. Jezus podzielił grających na pojedyncze kółka i ustanowił wygrane, które rozdzielał potem z pięknymi, nieraz zadziwiająco trafnymi uwagami. Młodzież biegała po trawniku, skacząc przez girlandy z liści i owoców. Kobiety siedziały osobno, zabawiając się tą samą grą, co i mężczyźni. Oblubienica siedziała zawsze między Maryją Panną a ciotką oblubieńca. Zabawiano się także tańcami. Dzieci grały i śpiewały naprzemian. Tańczono w rzędach, lub tworzono koła; tańczący mieli w rękach chusteczki, którymi mężczyźni dotykali dziewic i na odwrót. Samą ręką nie dotykali się nigdy. U nowożeńców były chustki te czarne, u innych żółte. Najpierw tańczyli nowożeńcy sami, a potem dopiero wszyscy razem. Dziewice miały na twarzy zasłonę, z boku nieco uchyloną. Suknie były z tyłu dość długie, z przodu podpasane nieco sznurami. Tańcząc nie podskakiwano jak u nas, lecz raczej zakreślano chodem rozmaite linie, poruszając przy tym rękami, głową i ciałem, stosownie do taktu muzyki. Przypominało mi to chwianie się faryzeuszów podczas modlitwy; lecz wszystko wyglądało wdzięczniej i poważniej. Z późniejszych apostołów nie tańczył żaden: za to tańczyli Natanael Chasyd, Obed, Jonatan i inni uczniowie. Tancerkami były tylko dziewice. Wszystko odbywało się w największym porządku, ze spokojem, lecz i z wesołością. W tych dniach rozmawiał Jezus wiele na osobności z uczniami, którzy mieli później zostać apostołami; inni uczniowie nie byli przy tym. Jezus urządzał także dalsze wycieczki z uczniami i gośćmi po okolicy i nauczał często, a późniejsi apostołowie tłumaczyli drugim słyszane słowa. Te wycieczki gości służyły do tego, aby tymczasem można było bez przeszkody oddać się przygotowaniom do uczty. Niektórzy z uczniów, a czasem i Jezus, pozostawali w domu, by być obecnymi przygotowaniom i niejedno jeszcze zarządzić. Wielu z nich zajmowało się ułożeniem pochodu weselnego. Jezus chciał podczas tej uroczystości wszystkim krewnym i przyjaciołom, a również i tym, których dotychczas wybrał, dać sposobność, by mogli przy tej uroczystości nawzajem, jako też z krewnymi Jezusa i znajomymi bliżej się poznać. W synagodze, gdzie zgromadzili się goście, nauczał Jezus także o przyjemności dozwolonej rozrywki, i o jej znaczeniu, o granicach i powadze, jakie trzeba przy tym zachować, o pożytku, jaki należy z zabawy wyciągnąć; mówił także o małżeństwie, o obowiązkach męża i żony, o powściągliwości, skłonności i o małżeństwie duchownym. Przy końcu nauki stanęła młoda para przed Jezusem, którą pouczał każdego z osobna.


253

Zaślubiny. Gra kobiet. Gra losowa mężczyzn

Ślub odbył się dnia trzeciego po przybyciu Jezusa, około godziny dziewiątej rano. Pannę młodą ubierały drużki; ubiór jej był podobny do szat jakie miała Matka Boża przy ślubie, tylko tu była korona bogaciej ozdobiona. Włosy miała plecione w grubsze warkocze, a nie w pojedyncze pasma. Gdy już oblubienicę ubrano, przedstawiono ją Najświętszej Pannie i innym niewiastom. Z synagogi przysłano po oblubieńca i oblubienicę, poczym odbył się pochód do synagogi. Sześciu chłopców i sześć małych dziewczynek niosło wieńce, za nimi szło sześcioro starszych chłopców i dziewcząt z piszczałkami i innymi instrumentami. Na plecach przypiętą mieli jakąś sztywną materię na kształt skrzydeł. Oprócz tego towarzyszyło oblubienicy 12 dziewic, jako drużki, zaś oblubieńcowi 12 młodzieńców. Między ostatnimi był Obed, syn Weroniki, krewni Józefa z Arymatei, Natanael Chasyd i kilku uczniów Jana, nie było jednak żadnego z późniejszych apostołów. Ślub dawali kapłani przed synagogą. Obrączki ślubne otrzymał oblubieniec w darze od Maryi, a Jezus je pobłogosławił. Na ślubie zauważyłam osobliwą scenę, na co nie zwracałam uwagi przy zaślubinach Józefa i Maryi — mianowicie, że kapłan ukłuł jakimś ostrym narzędziem oblubieńca i oblubienicę w przedostatni palec w tym miejscu, na którym miano nosić pierścionki. Dwie krople krwi oblubieńca, a jedną kroplę oblubienicy wpuścił do kielicha z winem, z którego potem oboje młodzi wspólnie pili. Następnie rozdzielono między zebranych ubogich rozmaite części odzieży i inne podarunki. Powracających do domu nowożeńców przyjął Jezus. Przed ucztą zebrali się znowu wszyscy w ogrodzie. Niewiasty i dziewice siedziały w szałasie na matach i zabawiały się grą w owoce; miały na przemian na kolanach trójkątną tabliczkę, zapisaną na brzegu jakimiś głoskami. Palcem obracały wskazówkę, umieszczoną na tabliczce, i stosownie do tego, na którym miejscu wskazówka stanęła, otrzymywały pewną wygraną. Dla mężczyzn widziałam śliczną grę, urządzoną przez Jezusa. W środku domu, w którym się ta uroczystość odbywała, stał okrągły stół, a na nim, stosownie do liczby grających, tyleż porcji kwiatów, ziół i owoców. Owoce te ułożył już przedtem Jezus sam, a każde z nich miało swoje znaczenie. Nad stołem umieszczona była okrągła ruchoma tarcza z otworem na boku. Grający obracał tarczę, a nad którą porcją zatrzymał się otwór tarczy, tę porcję też grający otrzymywał. Na środku stołu stała gałązka winnej latorośli z winogronami, włożona w pęk kłosów pszennych; im dłużej obracano stół, tym wyżej podnosiła się gałązka winogronu wraz kłosami. Łazarz i późniejsi apostołowie nie brali w grze udziału, i otrzymałam też objaśnienie, dlaczego. Ci, którzy otrzymali powołanie do nauczania, lub mądrzejszymi byli od innych, mieli tylko przypatrywać się grze, wtrącać od czasu do czasu pouczające uwagi, i tak łączyć powagę i nauczanie z wesołością. Gra ta, urządzona przez Jezusa, nie była czymś przypadkowym, lecz miała swoje cudowne znaczenie; los, który przypadał każdemu wygrywającemu, miał ścisły związek z jego przymiotami, błędami, lub cnotami. Jezus tłumaczył to każdemu, który odbierał wygrane owoce. Każdy los był niejako przypowieścią o wygrywającym; czułam zarazem, że każdy z nich wraz z owocami otrzymywał od Jezusa jakieś dary duchowne. Słowa Jezusa wzruszały każdego, do którego były zwrócone, a to samo czyniło może i spożywanie wygranych owoców. Znaczenie każdego owocu poniekąd urzeczywistniało się w nich przez spożycie; lecz dla innych, których to nie dotyczyło, były słowa Jezusa niezrozumiałe. Widzieli w nich


254

tylko jakiś wesoły, pełen znaczenia dowcip. Każdy, do kogo Jezus mówił, czuł na sobie wzrok Jego, przenikający aż do wnętrza. Działo się to podobnie, jak przy głowach Jezusa do Natanaela o widzeniu go pod figą; wtenczas także jego tylko przeniknęły głęboko słowa Jezusa, a dla innych pozostały tajemnicą. Przypominam sobie jeszcze, że między innymi ziołami także rezeda się znajdowała. Gdy Natanael Chasyd wylosował swą wygraną, rzekł Jezus do niego: „Widzisz teraz, iż miałem słuszność, mówiąc, że jesteś prawdziwym Izraelitą bez cienia fałszu." Jeden los podziałał szczególnie zadziwiająco. Oblubieniec Natanael wygrał osobliwy jakiś owoc. Były to właściwie dwa owoce na jednej łodyżce; jeden podobny był do figi, drugi więcej do karbowanego jabłka i był z wierzchu czerwonawy, w środku biały w czerwone prążki; widziałam takie owoce w raju. Wszyscy zdziwili się nadzwyczajnie, gdy oblubieniec wygrał ten owoc, a Jezus powiedział mu kilka słów o czystości w małżeństwie i o stokrotnym owocu tejże. Wypowiedziane to było w ten sposób, że nie obrażało pojęć żydowskich o małżeństwie, a jednak niektórzy uczniowie, jak np. Jakób Młodszy, którzy byli Esseńczykami, zrozumieli właściwe znaczenie tych słów. Obecni dziwili się więcej temu losowi, niż innym, a Jezus wyrzekł te mniej więcej słowa: „Losy te, a właściwie owoce mogą kiedyś większy plon wydać, niż dziwne ich znaczenie może zapowiadać." Oblubieniec wyciągnął ten los dla siebie i dla swej oblubienicy, to też oboje skosztowali go nieco. Po zjedzeniu go zaszła w oblubieńcu dziwna zmiana; uczuł się dziwnie wzruszony, zbladł i wyszedł z niego jakiś czarniawy cień. Teraz wydał mi się czystszym, jaśniejszym i prawie przezroczystym w porównaniu z poprzednim wyglądem. Również oblubienica, która siedziała między niewiastami, zdawało mi się, jakoby po zjedzeniu omdlała nagle i wyszedł z niej również czarniawy cień. Owoc ten miał ścisły związek z zachowaniem czystości. Do pojedynczych losów przywiązane były także pewne warunki. Przypominam sobie, że nowożeńcy po wyciągnięciu owocu byli zobowiązani przynieść jakiś przedmiot z synagogi i odmówić pewne modlitwy. Natanael Chasyd wylosował pęk szczawiu. U niektórych uczniów, którzy, wylosowawszy owoce, jedli je, obudziły się również właściwe im namiętności, i po krótkiej walce wewnętrznej wychodziły z nich; czasem znowu uzyskali uczniowie tylko wzmocnienie do walki. — Jest jakaś nadnaturalna tajemnica we wszystkich owocach i ziołach, która po upadku człowieka, a z nim przyrody, stała się tajemnicą naturalną; z jej pierwotnej treści pozostało tylko słabe pojęcie w określaniu znaczenia, kształtu, smaku i działania tych rzeczy. Tylko w widzeniach i na stołach niebiańskich pojawiają się owoce w swym właściwym znaczeniu przed upadkiem; lecz i wtenczas pojęcie to nie jest zupełnie jasne; wszystko pomieszał nasz rozum i zwyczajny tryb życia. Gdy oblubienica omdlała, zdjęto z niej zbytecznie, obciążające ją części stroju, jak również pierścienie z palców. Między innymi zdjęto z palca środkowego złotą lejkowatą blaszkę, zasadzoną na kształt naparstka, jak również łańcuszki i sprzączki, spinające suknię na ramionach i piersiach. Z klejnotów pozostawiono jej tylko pierścień ślubny na palcu lewej ręki i żółtą ozdobę zawieszoną na szyi, a podobną do napiętego łuku. Powierzchnia łuku między cięciwą a grzbietem wyłożona była brunatną masą, podobnie jak pierścionki ślubne Józefa i Maryi, a na niej wyciśnięta, była jakaś leżąca postać, oglądająca trzymany w ręku pączek jakiegoś kwiatu. Po zabawach w ogrodzie udano się na ucztę. Począwszy od ogniska podzielona była sala godowa na trzy części o tyle niskimi przegrodami, że goście, leżący przy stołach, mogli się wzajemnie widzieć; w każdej części stał długi, wąski stół. Jezus leżał w samym środku na przednim miejscu przy stole, z


255

nogami zawróconymi ku ozdobionemu ognisku. Przy tymże stole siedział Izrael, ojciec oblubienicy, krewni Jezusa i oblubienicy i Łazarz. Przy bocznych stołach siedzieli inni goście weselni i uczniowie. Niewiasty siedziały w części sali za ogniskiem, mogły jednak słyszeć wszystkie słowa Pana. Przy stole usługiwał oblubieniec i kilku służących, mimo, iż był wyznaczony osobny przełożony wesela, przybrany w fartuch. Niewiastom usługiwała oblubienica z kilku niewiastami. Po chwili wniesiono potrawy, a przed Jezusem postawiono upieczonego baranka z nogami związanymi na krzyż. Oblubieniec przyniósł Mu szkatułkę z nożami służącymi do rozkrawania; wtedy rzekł mu Jezus po cichu, czy przypomina sobie ową ucztę dziecięcą po Wielkanocy, podczas której opowiadał mu przypowieść o godach weselnych i obiecał być na jego weselu, W dzisiejszym dniu spełnia się to. Słysząc te słowa, spoważniał bardzo oblubieniec, gdyż zapomniał całkiem o owym zdarzeniu. Podczas uczty, jak w ogóle przez cały czas godów, był Jezus bardzo wesoły, a nigdy nie zapominał o nauczaniu; każdą czynność przy uczcie tłumaczył według jej duchowego znaczenia. Mówił o wesołości i o zabawianiu się na uroczystościach, wspominając, że łuk nie może być ciągle napięty, a rola potrzebuje orzeźwienia przez deszcz. Szczególnie jednak dziwne rzeczy opowiadał przy rozkrawaniu jagnięcia. Mówił o oddzieleniu jagnięcia od trzody i o wybraniu go nie na rozkosze, lecz na śmierć; o pieczeniu go, oznaczającym oddalenie przywar przez ogień oczyszczenia. Rozkrawając pojedyncze członki baranka, mówił, że tak muszą ci, którzy zechcą pójść za Barankiem, rozdzielić się z najbliższymi krewnymi. Wreszcie, gdy podał biesiadnikom pojedyncze kawałki jagnięcia, a oni spożyli je, rzekł: „Tak podzielony i rozebrany będzie Baranek przez swoich, na wspólny, łączący wszystkich pokarm. Tak musi ten, który pójdzie za barankiem zrzec się swego pokarmu, zniszczyć swe namiętności, rozdzielić się z członkami swej rodziny i stać się pokarmem i potrawą połączenia przez Baranka w Ojcu niebieskim. — Każdy z gości miał przed sobą talerz z potrawą, chleb lub ciasta. Jezus położył także na stół ciemno brunatną tabliczkę z żółtą obwódką, którą wzajemnie sobie podawano. Czasami brał do ręki pęk ziela i dawał stosowne nauki. Jak już wspomniałam, przyjął Jezus na Siebie dostarczenie drugiego dania przy uczcie i wina, o co się też Najświętsza Panna i Marta postarały. Gdy wniesiono potrawy, jak: ptaki, ryby, przysmaki z miodu, owoce i owe cukierki, które Weronika przyniosła z Jerozolimy, wstał Jezus, nakroił każdą potrawę i znowu się położył przy stole. Wina jednak nie było, a Jezus, nie zwracając na to uwagi, nauczał. Najświętsza Panna, która zajmowała się tym wszystkim, widząc, że wina niema, podeszła ku Jezusowi i przypomniała Mu, że obiecał o wino się postarać. Jezus, który właśnie nauczał o Ojcu Swoim niebieskim, odrzekł: „Niewiasto, nie troszcz się o nic, nie zaprzątaj tym głowy Mnie i Sobie! Jeszcze nie przyszła godzina Moja." Słowa te nie były żadną szorstkością, okazaną Najświętszej Pannie. Rzekł do niej „niewiasto," a nie „matko," gdyż w obecnej chwili miał jako Syn Boży, jako Mesjasz, wykonać wobec uczniów i krewnych tajemniczą czynność i miał obecnie na oku tylko Swą moc Boską. W chwilach, gdy Jezus działa jako Słowo wcielone, więcej znaczy, gdy nazwie kogo tym, czym właściwie jest, niż gdyby go obdarzył jakąś godnością, lub urzędem. Przez to samo bierze się niejako udział w tej świętej sprawie. Maryja była niewiastą, a zarazem rodzicielką Tego, któremu obecnie, jako Stworzycielowi, przypomniała potrzebę dostarczenia wina stworzeniom, i to tym stworzeniom, którym On właśnie chciał pokazać, że jest Synem Boga, a nie, że jest synem Maryi. Podczas śmierci krzyżowej rzekł również do Maryi, płaczącej u Jego stóp, wskazując na Jana: „Niewiasto! oto syn twój!" — Ponieważ Jezus


256

mówił Jej przedtem, że postara się o wino, to też Maryja, mówiąc Mu o braku wina, występowała tu w roli pośredniczki i orędowniczki. Wino jednak, które Jezus chciał dać, nie było zwykłym winem, odnosiło się to bowiem do tajemnicy przemienienia wina w krew Jego przenajświętszą. Słowa zatem, wyrzeczone do Maryi Panny, oznaczały, że nie przyszła godzina Jego aby, po pierwsze: dał obiecane wino, po drugie: przemienił wodę w wino, po trzecie: przemienił wino w Swą Krew. Maryja nie troszczyła się już więcej o gości weselnych. Polegając na tym, że prosiła Swego Syna, rzekła do sług: „Cokolwiek wam rzecze, czyńcie!" To jest to samo, jak kiedy oblubienica Jezusa — Kościół, modli się do Niego: „Panie, Twoi synowie nie mają wina," a Jezus mówi nie „Oblubienico," lecz: „Kościele, nie troszcz się i bądź spokojny, bo jeszcze nie przyszła Moja godzina;" a wtenczas Kościół mówi do kapłanów: „Zważajcie na każdy Jego rozkaz i skinienie, gdyż On wam dopomoże." Maryja rzekła więc do sług, aby oczekiwali rozkazów Jezusa i spełnili je. Po niejakim czasie kazał im Jezus przynieść przed Siebie próżne stągwie i postawić je dnem do góry. Były trzy wiadra z wody, a trzy z wina; te przynieśli słudzy do Jezusa, i aby pokazać, że są próżne, trzymali je nad miednicą do góry dnem. Następnie kazał je Jezus napełnić wodą; w tym celu zanieśli je słudzy do piwnicy, gdzie była kamienna studnia zaopatrzona pompą. Stągwie były tak ciężkie, że trudno je było podnieść z ziemi, pełną stągiew miało dwóch ludzi za oba ucha co nieść. Z góry do dołu szły rury opatrzone kurkami. Gdy wiadro opróżniło się do pewnej wysokości, otwierano niższy kurek i w ten sposób wylewano zawartość. Przy wylewaniu nie podnoszono naczynia z ziemi, lecz schylano je nieco. Przypomnienie, wyrzeczone przez Maryję, że nie ma wina, wypowiedziane było cicho, lecz głośna była odpowiedź Jezusa, jak również rozkaz, aby naczynia napełniono wodą. Napełnione wodą stągwie postawili słudzy przy kredensie; wtedy Jezus, przystąpiwszy, pobłogosławił je, a potem, kiedy znowu przy stole leżał, rzekł: „Czerpcie z nich i zanieście przełożonemu wesela!" Ten, skosztowawszy owego wina, rzekł do oblubieńca, że zwykle daje się na początku dobre wino, a potem, gdy goście są podchmieleni, gorsze; gdy tymczasem on zachował najlepsze na ostatek. Przełożony wesela nie wiedział wcale, że to Jezus wziął na Siebie dostarczenie wina, jak również potrawy na drugie danie, gdyż było to tylko wiadomym św. Rodzinie i rodzinie oblubienicy. Skosztowali wina także oblubieniec i ojciec oblubienicy, dziwiąc się jego dobroci, podczas gdy słudzy zapewniali, że z wiader czerpali wodę do kubków. Wszyscy to wino pili. Nie czyniono jednak żadnego gwaru z powodu cudu; panowała cisza, bo wszyscy przejęci byli czcią dla Jezusa, sprawcy cudu. Jezus dawał też odpowiednie nauki. Mówił między innymi, że świat daje najpierw silne wino, a potem oszukuje gorszym podchmielonych, lecz nie tak dzieje się w królestwie, które Ojciec niebieski Mu powierzył; tam czysta woda przemienia się w wyborne wino, podobnie jak oziębłość musi się przemienić w zapał i wielką gorliwość. Mówił także o uczcie, która tutaj z wielu obecnymi obchodził jako dwunastoletni chłopiec po powrocie ze świątyni; wtenczas opowiadał o chlebie i winie, mówił przypowieść o godach weselnych, na których woda oziębłości przemieni się w wino natchnienia, a teraz spełniło się to wszystko. Potem rzekł im: „Dożyjecie jeszcze większych cudów. Kilka świąt wielkanocnych będę z wami obchodził, a przy ostatnich przemieni się wino w Krew, a chleb w Ciało, i pozostanę z wami na pocieszenie i wzmocnienie aż do końca. Po owej uczcie ujrzycie spełnienie na Mnie rzeczy, których byście nie zrozumieli teraz, choćbym je wam powiedział." Wszystko to mówił Jezus nie wprost, lecz w przypowieściach, których już nie pamiętam, lecz wiem, że takie było ich znaczenie. Wszyscy słuchali Jego słów z


