Emmerich - 5 PIERWSZEGO NAWRÓCENIA SIĘ MAGDALENY
Czytelnia - bl. Anna Katarzyna Emmerich

 

Żywot i Bolesna Męka
Pana Naszego Jezusa Chrystusa
I Najświętszej Matki Jego Maryi

napisała Katarzyna Emmerich (ok. 1790)

OD DRUGIEGO ŚWIĘTA KUCZEK AŻ DO PIERWSZEGO NAWRÓCENIA SIĘ MAGDALENY

Jezus w Ainon i Sukkot. Maria Sufanitka. Nawrócenie cudzołożnicy

Z Jogbehy poszedł Jezus przez Sukkot do Ainon. Droga od Sukkot, mniej więcej godzinę, długa, przyjemna była i ożywiona obozowiskami karawan i ludźmi idącymi do chrztu. Po obu stronach stały szeregi kuczek, a ludzie zajęci byli gorliwie wykończeniem ich, bo święta Kuczek zaczynały się zaraz po szabacie. Po drodze nauczał Jezus tu i ówdzie. Przed Ainon stał piękny namiot, w którym Maria Sufanitka przygotowała Jezusowi uroczyste przyjęcie; obecni byli najznakomitsi mieszkańcy, kapłani i Maria z dziećmi i przyjaciółkami. Mężczyźni umyli Jezusowi i uczniom nogi, poczym podali im wyborniejszą niż zwykle przekąskę i napoje; zajęły się tym dzieci Marii i inne. Przy powitaniu upadły niewiasty osłonięte, na twarz przód Jezusem, a On witał wszystkich uprzejmie i błogosławił. Roniąc łzy radości i wdzięczności, zaprosiła Maria Jezusa, by wstąpił do jej domu. W pochodzie do miasta otaczały Jezusa w koło dzieci Marii, dwie dziewczynki i chłopczyk i inne dzieci, niosąc długie girlandy z kwiatów, z długimi wełnianymi wstążkami. Jezus wszedł z kilku uczniami do altany, stojącej na podwórzu domu Marii. Tu upadła Maria jeszcze raz przed Nim na kolana, plącząc i dziękując Mu gorąco; to samo uczyniły dzieci, a Jezus popieścił je. Następnie opowiedziała Mu Maria, że była tu Samarytanka Dina, i że człowiek, z którym żyła dotychczas, dał się już ochrzcić. Maria znała ową niewiastę, gdyż mąż jej żył z jej trzema ślubnymi dziećmi także w Damaszku. Nie ustępowała też Samarytanka w pochwałach dla Jezusa. Obecnie, przejęta radością na widok Jezusa, pokazywała Mu kosztowne suknie kapłańskie i także wysoką czapkę kapłańską, którą zrobiła do świątyni; w robotach takich była nadzwyczaj biegłą, a stać ją było na to, bo miała dosyć pieniędzy i mienia. Jezus był dla niej bardzo łaskawy. Mówiąc o jej mężu, radził jej udać się do niego i pojednać się z nim, bo będzie mieć tam sposobność być użyteczną. Nieślubne dzieci kazał jej umieścić gdzie indziej, a potem wyprawić posłańca do męża, by przybył tu do niej. Z domu Marii udał się Jezus na miejsce chrztu, a wstąpiwszy na mównicę, nauczał. Przybyli tu także na szabat Łazarz, Józef z Arymatei, Weronika, synowie


396

Symeona i inni jerozolimscy uczniowie. Andrzej, Jan i uczniowie Chrzciciela byli tu już dawniej; nie było jednak Jakuba Młodszego. Chrzciciel polecił jeszcze raz powiedzieć Jezusowi, by udał się do Jerozolimy i wyznał otwarcie przed całym światem, kim jest. Jan niecierpliwił się i żądny był tego, bo nie mógł już sam głosić Imienia Jezusa, a przecież miał tak wielkie, gorące, wewnętrzne pragnienie tego. Z nadejściem szabatu nauczał Jezus w synagodze o stworzeniu świata, o wodach, które okrywały ziemię, i upadku grzechowym, najjaśniej zaś o Mesjaszu. Tłumaczył także wzruszająco Izajasza 42, 5 — 43, wskazując wyraźnie na Siebie i na lud. Po szabacie odbyła się uczta w publicznym domu godowym, przyrządzona przez Marię Sufanitkę. Dom cały i stół ozdobione były pięknie zielenią, kwiatami i lampami; gości było mnóstwo, między nimi i tacy, których Jezus uzdrowił. Niewiasty jadły osobno, oddzielone ścianką. Podczas uczty weszła Maria z dziećmi, zastawiła przed Jezusem kosztowne korzenie i wylała Mu na głowę flaszkę wonnego olejku, a potem rzuciła się przed Nim na kolana. Nikt nie zganił za to niewiasty, bo lubiano ją powszechnie dla jej szczodrobliwości. Jezus, uprzejmy dla wszystkich, opowiadał podczas uczty przypowieści. Następnego ranka uzdrowił Jezus wielu chorych, potem nauczał w synagodze, a także i pod gołym niebem, by i poganie, ochrzczeni już, lub oczekujący chrztu, mogli się przysłuchać. Mówiąc w publicznej nauce o marnotrawnym, synu, przedstawiał rzecz tak barwnie i naturalnie, iż zdawało się, jakoby On był tym ojcem, odnajdującym syna. Wyciągnąwszy ramiona, zawołał: „Patrzcie! Oto powraca zaginiony, przyrządźmy mu ucztę!‖ Było to tak naturalnym, że ludzie tu i ówdzie oglądali się za tym, do kogo Jezus mówił, jakby to było rzeczywistością. Wspominając o cielcu, którego ojciec kazał zabić dla odnalezionego syna, mówił znów inaczej, bardziej tajemniczo. Wydawało się, jak gdyby mówił: „Co za ogrom miłości, jeśli Ojciec niebieski składa w ofierze Swego własnego Syna, by uratować Swe zagubione dzieci." Nauka ta tyczyła się głównie pokutujących, ochrzczonych i pogan, przedobrażonych przez owego zaginionego i odnalezionego syna. Wszyscy obecni przejęci byli radością i miłością wzajemną. Nauka ta ten odniosła skutek podczas święta Kuczek, że poganie doznawali wszędzie gościnnego przyjęcia. Po południu przechadzał się Jezus z uczniami i tłumem ludzi z Ainon, po kwiecistych łąkach między Ainon a Jordanem, gdzie stały namioty pogan. Wszyscy rozmawiali o zgubionym synu, a wszyscy byli weseli, szczęśliwi, przejęci ku sobie wzajemną miłością. Szabat kończył się dziś wcześniej, niż zwykle. Uzdrowiwszy kilku chorych, nauczał Jezus po raz wtóry. Potem udali się wszyscy na plac, leżący przed miastem, ale właściwie jeszcze w obrębie tegoż; mury bowiem miasta tworzą różne załomy, a domy przegrodzone są obszernymi placami i ogrodami. Tu stały trzy rzędy kuczek, ozdobione kwiatami, drzewkami, wstęgami, figurami z owoców i mnóstwem lamp. W środkowym rzędzie zasiedli do uczty Jezus, uczniowie, kapłani i obywatele miasta, podzieleni na różne grupy. W jednym z bocznych rzędów siedziały niewiasty, w drugim dzieci szkolne, osobno chłopcy i dziewczęta; szkoła tu podzielona była na trzy klasy, a uczęszczały do niej dzieci z całej okolicy. Przy dzieciach siedzieli nauczyciele, każda zaś klasa miała swych śpiewaków. Dzieci z wieńcami na głowach obchodziły od czasu do czasu stoły, śpiewając i grając na fletach, harfach i cymbałkach. Mężczyźni znowu trzymali w ręku gałązki palmowe z brzękadłami, wierzbowe o wąskich liściach i gałązki z drzewka, hodowanego u nas w wazonikach. Był to mirt. W drugiej zaś ręce trzymali piękne, żółte jabłka z Esrog. Na początku, w środku i przy końcu uczty śpiewali, potrząsając przy tym gałązkami. Owoce, które trzymali w rękach, nie pochodziły z Palestyny, lecz z jakiegoś cieplejszego kraju, a otrzymywali je za