257

lękiem i podziwem. Nie tylko cud sam, lecz także wino, które pili, podobnie jak przedtem owoce, przemieniało ich wewnętrznie i wzmacniało na duchu. Uczniowie, krewni, słowem wszyscy współbiesiadnicy, byli teraz przekonani o Jego mocy, godności i posłannictwie; wszyscy, którzy pili wino, zarówno uwierzyli w Niego i stali się przez to lepszymi i szlachetniejszymi. Tak więc był Jezus pierwszy raz pośród Swoich wiernych i pierwszy to znak uczynił w nich i dla nich dla umocnienia ich wiary, i dlatego też nazywa się to pierwszym Jego cudem; ostatnia wieczerza zaś ostatnim, spełnionym wtenczas, gdy już utrwalona była w nich wiara. Przy końcu uczty przyszedł do Jezusa oblubieniec i oświadczył Mu z pokorą na osobności, że czuje jak wymarła w nim wszelka namiętność i że chętnie będzie żył z żoną w czystości, jeśli tylko ona na to się zgodzi; gdy później to samo wyznała Jezusowi oblubienica, zawołał Tenże ich oboje i dał im odpowiednią naukę o miłej Bogu czystości w małżeństwie i o stokrotnych, owocach ducha. Mówił im, że wielu proroków i świętych ludzi żyło w czystości, ofiarowawszy swe ciało Ojcu niebieskiemu; za to nawrócili wiele ludzi ku dobremu, i pozyskali przez to potomstwo duchowe, a ci ich potomkowie stali się później wielkimi i odznaczyli się świętością. Nowożeńcy uczynili natychmiast przed Jezusem ślub, że przez trzy lata będą żyć ze sobą jak brat z siostrą; uklęknąwszy przed Jezusem, przyjęli z uszanowaniem Jego błogosławieństwo. Wieczorem czwartego dnia godów odprowadzono w uroczystym pochodzie nowożeńców do ich nowego mieszkania. Na przedzie niesiono świecznik z płonącymi świecami, ułożonymi w kształcie litery. Dalej niosły dzieci na szarfach dwie korony z kwiatów, jedną otwartą, a drugą zamkniętą, i przed domem nowożeńców rozerwały je, a kwiaty rozsypały przed domem. Jezus wstąpił do domu i drugi raz pobłogosławił nowożeńców. Byli przy tym i kapłani; ci jednakowoż od czasu spełnienia cudu przez Jezusa spokornieli bardzo i pozwalali Mu czynić wszystko według upodobania. W szabat nauczał Jezus dwa razy w synagodze w Kanie. Mówił o godach weselnych, o posłannictwie i pobożności młodej pary. Gdy wychodził z synagogi, padli przed Nim ludzie na kolana, prosząc Go o pomoc dla chorych. Dokonał tu Jezus dwóch cudownych uzdrowień. Pewien człowiek spadł z wysokiej wieży; zabił się na miejscu, i miał wszystkie członki połamane. Jezus przystąpił do niego, poskładał pogruchotane części ciała, dotknął się ich i rozkazał umarłemu wstać i udać się do domu, co też ten rzeczywiście uczynił, podziękowawszy przedtem gorąco Jezusowi za przywrócenie mu życia; człowiek ten był żonaty i miał kilkoro dzieci. Również uzdrowił Jezus obłąkanego, który dla bezpieczeństwa był przywiązany do słupa kamiennego. Uzdrowił także kilku chorych na wodną puchlinę i grzeszną niewiastę, cierpiącą na upływ krwi. Ogółem uzdrowił tu siedmioro ludzi. Ludzie nie śmieli podczas uroczystości przyjść do Jezusa, kiedy jednak rozeszła się pogłoska, że po szabacie zaraz odejdzie, nie dali się niczym powstrzymać. Cudowne te uzdrowienia działy się w obecności kapłanów, którzy po cudzie na godach w niczym Mu nie przeszkadzali i dozwalali czynić, co Mu się podoba; uczniów przy tym nie było.

Jezus w Kafarnaum i nad jeziorem Genezaret

Po szabacie odszedł Jezus w nocy z uczniami do Kafarnaum. Część drogi odprowadził Go oblubieniec, ojciec jego i wielu innych. Z pozostałych potraw, przyrządzonych na gody, otrzymali także dość wiele ubodzy, gdyż nic dwa razy na stół nie podawano, lecz zaraz rozdzielano je ubogim. Przed szabatem nagotowano wszystkiego już naprzód na dwa dni postne, które


258

po szabacie miały nastąpić. Potem ognie wszystkie zagaszono, a okna zbyteczne pozamykano. Zamożni mieli ogniska tak urządzone, że potrawy można było przechowywać przez cały czas świąt, w miejscu, urządzonym pod gorącym popiołem. Post ten przebył Jezus w Kafarnaum, gdzie nauczał w synagodze. Dwa razy na dzień przynoszono Mu chorych, a On uzdrawiał ich. Ci uczniowie, którzy pochodzili z Betsaidy, poszli tam i po części wrócili zaraz na powrót. Jezus nauczał także w okolicy; czas wolny przepędził u Maryi, Matki Swej. Andrzeja, Saturnina, Arama, Temeniego i Eustachego wysłał Jezus nad Jordan na opuszczone przez Jana miejsce chrztu, koło Jerycho, gdzie teraz mieli chrzcić. Sam odprowadził ich kawałek i poszedł do Betanii, gdzie uzdrawiał i nauczał; potem wrócił się, i po siedmiu, lub ośmiu godzinach drogi, w kierunku północno zachodnim od Kafarnaum, przybył w pobliże Hanaton, gdzie się znajduje góra do nauczania. Na wierzch idzie się blisko godzinę, po łagodnie wznoszącym się stoku, na górze zaś urządzone jest miejsce do nauczania. W środku stoi rodzaj katedry nauczycielskiej wykonanej z kamienia; dokoła są słupy, a na nich rozpina się dach płócienny, chroniący od upałów i deszczów. Pod dachem tym może się bardzo wiele ludzi pomieścić. Po nauce znosi się namiot na dół. Obok głównego szczytu są trzy inne, między nimi góra błogosławieństw. Z miejsca, na którym Jezus naucza, roztacza się daleko i szeroko przepyszny widok. U dołu szumią bałwany Morza Galilejskiego, a za nim hen w dali widnieją mury Nazaret. W niektórych miejscach jest góra ta uprawna i pokryta bujną roślinnością, lecz szczyt, gdzie Jezus naucza, jest pusty i otoczony zwaliskami jakiegoś muru, z czego można jeszcze rozróżnić resztki baszt. Wkoło góry leżą miejscowości: Hanaton, Betanat i Najel, czyniące wrażenie, jak gdyby kiedyś w dawnych czasach były złączone w jedno wielkie miasto. Jezus miał przy Sobie trzech uczniów; syna ciotki oblubieńca z Kany, syna innej jakiejś wdowy i przyrodniego brata Piotrowego, Jonatana. Ci zwołali ludzi na górę. Jezus nauczał o odmienności ducha pojedynczych ludzi, rodzin i miejscowości, i o Duchu, którego przyjęli na chrzcie, a w którym przez pokutę, zadosyćuczynienie i przebłaganie, zjednoczyli się z Ojcem niebieskim. Objaśniał im także, w jaki sposób mogą poznać, czy i o ile, przyjęli Ducha św. na chrzcie. Nauczał o modlitwie i poszczególnych prośbach i dziwiło mnie to, że nie wspomniawszy wcale o „Ojczenaszu," już objaśniał pojedyncze prośby tej modlitwy. Nauka trwała od południa do wieczora, poczym Jezus zeszedł do Betanat i tam przenocował. Poprzednią noc, spędził Jezus w Hanaton. Następnego dnia wyruszył Jezus z Betanat ku jezioru. W Betanat przyłączyło się do Niego jeszcze pięciu uczniów Jana; pochodzili oni z nad Morza śródziemnego, z okolicy na północ od Afeki, miasta rodzinnego św. Tomasza. Długi czas byli uczniami Jana, a teraz przyłączyli się do Jezusa. Około południa stanął Jezus z uczniami na pagórku, położonym o pół godziny drogi od jeziora między dopływem Jordanu a Betsaidą. Widać stąd było doskonale jezioro, a na nim łodzie Piotra, Jana i Jakuba. Piotr miał wielką łódź, na której wiosłowali najemnicy, sam zaś sterował malutką łódką. Jan i Jakub wraz z ojcem, mieli także wielką łódź i kilka mniejszych. Widziałam również małą łódkę Andrzeja, znajdującą się obok łodzi Zebedeusza; on sam zaś był obecnie nad Jordanem. Uczniowie, będący przy Jezusie, ujrzawszy przyjaciół na jeziorze, chcieli zejść na dół i zawołać ich; Jezus jednak kazał im pozostać na miejscu. Wtedy spytali Jezusa: Jak mogą ci mężowie tak obojętnie jeździć po jeziorze i łowić ryby, kiedy widzieli Twoje czyny i słyszeli Twoją naukę?" Na to rzekł im Jezus: „Nie powołałem ich jeszcze; prowadzą rzemiosło na wielką skalę, szczególnie Piotr, i dają utrzymanie wielu ludziom. Powiedziałem im, co mają czynić, dopóki ich nie powołam. Do tego czasu mam jeszcze wiele do czynienia, a


259

prócz tego muszę być na Święta Wielkanocne w Jerozolimie." Na zachodnim stoku pagórka stało około 26 domostw, należących przeważnie do rybaków i rolników. Gdy Jezus schodził tam, pojawił się jakiś opętany, i biegnąc za Nim, wołał: „Oto już idzie! Nadchodzi prorok przed którym musimy uciekać!" Po chwili pojawiło się ich więcej, a wszyscy krzyczeli i szaleli; dozorcy opętanych szli także za Jezusem. Jezus rozkazał im uspokoić się i pójść za Nim, a zaprowadziwszy ich na pagórek, nauczał. Łącznie z opętanymi zgromadziło się mniej więcej sto ludzi około Niego. Jezus nauczał o złych duchach, o sposobie walczenia z nimi i o poprawie życia. Opętani, uwolnieni teraz od złego ducha, uspokoili się, dziękując ze łzami w oczach Jezusowi i zapewniali, że nie wiedzą, co się z nimi przed tym działo. Nieszczęśliwych tych, pomiędzy którymi byli niektórzy jeden z drugim powiązani, przywiedziono tu z różnych stron, gdyż rozeszła się wieść między ludźmi, że przyjdzie tu prorok, równy znaczeniem i świętością Mojżeszowi. Byliby Go jednak nie spostrzegli, gdyby nie to, że jeden z opętanych wyrwał się i pobiegł z krzykiem za Jezusem. Stąd udał się Jezus do Matki Swej drogą, prowadzącą między Kafarnaum a Betsaidą. Pierwsze z nich leżało niedaleko od tego wzgórka na północ. Pod wieczór, gdy już szabat zapadł, uczył Jezus w synagodze tego miasta. Mieszkańcy tutejsi obchodzili nadzwyczajne święto na pamiątkę Tobiasza, który przebywał w tej okolicy, i zdziałał wiele dobrego. Zostawił on tu także fundusze na utrzymanie szkół i synagog tamtejszych. Jezus uczył o wdzięczności. Po skończonym szabacie udał się Jezus znowu do Swej Matki, przebywając z Nią na rozmowie do późnej nocy. Mówił o przyszłym Swym apostolskim życiu, nadmieniając że teraz idzie nad Jordan, koło Wielkanocy pójdzie do Jeruzalem, następnie powoła Apostołów i wystąpi publicznie; wspominał o prześladowaniu, jakie Go czeka w Nazarecie, o przyszłym Swym zawodzie, i w jaki sposób wezmą w nim udział Matka Jego i inne niewiasty. W domu Maryi znajdowała się wówczas podeszła już w latach niewiasta; była to owa uboga wdowa, jej krewna, którą Anna do groty żłobkowej dla posługi Maryi przysłała. Była już tak starą, że więcej Maryja jej służyła, niż ona Maryi. Jezus szedł teraz w towarzystwie ośmiu uczniów nad Jordan do miejsca chrztu. O świcie wyruszyli w drogę i udali się ku wschodniej stronie jeziora i przebyli znów pagórek, skąd poprzednio widzieli łodzie Apostołów. Jordan, płynący tu głębokim korytem, przeszli stromym, wąskim mostem w miejscu, o pół godziny oddalonym od jego wpływu do jeziora. Po drugiej stronie owego przejścia, niedaleko jeziora, leży mała miejscowość rybacka, otoczona sporą liczbą rozciągniętych sieci, zwana Małe Chorazin. O godzinę drogi na północ od jeziora leży Betsaida Julias. Wielkie Chorazin położona jest kilka godzin drogi od jeziora na wschód. Tu przebywał celnik Mateusz. Jezus przechodził wschodnim wybrzeżem jeziora i zatrzymał się na noc w Hippos. Następnego dnia, idąc koło miasta Gadara, uzdrowił po drodze człowieka przez czarta opętanego, prowadzonego za nim powrozami skrępowanego, a który mimo to wyrywał się i krzyczał przeraźliwie: „Jezusie! synu Dawidów, Jezusie, dokąd zmierzasz, chcesz nas wypędzić!" Wtedy Jezus, stanąwszy, nakazał szatanowi milczenie, następnie rozkazał mu ustąpić z owego człowieka, wskazując, gdzie ma wstąpić. W kilka godzin przyszedł Jezus z Gadary nad Jordan, przeprawił się przezeń, a zostawiając po lewej ręce Scytopolis, udał się w kierunku zachodnio południowym. Idąc przez górę Hermon, przybył do miasta Jezrael, po którego zachodniej stronie rozciąga się dolina Ezdrelon. Przed synagogą uzdrowił tu wiele ludzi; zabawił jednak w Jezrael zaledwie kilka godzin, tak iż Magdalena, która na


260

prośbę Marty spieszyła z nią w to miejsce, aby zobaczyć Jezusa, po przybyciu, już Go tu nie zastała. O cudach Jego dowiedziała się tylko od uzdrowionych. Rozeszły się więc obydwie siostry, a Magdalena wróciła do Magdalum. Widziałam potem Jezusa w miejscowości Hay, położonej niedaleko od Betel, a od miejsca chrztu o 9 godzin drogi odległej. Miejscowość ta uległa w dawnych czasach zniszczeniu, później została znowu w mniejszych rozmiarach odbudowana, i leżała na ustroniu. Tu Jezus także uzdrawiał i uczył. Między Faryzeuszami tamtejszymi znajdowali się niektórzy, którzy byli obecni nauce Jezusa dwunastoletniego „w świątyni Jerozolimskiej." Ci rozmawiali teraz o tym, posądzając Go o obłudę, iż wówczas w jednej synagodze uczonych dyskutował z uczniami, a następnie nauczycielom zadawał pytania, jakby żądał od nich pomocy i odpowiedzi na zdania przeciwników, pytając ich: „co myślicie o tym, powiedzcie nam! Kiedy przyjdzie Mesjasz?" W ten sposób wydobywał z nich zdania o wszystkim, a potem narzucał Swoje jako lepsze. Dlatego pytali się Go teraz, czy nie jest przypadkiem tym samym, który niegdyś jako 12letni w świątyni nauczał.