397

pośrednictwem karawan. Rosną wprawdzie i w Palestynie w miejscach bardziej słonecznych, nie dochodzą jednak nigdy do tej wielkości i nie dojrzewają zupełnie. Owoc to żółty, wielkości małego melona, jest nieco płaski, żyłkowany, a w nim tkwi razem pięć małych ziaren, lecz bez nasiennika; szypułka jest nieco skrzywiona. Kwiat biały, wyrasta w wielki pęk, jak u nas bez. Gałęzie o wielkich liściach obwisają ku ziemi i zapuszczają znowu korzenie, z których nowe drzewo wyrasta; w ten sposób tworzą się naturalne altany. Owoce kryją się między liśćmi. Poganie mieli także udział w tej uroczystości. Kuczki ich stały niedaleko, i to kuczki ochrzczonych — tuż koło żydowskich. Żydzi ugaszczali ich przyjaźnie. Wszyscy przejęci byli jeszcze nauką o zaginionym synu. Uczta przeciągła się aż późno w noc. Jezus chodził wzdłuż stołów i nauczał, a gdzie spostrzegł brak czego, rozkazywał uczniom tego dostarczyć. Wszędzie panował dziwnie radosny ruch, przerywany tylko modlitwami i śpiewem; wszędzie jaśniały światła. Na dachach w Ainon stały także chatki i altanki, w których mieszkańcy noc przepędzali. Po uczcie, gdy wszyscy udali się na spoczynek, pozostali w kuczkach na noc tylko ubożsi i słudzy jako dozorcy. Z Ainon powrócił Jezus do pobliskiego Sukkot w otoczeniu uczniów i tłumu ludzi. Większa część drogi zastawiona była kuczkami i namiotami; wielu bowiem okolicznych mieszkańców spędzało tu święta, a i karawany wędrowne zatrzymywały się tu na czas świąt. Cała droga wyglądała jak spacerowa promenada. Za domkami zgromadzono w namiotach zapasy żywności i niejedno można było dostać za pieniądze. Droga zabrała Jezusowi wiele czasu; wszędzie witano Go radośnie, a On zatrzymywał się często i nauczał, tak, że dopiero pod wieczór stanął w synagodze w Sukkot, które położone nad północnym brzegiem Jaboku, było pięknym miastem i miało bardzo ładną synagogę. Obchodzono tu dziś oprócz święta Kuczek jeszcze dzień pamiątkowy pojednania się Jakoba z Ezawem. Według podań żydów odbyło się owo pojednanie rzeczywiście w dniu dzisiejszym. Zabrało to cały dzień czasu. Ludzie zgromadzili się licznie z całej okolicy. — W Ainon było między dziećmi szkolnymi wiele sierot ze szkoły w Abelmehola, i te przybyły na dziś do Sukkot. Synagoga, jedna z najpiękniejszych, jakie widziałam, wyglądała dziś jeszcze wspanialej, gdyż przystrojona była świątecznie w mnóstwo wieńców, girland i pięknych błyszczących lamp. Wysoki ten budynek ma na wstępie osiem kolumn. Po bokach biegną krużganki, prowadzące do długich budynków, mieszczących szkoły i mieszkania lewitów. Wewnątrz synagogi na podwyższeniu stoi z przodu od środka pięknie przyozdobiony słup, opatrzony półpierścieniami i półkami, na których przechowuje się księgi zakonu. Za nim stoi stół i tu znajduje się ruchoma zasłona, którą spuszczając można tę przestrzeń oddzielić od reszty świątyni. Kilka kroków dalej stoją rzędem siedzenia dla kapłanów, w środku zaś na podwyższeniu katedra dla nauczającego. Za siedzeniami stoi ołtarz kadzielny, nad którym jest otwór w powale, za ołtarzem zaś w końcu budynku stoją stoły, przeznaczone na składanie darów. W środku synagogi najniżej stoją według klas mężczyźni, na lewo jest okratowane podwyższenie dla niewiast, na prawo zaś takież miejsce dla dzieci szkolnych, ustawionych według klas i płci. Przez cały dzień dzisiejszy obchodzono Święto pojednania się z Bogiem i ludźmi; wyznawano też ogólnie grzechy, publicznie, lub też i prywatnie, jak kto chciał. Wszyscy obchodzili ołtarz kadzielny i składali dary przejednawcze, przyjmowali naznaczoną pokutę i czynili dobrowolne śluby. Wiele w tym było podobieństwa do naszej spowiedzi. Jeden z kapłanów nauczał z katedry o Jakubie i Ezawie, którzy w dniu dzisiejszym pojednali się ze sobą i z Bogiem, mówił także o pojednaniu, się Labana z Jakubem, o ofierze złożonej przez nich i napominał do pokuty. Serca