Jezus nakazuje chrzcić w Jordanie

Z Hay podążył Jezus do miejsca nad Jordanem, gdzie Jan przedtem chrzcił, 8 godzin od Jerycha oddalonego. Andrzej i wielu uczniów wyszło Mu naprzeciw blisko godzinę drogi. Prócz tych znajdowało się w owym miejscu kilku uczniów Jana i kilku z Nazaretu. Niektórzy z nich udali się do małej miejscowości Ono, godzinę drogi stąd odległej, zapowiadając, że Jezus tu będzie święcił szabat i uzdrawiał chorych. Powiedzieli im również, że dzieło, któremu Jan dał podwalinę, Jezus prowadzi dalej, wyraźniej i lepiej je wykończając. Przed miejscowością On, posiadał Jezus własną gospodę, pół godziny drogi odległą, od miejsca chrztu. Kupił ją dla Jezusa Łazarz, osadzając w niej człowieka, który przygotowywał posiłek; potrawy spożywał Jezus jednak zwykle zimne. Gospoda ta była dlań miejscem odpoczynku, ile razy przebywał w tej okolicy; stąd też udawał się w różne miejscowości okolicy, by nauczać i chrzcić. Gdy przybył na szabat do Ono, nauczał w synagodze i leczył chorych, których mu przynoszono, między tymi uzdrowił wyniszczoną i mającą krwotok kobietę. W ostatnich czasach przychodził często do Jana Herod, którym on zawsze gardził, jako cudzołożnikiem. Herod przyznawał w duszy Janowi słuszność, lecz żona pałała przeciw niemu gniewem. Odtąd Jan nauczał zawsze o Jezusie, nie chrzcił już nikogo, lecz odsyłał wszystkich za Jordan do chrztu Jezusa, i jego Królestwa, wskazując, gdzie Go szukać należy, mianowicie nie między bogatymi, lecz między maluczkimi i ubogimi. W czasie upału rozpinano nad głową Jego oponę w kształcie namiotu. Chrzest ten nazywał omyciem, chrzest Jana chrztem pokuty; wspominał także o przeszłym chrzcie z ognia i Ducha św. Drzewa i krzewy, zasadzone przez Jana na wyspie, na której Jezus się dał chrzcić, pięknie się gałęziami ze sobą splotły, tworząc jakby altanę; ponad nią wyrastało drzewo, zasadzone u studni. Na wierzchołku owego drzewa widziałam figurę jakby dziecięcia z wyciągniętymi rączętami, które z winnej macicy wyrastało; jedną rączką rozdawało żółte jabłuszka, drugą róże. Figura ta była częścią ozdób, do uświetnienia uroczystego rozpoczęcia chrztu Jezusowego. Stąd udał się Jezus już pod wieczór z kilkunastu uczniami na południe od Morza Martwego w okolicę, gdzie się niegdyś zatrzymał Melchizedek, po wymierzeniu gór i Jordanu. Na długi czas jeszcze przed Abrahamem przesiedlił tenże tu dotąd przodków jego, lecz miasto ich wraz z Sodomą i Gomorą uległo zniszczeniu. Obecnie ponura to okolica, pełna czarnych poszarpanych skał i jaskini ciągnąca


261

się na przestrzeni półgodzinnej od morza Martwego w głąb kraju. Widać w niej trochę gruzów z murów i wież zniszczonego miasta Hazezon Thamar. W miejscu, gdzie jest teraz Morze Martwe, dawniej jeszcze przed spustoszeniem owych bezbożnych miast, rozlewał się Jordan, szeroki na ćwierć godziny drogi. Ludzie, mieszkający po jaskiniach i rozwaliskach w głębi kraju, nie są wcale rodowitymi żydami, lecz niewolnicy, pochodzący od ludów tędy przechodzących, i którzy żydom służą i uprawiają im pola. Są to biedacy, bardzo upośledzeni i zaniedbani. Dlatego też za niepojętą łaskę uważali sobie, że Jezus do nich przybył, i przyjęli Go nader życzliwie. Jezus uzdrowił im też wielu chorych. Obecnie okolica ta w lepszym znajduje się stanie, niż za czasów Jezusa; pierwotnie jednak była nadzwyczaj piękną i żyzną. Za czasów Abrahama dopiero, wskutek powstania Morza Martwego, zamieniła się prawie w pustynię. Mnóstwo miast i miasteczek leżało nad brzegiem Jordanu podmurowanym ociosanymi kamieniami, wśród nich zaś wznosiły się góry i pagórki. Nadto okolica pełna była gajów daktylowych, winnic, sadów i łanów zboża. Wspaniałości jej niepodobna opisać. Przed utworzeniem się jeszcze Morza Martwego, dzielił się Jordan pomiędzy spalonymi miastami poniżej swego rozszerzonego koryta, na dwie odnogi, z których jedna szła na wschód, zabierając prawie wszystką wodę, druga zaś ku pustyni, przez którą św. Rodzina w ucieczce przechodziła, dosięgając aż okolicy Mara, gdzie Mojżesz osłodził gorzkie źródła wody, skąd przodkowie Anny pochodzili. Między miastami tej okolicy znajdowały się kopalnie soli, lecz woda pomimo to nie była słoną; wiele też było tam zdrojów. Lud, zamieszkujący dalsze części tej późniejszej pustyni, używał ze czcią wody Jordanu do picia. Przodkowie Abrahama, przesiedleni przez Melchizedeka do Hazezon, ulegli skażeniu obyczajów i zwyrodnieniu, dlatego Bóg, litując się po raz wtóry, posłał Abrahama do ziemi obiecanej. Melchizedek był tu jeszcze przed rozlaniem się w tej okolicy Jordanu, wszystko dokładnie wymierzając i oznaczając. Przychodził on tu często i odchodził, nieraz mając przy boku kilku ludzi, jakoby niewolników. Stąd odszedł Jezus wraz z uczniami w kierunku Betlejem, krańcem doliny pasterskiej do BethAraba, odległego trzy godziny drogi od miejsca chrztu. Jezus już tu raz był, gdy po chrzcie odwiedzał pasterzy. Mieszkańcy tutejsi utrzymują się z przeciągających tędy karawan; od Betanii leży blisko 4 godziny drogi, na pograniczu pokolenia Judy i Beniamina. Było tu wielu opętanych, którzy biegali przed miastem, krzycząc, gdy Jezus się zbliżał. Rozkazawszy im, aby się okryli, porobili sobie w kilku minutach przepaski z liści. Jezus uzdrowił ich i wysłał z miasta ludzi, którzy im przynieśli odzienie. Byli także pomiędzy nimi tacy, którzy nagle opuchli. Andrzej z pięciu innymi uczniami wyprzedził Jezusa z miejscu chrztu, zapowiadając, iż tu będzie święcił szabat. Jezus zamieszkał wraz z uczniami w jednej z gospód, jakie podówczas znajdowały się po miastach dla przyjęcia podróżujących nauczycieli i rabinów. Przybył tu także Łazarz, Józef z Arymatei i wielu innych z Jerozolimy. Jezus nauczał w synagodze, jako też pod gołym niebem na kamiennym stoiku po rogach ulic i po drogach, szkoła bowiem nie mogła pomieścić mnóstwa ludu, jaki się tam znajdował. Uzdrawiał bardzo wielu dotkniętych różnymi chorobami. Przyprowadzali ich zaś uczniowie, wśród natłoku torując im drogę. Łazarz i Józef z Arymatei stali na uboczu. Po szabacie udał się Jezus z uczniami do Ono. Przechodził zaś przez małą miejscowość Bethagla, dokąd także przyszli synowie Izraela, po przeprawieniu się przez Jordan. Nie przechodzili oni bowiem jednym miejscem, lecz na rozległej przestrzeni suchym łożyskiem rzeki. Przybywszy tutaj, poprawili swą odzież i podkasali się. Jezus przechodził także koło owego kamienia, na którym spoczywała arka, a gdzie Jan uroczystość obchodził. Łazarz


262

i Józef z Arymatei wrócili do Jerozolimy. Nikodem, który dla swego urzędu więcej się ukrywał, wcale tu nie przybył; służył jednak potajemnie Jezusowi, donosząc później gminie zawsze o każdym grożącym jej niebezpieczeństwie. Nazajutrz przypadało pierwsze święto Nowiu. Widziałam, iż w tym dniu w Jerozolimie stan robotniczy i urzędnicy byli wolni od zwykłych zajęć; było to święto radosne, dzień odpoczynku, dlatego też w dniu tym nikomu chrztu nie udzielano. Z dachu synagogi powiewały w dniu owym na długich żerdziach pozawieszane chorągwie ze sukna, tu i ówdzie węzłami powściąganego; powstałe stąd fałdy rozdymały się za powiewem wiatru. Liczba węzłów wskazywała ludziom z daleka, który z kolei miesiąc nastąpił. Podobne chorągwie zatykano również w czasie wojny na znak zwycięstwa lub niebezpieczeństwa. Cały następny dzień nauczając, przygotowywał Jezus nauką wielu ludzi do chrztu. Przybyli oni już wczoraj dotąd, i obozują wokoło. Dzisiaj także chrztu się nie udziela z powodu święta, na pamiątkę śmierci złego jednego króla (Aleksandra Janneusa). Miejsce chrztu jest pięknie urządzonym i ozdobionym. Nazajutrz, zaraz z rana, rozpoczęli Andrzej i inni uczniowie chrzcić tych, których Jezus wczoraj przygotował. Jezus tymczasem udał się wcześnie z rana z Łazarzem i Obedem, synem Symeona, którzy wczoraj wieczorem dotąd przybyli, w stronę Betlejem, idąc pomiędzy Bethagla a Ophra, leżącym więcej na północ. Tą drogą szedł Jezus, ponieważ Łazarz chciał Mu opowiedzieć, co o Nim mówią w Jerozolimie, a zarazem, ponieważ Jezus chciał Łazarza, a przez niego i przyjaciół pouczyć, jak wobec tego mają się zachować. Idąc drogą, którą szli do Betlejem Józef i Maryja, przybyli do osady składającej się z kilku chat pasterskich, położonej w pustej okolicy, blisko trzy godziny drogi odległej od miejsca, z którego wyszli. W ciągu podróży opowiadał Łazarz Jezusowi, co o Nim w Jerozolimie mówią, jak jedni się na Niego oburzają, drudzy szydzą, inni zaciekawieni o Nim opowiadają, mówiąc, iż zobaczą, czy Jezus podczas Świąt Wielkanocnych odważy się w wielkim mieście także wystąpić z cudami, jak wśród prostego ludu i w Galilei. Dalej opowiadał, jakie wieści przynieśli o Nim Faryzeusze z różnych stron Palestyny i jak Go szpiegują. Co do tego wszystkiego uspokajał go Jezus, wskazując na różne miejsca w księgach prorockich, w których to wszystko było przepowiedzianym. Oznajmił mu również, że nad Jordanem zabawi jeszcze jakie 8 dni, poczym uda się do Galilei, stąd w czasie Wielkanocy przyjdzie do Jerozolimy, następnie powoła uczniów. Również pocieszał go co do Magdaleny, mówiąc, iż padła na nią już iskierka zbawienia, która wnet całkowicie ją zapali. Dzień przepędzili u pasterzy, uraczeni przez nich chlebem, miodem i owocami. Mieszkało tu tylko około 20 niewiast, przeważnie wdów, z kilku dorosłymi synami, którzy byli dla nich podporą w starości. Mieszkania ich były to cele nieco oddzielone, w części z żywego jeszcze chrustu. Między tymi było kilka takich, które Jezusowi w jaskini pokłon oddały i ofiary złożyły. Jezus zwiedzał te chatki z osobna, nauczał i uzdrowił kilka niewiast. Jedna z nich była bardzo starą i wyschłą, leżała chorobą złożona w maleńkiej chatce na łożu liśćmi usłanym. Jezus uzdrowił ją, wyprowadzając ją stamtąd za rękę. Niewiasty miały wspólną jadalnię i modlitewnik. Łazarz z Obedem wrócili do Jerozolimy. Jezus zaś odwiedził i uzdrowił jeszcze kilku chorych w okolicy, i około godziny 3 po południu widziałam Go znowu na miejscu chrztu.


263

Jezus w Adummim i Nebo

Stąd poszedł Jezus z większą częścią Swych uczniów przez Bethagle do Adummim. Miejsce to, zupełnie prawie ukryte, leży w strasznie odludnej okolicy, pełnej górskich wąwozów i skał, po których wije się często tak wąska drożyna, że zaledwie osioł tędy przejść może. Położona jest na granicy pokolenia Beniamina i Judy, w odległości trzech godzin od Jerycha w całkowitym niemal ukryciu; wpierw nigdy jeszcze go nie widziałam. Miejscowość ta, najeżona stromymi skałami, była niegdyś miejscem ucieczki dla wielkich złoczyńców i zbrodniarzy, znajdujących w nim ochronę przed karą śmierci. Miano tu nad nimi dozór do czasu poprawy, lub używano ich jako niewolników w kamieniołomach i do wielkich budowli. Z tego powodu miejscowość ta zwała się ścieżką czerwonych, krwawych. Już przed Dawidem w miejscu tym było schronienie, i przestało nim być dopiero w czasie pierwszych prześladowań chrześcijan. W późniejszych czasach stanął tu klasztor, zbudowany jako twierdza przez zakonników św. Grobu. (Katarzyna Emmerich rozumie zapewne owo stowarzyszenie, którego zadaniem było strzeżenie i cześć św. Grobu, a którego początek widziała u pierwszych biskupów jerozolimskich). Mieszkańcy tutejsi żyli z hodowania wina i owoców; było to straszne pustkowie, pełne skał, przeważnie nagich; rosnące po nich winne latorośle spadały nieraz z odłamami skał. Właściwa droga z Jerycho do Jerozolimy nie prowadziła przez Adummim, lecz na północ od niego, droga, zaś, wiodąca z Bethagle do Adummim, przecinała inne biegnące z doliny pasterskiej ku Jerycho na pół godziny przed Adummim. Niedaleko od miejsca, w którym się owe drogi krzyżowały, znajdował się nader wąski i niebezpieczny przesmyk z kamienną katedrą; w tym miejscu, dawno przed narodzeniem Chrystusowym, zdarzyła się przygoda, opowiedziana w przypowieści o człowieku, który wpadł między zbójcę i o miłosiernym Samarytaninie. Idąc do Adummim, zboczył Jezus nieco z drogi, a usiadłszy na owej katedrze, nauczał wobec uczniów i mieszkańców tej okolicy, na podstawie tego, co się w tym miejscu zdarzyło. W Adummim święcił Jezus szabat, nauczał także w synagodze, opowiadając przypowieść, odnoszącą się do dobrodziejstwa, jakiego miejsce to jako asylum dostarczało, i stosując ją do czasu łaski pokuty na tej ziemi. Uzdrowił wielu chorych, zwłaszcza dotkniętych puchliną wodną. Po szabacie wrócił wraz z uczniami na miejsce chrztu. Pod wieczór dnia następnego udał się znowu z uczniami ku miastu Nebo, u stóp góry tego samego imienia, wznoszącej się na kilka godzin drogi. Uczynił to na prośbę mieszkańców tamtejszych, którzy posłów doń wysłali, by przybył do nich i nauczał. Mieszkała tu ludność mieszana, Egipcjanie, żydzi, oddani przedtem bałwochwalstwu i Moabici. Nauka Janowa przyprowadziła ich do opamiętania; jednak dotychczas nie odważyli się pójść na miejsce, gdzie Jezus chrzcił. Sądzę, że nie śmieli. Z powodu jakiejś nieznanej mi bliżej zbrodni, której dopuścili się ich przodkowie, byli oni u wszystkich żydów w wielkiej pogardzie, i prócz pewnych miejsc, nie mogli się wszędzie pokazywać. Dlatego przyszli do Jezusa z pokorną prośbą, by raczył u nich chrzcić. Uczniowie wzięli ze sobą w worach wody ze studni chrzcielnej. Na miejscu chrztu pozostali tylko strażnicy. Nebo oddzielone jest górą od Jordanu i odległe od niego na pół godziny, od Macherus zaś na jakie 5 do 6 godzin drogi. Nie posiadało ono urodzajnej ziemi. Chcąc dostać się do Nebo, trzeba, przeszedłszy przez Jordan, wspinać się do góry, następnie idzie się na dół. Wprost naprzeciw miejsca chrztu wyrasta brzeg w górę, która nie zostawia wolnego miejsca i zamyka dostęp. Poza tą nadbrzeżną górą jest Nebo, miejscowość dosyć wielka, zbudowana na gruncie pagórkowatym, doliną oddzielona od góry Nebo. Posiada ono jeszcze świątynię


264

pogańską, lecz zamkniętą; wokoło jest coś przybudowane. Siedząc na katedrze, przygotowywał Jezus pod gołym niebem do chrztu, uczniowie zaś chrzcili. Przyjmujący chrzest wstępowali do wanny, napełnionej do pewnej wysokości wodą, ustawionej obok sadzawki kąpielowej. Uczniowie przynieśli mnóstwo koszul rozwiniętych i obwiązanych około ciała, przeznaczonych dla nowochrzczeńców. Podczas chrztu wkładano je na ochrzczonych, około których pływały po wodzie. Po chrzcie okrywano ich rodzajem płaszcza, który przy chrzcie Janowym miał formę stuły, szerokości ręcznika, a przy chrzcie Jezusa wyglądał więcej na właściwy płaszcz, na którym jakby taśma wyszytą była stuła z frędzlami. Do chrztu przystępowali po większej części młodzieńcy i sędziwi starcy; wielu z nich odmówiono chrztu do czasu poprawy. Przy tym uzdrowił Jezus mnóstwo chorych na febrę i puchlinę wodną, których na lektykach przyniesiono. U pogan niema tyle opętanych, co u Żydów. W Nebo miano mętną i słoną wodę do picia, gromadzącą się wśród skał. Znajdowała się tam kotlina, z której wodę spuszczano wężami. Jezus pobłogosławił ją i to w formie krzyża, zatrzymując rękę na pewnych punktach powierzchni. W powrocie do gospody, znajdującej się przed miejscowością Ono, przepędził Jezus wraz z uczniami większą część dnia na drodze, zaledwie godzinę wynoszącej, z Nebo do przejazdu, na Jordanie, obracając cały czas na nauczanie. Stało tu bowiem mnóstwo domków i namiotów, gdzie ludzie z Nebo sprzedawali przechodniom owoce i wytłoczone wino. Wobec nich miewał Jezus nauki i dopiero pod wieczór z uczniami wrócił do gospody, do miejsca chrztu. Następnie chodził Jezus po okolicy do niektórych wieśniaków i nauczał u nich. Byli to ludzie dobrzy, którzy jeszcze w czasie chrztu Janowego zaopatrywali w żywność liczne tłumy ludu, przybywającego do chrztu. Jezus odwiedził prawdopodobnie wszystkich; w najmniejszym nawet zakątku, ponieważ wkrótce miał opuścić to miejsce i udać się do Galilei. Pewnego razu przybył do jednego zamożnego wieśniaka, niedaleko od Ono, który posiadał rozległe pola, zajmujące całą górę. Rola ta jest tego rodzaju, że po jednej jej stronie jeszcze trwa żniwo, a po drugiej zabierają się do zasiewów. Pan Jezus nauczał tu w przypowieści o zasiewie i żniwie. Była tu u wieśniaka jeszcze z czasów proroków zaniedbana katedra; tę bardzo pięknie odnowiono, i z niej to właśnie Jezus nauczał. Od czasu, kiedy tu Jezus chrzcił, odnowiono jeszcze kilka takich katedr z Jego polecenia, co także wchodziło w zakres Jego posłannictwa. Katedry owe, pochodzące z czasów proroków, podobnie jak u nas obrazy stacyjne, z biegiem czasu poszły w rozsypkę. Eliasz i Elizeusz przebywali często w tych okolicach. Jutrzejszy szabat spędzi Jezus w Ono, potem następuje święto, mające zapewne jakiś związek z owocami. Widziałam bowiem, jak w owych dniach do synagog i domów sądowych zanoszono pełne kosze owoców. Na miejscu chrztu zwijają uczniowie wszystko i chowają. Około miejsca z owym kamieniem, na którym spoczywała niegdyś arka przymierza, stoi obecnie około dwadzieścia mieszkań. Bethabara nie leży przy samym brzegu, lecz na jakie pół godziny drogi od przejazdu, stąd można ją jednak widzieć. Od miejsca przejazdu do miejsca, gdzie obecnie Jan chrzcił, przez Bethabarę, trzeba iść dobre pół godziny. W Ono widziałam, jak Jezus chodził od domu do domu. Z początku nie wiedziałam przyczyny tego postępowania, później jednak dowiedziałam się, iż odnosiło się to do dawania dziesięciny i jałmużn, do czego Pan Jezus ludzi tych zachęcał, a które przy nadchodzącym święcie owoców zwyczajem było rozdawać.