398

wielu obecnych poruszone już były poprzednimi naukami i niedawną nauką Jezusa, i ci czekali tylko tego dnia świątecznego. Mężczyźni, poczuwający się do grzechów, szli przez kraty obok katedry poza ołtarz i składali na stole ofiary, odbierane przez kapłana. Następnie szli ku kapłanom poza ów słup z księgami zakonu i albo publicznie wyznawali swe grzechy, albo prosili o kapłana którego chcieli. Ten szedł wtedy z nimi do stołu za zasłonę, przyjmował cicho wyznanie grzechów i naznaczał pokutę. Podczas tego palono na ołtarzu kadzidła, a dym musiał się wznosić, kłębując w pewien oznaczony sposób i wychodzić przez otwór na zewnątrz, po czym według ich mniemania poznawano, czy szczera jest skrucha grzesznika i czy zyskał odpuszczenie grzechów. Inni śpiewali podczas tego i modlili się. Grzesznicy składali pewnego rodzaju wyznanie wiary, tyczące się prawa, wiernego trwania przy Izraelu i „Miejscu najświętszym." Potem rzucali się na ziemię i wyznawali nieraz ze łzami swe błędy. Niewiasty, żądne pokuty, spowiadały się po mężczyznach; kapłan odbierał ich ofiary, one zaś wzywały kapłana poza okratowanie i tam wyznawały grzechy. Wyznając grzechy, oskarżali się żydzi o różne przekroczenia przeciw przyjętym zwyczajom i o grzechy przeciw dziesięciu przykazaniom. W wyznaniach tych uderzył mnie jeden osobliwy szczegół, którego nawet nie potrafię dobrze powtórzyć. Wyznawali mianowicie grzechy swoich przodków, wspominali coś o grzesznej duszy, otrzymanej od nich, i o drugiej świętej pochodzącej od Boga: zdawało się zupełnie, jak gdyby mieli na myśli dwie dusze. Wspominali coś o tym i nauczyciele. Znaczenie ich mowy zdawało się być takie: „Niech ich grzeszna dusza odejdzie od nas, a pozostanie przy nas święta dusza." Było to więc jakieś dziwne łączenie, przemienianie i oddzielanie grzesznej i świętej duszy, czego nie umiem już sobie wytłumaczyć. Jezus jednakowoż nauczał później inaczej o tym, mówiąc, iż nadal nie pozostanie to tak i grzeszne dusze przodków nie będą więcej w nas. Była to wzruszająca nauka, okazująca, iż Jezus własną Osobą za wszystkie dusze złoży zadosyćuczynienie. Oskarżając się o grzechy swych rodziców, zdawali się żydzi przeczuwać, że przez przodków muszą znosić wiele zła; wierzyli zapewne, że z winy ich muszą pozostawać w stanie grzechu i w skłonności do złego. Jezus przybył do synagogi dopiero później, około piątej godziny, gdy już obrzęd pokutny był w pełnym toku. Przywitano Go przed synagogą i wprowadzono do środka, gdzie stanął w górze obok nauczycieli, podczas gdy jeden z nich nauczał. Ofiary pokutników składały się z różnych owoców monet, sukien dla kapłanów, materii, jedwabnych ozdób i węzłów, pasów itd.; głównie zaś ofiarowano kadzidło, z którego zaraz część palono. Następnie ujrzałam wzruszające widowisko. Mężczyźni wyznawali wciąż grzechy i składali ofiary. Tuż przy miejscu pokutnym stał otoczony w koło kratą stołek, a na nim siedziała jakaś dostojna niewiasta, zdradzająca po sobie wzruszenie i niepokój. Przy niej stała służąca, postawiwszy kosz z ofiarami na podnóżku. Niewiasta owa z niecierpliwością oczekiwała, kiedy przyjdzie na nią kolej. Wreszcie nie mogąc opanować smutku i wzrastającego pragnienia pojednania się z Bogiem, wyszła z zasłoną na twarzy z okratowania, i mając przed sobą służebne z ofiarami, przeszła przez kraty ku miejscu, gdzie stali kapłani, a gdzie nie wolno było wchodzić niewiastom. Dozorcy usiłowali je powstrzymać, lecz służebna, przeciskając się przemocą, wołała: „Miejsca! miejsca dla mojej pani, która chce złożyć ofiarę i pokutować. Miejsca dla niej, bo ona chce swą duszę oczyścić!" Z sercem wzruszonym i skruchą przejętym stanęła niewiasta przed kapłanami, którzy zwabieni hałasem zbliżyli się ku przodowi, i upadłszy na kolana błagała o pojednanie jej z Bogiem. Kapłani odprawili ją z niczym, mówiąc, że nie tu jej miejsce; ale jeden z nich, młody jakiś kapłan, ujął ją za rękę i rzekł: „Ja cię


399

wysłucham. Wprawdzie nie należysz tu ciałem, lecz należysz duszą, bo pragniesz pokuty!" — To rzekłszy, zwrócił się z nią ku Jezusowi i rzekł: „Nauczycielu, rozsądź Ty!" Niewiasta upadła na twarz przed Jezusem, który rzekł: „Tak, jej dusza należy tu, dozwól córce człowieczej czynić pokutę." Wtedy kapłan wszedł z nią do namiotu, a gdy po chwili wyszli stamtąd, rzuciła się niewiasta płacząc na ziemię i zawołała: „Otrzyjcie o mnie wasze nogi, gdyż jestem cudzołożnicą." Każdy z kapłanów dotknął się jej nogami. Przywołano jej męża, nie wiedzącego o niczym, a ten wzruszony do łez mową Jezusa, który wszedł tymczasem na mównicę, przebaczył jej; niewiasta zaś, leżąc przed nim na ziemi z twarzą zasłoniętą, wyznała głośno z płaczem swą winę. W tym stanie podobna była raczej do konającej niż do zdrowej osoby. Po chwili rzekł Jezus do niej: Grzechy twoje są ci odpuszczone. Wstań dziecię Boże!" Niewiasta powstała, a mąż, głęboko wzruszony, podał jej rękę. Wtedy związano ich ręce zasłoną niewiasty i wąskim długim szalem jej męża, a pobłogosławiwszy ich, rozwiązano. Były to więc niejako powtórne zaślubiny. Niewiasta była po przejednaniu jakby upojona radością. Przedtem już, gdy oddała ofiary, wołała: „Módlcie się, módlcie, palcie kadzidła, składajcie ofiary, bym otrzymała odpuszczenie grzechów;" teraz zaś, jąkając, wypowiadała różne zdania z psalmów, wielbiąc Boga, poczym odprowadził ją jeden z kapłanów ku jej okratowanemu siedzeniu. Na ofiarę złożyła wiele kosztownych owoców, jakich używano w święta Kuczek, były one ułożone w sztuczną piramidę, tak, że nie gniotły się wzajemnie. Prócz tego ofiarowała różne wyszywania, frędzle i kutasy do ubiorów kapłańskich. Wiele zaś własnych pięknych jedwabnych sukien kazała spalić, a mianowicie te, w których starała się przypodobać swemu kochankowi. Była to słuszna, smukła, piękna niewiasta, usposobienia żywego, ognistego. Dla jej szczerej skruchy i dobrowolnego, publicznego wyznania grzechu, odpuszczono jej winę, a mąż jej pojednał się z nią zupełnie. Z nieprawego związku nie miała żadnych dzieci. Stosunek miłosny sama zerwała i kochanka swego nakłoniła również do pokuty. Imienia jego nie potrzebowała wyjawiać kapłanowi, a i mąż nie miał go wiedzieć; zakazano mu nawet dodowiadywać się o to, a jej wyjawiać komukolwiek to imię. Pobożny jej mąż nie żądał jednak tego wcale, zapomniał o wszystkim i przebaczył jej z całego serca. Ludzie zebrani w synagodze nie widzieli wprawdzie bliższych szczegółów, spostrzegli jednak zamieszanie, słyszeli wołanie niewiasty o modlitwę. i ofiarę, i wnosili z tego, że coś niezwykłego zaszło. Modlili się też wszyscy gorąco, i radowali ze szczerej pokuty niewiasty. Dobrzy to byli ludzie, jak w ogóle po całej wschodniej stronie Jordanu. Zachowali wiernie wiele z dawnych zwyczajów i obyczajów patriarchów. Jezus miał potem bardzo piękną, wzruszającą naukę. Przypominam sobie wyraźnie, że mówił o grzechach przodków i o naszym udziale w nich, prostując niektóre ich błędne co do tego pojęcia. Raz wyraził się przy tym tak: „Wasi ojcowie jedli winogrona, u wam ścierpły zęby od tego." Wypytywano potem nauczycieli o przekroczenia dzieci szkolnych i upominano je. Jeśli przyznały się do winy i żałowały, przebaczano im. Przed synagogą, czekało już na Jezusa wielu chorych; wprawdzie nie było zwyczaju dopuszczać chorych podczas samych świąt Kuczek, Jezus jednak kazał uczniom wprowadzić ich do krużganków między synagogą a mieszkaniami nauczycieli. Przy końcu uroczystości, gdy już w całej synagodze zajaśniały światła, poszedł tam i uzdrowił wielu chorych. Nim Jezus wszedł do chorych, przysłała do Niego owa wyżej wspomniana niewiasta, prosząc Go o chwilę rozmowy. Jezus podszedł do niej i stanął z nią na osobności. Wtedy ona rzuciła się przed Nim na ziemię, mówiąc: „Mistrzu! człowiek, z którym zgrzeszyłam,