265

Wieczorem święcił szabat w synagodze i nauczał. Potem zaczynały się przygotowania do mającego nastąpić święta Nowego roku owoców. Była to potrójna uroczystość: pierwsze, ponieważ dzisiaj drzewa dostają miazgę; po wtóre, ponieważ w dniu tym składa się dziesięcinę, po trzecie, było to święto dziękczynne za użyczoną urodzajność. O tym wszystkim Jezus pouczał. Jedzono wiele owoców, i rozdawano ubogim całe stosy owoców, nagromadzonych na stołach. Dotychczas przyłączyło się do Jezusa może jeszcze dwudziestu nowych uczniów.

Jezus uzdrawia w Fasael córkę Esseńczyka Jaira. Pierwsze wzruszenie Magdaleny

Przy końcu uroczystości opuścił Jezus Ono z dwudziestu kilku uczniami i wyruszył do Galilei. Podczas podróży zaszedł najpierw do szałasów pasterskich w okolicy, gdzie Jakub swego czasu miał rolę; w jednym z nich nie przyjęto w gościnę Józefa i Maryi podczas ich podróży do Betlejem. Tych, którzy gościnnymi się okazali dla Jezusa i Maryi, odwiedził Jezus i pouczył, u tych zaś, którzy ich nie przyjęli, przenocował i stosownie ich upominał. Kobieta owa jeszcze żyła, i leżała złożona chorobą, a Jezus uzdrowił ją. Później przechodził Jezus przez Arumę, gdzie był już przedtem. W pobliskiej, nieco wzgardzonej miejscowości Fasael mieszkał Jair, potomek Esseńczyka Hariota. Prosił on wówczas Jezusa, aby uzdrowił jego chorą córkę, a Jezus obiecał mu to później uczynić; obecnie przysłał Jair posła do Jezusa, przypominając Mu obietnicę niesienia pomocy, gdyż, jak mówił posłaniec, dziewczynka już umarła. Usłyszawszy to Jezus, kazał uczniom iść naprzód, oznaczając pewne miejsce, w którym się zejdą, a sam poszedł za posłańcem Jaira do Fasael. W domu Jaira przygotowywano się już do pogrzebu; zmarła córka leżała na marach, owinięta w prześcieradła i chusty, a w koło stała rozpaczająca rodzina. Wszedłszy do domu, kazał Jezus zwołać większą jeszcze liczbę ludzi owej miejscowości i rozwinąć umarłą z całunów i chust; następnie ujął ją za rękę i kazał jej wstać. Podniosła się natychmiast i stanęła na równe nogi. Miała około 16 lat i nie odznaczała się dobrym charakterem. Ojciec kochał ją nad życie, lecz ona nie odpłacała się wzajemnością. Gniewało ją to, że ojciec z pobożności i miłości bliźniego przestaje z ludźmi ubogimi i pogardzanymi. Obecnie przywrócił jej Jezus nie tylko życie cielesne, lecz także i życie duszy. Poprawiła się bowiem i przeszła później do grona świętych niewiast. Jezus upomniał wszystkich, aby nikomu nie mówili o tym cudzie, i dlatego też nie chciał nawet, aby uczniowie byli przy tym obecni. Nie był to ten sam Jair z Kafarnaum, którego córkę Jezus później także wskrzesił. Jezus opuścił to miejsce, poszedł ku Jordanowi, przeprawił się przezeń, chodził po północnej części Perei, przyszedł przy Stukot znowu na zachodnią stronę rzeki i podążył ku Jezrael. Jezus nauczał w Jezrael i działał wiele cudów wobec wielkiego zgromadzenia ludu. Wszyscy uczniowie z Galilei wyszli tu naprzeciw Niego. Był tu Natanael, Chased, Natanael oblubieniec i Piotr, Jakób i Jan, synowie Marii Kleofasowej. Łazarz, Marta, Serafia (Weronika) i Joanna Chusa, które wprzód wyszły z Jerozolimy, odwiedziły Magdalenę w Magdalum i namawiały ją, aby poszła do Jezrael i przynajmniej zechciała zobaczyć, jeśli już nie słuchać, cudownego i pełnego wdzięku Jezusa, mądrego, najwymowniejszego, którego sława rozchodzi się po całym kraju. Uległa prośbom niewiast i towarzyszyła im z wielką próżnością i przepychem. Patrzała właśnie z okna gospody, w chwili kiedy Jezus przechodził wraz z uczniami ulicą; lecz gdy Jezus spojrzał na nią z powagą, tak


266

ten wzrok głęboko trafił do jej duszy i takie wywołał w niej zawstydzenie i zamieszanie, iż z ogromnego uczucia swej marności pobiegła z gospody do domu trędowatych, gdzie się również znajdowały niewiasty, cierpiące na krwotok; był to rodzaj szpitala, nad którym był przełożonym pewien faryzeusz. Ludzie z gospody, którzy znali jej sposób życia, mówili: „Tam ona należy, do trędowatych i cierpiących na krwotok!" Magdalena zaś pobiegła do domu trędowatych, aby się upokorzyć, tak bardzo bowiem wstrząsnął nią wzrok Jezusa; wynajęła sobie bowiem z próżności przedniejszą gospodę, aniżeli inne niewiasty, aby nie być w towarzystwie tylu biednych ludzi. Łazarz, Marta i inne niewiasty odjechali następnie z nią do Magdalum, gdzie święcili najbliższy szabat. Jest tam synagoga.

Jezus w Kafarnaum, Gennabris i Kislot Tabor

Pod wieczór przyszedł Jezus do Kafarnaum na szabat. Wprzód odwiedził Swą Matkę. Nauczał tu i mieszkał znowu w domu, należącym do oblubieńca z Kany. Wszyscy uczniowie się tu zebrali. W szabat nauczał aż do końca szabatu. Przyniesiono Mu tu ze wszystkich części kraju bardzo wiele chorych i przyprowadzono opętanych, a On uzdrawiał ich publicznie wobec wszystkich uczniów i wypędzał diabłów przed ciągle napływającym tłumem. Przybyli wysłańcy z Sydonu i błagali Go, aby do nich przybył; Jezus jednak odmówił im. Później przyszli także ludzie z Cezarei Filipowej czyli Paneas i zapraszali Go z upragnieniem do siebie, On jednak odprawił ich nadzieją na później. Napływ tak się wzmagał, iż Jezus po szabacie opuścił z kilku uczniami Kafarnaum i usunął się w góry, położone blisko godzinę drogi na północny wschód od Kafarnaum, między jeziorem a ujściem Jordanu, gdzie jest wiele parowów, do których się uchylił i tam się modlił. W tym to paśmie górskim znajduje się bliżej jeziora pagórek; z niego to widział Jezus z uczniami, nadchodząc z Bethanat, okręty Piotra i Zebedeusza. Uczniowie, którzy przy Nim byli, zeszli do mieszkań rybackich nad jeziorem, aby opowiadać o Jezusie. Andrzej pozotał w Kafarnaum, nauczając i opowiadając wśród zebranego tłumu. Wieczorem przyszedł Jezus do mieszkania Matki Swej między Betsaidą a Kafarnaum; tu się zebrali Łazarz, Marta i inne niewiasty jerozolimskie z Magdalum, aby się pożegnać i wrócić do Jerozolimy. Jezus pocieszał ich o Magdalenie i mówił, że Marta zbyt się troszczy. Magdalena wprawdzie bardzo się wzruszyła, mimo to jeszcze raz ciężko upadnie. Nie złożyła swego stroju, tłumacząc się tym, iż stosownie do swego stanu nie może tak licho się ubierać, jak inne niewiasty itd. Gdy następnie rozpoczął się post w Kafarnaum z powodu śmierci pewnego człowieka, który chciał wbrew prawu umieścić obrazy w świątyni, nauczał Jezus znowu w Kafarnaum. Przyniesiono tam wielu chorych, z których wielu uzdrowił. Byli tu także tacy, którzy Go zapraszali na inne miejsca. Znajdowało się, także tym razem bardzo wielu przewrotnych Faryzeuszów, którzy, sprzeciwiając się, zapytywali Go, co z tego wszystkiego będzie? Cały kraj jest wzburzony z powodu Niego, a On naucza publicznie i rozkrzewia naukę coraz dalej. Jezus zaś odparł z wielką powagą i oświadczył im, iż zacznie jeszcze jawniej i głośniej nauczać i działać. Wieczorem rozpoczął się post na pamiątkę wytępienia pokolenia Benjamin przez resztę pokoleń z powodu haniebnego czynu. Widziałam, iż dzień ten bardzo surowo i ściśle obchodzono w okolicy Fasael, gdzie niedawno Jezus wskrzesił córkę Jaira, w Arumie, Gibei itd., ponieważ wypadek ten zdarzył się w owej okolicy. Niewiasty tamtejsze przynosiły jakąś ofiarę i szczególniejszy brały udział


267

w poście. Nocą szedł Jezus, odprowadzony od Natanaela Chasyda, z Andrzejem, Piotrem i synami Maryi Kleofasowej i Zebedeuszem do Gennabris, gdzie mieszkał Natanael, który zamówił tam dla Jezusa gospodę. Jezus nie wstąpił do domu Natanaela, mimo którego przechodzili przed miastem. Oblubieniec Natanael i jego żona byli również w tym czasie w Kafarnaum i Jezrael. Miejsca chrztu przy Ono strzegli na przemian tamtejsi mieszkańcy. Jezus uczył i uzdrowił w Gennabris całkiem szalejących opętanych. Przechodzi tędy droga handlowa, ludzie tutejsi nie są tacy dobroduszni, jak nad jeziorem; chociaż otwarcie nie stawiali oporu, to jednak niektórzy przyjmowali naukę obojętnie. Oprócz przyszłych Apostołów, był także w Gennabris Jonatan, przyrodni brat Piotra. Inni zaś rozproszyli się około Kafarnaum i Betsaidy, gdzie opowiadali wszystko, co słyszeli i widzieli o Jezusie. Z Gennabris udał się Jezus z późniejszymi Apostołami do Betulii, położonej mniej więcej trzy godziny od Gennabris, a pięć godzin od Tyberiady i niedaleko od Jezrael. Wznosi się na wzgórku tak stromo, iż zdaje się, że spadnie na dół, a zwaliska murów są tak szerokie, iżby można po nich wozem przejeżdżać. Droga do Nazaretu prowadzi stąd poprzez górę Tabor, od której leży tylko o parę godzin na południowy wschód. Natanael Chasyd złożył swój urząd w Gennabris w ręce swego brata czy też kuzyna i w niedalekiej przyszłości pójdzie za Jezusem. Gdy Jezus przechodził przez Betulię, krzyczeli za Nim na ulicy opętani. Na rynku stanął przy katedrze, i wysłał niektórych uczniów, aby powiedzieli przełożonemu synagogi, żeby ze wszystkich stron kazał otworzyć drzwi szkolne. Innych zaś uczniów wysłał, aby szli od domu do domu i zwoływali ludzi na naukę. Synagoga miała naokoło drzwi pomiędzy słupami, zawsze otwarte przy wielkim natłoku. Jezus nauczał tu o prawdziwym ziarnie pszenicznym, które musi być wrzucone do ziemi. Mieszkał tu w zamówionej gospodzie. Faryzeusze nie występowali tu wprawdzie otwarcie, mruczeli jednak, a Jezus wiedział, iż z obawą wyrażali się przeciw Jego zamiarowi, aby tu pozostać na szabat. Jezus opowiedział to uczniom Swoim i dodał, iż chce spędzić szabat o kilka godzin dalej, między zachodem a północą ku górze Tabor, w miejscowości, której nazwa wyszła mi teraz z pamięci; ludzie owej miejscowości farbują jedwab na frędzle i ozdoby. Również i tu uzdrawiał Jezus. — Wszyscy ci uczniowie, którzy pozostali w tyle, znowu się tu zeszli. Gdy z powodu szemrania Faryzeuszów opuścił Jezus Betulię, nauczał pod gołym niebem, o mały kwadrans przed miastem, siedząc na kamiennej katedrze. Naokoło były jeszcze rozwalone mury i zdaje się, iż to miejsce należało niegdyś do okręgu miasta. Później przybył mniej więcej o trzeciej godzinie po południu do Kislot, które leży stąd prawie o trzy godziny u stóp góry Tabor, dokąd poszli naprzód Andrzej i inni, aby zamówić gospodę przed Kislot. Zeszła się tam wielka ilość ludzi z całej okolicy, między którymi byli pasterze z laskami i przejeżdżający kupcy z Sydonu i Tyru. Cuda Jezusa i nauka były już znane w całym kraju. Wszystko cisnęło się na miejsce, gdzie nauczał, a skoro się rozgłosiło, iż tu pozostanie na szabat, zeszło się wszystko, co było w drodze. Gdzie się tylko Jezus zjawił, powstawał zawsze wielki natłok. Wołali na Jego powitanie, rzucali się do nóg Jezusowi, cisnęli się, aby Go móc dotknąć, i dlatego też najczęściej nagle i niespodzianie przybywał i odchodził, aby się uchylić od natłoku. Często odłączał się na drodze od Swych uczniów, wysyłał ich inną stroną i szedł sam. Miejscami musieli Mu robić miejsce wśród tłumu. Niektórym osobom dozwolił się zbliżyć i dotknąć, i niejeden przez to wzruszał się cicho w sobie, nawracał lub ozdrawiał. Pod wieczór przybył Jezus do gospody, którą Mu zamówili


268

uczniowie przed KislotTabor, gdzie już był dwa razy. Kislot jest oddalonym od Nazaretu mniej więcej siedem godzin drogi, w prostej zaś linii mniej więcej pięć. Ponieważ w tym kraju prowadzą przez doliny kręte drogi, a ludzie oznaczają odległość jużto podróżą, jużto patrząc z gór, dlatego też rachuby ich rzadko się zgadzają. Niezliczona ilość miejscowości znajduje się w Galilei; jednak z pojedynczych pagórków można zawsze widzieć ich tylko kilka. KislotTabor jest przeważnie miejscem handlowym; jest tu kilku bogatych kupców i wiele ubogich ludzi, jako też wiele farbiarni surowego jedwabiu, z którego wyrabiano ozdoby i frędzle do szat kapłańskich. Zresztą były farbiarnie przeważnie w Tyrze nad morzem; teraz atoli przeniesiono wiele dotąd. Bogaci kupcy posługiwali się ubogimi ludźmi w fabrykach. Widziałam też tu ludzi jakoby niewolników. Przed gospodą otoczyli uczniowie pewne miejsce grubymi sznurami, które przeciągali przez pale, aby zapobiec natłokowi ludu. Na tej przestrzeni nauczał Jezus przed gospodą; a ponieważ między innymi przysłuchiwali się bogaci kupcy, uczył o bogactwie i niebezpieczeństwach, wynikających z szukania zysku. Mówił im, że ich stan jest bardziej niebezpiecznym, niż celników, którzy się prędzej nawracają, aniżeli oni, a przy tym wskazywał na sznury, które go oddzielały od natłoku ludzi, mówiąc: „Taki powróz przejdzie prędzej przez ucho igielne, aniżeli bogacz do królestwa niebieskiego.‖ Powrozy te z sierści wielbłądziej były grube jak ramię i przeciągnięte cztery razy obok siebie przez pale przed gospodą. Bogacze bronili się, iż dają przecież jałmużnę ze swego zysku; Jezus zaś odpowiedział im, iż jałmużna, którą wyciskają z potu innych biednych, nie przyniesie im żadnego błogosławieństwa. Nauka ta wcale nie przypadła ludziom do smaku. Kislot było miastem Lewitów; pokolenie Zabulon odstąpiło je Lewitom, szczepu Merari. Znajdowała się tu najznakomitsza szkoła z całej okolicy; była bardzo wielka i wszystko odbywało się tam z wielką uroczystością, Gdy Jezus w szabat nauczał w synagogach, usługiwali Mu kapłani miejscowi, podawali zwoje pisma, lub na przemian czytali, co Jezus żądał; także wypytywał się i uczył o tym. Śpiewano również, ale nie na sposób Faryzeuszów. Słyszałam dobrze Jego głos, brzmiący dźwięcznie między innymi; nie przypominam sobie jednak, abym Go słyszała śpiewającego samego. Rano uczył Jezus w szkole w Kislot. Andrzej nauczał dzieci w przylegających podwórzach przed szkołą i wykładał cisnącemu się obcemu ludowi o Jezusie, co od Niego słyszał i widział. Jezus miał naukę o pysze i zarozumiałości. Dzisiaj nie uzdrawiał, albowiem mówił, iż są nadęci z powodu Jego nauki tu w mieście, uważając siebie za lepszych nad innych, jakoby dlatego właśnie, że są lepsi, dotąd przybył, zamiast uznać, iż przyszedł do nich przez wzgląd na ich nędzę, aby się upokorzyli i poprawili. Po nauce zatrzymał się jeszcze przed synagogą na wolnym miejscu, gdzie na dziedzińcu były małe cele, należące do synagogi, jakoby strażnice. Tutaj uzdrowił wiele dzieci, które miały konwulsje i cierpienia, a które przyniosły Mu matki. Uzdrawiał je, ponieważ były niewinne. Również uzdrowił kilka niewiast, które się przed Nim ukorzyły i powiedziały do Niego: „Panie, odejmij moją winę i moją ułomność!" Upadły przed Nim w przysionku i oskarżały się. Były to niewiasty mające krwotoki i dręczone złymi żądzami, prosiły więc i o uwolnienie od pokus. Wieczór spędzał szabat w szkole, a jadł w gospodzie. Późniejsi Jego Apostołowie i bliżsi przyjaciele siedzieli z Nim przy tym samym stole, uczniowie zaś na innych miejscach, lub usługiwali. Nazajutrz święcił szabat w synagodze i uzdrowił przed synagogą wielu chorych; poszedł także do wielu do ich domów, aby ich uleczyć, ponieważ nie można było ich przynieść. Uczniowie dopomagali Mu, nosili chorych, prowadzili, dźwigali, robili miejsce, uskuteczniali zlecenia i poselstwa. Wszystkie


269

wydatki podróży i jałmużna szły dotąd z majątku Łazarza, a Obed, syn Szymona, załatwiał wypłaty. Małe domki przed synagogą, wyglądające jak strażnice, są to małe cele na dziedzińcu, gdzie niewiasty, oddzielone kratami, rozmawiały samotnie z Jezusem. W tych celach grzesznice, pokutnice lub nieczyste niewiasty szukały zwykle pociechy u kapłanów. Na górze Tabor niema miasta, ale są okopy, mury i jakoby opróżniona warownia, gdzie się niekiedy zatrzymywały wojownicze ludy. Wieczór po szabacie był Jezus z najbliższymi uczniami i przyszłymi Apostołami na uczcie u pewnego Faryzeusza, na którym nauka Jego wielkie zrobiła wrażenie i który się poprawił. W dniu następnym był Jezus z uczniami na wielkiej uczcie, którą wydali na cześć Jego przedniejsi owej miejscowości w publicznym domu, przeznaczonym do odprawiania uroczystości. Nauczał tu również, i jeszcze tego samego wieczora opuścił miasto, udając się do Jezrael, które jest oddalonym od KislotTabor nie więcej jak trzy godziny. Tu w Jezrael oddzielili się od Niego krewni i uczniowie z Betsaidy, a nawet Andrzej i Natanael, aby odwiedzić domy rodzinne. Jezus naznaczył im miejsce, gdzie się mieli znowu spotkać. Pozostało jeszcze przy Nim około piętnastu młodszych uczniów. Miejscowość ta jest wielka i posiada różnego rodzaju szkoły duchowne i świeckie, Jezus nauczał tu i uzdrawiał; uczył także o winnicy Nabota. Z Jezrael udał się Jezus półtorej godziny ku wschodowi na pewne pole w dolinie, dwie godziny długiej i tyleż szerokiej, gdzie jest wiele sadów, ogrodzonych niskim płotem. Jest to niezwykle urodzajna i powabna dolina, pełna sadów, których właścicielami są po największej części mieszkańcy KislotTabor i Jezrael. Jest tu wiele namiotów, w pewnych odstępach stoją po parze, a zamieszkują je ludzie z Sychar, którzy strzegą owoców i je zbierają. Zdaje mi się, iż muszą to robić jako pańszczyznę. Zmieniają się, a mieszka ich mniej więcej po czterech w jednym namiocie. Kobiety mieszkają razem, oddzielnie od mężczyzn, i gotują dla nich. Jezus nauczał ludzi pod namiotem. Są tu również piękne studnie i źródła, które odpływają do Jordanu. Główne źródło przypływa z Jezrael, a tu w dolinie ujęto je w piękną studnię, nad którą było zbudowane coś w rodzaju kapliczki. Woda rozchodzi się z tej studni do różnych innych studzien w dolinie, gdzie się łączą także inne wody i odpływają w końcu do Jordanu. Było tu około trzydziestu stróżów, których Jezus nauczał; niewiasty stały nieco dalej. Miał naukę o niewoli grzechowej, z której winni się wyzwolić. Niezmiernie się cieszyli i wzruszyli, iż ich nawiedził. Jezus był tak serdeczny i przystępny dla tych biedaków, iż mnie samej to rozrzewniało. Zastawili przed Nim i uczniami owoce, z których oni pożywali. Miejscami są tu już na niektórych drzewach owoce dojrzałe, na innych jeszcze kwiecie. Widziałam tu brunatne owoce, jak figi, które rosną w kiściach jak winogrona; również żółte rośliny, z których przyrządzają rodzaj polewki (opisywała je jak kukurydzę, brunatne owoce jak palmy daktylowe, mówi także o Durra i innych ziołach, które się jada na sposób sałaty, i całą okolicę przedstawia jako obfitującą w bujne sady, położoną na południe od Jezrael). Przy tej dolinie leżą góry Gilboa, na której zginął Saul w bitwie z Filistynami.

Jezus w Sunem, Ulama i Kafarnaum

Wieczorem udał się Jezus przez Jezrael blisko trzy godziny dalej do Sunem, położone na pagórku, które z daleka było widać. Kilku uczniów poszło naprzód, aby Mu u pewnego właściciela przy wejściu do miasta zamówić gospodę. Dolina, obfitująca w sady, z której szedł Jezus, leży na południe od Jezrael; tędy właśnie, tj. przez Jezrael, przeszedł jedną stroną, przez nikogo nie zatrzymany, a później


270

zwrócił się na północny wschód ku Sunem. Obok tego miasta leżą, w odległości mniej więcej dwóch godzin, jeszcze dwa inne miasteczka, z których jedno pozostawił Jezus na boku, idąc z KislotTabor do Jezrael. Mieszkańcy w Sunem żyją z tkactwa. Mianowicie wyrabiają z nici jedwabnych wąskie wykroje gładkie lub w kwiaty. Miejsce to nie leży już w dolinie Esdrelon, lecz znowu bardziej w górach. Około Jezusa powstał tu niesłychany natłok, który się coraz bardziej zwiększał. Ludzie otoczyli Go ze wszech stron, padali na ziemię, wołali i krzyczeli z radości, iż przybył nowy prorok, wysłaniec Boży; wielu ludzi czyniło to w dobrej myśli, inni zaś z ciekawości i dla hałasu. Natłok jest tu tak wielki, iż można by go prawie porównać z powstaniem; ponieważ zaś ciżba ta w Galilei coraz większe przybierała rozmiary, dlatego Jezus wnet się stąd usunie. Z tego miejsca pochodziła piękna Abizag, którą Dawid w starości wziął do siebie. Miał tu również Elizeusz gospodę, gdzie często wstępował i wskrzesił swej gospodyni zmarłego syna; miałam o tym widzenie, skutkiem czego miejsce to dobrze utkwiło mi w pamięci. Znajduje się także w tym mieście wolna gospoda dla pewnych podróżnych, zbudowana na pamiątkę Elizeusza; nie wiem jednak, czy gospoda ta jest w tym samym domu, czy tylko na jego miejscu. Tego dnia nauczał Jezus w szkole, odwiedził także wiele domów, aby pocieszyć i uzdrowić chorych. Miasto leżało nieco rozrzucone naokoło pagórka, który w środku miasta ponad nie wystarczał. W górę prowadziła droga, przy której były coraz mniejsze i nieznaczne domy; na górze zaś były tylko chaty. Na wierzchołku było wolne miejsce z katedrą, w czasie upału jednak okrywane dachem płóciennym, rozpostarłem na słupach. Gdy Jezus następnego poranka wstępował z uczniami na górę do katedry, powstał na tym miejscu okropny rozruch. Tłum przyniósł wielką liczbę chorych na noszach, które poustawiano w górę wzdłuż drogi. Wśród wielkiego ścisku i zgiełku wstąpił Jezus na górę i wielu uzdrowił. Ludzie powychodzili na dachy, aby widzieć, co czyni, i słuchać nauk. Na górze, z katedry, jest piękny widok na Tabor. Jezus występował tu ostro przeciw pysze i chełpliwości ludzi, iż zamiast poprawić się, pokutować i wypełniać przykazania Boże, czynią niepotrzebny hałas, iż przybył prorok i wysłaniec Boży; uważali to sobie za zaszczyt i przypisywali to swej zasłudze; gdy tymczasem Jezus przybył na to, ażeby poznali swe grzechy. Wyruszywszy stąd o godzinie 3ciej po południu, szedł Jezus jakie 3 godziny w kierunku północno zachodnim i przybył do miasta Ulamy, większego i porządniejszego, a nie mającego takich cech starożytności, jak Sunem. Otaczały je mury, na których rosły drzewa. Miasto to leży o pięć godzin drogi od Tabor w kierunku wschodnim; stąd zaś do Arbeli jest może dwie godziny drogi w kierunku północnym. Drogi w górach okolicznych są uciążliwe, pełno wszędzie ostrych, białych krzemieni. To też wyrabiają tu mnóstwo sandałów. Samo miasto leży na górze, wkoło górami otoczone, a cała okolica jest bezdrożna i nie do przebycia. Góry obsadzono są aż ku wierzchołkom winem. Rosną tu także jakieś bujne, powikłane krzewy, wysokości drzewa, o gałęziach grubości ramienia ludzkiego; owoce mają gruszkowate, wielkie, podobne do dyni, z których wyrabiają flaszki. (Prawdopodobnie ma tu na myśli wielką banię butelkową, której nie zna, gdyż mówi przy tym, iż nie jest to właściwie drzewo). Miasto nie wydawało się tak starodawne, jak inne; owszem robiło wrażenie, jak gdyby było nieskończone. Mieszkańcy nie odznaczali się dawną żydowską prostotą, lecz chcieli uchodzić za roztropniejszych i doskonalszych; może kiedy przebywali tu Rzymianie, lub inny jaki naród. I tu zbiegło się mnóstwo ludzi na wieść, że Jezus przepędzi tu szabat. Zebrało się także sporo uczniów, między innymi brat przyrodni Piotra, Jonatan, i


271

synowie wdowy; ogółem było ich około dwudziestu. Oprócz nich przyszli Piotr, Andrzej, Jan, Jakób Młodszy, Natanael Chased i Natanael Oblubieniec. Jezus polecił im tu przyjść, aby wysłuchali Jego nauki i byli Mu pomocnymi przy leczeniu chorych, ochraniając Go przed natarczywością tłumów. Lud dowiedział się skądś, kędy Jezus miał przyjść, i wyszedł naprzeciw Niego z gałązkami w rękach, sypiąc Mu pod nogi liście; niektórzy kładli w poprzek drogi długie pasy sukna, po których Jezus musiał przechodzić, wszyscy zaś wznosili okrzyki na cześć proroka. Porządek utrzymywali przełożeni i oni to powitali Jezusa. W mieście było wielu opętanych; ci, biegnąc teraz za Jezusem, wykrzykiwali co sił, kim On jest; dopiero na rozkaz Jezusa umilkli. Przyszedłszy do miasta, stanął Jezus w gospodzie. Tu znowu opętani nie dali Mu spokoju, krzycząc i rzucając się na wszystkie strony. Jezus nakazał im znowu milczenie i polecił ludziom ich odprowadzić. W Ulamie były trzy szkoły; jedna dla uczonych zakonu, druga dla młodzieży i synagoga. Jezus wstępował do rozmaitych domów, pocieszając i lecząc chorych, a potem nauczał w szkole, mówiąc głównie o prostocie i o szacunku należnym rodzicom, gdyż tych właśnie zalet brakowało tutejszym mieszkańcom. Powstawał także ostro przeciw dumie ich, stąd pochodzącej, że powstał między nimi prorok. Źle robią, że czas, przeznaczony na upomnienie i pokutę, tracą na próżnych przechwałkach. Po szabacie urządzili mu znakomitsi mieszkańcy ucztę w budynku publicznym, na ten cel przeznaczonym. Apostołowie i uczniowie, którzy byli w domu, odwiedzili tylko swoich i widzieli się także z Maryją, która miała szczególny dar zyskiwania sobie życzliwości i zaufania kobiet. Jan Chrzciciel przebywał wciąż na tym samym miejscu, lecz liczba jego stronników malała z każdym dniem. Herod przychodził często do niego lub przysyłał posłów. W dzień po szabacie udał się Jezus z uczniami o godzinie dziewiątej rano na miejsce kąpielowe, położone na górze o kwadrans drogi od miasta. Jest tu plac mniej więcej tak wielki, jak cmentarz w Dülmen, a otoczony wkoło budynkami i podniesieniami; w środku jest piękna studnia i siedzenie dla nauczającego. Jezus rozkazał tu przynieść wszystkich chorych z miasta, gdyż tam nie leczył ich, dla uniknięcia zbyt wielkiego natłoku. Chorzy leżeli dokoła na noszach w przysionkach i pod namiotami, a uczniowie pomagali Jezusowi utrzymywać porządek. Ludzi zbiegło się z miasta tyle, że nie mogli się wszyscy docisnąć; przełożeni i kapłani pilnowali porządku. Jezus uleczył wielu chorych, idąc po kolei od jednego do drugiego. — Gdy mówię wielu, to rozumiem przez to zwykle około trzydziestu; gdy zaś mówię kilku, to mam na myśli mniej więcej dziesięciu. — Potem nauczał Jezus o śmierci Mojżesza, której rocznicę, wkrótce przypadającą, obchodzono postem. Potrawy włożono już do popiołu. W takich dniach jedzono inny chleb, niż zwyczajnie. Jezus mówił w Swej nauce o kraju obiecanym i o jego urodzajności, którą nie tylko materialnie trzeba pojmować, lecz także mieć na myśli pokarm duchowy; kraj ten bowiem obfituje także w proroków, głoszących słowo Boże, a owocem tego jest przyobiecane zbawienie i pokuta w sercach tych, którzy zbawienie to pragną osiągnąć. Po nauce udał się Jezus do pobliskiego budynku, gdzie umieszczono wszystkich opętanych; byli to po największej części ludzie młodzi, lub dzieci. Za zbliżeniem się Jego zaczęli rzucać się i wrzeszczeć. Jezus kazał ustawić ich w szeregu, nakazał im spokój i jednym rozkazem uwolnił ich od złego ducha. Niektórzy z nich omdleli skutkiem lego. Rodzice i krewni ich byli przy tym obecni. Jezus dawał tu znowu różne napomnienia i nauki. Skończywszy jedną jeszcze naukę w synagodze, opuścił Jezus miasto


272

niepostrzeżenie. Uczniowie odeszli już przedtem, gdyż Jezus zwykł był wszystko z góry mądrze układać. Omijając po drodze wszystkie miasta, przybyli do Kafarnaum. Jezus chce opuścić Galileę, gdyż wiele tu czynią hałasów i rozgłosu z Jego powodu. Idąc z uczniami przez całą noc, przybył Jezus rano do Swej matki. Była tam żona i siostra Piotra, oblubienica z Kany i inne niewiasty. Dom, w którym tu Maryja mieszka, jest obszerny i zbudowany na wzór innych tutejszych domów. Maryja nie jest nigdy sama; w pobliżu mieszkają wdowy, a często przychodzą niewiasty z Betsaidy i Kafarnaum, między którymi to miastami leżą owe domy. Często przychodzi także to ten, to ów uczeń. Niewiasty obchodziły tu post i żałobę z zasłoniętymi twarzami, a potem udały się do Kafarnaum, gdzie Jezus nauczał w szkole. Kafarnaum leży o godzinę drogi od Morza Galilejskiego, jeśli się idzie w prostym kierunku przez górę; dwie godziny zaś, jeśli się idzie doliną, przez więcej ku południowi położoną Betsaidy. Mniej więcej pól godziny od Kafarnaum, na drodze ku Betsaidzie, stoją budynki, z których w jednym mieszka Maryja. Z Kafarnaum płynie do jeziora uroczy strumyk, dzielący się pod Betsaidą na wiele odnóg i użyźniający ziemię. Maryja nie prowadzi żadnego gospodarstwa; nie trzyma bydła, ani nie uprawia ziemi. Żyje jak wdowa z ofiar przyjaciół, trudni się przędzeniem, szyciem i tkaniem za pomocą pręcików. Modli się często, przy tym pociesza i naucza inne niewiasty. W dniu, w którym Jezus przybył, nie było u Niej nikogo. Biedna matka płakała na myśl o niebezpieczeństwach, jakie zagrażają Jej Synowi z powodu rozgłosu, jaki zyskała Jego nauka w kraju i cuda. Do uszu Jej bowiem dochodziły wszystkie pomruki i złorzeczenia Judzi nieprzyjaznych, którzy obawiali się powiedzieć to Jezusowi do oczu. Jezus tłumaczył Jej, że Jego czas już nadszedł, że opuści teraz te strony i uda się do Judei, gdzie po Wielkanocy z pewnością jeszcze większa nienawiść przeciw Niemu się wzbudzi. W Kafarnaum zaczął się obchód uroczystości dziękczynnej z powodu deszczu. Synagogę i budynki publiczne ustrojono świetnie zielonymi drzewkami i różnymi girlandami z liści, a z dachu synagogi i większych domów, opatrzonych galeryjkami, rozbrzmiewała muzyka. To słudzy synagogi, coś jak dzisiejsi kościelni, grali na dziwnym, wielogłosowym instrumencie, który wyglądał, jak wąski, na cztery stopy długi wór skórzany, na którym jest przymocowanych kilka piszczałek i trąbek. Gdy wór nie jest nadęty, leżą one na nim. Do grania podnosi i trzyma go dwóch ludzi i pomagają trzeciemu, który nadyma worek munsztukiem, a zarazem odmykają lub zamykają stosowne klapy, skutkiem czego daje się słyszeć głośny, harmonijny, wielogłosowy ton. Po boku stojący ludzie także niekiedy dmuchali do instrumentu. Jezus miał w synagodze rozczulającą naukę o deszczu i suszy. Opowiadał w niej o Eliaszu, który na górze Karmel modlił się o deszcz i podczas tego sześć razy zapytywał sługę, czy nic nie widzi? Dopiero za siódmym razem odrzekł mu tenże, że widzi małą chmurkę, występującą z morza, która powiększała się coraz bardziej, a wreszcie deszczem orzeźwiła kraj cały. Potem przebiegał Eliasz wszystkie miejscowości w kraju. Jezus tłumaczył to w następujący sposób: Siedmiorazowe pytanie się Eliasza oznacza okresy czasu aż do spełnienia się obietnicy. Chmura jest obrazem teraźniejszych czasów, a deszcz oznacza przybycie Mesjasza, którego nauka rozszerzy się po kraju i orzeźwi wszystkich. Kto teraz pragnie, niech pije, a kto uprawił pole, ten doczeka się i deszczu. Mówił to Jezus tak dziwnie i wzruszająco, że wszyscy słuchacze, nie wyłączając Maryi i świętych niewiast, płakali. Ludzie są tu w Kafarnaum dobrze usposobieni. Jest tu przy synagodze trzech kapłanów. W domu obok synagogi, gdzie mieszkają, spożywa Jezus często wieczerzę wraz z zaufanymi uczniami, gdyż jest tu ustanowiona pewnego rodzaju bezpłatna gościna dla nauczających w synagodze.


273

Wczoraj wieczór i dziś rano grano znowu na dziwacznym instrumencie. Dziś obchodzili jeszcze święto młodzieńcy i dzieci, bawiąc się wesoło. Jezus już wczoraj wieczór odprawił uczniów z Betsaidy, i uczniów tych, którzy są jego krewnymi, ponieważ chciał raniutko opuścić te strony i udać się do Judei. Tylko dwunastu uczniów pozostało przy Nim, a mianowicie ci, którzy pochodzili z Nazaretu, z Jerozolimy i ze stron pobytu Jana.