400

błaga Cię, byś i jego także rozgrzeszył." Jezus przyrzekł jej, że po uczcie rozmówi się z nim, żeby więc czekał na Niego na tym miejscu. Po uzdrowieniu chorych udał się Jezus na ucztę świąteczną, zastawioną na jednym z obszernych placów miejskich. Jezus, uczniowie, lewici i przedniejsi miasta siedzieli w pięknej obszernej altanie, otoczonej w koło innymi. Niewiasty siedziały oddzielnie od mężczyzn. Ubodzy byli także obecni, a każdy udzielał im najlepszej cząstki ze swego stołu. Podczas uczty chodził Jezus od stołu do stołu, był także i u niewiast. Owa nawrócona niewiasta pełna była radości, a radość tę podzielały wszystkie jej przyjaciółki, życząc jej ze szczerego serca szczęścia na nowej drodze. Podczas gdy Jezus chodził w koło, spoglądała za Nim owa niewiasta niespokojnie, myśląc o tym, czy też nie omieszka Jezus pójść do jej wspólnika, czekającego na Niego, przyjąć od niego wyznanie grzechów i w ten sposób ułatwić mu pokutę. Była pewna, że on tam już czeka na Jezusa. Jezus, przeczuwając jej myśli, podszedł do niej i uspokoił ją, że wszystko stanie się na czas, niech więc nie troszczy się o to zbytecznie. Po rozejściu się gości, udał się Jezus do Swego mieszkania przy synagodze. Mąż ów czekał już rzeczywiście w krużganku synagogi, a ujrzawszy Go, rzucił się na ziemię i wyznał swą winę. Jezus upomniał go, jak ma postępować, by znowu nie popaść w grzech i nałożył mu pokutę. Pokuta ta polegała na tym, że miał przez jakiś czas uiszczać co tydzień kapłanom pewną kwotę na cele dobroczynne. Publicznej ofiary nie złożył więc ten człowiek, ale w ukryciu łzami oblał swą winę, żałując szczerze za grzechy. Wróciwszy z Sukkot do Ainon, nauczał Jezus na placu chrztu, uzdrawiał chorych, a nawet odwiedził pogan. Kilka nielicznych gromadek, ochrzczono. Urządzenie było tu jeszcze to samo, jakie miał Jan; zaczynając chrzcić nad Jordanem koło On, a mianowicie pojedynczy namiot i kamień chrztu. Przy chrzcie opierali się ludzie o poręcz, schylając głowę nad chrzcielnicą. Zgłosiło się wiele grzeszników, a Jezus przyjął od nich wyznanie grzechów i rozgrzeszył ich. Takąż władzę dał kilku starszym uczniom np. Andrzejowi. Jan Ewangelista nie chrzcił teraz; służył tylko jako świadek i ojciec chrzestny. Przed odejściem z Ainon był Jezus jeszcze u Marii Sufanitki, rozmawiał z nią i dawał jej różne rady. Niewiasta ta zmieniła się teraz całkiem wewnętrznie; jest pełna miłości, gorliwości, pokory i wdzięczności, zajęta jest wciąż pielęgnowaniem chorych i ubogich. — Weronika, Joanna Chusa i Marta były przez ten czas u niej: Jezus bowiem zaraz po uzdrowieniu jej, idąc przez Ramot do Baszanu, wysłał jednego ucznia do Betanii, aby uwiadomił święte niewiasty o jej uzdrowieniu i nawróceniu się. Przed odejściem stąd otrzymał Jezus hojne podarunki od Marii i wielu innych mieszkańców. Wszystko złożono razem i rozdzielono zaraz między ubogich. Przy wyjściu z miasta poustawiano na drodze, którą Jezus przechodził, bramy tryumfalne z zielonych gałęzi. Wszyscy żegnali Go ze czcią i wysławiali, a przed miastem wręczyły Mu kobiety i dzieci wieńce z kwiatów; zwyczaj ten zachowywano zawsze w święto Kuczek. Wraz z Jezusem wyszło z Ainon wiele ludzi. Droga wiodła dwie godziny doliną Jordanu z lewego brzegu ku południu, potem za Jordanem zwracała się ku zachodowi; idąc tak przez pół godziny, szło się znowu na południe aż do miasta Akabris, leżącego na grzbiecie łańcucha gór.


401

Jezus w Akabris, Silo i Korei

Mieszkańcy Akrabis, dowiedziawszy się, że Jezus przybywa, przygotowali Mu uroczyste przyjęcie. Na około miasta nabudowano altan, a w jednej z nich wielkiej i pięknej, umyto Mu nogi i podano posiłek. Akrabis jest dosyć pięknym miastem, oddalonym około dwie godziny drogi od Jordanu; ma pięć bram, a prowadzi przez nie główny trakt z Samarii do Jerycha. Wszyscy podróżujący z Samarii w te strony Jordanu, muszą przez to miasto przejeżdżać, dlatego też jest tu dobre utrzymanie. Przed bramą, którą Jezus do miasta przyszedł, znajdowały się gospody dla karawan. Przed każdą z pięciu bram były budki; każda część miasta miała swe kuczki przy swej bramie. Następnego dnia po przybyciu obchodził Jezus miasto i zwiedzał kuczki, tu i ówdzie nauczając. Mieszkańcy Akrabis mieli różne zwyczaje: rano jadali tylko część posiłku, resztę zostawiali ubogim. Pracę w ciągu dnia przerywali śpiewami i modlitwami, a przełożeni nad nimi miewali do pracujących nauki, a obecnie miewał je Jezus. Gdzie tylko Jezus przyszedł i ile razy odchodził, przyjmowali i odprowadzali Go chłopcy i dziewczęta, niosąc przed Nim wieńce z kwiatów, według panującego tu zwyczaju. Podobnie też z wieńcami szli mieszkańcy jednej dzielnicy miasta do drugiej, by wziąć udział w nauce lub uczcie. Kobiety miały w kuczkach różne zatrudnienia. Jedne, siedząc nad długimi zwojami sukna, wyszywały na nich kwiaty; drugie robiły podeszwy z grubego ciemnego włosienia kóz i wielbłądów. Roboty swe przymocowywały na pasku, podobnie juk przy robotach drutowych. Do podeszew przytwierdzały napiętki i kolce, aby tym łatwiej można się wspinać na góry. Mieszkańcy przyjęli Jezusa jak najlepiej; nauczyciele jednak nie byli tak szczerymi, jak w Ainon i Sukkot; byli wprawdzie grzeczni, ale jakoby nie mieli zaufania. Z Akrabis udał się Jezus do Silo, leżącego w stronie południowo zachodniej. Miejscowość ta oddalona jest w prostej linii od Akrabis tylko jedną godzinę drogi. Ponieważ jednak droga prowadzi najprzód przez dolinę, a potem znów w górę, dlatego na przebycie jej potrzeba dwóch godzin czasu. Mieszkańcy Silo, wiedząc o Jego przybyciu, oczekiwali nań również przed bramami w kuczkach. Już zdała widzieli przybliżającego się Jezusa z Jego otoczeniem; ponieważ jednak nie wszedł do miasta przez bramę, od strony Akrabis, lecz udał się w stronę północno zachodnią ku bramie, leżącej na drodze od Samarii, posłali tam posłańców z uwiadomieniem. Ci przyjęli Go w kuczkach, a umywszy Mu nogi, podali posiłek. Jezus udał się zaraz na wzgórze w mieście, gdzie niegdyś stała arka przymierza, i tam nauczał, siedząc na pięknej kamiennej mównicy. Również i tu na górze były kuczki i schronienia, gdzie wspólnie gotowano potrawy dla wszystkich kuczek. Gotowaniem zajmowali się tu mężczyźni; nie wyglądali oni na prawdziwych żydów, lecz więcej na niewolników. Następnego dnia przypadła w ciągu świąt Kuczek szczególna uroczystość; nie wiem jednak, czy to był powszechny, czy tylko miejscowy zwyczaj. Z mównicy bowiem mógł nauczyciel mieć mowę gromiąca, której nikt nie śmiał się sprzeciwić; Jezus też głównie dla wygłoszenia tej mowy przybył do Silo. Wszyscy żydzi, mężczyźni, kobiety, młodzieńcy, dziewice, dzieci ze wszystkich kuczek, szły w procesji na wzgórze, niosąc pomiędzy każdą klasą i oddziałem wieńce z liści. Nad mównicą rozpięte były płótna i gałęzie zieleni, a wokoło znajdował się taras. Jezus uczył aż do południa. Szczególnie mówił o miłosierdziu Boga dla wybranego ludu, o jego upadku i sprośnych grzechach, o karach i wyrokach na Jeruzalem, o zburzeniu świątyni, o obecnym ostatnim czasie łaski, jakiej im Bóg użycza; a jeśli i teraz łaski nie przyjmą, jako naród nie będą jej mieli aż do dnia sądu ostatecznego; wreszcie, że na Jerozolimę przyjdzie o wiele groźniejsze