Jezus w Dothaim i Seforis. Niesie zdała pomoc rozbitkom

Po tym święcie dziękczynnym wyruszył Jezus z dwunastu mniej więcej uczniami z Kafarnaum w kierunku południowo wschodnim, jak gdyby chciał przejść miedzy Kaną a Seforis. Towarzyszyły Mu Maryja i osiem innych świętych niewiast, między nimi Maria Kleofy, trzy wdowy, oblubienica z Kany i siostra Piotra. Odprowadziły Go aż do jakiegoś małego miasteczka, gdzie wspólnie spożyto ucztę, poczym się rozstano. Miasteczko to nazywa się Dothaim (lecz nie to większe Dothaim, które leży w dolinie Ezdrelon, o 4 godziny drogi na północ od Samarii). W pobliżu znajduje się studnia, w którą niegdyś Józef został wrzucony od braci swoich. Ludzie żyją tu najwięcej z zysków, jakie ciągną z przejeżdżających kupców. Miasteczko leży na końcu niewielkiej doliny, wypasającej 80 sztuk bydła. Na drugim końcu doliny stoi wielki budynek, w którym Jezus wielu opętanych uzdrowił; teraz jednak nie szedł tam wcale. Miasto leży o półtorej godziny drogi na północny wschód od Seforis, a 4 do 5 godzin drogi od góry Tabor. Uczniowie poszli naprzód do miasta, aby przygotować Jezusowi miejsce w gospodzie. Gdy Jezus z niewiastami dochodził do miasta, wyszło naprzeciw Niego około ośmiu kapłanów i obywateli i ci wprowadzili Go do otwartego gościnnego przysionka, w którym nikt nie mieszkał, ale gdzie już przygotowana była uczta. Dla uczczenia Go rozesłano przed wejściem dywan, po którym by wszedł do środka. Tu umyto Mu nogi i posadzono wraz z uczniami za stołem. Niewiasty jadły osobno za ogniskiem. Jedzono tylko zimne potrawy, miód, małe placki, jarzyny maczane w wodzie, i owoce; za napój służyła woda z balsamem, którą nawet później dano Jezusowi, jak i niewiastom, we flaszeczkach na drogę. Kapłani tutejsi usługiwali do stołu z nadzwyczajną miłością i pokorą, a Jezus opowiadał o Józefie, którego tu niegdyś sprzedano. Był to nieopisanie wzruszający obraz. Gdy patrzałam na to, na płacz mi się zbierało. Dziwnie to jednak jest, widzę wszystko tuż przed sobą i chciałabym tam wejść, lub to i to zrobić, a jednak nie mogę. Zaraz po uczcie wróciły święte niewiasty do domu. Jezus pożegnał się ze Swą Matką na osobności, a następnie z innymi. Widziałam, że ilekroć Jezus żegna się lub wita z Matką na osobności, to ściska Ją serdecznie; wobec innych zaś tylko podaje rękę, lub kłania się uprzejmie. Maryja płakała rzewnie przy rozstaniu. Wygląda jeszcze bardzo młodo, ale poważnie i statecznie. Ma wysokie czoło, nos podłużny, wielkie oczy łagodnie na dół spuszczone, piękne purpurowe usta, smagłą cerę, a policzki lekko zarumienione. Jezus nauczał jeszcze dłużej w gospodzie. Mężczyźni, nie wziąwszy zapłaty za ucztę, odprowadzili Go potem aż do studni Józefa, leżącej w dolinie o pół godziny drogi od miasta. Studnia ta nie jest już teraz w takim stanie, jak wtenczas, gdy Józefa do niej wrzucono. Dawniej był to tylko próżny dół, zarośnięty po brzegach murawą; obecnie rozszerzono go w czworobok, jak mały staw, a z wierzchu postawiono dach na słupach. Wody jest pełno, a w niej znajduje się dużo ryb. Niektóre z nich mają głowy nie spiczaste, jak nasze, lecz ciekawie w górę zadarte, nie są jednak tak wielkie, jak te, które żyją w Morzu Galilejskim. Dopływ


274

wody nie jest widoczny. Studnia jest ogrodzona, a obok mieszkają ludzie, pilnujący jej. — Idąc do studni, opowiadał Jezus o Józefie i jego braciach, a przyszedłszy na miejsce, wszedł pod dach studni i nauczał. Odchodząc, pobłogosławił studnię. Ludzie z Dothaim wrócili do miasta, a Jezus poszedł z uczniami do Seforis, oddalonego o dobrą godzinę drogi. Tam zamieszkał u synów siostry Anny. Seforis leży na górze i otoczone jest zewsząd górami. Miasto to większe jest jak Kafarnaum; w okolicy rozrzucone są pojedyncze domostwa, które również należą do miasta. Nauczyciele tutejszej synagogi nie bardzo uprzejmie przyjęli Jezusa, a źli ludzie, których tu dosyć było, rozszerzali wieści o Nim, że włóczy się po kraju, a o Matkę Swą nie dba. Jezus nie uzdrawiał tu i w ogóle był małomówny; w szabat jednak nauczał w synagodze, a potem stanął gościną w domu obok synagogi. Odwiedzał także niektórych mieszkańców, a szczególnie Esseńczyków w ich domach, i upominał ich, aby nic sobie nie robili z tego, że źli ludzie napastują, nagabują ich i spotwarzają z powodu miłości, jaką żywią ku Niemu. Także krewnym i ludziom obcym, mieszkającym w okolicznych domostwach, polecił, aby teraz nie szli za Nim, lecz w cichości pozostali Jego przyjaciółmi i dobrze postępowali, dopóki nie skończy się Jego działalność. Krewni Jezusa czynią tu wiele dobrego i wspomagają także Najświętszą Pannę, posyłając Jej od czasu do czasu zapomogi. Nie potrafię tego opisać, z jakim wylaniem i serdecznością rozmawiał Jezus z rozmaitymi rodzinami. Do łez pobudzało mnie Jego pełne miłości postępowanie. Tej nocy byłam świadkiem cudownego dzieła Jezusa, które mnie nadzwyczaj wzruszyło. Ogromna burza szalała w kraju obiecanym. Jezus, klęcząc z wciągniętymi rękoma, modlił się wraz z innymi o odwrócenie nieszczęścia. Ta sama burza rozhukała bałwany Morza Galilejskiego i wielkie niebezpieczeństwo zagrażało łodziom Piotra, Andrzeja i Zebedeusza, bo właśnie znajdowały się na pełnym morzu. Właściciele łodzi spali spokojnie w Betanii, a na łodziach byli tylko najemnicy. Równocześnie, gdy Jezus się tu modlił, ujrzałam nagle Jego sobowtór, chodzący po morzu, lub wstępujący do jednej, to do drugiej łodzi. Zdawało się, jak gdyby pomagał w pracy, wstrzymywał lub odganiał gwałtowność burzy. Nie był to On sam we własnej osobie, gdyż modlił się tu, jak pierwej. Wyżej był od żeglarzy, jak gdyby unosił się w powietrzu. Ludzie nie widzieli Go, gdyż był to tylko Jego duch, działający przez modlitwę. Nikt nie wiedział o tym, a jednak pomoc Jego była skuteczną. Być może, że okrętnicy wierzyli w Jego potęgę i wzywali Jego pomocy.

Jezus w Nazarecie. Trzej młodzieńcy. Święto Purim

Wyszedłszy z Seforis, obchodził Jezus pojedyncze domostwa, pocieszając i nauczając, a potem udał się do Nazaretu, oddalonego stąd o dwie godziny drogi. Między uczniami, których miał obecnie przy Sobie, było dwóch czy trzech młodzieńców, synów wdów po Esseńczykach. W Nazarecie stanął w gospodzie, utrzymywanej przez znajomych, i nie wzbudzając uwagi, odwiedził kilku uczciwych mieszkańców. Przychodzili do Niego faryzeusze, uprzejmi na pozór, a w sercu złość żywiący. Zapytywali Go, co zamyśla teraz robić, i dlaczego nie pozostaje przy matce Swojej? Na te zapytania odpowiadał Jezus poważnie i surowo. — W mieście zajęci są wszyscy przygotowaniami do postu pamiątkowego Estery i do następującej zaraz uroczystości Purim. Jezus miał w synagodze bardzo ostrą naukę. Tej nocy modlił się Jezus znowu z wyciągniętymi rękoma, a duch Jego w Jego własnej postaci niósł pomoc żeglarzom na Morzu Galilejskim. Tym razem


275

niebezpieczeństwo było większe i zagrażało znaczniejszej liczbie łodzi. Widziałam, jak Jezus własną ręką ster kierował, a jednak Go sternik nie widział. Trzej bogaci młodzieńcy z Nazaretu, którzy już dawniej prosili Jezusa o przyjęcie ich na uczniów, przyszli znowu, ponawiając prawie na klęczkach swe prośby. Jezus jednak odmówił im i postawił pewne warunki, które muszą spełnić, jeśli chcą pójść za Nim. Wiedział Jezus dobrze, że oni tylko doczesne cele mają na oku i nie potrafią pojąć głębiej tej sprawy. Chcieli pójść za Nim, jako za uczonym rabinem, lub filozofem, aby potem przez swą wiedzę być chlubą Nazaretu. I to także może gniewało ich bardzo, że Jezus pomija ich, a przyjmuje na uczniów największych biedaków z Nazaretu. Do późnej nocy był Jezus u starego Esseńczyka Eliuda. Święty ten mąż jest już bardzo zgrzybiały i leży przeważnie na swoim posłaniu. Jezus, leżąc obok niego i wsparty na ręce, rozmawiał z nim. Eliud zajęty jest cały myślą o Bogu. Z nadejściem święta Purim rozległa się znowu ze szczytu synagogi muzyka. Grano na wydrążonym instrumencie, stojącym na trzech nogach, a opatrzonym rzędem piszczałek, które przez wciąganie i wyciąganie wydawały melodyjne głosy. Dzieci znowu grały na harfach i piszczałkach. Na pamiątkę Estery mają dzisiaj kobiety i dziewice nadzwyczajne prawa i swobody w synagodze. Nie potrzebowały stać dziś oddzielnie od mężczyzn, a nawet mogły zbliżać się do miejsca, gdzie stali kapłani. Dzieci szły szeregami do synagogi, ubrane dziwacznie w białe i czerwone sukienki. Wreszcie weszła do synagogi dziewica, mająca naszyjnik, robiący okropne wrażenie. Był to bowiem krwistoczerwony pierścień, opasujący szyję tak, iż zdawała się być odciętą. Z pierścienia zwieszały się na około krwistoczerwone nitki obwieszone guzikami i frędzelkami tegoż koloru; robiło to wrażenie, jak gdyby z przeciętej szyi krew płynęła. Występowała ona w pewnego rodzaju przedstawieniu, podobnym do widowiska, mając na sobie wspaniały płaszcz z ogonem, niesionym przez sługi. Za nią szedł orszak dziewic i dzieci. Na głowie miała wysoką, ozdobę i długi welon. W ręku niosła coś, nie wiem, czy miecz, czy berło. Odznaczała się pięknością i wysmukłą kibicią. Nie wiem dobrze, kogo miała przedstawiać; może Esterę? Lecz nie, raczej podobną była do Judyty, ale nie do tej, która zabiła Holofernesa, gdyż miała przy sobie służebną, niosącą piękny koszyk z podarunkami dla arcykapłana. Stanąwszy przed nim, złożyła mu w podarunku kosztowne wisiorki, jakie kapłani noszą zwykle na czole, lub na piersiach. Widziałam jednak, iż w kącie synagogi za zasłoną, leżała na urządzonym pięknie łóżku wypchana postać jakiegoś męża; tej odjęła dziewica głowę i oddała ją arcykapłanowi. Na mocy przywileju, wytknęła kapłanom główne ich błędy, popełnione przez cały rok, a potem się cofnęła. Także podczas niektórych innych świąt miały niewiasty prawo upominać kapłanów. W synagodze czytano dnia tego na przemian księgę Estery. Także Jezus czytał z niej. Żydzi, a szczególniej dzieci mieli małe deszczułki z młoteczkami; gdy się pociągało za nitkę, uderzał młoteczek w napisane na deszczułce imię, przy czym wymawiano jakieś słowa. Działo się to za każdym razem, ilekroć wymówiono słowo „Haman." Po domach urządzano wystawne uczty. Jezus był obecnym na uczcie kapłanów w budynku, przeznaczonym na uroczyste obchody. Przy uczcie tej urządzone było wszystko tak, jak w święto kuczek; szczególnie mnóstwo było wieńców, róż wielkich jak głowy, i całe piramidy kwiatów i owoców. Przy uczcie podano na stół pieczone jagnię. Szczególnie dziwiłam się wspaniałości sprzętów stołowych. Były tam czary śliczne różnobarwne, przezroczyste, jak drogie kamienie. Masa, z której były zrobione, wyglądała złożona z cieniutkich, poskręcanych nitek szklanych. Robiono sobie wzajemnie podarunki, które składały się z klejnotów,


276

wspaniałych szat, długich po kostki, ubrań na ręce, zasłon i pasów, obwieszonych ozdobami. Jezus otrzymał płaszcz świąteczny z ozdobami u dołu; nie chciał go jednak brać na Siebie i oddał go komuś innemu. Wielu oddawało otrzymane podarunki ubogim, których w ogóle wtenczas obficie obdarowano. Po uczcie przechadzał się Jezus z uczniami w otoczeniu kapłanów po pięknie urządzonych ogrodach w pobliżu Nazaretu. Mieli przy sobie księgę Estery i trzy zwoje pisma, z których na przemian czytano. Gromady młodzieńców i dziewic szły za nimi; dziewice mogły się jednak przysłuchiwać nauce tylko z pewnej odległości. W dniu tym chodzili także mężowie, zbierający podatek. Z Nazaretu udał się Jezus z uczniami do miasta Afeke, oddalonego o cztery godziny drogi, a stamtąd wrócił znowu na szabat do Nazaretu i odwiedził umierającego Eliuda. Kapłani z Nazaretu nie mogli pojąć, skąd Jezus przez tak krótki czas nabrał takiej mądrości. Przyznawali, że nauka Jego nie da się zbić, a niektórzy Mu w sercu tego zazdrościli. Pomimo to odprowadzili Go, gdy odchodził z uczniami z Nazaretu.

Jezus w posiadłości Łazarza koło Tirzy i w Betanii

Idąc tą samą drogą, którą szła św. Rodzina w ucieczce do Egiptu, przechodził Jezus z uczniami przez małą miejscowość, niedaleko Legio, gdzie zatrzymywała się wówczas św. Rodzina; mieszkali tu ludzie, pogardzani, jak niewolnicy. Jezus kupił chleba, rozdzielił go, a chleb cudownie się rozmnożył. Nie powstało skutkiem tego żadne zbiegowisko. Nie zatrzymywał się tu Jezus długo, lecz uczynił to tylko w przechodzie. W dalszej podróży spotkał się Jezus z Łazarzem, Janem Markiem i Obedem, którzy wyszli Mu naprzeciw; po pięciogodzinnej podróży doszli do posiadłości Łazarza koło Tirzy. Przyszli w nocy niepostrzeżenie, lecz wszystko było już przygotowane na przyjęcie. Posiadłość ta leżała w górach, od strony Samarii, niedaleko od pola Jakuba. Zarządcą był tu stary żyd, chodzący boso i podpasany; był on już na tej posiadłości, gdy Maryja i Józef tu gościli w przejeździe do Betlejem. Również Marta i Magdalena ugaszczały tu Jezusa w ostatnim roku Jego zawodu nauczycielskiego, gdy nauczał w Samarii, i wtenczas prosiły Go, aby udał się do chorego Łazarza. Blisko tej posiadłości leżało małe miasteczko Tirza w pięknej okolicy, oddalone o siedem godzin drogi od Samarii. Zwrócona ku wschodowi słońca, obfitowała Tirza w zboże, wino, a szczególniej owoce. Mieszkańcy trudnili się uprawą roli i rozwozili owoce na sprzedaż. Miasto było niegdyś o wiele większe i piękniejsze i było siedzibą królów; lecz później zamek spalono a miasto zniszczono podczas wojny. Król Amri mieszkał długo w tym domu, który teraz należy do Łazarza, zanim Samaria została odbudowana i zanim mógł się tam przenieść. Sądzę, że jeszcze do naszych czasów pozostały ślady z miasta. Ludzie są bardzo pobożni i zachowują się spokojnie; unikają również zetknięcia się z Samarytanami.*) Jezus nauczał tu w synagodze, lecz nie leczył. W szabat zaczęła się doroczna uroczystość poświęcenia kościoła Zorobabela; nie obchodzono jej jednak tak uroczyście, jak święto Machabeuszów. W domach, na ulicach, w synagodze, pozapalano światła, nawet na pastwiskach rozniecono ognie. Przez większą część dnia był Jezus z uczniami w synagodze. Jadł w domu Łazarza, lecz niewiele. Większą część potraw rozdzielano ubogim, których jest w Tirzie bardzo wiele. Podczas Jego obecności działo się to rozdzielanie bardzo często. ? Po gruzach murów i starych zapadłych wieżach można jeszcze poznać dawną wspaniałość miasta. Zdaje się, że w obręb miasta wchodził wówczas i dom Łazarza, oddalony obecnie o kwadrans drogi od miasta. Widać to z resztek murów i fundamentów. Posiadłość tę otrzymał Łazarz jeszcze od swego ojca. Jak


277

wszędzie, tak i tu poważają i szanują bardzo Łazarza, jako człowieka bogatego, pobożnego i mądrego. Zachowaniem się swym wyróżnia się on szczególnie od innych ludzi. ? Jest zawsze poważny i mówi niewiele; jeśli mówi, to mówi łagodnie, a przy tym statecznie. Po skończonych świętach wyruszył Jezus z Tirzy z Łazarzem i uczniami w dalszą podróż do Judei. Szedł tą drogą, którą Józef i Maryja szli do Betlejem; w prawdzie nie tymi samymi ścieżkami, lecz tą samą okolicą przez góry w bok od Samarii. ? Pewnej nocy widziałam, jak wchodzili na wysoką górę. Noc była jasna, łagodna; nad okolicą unosiła się mgła kroplista. Jezus miał przy Sobie około osiemnastu towarzyszy; szli ścieżką po dwóch, jedni z przodu, inni z tyłu, a niektórzy razem z Jezusem. Jezus przystawał często, rozmawiał, lub modlił się; gdyż droga do tego się nadaje. Szli tak przez większą część nocy, a nad ranem odpoczęli i posilili się nieco. Potem szli jeszcze przez góry, na których jest zimne powietrze, nie wstępując po drodze do żadnych miast. Niedaleko Samarii widziałam przy Nim mniej więcej sześciu uczniów, gdy pewien młody Samarytanin rzucił się wśród drogi do nóg Jezusowi i mówił: ?Zbawco ludzkości, który chcesz uwolnić Judeę i przywrócić do dawnego stanu" itd. Mniemał on, iż Chrystus założy jakieś światowe królestwo, dlatego też prosił Go usilnie o przyjęcie i urząd przy Nim. Młodzian ten był sierotą, odziedziczył po ojcu wielki majątek i sprawował w Samarii urząd. Jezus był dlań bardzo uprzejmym, i powiedział mu, że za ponownym przybyciem wskaże mu, co ma czynić; że podoba Mu się jego dobra chęć i pokora, i nie można na to, co mówi, nic zarzucić. Jezus dobrze wiedział, że młodzieniec ten przylgnął do swych bogactw, i wiedziałam, że dopiero wtedy powie mu, co ma czynić, gdy wybierze wszystkich Apostołów, by mu przy tej sposobności dać naukę. Młodzieniec ten przyjdzie w przyszłości jeszcze raz do Jezusa, a to też jest opisane w ewangelii. Wieczór przed szabatem przybyli do gospody pasterskiej, leżącej między dwiema pustyniami, a odległej od Betanii około cztery do pięć godzin. Tu nocowała Maryja i święte niewiasty, gdy przed chrztem podążyły do Jezusa do Betanii. Zebrali się tu pasterze z okolicy, przynosząc podarunki i żywność. Gospoda była przerobiona na miejsce modlitwy, zapalono lampę i wszyscy w tym miejscu pozostali, a Jezus nauczał tu i święcił szabat. W tej samotnej i przykrej drodze był Jezus także na miejscu, gdzie Maryja wśród podróży do Betlejem tak bardzo zmarzła i wnet potem cudownie uczuła się ogrzaną. Jezus przepędził cały szabat z uczniami wśród pasterzy, którzy byli bardzo uszczęśliwieni i wzruszeni; lecz i Jezus wydawał się swobodniejszym między niewinnymi i prostymi ludźmi. Po szabacie udał się Jezus do Betanii, oddalonej stąd cztery godziny drogi.

Pierwsze święta Wielkanocne w Jerozolimie

Jezus mieszkał w domu Łazarza w Betanii, w tym samym pokoju, gdzie zwykle. Jest to jakby synagoga i modlitewnik domowników; na środku stoi zwykły pulpit, na którym leżą zwoje modlitw i pisma., Sypialnia przytyka do tego pokoju, jest jednak oddzielona. Na drugi dzień po Jego przybyciu udała się Marta do Jerozolimy do Marii Marka i innych niewiast, aby dać znać, iż Jezus z jej bratem przybędzie do domu Marii Marka. Jezus przybył tam z Łazarzem około południa. Przy obiedzie były Weronika, Joanna Chusa, Zuzanna, uczniowie Jezusa i Jana z Jerozolimy, Jan Marek, synowie Symeona, syn Weroniki, krewni Józefa z Arymatei, ogółem około dziewięciu mężczyzn; Nikodema i Józefa nie było. Jezus mówił o zbliżaniu się królestwa Bożego, o Swym powołaniu i naśladowaniu,


278

a nawet wspomniał oględnie o Swej męce. Dom Jana Marka leży przed miastem na wschodniej stronie naprzeciw góry Oliwnej; idąc tam, nie potrzebował Jezus przechodzić przez miasto. Wieczorem udał się znowu z Łazarzem do Betanii. W Jerozolimie już tu i ówdzie mówiono o Nim, iż nowy prorok z Nazaretu jest w Betanii. Jedni się z tego cieszyli, drugich to gniewało. Po ogrodach i na drodze, prowadzącej na górę Oliwna, stawali tu i ówdzie ludzie, a nawet kilku Faryzeuszów, aby Go zobaczyć, gdy będzie przechodził. Musieli przypadkowo słyszeć, lub w Betanii wybadać, iż przybędzie do miasta. Żaden jednak nie zagadnął Go; niektórzy kryli się trwożliwie poza ploty, i spoglądali za Nim, mówiąc między sobą: „To jest Prorok z Nazaretu, Syn cieśli Józefa.‖ Było w ogóle wielu ludzi, którzy z powodu nadchodzącego święta pracowali po ogrodach i przy plotach, gdzie wszystko czyszczono i zdobiono, drogi naprawiano, żywopłoty obcinano i związywano. Przechodzili również ze wszystkich stron biedniejsi Żydzi i robotnicy z osłami i narzędziami do Jerozolimy, którzy podczas święta spełniali jako najemnicy roboty w mieście i ogrodach. Takim był także Szymon, który pomagał nieść krzyż Jezusowi. W dzień później był Jezus znowu w Jerozolimie, a mianowicie w domu Obeda, syna Symeona, w pobliżu świątyni, i w innym domu, zamieszkałym niegdyś przez rodzinę starego Symeona, naprzeciw świątyni. Znalazł tu obfitą zastawę, którą przygotowała i posłała Marta i inne niewiasty. Obecnymi byli uczniowie z Jerozolimy, w liczbie około dziewięciu, i jeszcze inni pobożni mężowie, nie było jednak Nikodema i Józefa z Arymatei. Jezus mówił z miłością i powagą o zbliżaniu się królestwa Bożego. W świątyni jeszcze nie był. Chodził wszędzie bez najmniejszej obawy, mając na Sobie zwykle długą, tkaną, białą suknię prorocką. Czasami wyglądał bardzo pojedynczo, nie zwracał wcale uwagi na Siebie, i tracono Go łatwo z oczu. Czasami zaś wejrzenie Jego było nadzwyczajne; oblicze jaśniejące i nadnaturalne. Gdy wieczorem powrócił do Betanii, przybyło doń kilku uczniów Jana, a między nimi Saturnin. Ci pozdrowili Go i opowiadali o Janie, iż bardzo mało przychodzi do niego takich, którzy by się chcieli ochrzcić; Herod jednak ma z nim wiele trudności. Nikodem przybył tego wieczora do Łazarza do Betanii i słuchał nauki Jezusa. Nazajutrz rano udał się Jezus do Szymona, Faryzeusza, który miał w Betanii jakoby gospodę czy też dom dla uroczystych obchodów. Wydał on ucztę, na której zebrali się Nikodem, Łazarz, uczniowie Jana i uczniowie z Jerozolimy; Marta i niewiasty jerozolimskie brały także w uczcie tej udział. Nikodem prawie nic nie mówi w obecności Jezusa; trzyma się z dala i tylko słucha z podziwem. Józef z Arymatei mówi jak myśli, często stawia pytania. Szymon Faryzeusz nie jest złym, lecz dotychczas jeszcze wahającym się, i trzyma stronę Jezusa z przyjaźni dla Łazarza; lecz także i z Faryzeuszami jest na dobrej stopie. Jezus rozprawiał przy tej uczcie wiele o prorokach i o wypełnieniu przepowiedni. Nauczał o cudownym poczęciu się Jana Chrzciciela, jak go Bóg wybawił od rzezi niemowląt, wykonanej z rozkazu Heroda, i jak wystąpił na widownię, przygotowując drogi. Mówił także, jak mało ludzie zwracają uwagi na wypełnienie się czasów, przy czym rzekł: „Trzydzieści lat dobiega! i któż pamięta jeszcze o tym, oprócz kilku pobożnych, prostodusznych ludzi, iż Trzej Królowie, jak wojownicy ze wschodu z ufnością dziecięcą poszli za gwiazdą, przyszli i szukali nowonarodzonego Króla żydowskiego, i znaleźli biedne dziecko ubogich ludzi? Przez trzy dni tu bawili. Gdyby byli przyszli do książęcego dziecka ze znakomitego rodu, to nie zapomniano by ich tak łatwo!" Nie nadmienił jednak, iż On jest tym Dziecięciem. W towarzystwie Łazarza i Saturnina nawiedził Jezus kilku ubogich, bogobojnych


279

chorych ze stanu robotniczego i uleczył około sześciu z nich. Byli to kulawi, cierpiący na puchlinę wodną i zadumę. Rozkazał również uzdrowionym wyjść z domu i usiąść w słońcu. W Betanii nie było zbiegowiska z powodu Jezusa, i podczas tej czynności także zachowali się wszyscy spokojnie. Łazarz, którego tu wielce poważano, przyczynił się do tego, iż ludzie ci zachowali się wzorowo. Wieczorem była uroczystość w synagodze, ponieważ nastąpił pierwszy dzień miesiąca Nizan. Zdaje się, iż było to święto Nowiu, albowiem oświetlenie w szkole było w rodzaju tarczy księżyca, którą pewien mężczyzna, wstawiając do niej podczas modlitwy coraz więcej świateł, zwolna tarczą ową coraz bardziej oświecał. Na drugi dzień był Jezus z Łazarzem, Saturninem, Obedem i innymi uczniami w świątyni na nabożeństwie. Ofiarowano baranka. Zjawienie się Jezusa w świątyni wywołało między żydami nadzwyczajne wzruszenie. Dziwnym przy tym było, iż każdy krył w sobie własne uczucie, i żaden nie śmiał mówić z drugim o wrażeniu, jakie na nim wywarło zjawienie się Jezusa. Działo się to z dopuszczenia Bożego, aby Zbawicielowi przedłużyć czas działalności; gdyby bowiem się wzajemnie porozumiewali, byłoby wzrastało rozgoryczenie; teraz atoli walczy w niektórych złość i nienawiść ze świętym wzruszeniem, w innych zaś budzi się lekka ciekawość poznać Go bliżej, i starają się za pośrednictwem innych dać się Mu poznać. Był to także dzień postu z powodu śmierci dzieci Aarona. W domu Łazarza zebrali się uczniowie i wiele innych pobożnych ludzi. W wielkim przysionku, gdzie była katedra, nauczał Jezus w podobny sposób, jak i przedtem, gdy wspominał o Trzech Królach, zwracając ich uwagę na wypadki z dawniejszych czasów, i mówił: „Czyż nie jest właśnie osiemnaście lat temu, jak mały Bachir (zapewne znaczy to tyle, co uczeń), w tak zadziwiający sposób rozprawiał z uczonymi w piśmie, a oni tak na Niego się rozgniewali?" Opowiadał także, o czym mały Bachir nauczał. Z Obedem, który usługiwał przy świątyni, i z innymi jerozolimskimi uczniami, był Jezus na szabat znowu w świątyni. Stali parami przy innych młodych żydowskich mężczyznach. Jezus miał na Sobie białą, tkaną suknię, pas i biały płaszcz, podobny do tych, jakie noszą Esseńczycy. Było wtedy na Nim jeszcze coś nadzwyczajnego. Odzież Jego odznaczała się szczególniejszą schludnością, i wyglądała bardzo wspaniale, prawdopodobnie dlatego, iż On ją nosił. Na przemian śpiewał wspólne pieśni i modlił się ze zwojów. Byli tu także tacy, którzy przodowali w odmawianiu modlitw. Znowu zdumiewano się nad Nim i podziwiano Go, nic z Nim jednak nie rozmawiając; a nawet między sobą nie mówili o Nim otwarcie. Widziałam jednak, że umysły wielu były nadzwyczaj poruszone. Były trzy nauki, czyli kazania o Izraelitach, o ich wyjściu z Egiptu i o baranku wielkanocnym. Na jednym ołtarzu paliło się kadzidło; kapłana jednak nie było można widzieć, dobrze jednak widać było dym i ogień. Ogień widziało się przez rodzaj kraty, na której było wyrobione coś na kształt baranka wielkanocnego wśród ozdób i promieni; przez to błyszczał ogień. Ołtarz ten stał w pobliżu Miejsca najświętszego, rogi zaś jego zdawały się sięgać do Miejsca najświętszego. Widziałam modlących się Faryzeuszów, którzy czasami nawijali na ramię długą, wąską wstążkę, lub raczej welon. Mniej więcej około drugiej godziny po południu udał się Jezus z towarzyszami do zabudowania w przedsionku Izraela w świątyni, gdzie zastawiono małą ucztę z owoców i chlebów, posplatanych jak warkocze. Ustanowiono tu jednego człowieka, który miał o wszystkim staranie. Wszystkiego można było kupić lub zamówić w przylegających salach. Cudzoziemcy mieli to prawo. Świątynia była tak wielka, jak całe miasto, wszystkiego można było tam nabyć. — Przy tej uczcie miał Jezus naukę. Gdy mężczyźni odeszli, jadły także niewiasty.


280

Widziałam również dzisiaj to, o czym dotąd nie wiedziałam: Łazarz sprawował bowiem przy świątyni urząd, coś tak, jak u nas może mieć burmistrz urząd przy kościele; chodził on z puszką i zbierał składkę. Jezus z Swymi pozostał w świątyni całe popołudnie, i nie pierwej, jak o dziewiątej godzinie powrócił do Betanii. Podczas tego szabatu paliło się wielkie mnóstwo lamp i świateł w świątyni. Maryja i inne święte niewiasty odjechały z Kafarnaum do Jerozolimy. Dążą ku Nazaretowi, mimo góry Tabor i przez Samarię. Z okolicy góry Tabor przyłączają się do nich jeszcze inne niewiasty. Uczniowie galilejscy idą naprzód, a parobcy z pakunkami postępują z tyłu. Z uczniami jest Piotr, Andrzej i brat przyrodni Jonatan, synowie Zebedeusza, synowie Marii Kleofasowej, Natanael Chased i Natanael oblubieniec. Czwartego Nizan spędził Jezus całe rano z dwudziestu uczniami w świątyni. Później nauczał w domu Marii Markowej i przekąsił nieco. Potem był w Betanii u Szymona Faryzeusza z Łazarzem. Przeglądano już teraz wiele baranów. Jezus był powtórnie w świątyni i nauczał popołudniu w domu Józefa z Arymatei. Dom ten leży w pobliżu domu Jana Marka. Przytyka do niego pracownia kamieniarska. Okolica ta jest nieco oddalona, i Faryzeusze rzadko tu przychodzą; teraz jeszcze nikt nie lęka się przystąpić do Jezusa, albowiem nienawiść ku Niemu jeszcze nie wybuchła jawnie. Jezus okazuje się coraz swobodniejszym i śmielszym w Jerozolimie i świątyni. Wysunął się z Obedem naprzód między ołtarzem ofiarnym a świątynią, gdzie miano naukę dla kapłanów o Święcie Wielkanocnym i jego obrzędach. Uczniowie Jego zatrzymali się w przedsionku Izraela. Faryzeusze gniewali się bardzo, że go tu widzieli. Rozmawiał także z ludźmi na ulicy. Coraz to więcej ludu napływa do Jerozolimy, szczególnie robotników, najemników, sług i handlarzy z żywnością. Porozbijano naokoło miasta na wolnych miejscach, bardzo wiele chat i namiotów, aby mnóstwo gości, przybyłych na Wielkanoc, umieścić. Przyprowadzono również do miasta wiele baranów i innego bydła, i teraz już wyszukiwano baranki wielkanocne. Także wielu pogan idzie na święta do miasta. W Betanii uczy Jezus i uzdrawia publicznie. Przyniesiono Mu także obcych chorych. Z okolicy Hebron przybyli do Niego krewni Zachariasza, aby Go do siebie zaprosić. Potem poszedł Jezus znowu do świątyni, a wieczorem, gdy po nabożeństwie kapłani wyszli ze świątyni, w miejscu, gdzie przedtem stał z uczniami, nauczał ich i innych obecnych. Mówił o bliskości Królestwa Bożego, o Świętach Wielkanocnych, o bliskim spełnieniu się wszystkich proroctw i przeobrażeń i samym baranku wielkanocnym. Mowa Jego była tak surową i ostrą, że kilku kapłanów, którzy jeszcze krzątali się tu i ówdzie, osłupiało, słysząc Jego słowa, a niechęć ku Niemu wzbudziła się w ich sercu. Potem poszedł Jezus do Betanii, a stamtąd udał się nocą z ludźmi z Hebron i kilku uczniami ku Hebron, oddalonemu stąd o cztery godziny drogi. W świątyni zajmują się teraz z pośpiechem przygotowaniami na uroczystość i zmieniają znacznie wewnętrzne urządzenie. Otwierają przejścia i sale, usuwają przegrody i parawany. Do ołtarza można teraz dojść z wielu stron; wszystko ma całkiem inny wygląd. W drodze ku Hebron przechodził Jezus z uczniami i krewnymi Zachariasza między Jerozolimą a Betlejem. Iść trzeba było najwyżej pięć godzin. Przerzedłszy przez Jutę do pobliskiego Hebron, nauczał tam Jezus bez przeszkody i uzdrowił wielką liczbę ludzi. Na szabat powrócił do Betanii. Droga wiodła przez wysokie góry, na których słońce silnie dopiekało; dzień był upalny. Uczniowie, którzy przybyli tu od Jana do Jezusa, odeszli na powrót do Jana. Przybywszy w szabat do świątyni, wszedł Jezus z Obedem aż do przysionka,


281

gdzie stała katedra do nauczania; z niej to Jezus później także nauczał. Kapłani i Lewici zajęli siedzenia wokół katedry, z której głoszono naukę o Świętach Wielkanocnych. Pojawienie się Jezusa wywołało wielkie przerażenie wśród obecnych, które wzmogło się jeszcze, gdy Jezus zaczął stawiać poszczególne pytania i zarzuty, a nikt nie umiał na nie odpowiedzieć. Między innymi mówił Jezus, że zbliża się czas, w którym pojawi się pierwowzór baranka wielkanocnego, a wtenczas straci znaczenie swe ta świątynia, jak i nabożeństwa w niej obchodzone. Mówił to przenośnie, a jednak tak wyraźnie, że żywo stanęło mi na pamięci to miejsce w hymnie „Pange lingua,‖ gdzie to napisane: et antiquum documentum novo cedat ritui. Gdy Go zapytywano, skąd to wie, odpowiedział, że Ojciec Jego powiedział Mu to, nie objaśniał jednak, kogo rozumie przez Ojca. Słowem, wszystko mówił tylko ogólnie. Faryzeusze, źli, a jednak pełni podziwu, nie śmieli przeciwko Niemu wystąpić. Wprawdzie do tej części świątyni nie wolno było wchodzić niepowołanym, ale Jezus wszedł tu jako prorok. W ostatnim roku Swej wędrówki doczesnej, nauczał tutaj sam. Po szabacie poszedł Jezus do Betanii. Dotychczas nie widziałam jeszcze, by rozmawiał z „cichą Marią.‖ Sądzę, że zbliża się już kres jej życia, i że jakaś zmiana z nią zaszła. Leży ona na ziemi na ciemnych kocach, podtrzymywana przez służebne; popadła w pewien rodzaj omdlenia. Zdaje się, że żyje teraz więcej życiem rzeczywistym i że jeszcze na ziemi czekają ją cierpienia. Dotychczas była duchem gdzie indziej, nie wiedząc nic o tym świecie. Teraz jednak więcej zdaje sobie sprawę z tego, co się w koło niej dzieje; zapewne wie teraz, że ten Jezus, przebywający w Betanii, żyjący w jej pobliżu, jest tym samym, który musi później tak strasznie cierpieć. Przy końcu życia odczuje ona jeszcze cieleśnie wszystkie cierpienia przez współczucie, a potem umrze. W nocy z soboty na niedzielę odwiedził Jezus „cichą Marię" i długo z nią rozmawiał. Podczas rozmowy Maria jużto siedziała na posłaniu, jużto chodziła po pokoju. Jest teraz całkiem przy zdrowych zmysłach, rozróżnia życie teraźniejsze od pozagrobowego, wie, że Jezus jest Zbawicielem i Barankiem wielkanocnym i że tak straszne czekają Go cierpienia. Dręczy ją z tego powodu niewypowiedziany smutek, a świat cały wydaje jej się ciemną, duszącą zmorą. Szczególnie zasmuca ją przewidywana naprzód niewdzięczność ludzka. Jezus rozmawiał z nią długo o bliskości królestwa Bożego, o Swoich przyszłych cierpieniach, a pobłogosławiwszy ją, wyszedł. Maria wkrótce pożegna się z tym światem. Jest teraz nadzwyczaj piękną, smukłą, białą jak śnieg i prawie przezroczystą; ręce ma jak z kości słoniowej, i smukłe, długie palce. Rano uzdrowił Jezus w Betanii publicznie wielu chorych, których umyślnie tu przyniesiono; byli między nimi chromi i ślepi, a niektórzy przybyli z obcych stron na obchód świąteczny. Przyszło także do Jezusa kilku mężów z świątyni, chcąc Go pociągnąć do odpowiedzialności za Jego postępowanie, i zapytywali Go, kto Go upoważnił do tego, iż wczoraj w świątyni wtrącał Swoje zdanie podczas nauki. Jezus odpowiedział im na to surowo i mówił znowu o Swoim Ojcu. Faryzeusze nie ośmielili się przeciw Niemu wystąpić, czuli wobec Niego obawę i nie wiedzieli, jak sobie z Nim postępować. Na drugi dzień nauczał Jezus znowu w świątyni. Obecnie przybyli już tu wszyscy uczniowie galilejscy, którzy byli obecni na godach w Kanie. Maryja i święte niewiasty mieszkają u Marii Marka. Łazarz kazał zakupić mnóstwo wybranych jagniąt, zabić je i rozdzielić między ubogich najemników i robotników.