402

zburzenie, aniżeli były poprzednie. Była to mowa wzruszająca. Wszyscy słuchali jej w milczeniu i bojaźni, a to tym bardziej, iż Jezus wcale wyraźnie dawał do zrozumienia, że on jest tym, który przynosi zbawienie, wszystkie bowiem proroctwa odnosił do obecnego czasu. Faryzeusze tutejsi, nie wielkiej wartości, którzy na pozór przyjęli Jezusa podobnie jak w Akrabis z oznakami czci, w milczeniu słuchali nauki, pełni podziwu i rozgoryczenia; lud jednak cieszył się, i uwielbiał Jezusa. W nauce Swej wspominał Jezus i o przekręcaniu i błędnym wyjaśnianiu Pisma św. i dodatkach uczonych w piśmie. Wieczorem odbyła się publiczna uczta w kuczkach na wzgórzu; Jezus zaś zeszedł na dół do ludu, zebranego u stóp wzgórza, pocieszając go i nauczając. Gdzie tylko nie było postrzegających Faryzeuszów, przychodziło do Niego wiele ludzi, padali przed Nim na kolana, oddawali Mu cześć, uskarżali się na swą nędzę i wyznawali grzechy. Jezus pocieszał ich i dawał rady. Wzruszający widok przedstawiało w nocy owo mnóstwo oświetlonych kuczek; nie było widać świateł, były bowiem z powodu przeciągu pozasłaniane, lecz jasna łuna obejmowała zieleń, owoce i ludzi, tworząc przecudny widok. Z góry miasta Silo sięgał wzrok na dalekie miejscowości, a wszędzie migotały światła kuczek i rozlegały się śpiewy z dala i z bliska. Jezus nie leczył tu; Faryzeusze bowiem nie dopuszczali do Niego chorych, i w ogóle lud był tu lękliwy. Tak w Akrabis jak i w Silo zniechęcali Faryzeusze lud, mówiąc: „Cóż On tu znowu przynosi nowego? cóż tu znowu zamyśla?" Z Silo szedł Jezus półtorej godziny w stronę południowo wschodnią na dół do miejscowości Korea, którą widać z góry ze Silo. Korea nie była otoczona murem ani wałem. Faryzeusze tego miasteczka, widząc przybliżającego się Jezusa, wyszli naprzeciw Niemu i przyprowadzili ze sobą ślepego od urodzenia mężczyznę, chcąc przez niego wystawić Jezusa na próbę. Ten ślepy miał na sukniach zarzuconą przez barki szeroką płachtę, lub lniane prześcieradło, którym zarazem miał i głowę nakrytą. Był to piękny i wysoki mężczyzna. Gdy się Jezus zbliżał, zwrócił się ślepy do Niego, i padł na kolana; w obecnych wywołała ta scena zdziwienie. Jezus podniósł go i zaczął wypytywać o religię, dziesięć przykazań, o prawa i proroctwa. Niewidomy odpowiadał nadspodziewanie dobrze; owszem, wyglądało to nawet na rodzaj proroctwa. Mówił o prześladowaniach, czekających Jezusa, ostrzegając Go, aby się nie udawał do Jerozolimy, bo Go tam chcą zabić. Wszystkich obecnych przejął strach. Bardzo wielu skupiło się około niewidomego. Następnie pytał się go Jezus, czy pragnie widzieć kuczki Izraela, góry, Jordan, rodziców i krewnych, świątynię, Jerozolimę i Jego samego, tj. Jezusa, który przy nim stoi? Niewidomy jednakowoż odpowiedział, że Go widzi, opisał Jego postawę i ubranie, i mówił, że Go widział, gdy się zbliżał do miasta. „Tak — mówił — pragnę widzieć to wszystko i wiem, że możesz otworzyć me oczy, jeśli tylko chcesz." Po tych słowach położył Jezus rękę na czoło ślepego, pomodlił się, uczynił na zamkniętych powiekach wielkim palcem znak krzyża, otworzył je i podniósł wielkim palcem w górę. W tej chwili zrzucił z siebie ślepy zarzucone na barki i głowę prześcieradło, zdumiony i z radością rozglądnął się około, i wołając: „Wielkie są dzieła wszechmocnego," padł na kolana przed Jezusem, który go pobłogosławił. Faryzeusze milczeli, krewni wzięli go między siebie, wielu z ludu zaśpiewało psalmy, a ślepy mówił i ciągle wyśpiewywał proroczo o Jezusie i o spełnieniu obietnic. Jezus tymczasem udał się do miasta, lecząc wielu chorych i ślepych, którzy mieszkali między domami i wałami miasta. Przed miastem umyto Mu w kuczkach nogi i podano przekąskę. Ślepy, uniesiony natchnieniem proroczym, głosił także całą drogę, którą Jezus przebył, mówił o Jordanie, o Duchu świętym, który nań wstąpił, i o głosie, który dał się, słyszeć z nieba.


403

Wieczorem udał się Jezus na szabat do synagogi, gdzie uczył o potomstwie Noego, o budowaniu arki, powołaniu Abrahama, a z proroctw Izajasza objaśniał miejsca, w których jest mowa o przymierzu Boga z Noem i o tęczy (Iz. 54 i 55). Przy tym widziałam wszystko, co nauczał, bardzo wyraźnie; widziałam życie i rody patriarchów, i oddzielające się od nich boczne pokolenia, z których wyszło pogaństwo. Widząc to, wydaje mi się wszystko bardzo wyraźne i zrozumiałe; wracając jednak od widzenia do zwyczajnego życia, uczuwam smutek z powodu tych zboczeń i nie mogę ich pojąć. Jezus mówił też o fałszywym rozumieniu Pisma św. i o złej rachubie czasu. On zaś liczył zupełnie pojedynczo, wykazując tym, że w piśmie jest wszystko dobrze podane. — Nie mogę też pojąć, jak to się stało, że to wszystko tak pogmatwano i zapomniano. Jedna część miasta Korei leży na tarasie górskim, druga zaś, połączona z pierwszą, wielkim szeregiem domów, w górskim, więcej na wschód leżącym wąwozie. Ze Silo przybyli razem z Nim Faryzeusze i wiele chorych. Chociaż Korea leży więcej w północnej stronie niż Akrabis, mimo to jest bliżej Jordanu; ten bowiem zwraca się w biegu swoim bardziej w tę stronę. Miasto to niewielkie, a ludzie ubodzy. Trudnią się wyplataniem koszy, uli, również wyrabiają cienkie i grube materace ze słomy. Używają do tego słomy lub sitowia, które przedtem bielą. Z rogóżek słomianych robią ściany, służące do odgradzania sypialń. Oprócz Korei leży w tej okolicy jeszcze dużo miejscowości. Góry są tu strome i skaliste. Na przeciwnej stronie Akrabis i Jordanu jest okolica, przez którą Jezus przechodził podczas zeszłorocznego święta Kuczek do Dibon. Rano nauczał Jezus w synagodze, podczas gdy żydzi odbywali drogę szabatu, uzdrawiał wielu chorych, których przyniesiono do wielkiego przysionka, znajdującego się przy synagodze. Po szabacie miał Jezus przy uczcie w kuczkach z Faryzeuszami dysputę. Rozprawiali o proroctwach, wypowiedzianych przez ślepego narodzonego. Twierdzili, że on już przedtem wiele mówił, a to się nie wypełniło. Jezus odpowiedział na to, że on niewidomy wtedy jeszcze nie miał Ducha św. W dalszym ciągu zeszła mowa na Ezechiela i jego proroctwo o Jerozolimie, które się nie spełniło. Jezus odpowiedział, że Duch św. zstąpił na Ezechiela dopiero w Babilonii przy rzece Chobar, przedtem więc niejedno mógł pominąć; w końcu zmusił Jezus Faryzeuszów do milczenia. Uzdrowiony ślepy, obchodził po odzyskaniu wzroku miasto, wychwalał Boga, śpiewał psalmy i prorokował. Jeszcze w dniu wczorajszym, zaraz po uzdrowieniu, udał się do synagogi, a przypasawszy szeroki pas, uczynił ślub jako Nazyrejczyk; jeden z kapłanów udzielił mu błogosławieństwa. Sądzę, że człowiek ten przystanie do uczniów Jezusa. Jezus był również u rodziców uzdrowionego, który Go o to prosił i do domu zaprowadził. Należą oni do tych Esseńczyków, którzy żyją w małżeństwie; są w dalszym pokrewieństwie z Zachariaszem i biorą udział w zgromadzeniach Esseńczyków odbywających się w Masfa. Mają jeszcze kilku synów i córek; uzdrowiony jest z nich najmłodszy. Mieszkają w oddzielnej części miasta, w sąsiedztwie kilku spokrewnionych rodzin, które na pochyłości góry mają swe oddzielone, piękno pola; uprawiają na nich tylko pszenicę i jęczmień. Z plonów zatrzymują dla siebie jedną trzecią część, drugą część rozdzielają ubogim, trzecią zaś dają gminie w Masfa. Esseńczycy wyszli naprzeciw Jezusa i przyjęli Go uprzejmie przed swymi mieszkaniami. Ojciec uzdrowionego oddał swego syna Jezusowi, prosząc, by go przyjął jako najmniejszego sługę i posłańca uczniów, ażeby przed Nim chodził i przygotowywał gospody. Jezus przyjął go i wysłał zaraz ze Sylą i drugim uczniem z Hebron do Betanii. Myślę, że przez to chce sprawić przyjemność Łazarzowi, który znał uzdrowionego jako ślepego od urodzenia. Ojciec młodzieńca nazywał się Syrus, Sirius lub Cyrus, podobnie jak król, za


404

którego panowania byli żydzi w niewoli. Syn nazywał się Manahem. Zwykł byt nosić pas pod suknią, a gdy uzyskał wzrok, przepasał się po sukni i co do tego uczynił nawet na pewien czas ślub. — Nadto miał dar prorokowania, a będąc jeszcze ślepym, znajdował się zawsze na kazaniach Jana i nawet przyjął chrzest jego. Także w Korei gromadził koło siebie młodzież, którą pouczał, prorokując często z uniesieniem o Jezusie. Rodzice lubili go bardzo z powodu jego pobożności i gorliwości, i zawsze go czysto ubierali. Skoro go Jezus uleczył, rzekł do niego: „Daję ci podwójne światło, światło ciała i światło duszy." Faryzeusze w Korei szydzili z niego z powodu proroctw, które uważali za marzenia i mówili, że jest próżny ze swoich pięknych szat. — W mniemaniu, że Jezus nie będzie mógł go uzdrowić, sami go do Niego przyprowadzili, nigdy bowiem źrenicy w oczach jego nie widziano. Teraz zaś, gdy mu Jezus wzrok przywrócił, mówiło wielu złych ludzi: „On wcale nie był ślepym; jest Esseńczykiem, i zapewne uczynił ślub udawania ślepego. Faryzeusze, którzy rozmawiali z Jezusem o Ezechielu, gardzili tym prorokiem, mówiąc, że był sługą Jeremiasza i że miewał w szkole proroków opaczne i niejasne widziadła senne; wszystkie jego proroctwa bowiem nie spełniły się. Manahem prorokował także o Melchizedechu, Malachiaszu i Jezusie bardzo dokładnie.

Jezus w Ofra, Salem i Aruma

O godzinę drogi od Korei leży w południowo zachodniej strome, ukryta prawie w kotlinie, miejscowość Ofra; od Silo również oddalona o jedną godzinę drogi, lecz na południe wychodząc z Korei, idzie się najprzód w górę, potem zaś na dół aż do Ofra. Najwyżej półtorej godziny drogi od Korei oddalona, leży na zachodniej stronie przy końcu pustyni, ciągnącej się od Korei aż do Betheron, górzysta twierdza Aleksandria. Stąd rozciąga się widok na północny zachód aż do wymienionej pustyni i góry w Beniamin. Po polach, otaczających ową pustynię, Maryja często chodziła; wielu tu mieszka pasterzy, a miasto Betel leży tuż przy pustyni. Przez Ofra prowadzą trzy drogi, a od strony Hebron przejeżdża tędy wiele karawan. Całe miasto składa się z gospód i sklepów. Mieszkańcy odznaczają się dzikością i chciwością pieniędzy. Uczniowie Jezusa przed rokiem byli w tym mieście i od tego czasu poprawili się nieco mieszkańcy. Gdy Jezus tu przybył, zajęci byli mężczyźni na górach w winnicach winobraniem, wieczorem zaś miała się rozpocząć uroczystość. W kuczkach nie widziałam już nikogo, natomiast widziałam dzieci, młodzieńców i dziewczęta, z chorągiewkami w rękach przeciągające w procesji i po kuczkach. Również kapłani mieli swoje zajęcie; z kuczek bowiem odnosili do synagogi księgi modlitw i inne świętości, kładąc na każdym krześle jeden zwój. Kobiety widziałam w odświętnych strojach w domu, modlące się ze zwojów. Mężczyźni, widząc Jezusa, udali się do Niego i przyprowadzili Go do miasta. Po umyciu nóg i posileniu się, zwiedził Jezus kilka domów, gdzie uzdrawiał chorych i nauczał. Wieczorem obnoszono po szkole księgę prawa, z której każdy czytał; potem odbyła się uczta w domu gościnnym. Na stołach zastawiono były pieczone jagnięta. Również spożywano potrawę z jabłek Esrog, jakich używano podczas świąt Kuczek. Jabłka były czymś przyprawiane; każde było na pięć części podzielone i związane na powrót w całość czerwoną nitką. Pięciu biesiadników dzieliło się jednym jabłkiem. Potrawy te przyrządzali słudzy szabatowi, którzy, nie będąc żydami, byli w roli niewolników. Ludzie tutejsi, nieokrzesani jeszcze, zajmowali się nałogowo lichwą, i skutkiem tego stawiano ich prawie na równi z celnikami. Teraz poprawili się trochę, ale nie całkiem, Jezus więc, chodząc od