282

Jezus wypędza kupczących z przedsionka świątyni. Uczta Wielkanocna Śmierć „cichej Marii."

Przyszedłszy ze wszystkimi uczniami do świątyni, ujrzał Jezus w przysionku, przeznaczonym na modlitwę, mnóstwo stołów, a za nimi kupców sprzedających jarzyny, ptaki, jagnięta i różne przedmioty pożywne. Jezus w tonie pełnym miłości i uprzejmości kazał im ustąpić stąd i cofnąć się aż na dziedziniec, przeznaczony dla pogan, przedstawiając im, że ubliża to powadze świątyni, a bek jagniąt i ryk bydła przeszkadza modlącym się. Sam z uczniami pomógł kupcom przenieść stoły i towary i pokazał im, gdzie mają je ustawić. W dniu tym uleczył Jezus wielu obcych przybyłych do Jerozolimy, szczególnie robotników, którzy mieszkali w pobliżu Wieczernika, u wzgórza Syjon. — Ogromne tłumy ludu zeszły się do Jerozolimy. Dokoła miasta powstał cały las domków i namiotów. Na wielkich placach stoją budynki, tworząc długie ulice, w których są zapasy wszystkiego, cokolwiek potrzebnym jest do zbudowania i urządzenia namiotu, oraz do spożycia baranka Wielkanocnego. W tych ogromnych magazynach częścią sprzedają na własność żądane przedmioty, częścią wypożyczają tylko za pewnym wynagrodzeniem na czas świąt. Gromady najemników i biedaków z całej Palestyny zajęte są roznoszeniem towarów, lub rozbijaniem namiotów. Już na długi czas przedtem przygotowywali miejsce w Jerozolimie i okolicy, uprzątali przeszkody, wycinali zarośla, torowali drogi, równali i ogradzali miejsca na składy, urządzali targowiska i sklepy. Również wszystkie drogi i trudniejsze przejścia w kraju poprawiali na kilka tygodni przedtem. Wszystkie te prace miały związek duchowy z barankiem Wielkanocnym, podobnie jak przygotowywanie drogi Panu przez Jana Chrzciciela miało związek z prawdziwym Barankiem Bożym. Niedługo potem był Jezus znowu z uczniami w świątyni. Z powodu, że wkrótce miało się odbywać, zabijanie Baranka wielkanocnego, były wszystkie wejścia do świątyni otwarte, a z tego skorzystali znowu kupcy i zastawili swe stoły w przysionku dla modlących się. Jezus więc po raz drugi kazał im ustąpić i usunąć stoły. Napotykał większy opór i dlatego bezwzględniej postępował niż pierwszym razem. Uczniowie zabrali się sami do opróżniania przysionka; przeciwny jednak temu zuchwały tłum zaczął stawiać opór wśród wrzasku i miotania się przeciw Niemu, tak, że Jezus zmuszony był sam własnoręcznie jeden stół usunąć. Nie pomógł nic opór tłumu. Wkrótce cała przestrzeń opróżniła się, a kupców wypędzono aż w najdalsze podwórze. Wypędzając, ostrzegł ich Jezus, że dotychczas użył dwa razy środków łagodnych, lecz jeśli jeszcze raz zastanie ich tutaj, natenczas użyje przemocy. Najzuchwalsi z nich odgrażali się, mówiąc: co sobie ten Galilejczyk myśli, ten uczeń z Nazaretu; nie boimy się Go wcale. Potem zaczęło się wyrzucanie ich. Były przy tym obecne tłumy ludzi, patrzące z podziwem na Jezusa. Pobożni Żydzi przyznawali Mu słuszność i z oddalenia przesyłali Mu pochwały. Gdzieniegdzie dawały się słyszeć głosy: „Oto prorok z Nazaretu!‖ Faryzeuszów gniewało to i wstydziło; już parę dni przedtem kazali oni po cichu rozgłosić między ludem napomnienie, aby podczas świąt nikt nie przyłączał się do cudzoziemca, nie szedł za Nim i nie rozgłaszał o Nim żadnych wieści. Mimo tego lud zwraca na Niego coraz baczniejszą uwagę; między zebranymi tłumami wielu jest takich, którzy już słyszeli Jego nauki, lub nawet Jego mocą uzyskali zdrowie. Wychodząc ze świątyni uzdrowił Jezus na podwórzu chromego, wzywającego Jego pomocy; uzdrowiony wszedł natychmiast do świątyni, głosząc radośnie o Jezusie i wywołał wielkie wrażenie. Jan Chrzciciel nie przybędzie na święta do Jerozolimy. Nie jest on wcale


283

podobnym do żydów, spełniających tylko literę Zakonu, ani też jak inni ludzie. Można by go nazwać głosem odzianym w ciało. Zbiega się do niego znowu wiele ludzi do chrztu, gdyż mnóstwo ludu, idąc na święta do Jerozolimy, także do niego wstępuje. Wieczorem zapanowała cisza w całej Jerozolimie. Po domach zajmowano się uprzątaniem wszelkiego kwasu i pieczeniem chleba przaśnego. Wszelkie sprzęty okrywano i zasłaniano. To samo czyniono również w domu Łazarza, na górze Syjon, gdzie Jezus miał ze Swymi uczniami spożywać baranka wielkanocnego. Jezus był przy tym obecny, kierował wszystkim i dawał stosowne nauki. Nie postępowano tu przy tym tak drobiazgowo, jak to czynili inni Żydzi. Jezus objaśniał obecnych, co te czynności wyobrażają, jak należy je wykonywać i jakie nierozumne dodatki poczynili w tym Faryzeusze. Na drugi dzień nie poszedł Jezus do świątyni, lecz udał się do Betanii. Do świątyni wcisnęła się znowu wielka liczba kupczących; widząc to, pomyślałam sobie, że źle by na tym wyszli, gdyby tak Jezus się teraz pojawił. Po południu odbywało się w świątyni zabijanie baranków wielkanocnych; czynność tę spełniano w porządku i z nieopisaną zręcznością. Każdy przyniósł na plecach swego baranka i stawał w rzędzie, a dla każdego było dosyć miejsca. Przeznaczone były dla nich trzy podwórza koło ołtarza; tylko między ołtarzem a świątynią nie stał nikt. Przed tymi, którzy zabijali baranki, stały wygodne podstawki i oparcia; stali oni tak blisko siebie, że jeden drugiego obryzgiwał krwią zabijanych baranków; to też suknie ich były całe skrwawione. Od nich aż do ołtarza stali rzędami kapłani, odbierali naczynia z krwią, a oddawali próżne. Żydzi mieli właściwy sobie sposób wyjmowania wnętrzności z baranków; zabitego baranka ubijali i ugniatali — przy czym najbliżej stojący pomagał trzymać jagnię — a potem za jednym lekkim pociągnięciem wydobywali wnętrzności. Obciąganie skóry odbywało się bardzo szybko; poluzowawszy w jednym miejscu nieco skórę, przymocowywali ją do okrągłego kija, który mieli przy sobie, poczym zawiesili baranka z przodu na szyi i obracali obiema rękami patyk, tak że skóra owijała się na niego. Około wieczora było już zabijanie baranków ukończone; na niebie widziałam krwawą zorzę wieczorną. Łazarz, Obed i Saturnin przynieśli do zabicia trzy baranki, przeznaczone dla Jezusa i Jego przyjaciół. Uczta odbywa się w domu Łazarza na górze Syjon. Był to dom obszerny, o dwóch skrzydłach. W sali, gdzie odbywała się uczta, był zbudowany piec do pieczenia, jednak nie taki, jak ognisko w Wieczerniku. Był o wiele wyższym, podobnie jak ogniska w domu Anny i Maryi, i w Kanie. W grubym prostopadłym murze były z góry porobione otwory, w które wstawiano baranka. Baranek miał nogi rozpięte na drzewie i wyglądał jak ukrzyżowany. Sala była pięknie przyozdobiona. Przy stole, który kształtem bardzo krzyż przypominał, siedzieli biesiadnicy w trzech oddzielnych grupach. Łazarz siedział u góry przy krótszym ramieniu, a przed nim stało wiele mis, napełnionych gorzkimi ziołami. Baranki wielkanocne stały w miejscach, jak je wskazuje podany rysunek; pojedyncze imiona wskazują, gdzie kto siedział. Koło Jezusa stali krewni i uczniowie z Galilei, koło Obeda i Łazarza uczniowie jerozolimscy, a koło Saturnina uczniowie Jana. Wszystkich razem było więcej jak trzydzieści osób. Uczta ta Wielkanocna odbywała się inaczej, jak ostatnia uczta Wielkanocna Jezusowa. Trzymano się tu więcej rytuału żydowskiego; wszyscy byli przepasani, trzymali kije w ręku, a jedli bardzo prędko. Przy tamtej zaś miał Jezus dwa kije, złożone na krzyż. Śpiewano przy tym psalmy i spożywano szybko całego baranka wielkanocnego stojąc, a potem dopiero zasiadano do stołu. Inaczej to się jednak odbywało, jak u żydów. Jezus tłumaczył im przyczynę tego, toteż opuszczali oni wiele zwyczajów, wprowadzonych przez Faryzeuszów. Jezus rozebrał trzy baranki


284

i usługiwał innym przy stole, mówiąc, że na dzisiaj chce być sługą dla innych. Siedziano późno w noc przy uczcie, przeplatając ją śpiewem i modlitwami. Ponura cisza panowała dziś w Jerozolimie. Żydzi, nie zajmujący się zabijaniem baranków, siedzieli po domach, ozdobionych ciemną, świeżą zielenią. Wszystkie te tłumy ludzi zajęte były po zabiciu baranków robotą wewnątrz domu, a zachowywano się tak cicho, że aż robiło to na mnie przygnębiające wrażenie. Dla obcych, którzy obozują poza bramami miasta, było osobne miejsce dla pieczenia baranków wielkanocnych. W wielu miejscach w obrębie miasta i poza miastem urządzone były niskie murki, tak szerokie, że można było chodzić po wierzchu, a w murach tych zrobione były piece, jeden koło drugiego. Opodal mieszkał dozorca, który uważał na wszystko, i za niewielkim wynagrodzeniem dostarczał potrzebnych rzeczy. Przy tych piecach gotowali i piekli przechodnie i obcy nie tylko w tym czasie, ale i podczas innych świąt. W świątyni trwało aż do nocy palenie tłuszczu z baranka wielkanocnego, potem po pierwszej wigilii nocnej oczyszczono ołtarz, a z brzaskiem dnia otwierano wszystkie bramy. Jezus przepędził noc z uczniami w domu Łazarza na górze Syjon, przeważnie na modlitwie, mało tylko snu zażywając; uczniowie z Galilei spali w przylegających zabudowaniach. Z brzaskiem dnia wyruszyli wszyscy do świątyni, oświetlonej mnóstwem lamp. Ze wszystkich stron ciągły już gromady ludzi, niosąc ofiary. Jezus zatrzymał się z uczniami na jednym z podwórzy i nauczał. Wielka liczba kupczących zebrała się znowu tutaj, zajmując przestrzeń aż do miejsca, przeznaczonego dla modlącego się ludu i dla niewiast Gdy coraz więcej ich przybywało, rozkazał Jezus im wszystkim wynieść się stąd. Kupcy opierali się Mu, a nawet wezwali na pomoc strażników, stojących w pobliżu; ci jednak nie śmieli sami nic przedsięwziąć i donieśli o tym „Radzie." Tymczasem, gdy kupcy wciąż zuchwale stawiali opór, wyjął Jezus z zanadrza postronek, skręcony z cienkich włókien, przesunął na dół pierścień opasujący go, tak, że z postronka zrobił się bicz, złożony z mnóstwa cienkich sznureczków. Tak uzbrojony, zaczął wyganiać kupczących, przewracając ich stoły i pędząc przed sobą opornych. Z obu stron Jego szli uczniowie, usuwając wszystkich z drogi. Na to nadeszło wielu kapłanów z „Rady", zapytując Go, kto Mu dał prawo do takiego postępowania? Jezus odrzekł im na to, że chociaż ustąpiła świętość z tej świątyni, a ona sama zbliża się ku upadkowi, jednak jest zawsze miejscem poświęconym i zbornym modlitw tylu ludzi sprawiedliwych; niema więc tu miejsca dla lichwy, oszukaństwa i upadlającego kramarstwa. Ponieważ mówił, że postępuje tak na rozkaz Ojca Swego, więc zapytywali Go kapłani, kto jest Jego Ojcem, a Jezus odrzekł im na to: „Nie jest teraz pora objaśniać wam to, zresztą nie byłoby to dla was zrozumiałym." Z tymi słowy odwrócił się od nich i dalej wypędzał kupczących ze świątyni. Wraz z innymi przybyły do świątyni dwa oddziały żołnierzy. Kapłani nie odważyli się wystąpić przeciw Jezusowi, a zresztą i sami wstydzili się tego nieporządku. Lud licznie zgromadzony, przyznawał słuszność prorokowi, a żołnierze musieli nawet czynnie pomagać do usunięcia stołów i wyniesienia towarów. Tak wypędził Jezus kupczących z pomocą uczniów aż na najdalszy dziedziniec. Pozwolił zostać tylko niektórym skromnie się zachowującym, którzy sprzedawali gołębie, małe placki i inne przekąski, i dlatego potrzebni byli w celach, zrobionych w murach, które otaczały podwórze. Następnie udał się Jezus wraz ze Swoimi na dziedziniec Izraela. Działo się to mniej więcej około godziny siódmej lub ósmej rano. Wieczorem tegoż dnia wyruszyła procesja w dolinę Cedron, aby zżąć snopy pierwocin. W kilka dni potem uzdrowił Jezus na dziedzińcu świątyni około dziesięciu chromych i niemych, co rozgłosiło się szeroko, gdyż uzdrowieni wszędzie objawiali swą radość i wdzięczność. Pociągano Go za to znowu do


285

odpowiedzialności, lecz Jezus ostrą dał im odprawę, a lud uwielbiał Go. Po nabożeństwie przysłuchiwał się Jezus z uczniami nauce, głoszonej w jednej ze sali świątyni. Wykładano jedną z ksiąg Mojżesza. Jezus stawiał często zarzuty, co było dozwolonym, gdyż był to rodzaj szkoły, w której można było dyskutować; wkrótce zmusił wszystkich do milczenia i tłumaczył czytaną księgę w sposób zupełnie inny. W tym czasie nie widział się Jezus wcale z Matką Swą, która przebywała wciąż u Marii Marka i przepędzała dnie całe na modlitwie, w trosce i we łzach z powodu rozgłosu, jaki wywoływało postępowanie Jezusa. Szabat odprawił Jezus u Łazarza w Betanii, gdzie udał się po wrzawie, jaka powstała skutkiem Jego uzdrowień w świątyni. Po szabacie przybyli Faryzeusze do domu Marii Marka w Jerozolimie, szukając za Jezusem, którego chcieli pojmać. Nie znalazłszy Go tam, rozkazali ostro Jego Matce i innym świętym niewiastom, jako Jego zwolennikom, opuścić miasto. Niewiasty wielce tym zasmucone, pospieszyły z płaczem do Betanii do Marty. Zalana łzami, weszła Maria do izby, gdzie Marta pielęgnowała chorą swą siostrę, „cichą Marię." Biedna chora żyła już teraz zupełnie życiem rzeczywistym i widziała obecnie spełnianie się tego wszystkiego, co przedtem duchem przewidywała. Nie mogąc znieść dłużej brzemienia smutku, umarła w obecności Maryi, Marii Kleofy, Marty i innych niewiast. Mimo zapowiedzianego prześladowania, przybył Nikodem w tych dniach za pośrednictwem Łazarza do Jezusa, a Ten spoczywając przy nim na ziemi przez całą noc go nauczał. Przed nadejściem dnia poszedł Jezus z Nikodemem do Jerozolimy do domu Łazarza na Syjonie. Tu przybył do Niego także Józef z Arymatei. Rozmawiając z Nim, oświadczyli oni z pokorą, iż uznają to, że On jest czymś więcej, niż zwykłym człowiekiem, i ślubowali służyć Mu wiernie aż do końca. Prosili Go, aby zawsze obdarzał ich Swą miłością, Jezus zaś polecił im, aby byli ostrożnymi w objawach wierności ku Niemu i nie narażali się władzom. Powoli zeszli się wszyscy uczniowie, którzy pożywali z Nim Baranka Wielkanocnego, a Jezus dawał im stosowne nauki i polecenia na czas najbliższy. Podając sobie ręce przy rozstaniu, płakali, ocierając łzy wąską chustą, używaną do okrywania głowy.

 

 

Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 262 gości