405

domu do domu, starał się przez napomnienia wykorzenić z nich tę podłą żądzę zysku i chciwość, a za razem zapraszał na naukę w synagodze. Przy tej sposobności składał wszystkim pewnego rodzaju życzenia z okazji zakończenia świąt. Po południu rozebrano kuczki, gałęzie z nich zanieśli chłopcy w procesji przed synagogę, ułożyli w stos i podpalili. Ze sposobu wznoszenia się płomienia wnosili zebrani żydzi różne wróżby pomyślne, lub niepomyślne. Potem nauczał Jezus w synagodze o pierwotnej szczęśliwości Adama, o jego upadku i obietnicy odkupienia i czytał kilka rozdziałów z księgi Jozuego. I znów mówił o niewłaściwym troszczeniu się o rzeczy doczesne, o liliach które nie przędą, o krukach, które nie sieją a przecież żyją bez troski itp. Jako przykład stawiał im pobożnych mężów, Daniela i Joba, którzy, oddani tak licznym zajęciom, umieli się jednak ustrzec zbytniego przywiązania do rzeczy doczesnych. Całe utrzymanie Jezusa w tym miejscu nie było bezpłatne; płacili za nie uczniowie ze wspólnych funduszów. Jezus bawił z uczniami jeszcze w gospodzie, gdy przybył do Niego posłaniec od jakiegoś znakomitego męża z Cypru, który słyszał wiele o Janie i Jezusie i chciał się o nich dowiedzieć coś bliższego i pewniejszego. Jeden z przodków tego męża był dawniej królem Cypru i przyjął podczas prześladowania żydów wielu z nich w swą opiekę. Czyn ten miłosierny przyniósł mu owoc w obecnie żyjącym jego potomku, który dostąpił tej łaski, że dano mu było uwierzyć w Jezusa Chrystusa. Posłaniec był przedtem w Macherus u Jana, dokąd na własne żądanie zaprowadził go jeden ze sług królika Serobabela, a stamtąd po dziesięciu godzinach drogi przybył do Ofry. Chociaż poganin, był on bardzo miły człowiek, a przy tym pokorny. Jezus rozmawiał z nim dość długo i polecił uczniom w obecności posłańca wszystko spisać, co chciał się dowiedzieć. Potem odjechał posłaniec szybko z Ofry, by trafić na czas na okręt odchodzący do Cypru. — O ile zrozumiałam zesłane mi widzenie, zdaje mi się, że Jezus ma zamiar po najbliższych Świętach wielkanocnych zboczyć z Palestyny do Tyru i Sydonu, a stąd przeprawić się na Cypr i tam nauczać. Z Ofry poszedł Jezus do Salem doliną między Aleksandrium a Leboną. Przeszedłszy las Hareth, dostał się na dolinę Salemu. Przed Salem rozciągały się ogrody i piękne aleje. Miasto samo leży w bardzo miłym położeniu. Nie bardzo jest wielkie, ale regularniejsze i schludniejsze, niż wiele innych w okolicy. Miasto zbudowane jest w kształcie gwiazdy około studni, w środku położonej, a wszystkie ulice zbiegają się ku studni; wzdłuż ulic są szpalery; lecz wszystko nieco już podupadło. Studnię tę czczą jako świętość; raz bowiem, podobnie jak w studni koło Jerycha, zepsuła się w niej woda, lecz Elizeusz, podobnie jak tam, uczynił ją znowu dobrą do picia, wrzuciwszy w nią nieco soli i wody, w której spoczywała była świętość. Nad studnią zbudowany jest piękny domek. W środku miasta tuż przy studni stoi wysoki, pusty zamek o wielkich oknach bez szyb. Przy zamku wznosi się wysoka, gruba, okrągła wieża o płaskim dachu, otoczonym galerią; na wieży powiewa chorągiew. Mniej więcej w dwóch trzecich wysokości wieży wiszą ze wszystkich czterech stron na wystających belkach wielkie kule, błyszczące w promieniach słońca. Wywieszone w kierunku różnych miast okolicznych, są jeszcze pamiątką z czasów Dawida. Dawid bawił tu pewnego razu z Michol; gdy potem musiał stąd uciekać w ziemię Gilead, Jonatan wedle umowy wywieszał te kule, raz tak, to znów inaczej, a Dawid, widząc je z daleka, otrzymywał w ten sposób różne wskazówki co do tego, gdzie się obraca prześladujący go Saul. Jezusa przyjęto tu bardzo życzliwie. Ludzie, których napotkał w polu przy żniwach, odprowadzili Go aż do miasta, a stąd wyszli znów inni naprzeciw Niego. Zaprowadzono Jezusa i uczniów do jednego domu, umyto im nogi i dano na zmianę inne sandały i suknie, dopóki ich własnych nie oczyszczono i nie ułożono.


406

Nieraz darowywano podróżnym takie suknie. Jezus jednak nie brał ich nigdy, bo miał przeważnie przy Sobie drugą, czystą suknię, którą niósł jeden z uczniów. Stad poprowadzono Jezusa ku pięknej studni, gdzie podano przekąskę. Kolo studni zebrało się już mnóstwo różnych chorych, inni zajęli podsienia wzdłuż ulic. Jezus rozpoczął zaraz uzdrawianie, chodząc spokojnie od jednego do drugiego. Trwało to prawie do czwartej godziny, poczym Jezus spożył obiad w gospodzie i poszedł nauczać do synagogi. W czasie nauki zeszła mowa na Melchizedeka i na Malachiasza, który niegdyś tu bawiąc, wypowiadał swe proroctwa o ofierze według porządku" Melchizedeka‖. Jezus rzekł więc słuchaczom, że właśnie czas tej ofiary się zbliża, i że ci prorocy mieniliby się szczęśliwymi, gdyby, jak oni teraz, mogli widzieć i słyszeć te rzeczy. Mieszkańcy tutejsi byli średnio zamożni, ani bogaci, ani ubodzy; odznaczali się życzliwością i miłością wzajemną względem siebie. I nauczyciele zakonni dobrze byli usposobieni. Za to Faryzeusze z pobliskich miejscowości przybywali tu często, i trapili tak gminę jak nauczycieli wygórowanymi wymogami. Miasto miało pewne przywileje; cały okręg wraz z bliżej położonymi miejscowościami podlegał jego zwierzchności. Jezus chętnie bawił tu i utwierdzał ludzi w ich dobrych zasadach. O godzinę drogi od Salem na południowy zachód, wpadała do Jordanu mała rzeczka Akrabis. W widłach, utworzonych przez wpływ obu rzek, było miejsce zabaw i wycieczek. Były tu łaźnie wedle potrzeby zimne lub gorące. Opodal były trzy rybne stawy, do których woda dopływała z rzeczki. Tutaj to poszedł Jezus nazajutrz rano w licznym towarzystwie mieszkańców. Po drugiej stronie Jordanu przechadzało się także wiele osób. Dalej widać było Ainon w uroczym położeniu. Około południa powrócono do Salem. W mieście zebrało się tymczasem wielu Faryzeuszów z Arumy, miasta położonego na górze na zachód o dwie godziny drogi, i z Fasael, miasta nowszego, ukrytego, w odosobnionym zakątku o godzinę drogi na północny wschód, gdzie mieszkał pobożny Jair, którego córkę niedawno Jezus wskrzesił. Między tymi Faryzeuszami był także brat trędowatego Szymona z Betanii, jeden z najznamienitszych Faryzeuszów w Arumie. Stawili się także i Saduceusze i nauczyciele z innych miejscowości. Wszyscy byli tu jako goście; był bowiem zwyczaj, że w dnie po świętach Kuczek zapraszali się nauczyciele do siebie wzajemnie. Uczta odbyła się w publicznym domu godowym, a wziął w niej udział Jezus i wszyscy nauczyciele. Faryzeusze obawiali się, że Jezus będzie w szabat nauczał w Salem, co im nie było na rękę, gdyż i tak mieszkańcy nie bardzo im sprzyjali; brat Szymona zaprosił więc Jezusa na szabat do Arumy, a Jezus przyjął zaproszenie. Phasael jest to nowa miejscowość, zbudowana przez Heroda, i on też zawsze zatrzymywał się tu, ilekroć bawił w tej okolicy. W koło miasta rosną palmy, a w pobliżu wytryska źródło rzeczki wpadającej do Jordanu, prawie naprzeciw Sukkot. Mieszkańcy są podobno osiedleńcami. W Arumie nie przywitali Jezusa Faryzeusze przed bramą miejską; Jezus wszedł więc do miasta z siedmiu uczniami w sukniach podpasanych. Tu dopiero przyjęło Go kilku życzliwych obywateli, jak zwykle, według starego zwyczaju krajowego, witano podróżnych, którzy podpasani weszli do miasta. Jeśli zaś kto wszedł nie podkasany, oznaczało to, że przed bramą już doznał gościnnego przyjęcia. Obywatele ci zaprowadzili Jezusa do domu, oczyścili Mu suknie i podali przekąskę. Potem poszedł Jezus do mieszkania kapłanów koło synagogi, gdzie właśnie był brat Szymona, a z nim inni Faryzeusze i Saduceusze, przybyli tu z Tebez i innych miejscowości. Stąd, zabrawszy księgi zakonne, poszli wszyscy do cysterny kąpielowej za miastem, i tu omawiali te miejsca Pisma świętego, które miały być przedmiotem lekcji szabatowej. Było to więc jakby przygotowaniem się


407

do kazania. Faryzeusze obchodzili się z Jezusem uprzejmie i sami prosili Go, by nauczał dziś wieczór, lecz by wystrzegał się podburzania ludu. Jezus odrzekł im na to ostro, prosto w oczy, że będzie nauczał tylko tego, co jest w Piśmie, a więc prawdy; poczym zaczął coś mówić o wilkach w owczej skórze. W synagodze nauczał Jezus o powołaniu Abrahama podróży do Egiptu, o języku hebrajskim, o Noem, Heberze, Falegu i Jobie. Czytano I. ks. Mojżeszu rozdz. 12 i z Izajasza. Jezus wytłumaczył słuchaczom, że już w osobie Hebera wybrał Bóg Izraelitów, dawszy mu nowy język hebrajski, nie mający nic wspólnego z ówczesnymi językami, by przez to oddzielić ród jego od innych. Przedtem mówił Heber, podobnie jak Adam, Set i Noe swym dawnym językiem ojczystym; ten jednak przy budowie wieży Babel rozpadł się na wiele narzeczy i pomieszał z innymi, więc Bóg, by całkiem oddzielić Hebera, dał mu osobny święty, starohebrajski język. Bez tego nigdy by Żydzi nie byli utrzymali się w takiej czystości i odosobnieniu od zepsutych pogan. Jezus obrał Sobie mieszkanie w domu, brata trędowatego Szymona. Szymon betański pochodził także stąd. Ten ostatni, przy niewielkiej swej wiedzy, chciał koniecznie uchodzić za coś znacznego, brat zaś jego biegłym był w swym zawodzie. Chociaż nie przyjął Jezusa wprost ze czcią, pochodzącą z głębokiej wiary, jednak był dla Niego bardzo gościnnym. Dom urządzony był nader przyzwoicie i porządnie, a sprzęty i chusty do mycia były w doborowym gatunku. Na modlitwę przeznaczone było osobne miejsce. Sam pan domu oddawał mu stosowne usługi; żona jego i dzieci rzadko się pokazywały. Jair z Fazael, którego córkę Jezus wskrzesił, przybył tu także na szabat i przy sposobności rozmawiał z Jezusem. Poza tym trzymał się uczniów i chodził wszędzie z nimi. Córki jego niema obecnie w domu, bo wysłał ją do Abelmeholi do szkoły dziewcząt. Podobnie jak i mężczyźni się odwiedzali, zbierały się tam w tych dniach wspólnie młode dziewczęta. Abelmehola leży przeszło sześć godzin drogi od Fasael. Przed Arumą od strony zachodniej wznosi się wielki, starożytny budynek, zamieszkały przez starców i wdowy. Nie należą oni do sekty Esseńczyków, lecz noszą długie, białe suknie i żyją podług ściśle oznaczonego regulaminu. Jezus i tam miał naukę. — Ilekroć Jezus znajduje się na jakiejś uczcie, to zwykle naucza, chodząc od stołu do stołu. W Arumie obchodzono właśnie pamiątkę poświęcenia świątyni Salomonowej. Właściwe święto już minęło, przypadało, o ile mi się zdaje, na ostatni dzień Kuczek, dzisiaj był tylko dzień poświąteczny. Cała synagoga oświecona była rzęsiście, prócz tego wznosiła się na środku piramida świateł. Jezus mówił o poświęceniu świątyni i jak to wtenczas Bóg, objawiwszy się Salomonowi, rzekł doń: „Zachowam Izraela i świątynię, jeśli Mi wierny pozostanie i będę mieszkał w świątyni w pośrodku was; lecz zburzę ją, jeśli naród odpadnie ode mnie." Słowa te odniósł Jezus do obecnego czasu, w którym już do tego doszło, że jeśli się nie nawrócą, świątynia ulegnie zniszczeniu. Dobitnie zaznaczał to Jezus. Faryzeusze, zaczęli na to dyskutować z Nim, mówiąc, że słów tych Bożych nie należy brać w realnym znaczeniu, lecz jako poezję, a raczej fantazję Salomona. Dysputa stała się bardzo ożywioną, a Jezus gorliwie bronił Swego. Miał On w Sobie coś takiego, że wkrótce spokornieli i prawie nie śmieli na Niego spojrzeć. Jezus popierał Swe słowa zdaniami, wyjętymi z dzisiejszej lekcji szabatowej a wreszcie rzekł: „Przekręcacie i zmieniacie do nie poznania odwieczne prawdy, historię i rachubę czasu starych pogańskich narodów, jak np. Egipcjan. I jakże śmiecie tym poganom co zarzucać, kiedy sami doszliście już do tak nędznego stanu, że to, co przekazano wam jako tak bliską świętość, tj. słowa Wszechmocnego, utwierdzające związek Jego z waszym świętym kościołem, bierzecie za bajkę, za


408

poezję i odrzucacie dla swej wygody, dla dogodzenia temu, co wam schlebia. Zapewniam was i powtarzam, że prawdziwą była obietnica, dana Salomonowi przez Boga. Zbliża się już spełnienie groźby Jehowy właśnie przez wasze grzeszne przekręcanie i fałszywe tłumaczenie jej; bo gdzie zaczyna się chwiać wiara w najświętsze przyrzeczenia Boga, tam bliskie są upadku posady jego świątyni. Tak! świątynia zburzona będzie i zniszczona, bo nie wierzycie w obietnice, nie uznajecie, co święte, i nie trzymacie nic święcie. Wy sami pracować będziecie nad jej zniszczeniem i nie pozostanie kamień na kamieniu, wszystko ulegnie zagładzie, a to za wasze grzechy." W ten sposób mówił Jezus dalej, tak, iż się zdawało, że On sam Siebie rozumie przez tę świątynię, jak to wyraźnie powiedział przed Swą męką: „W trzech dniach zbuduję ją na powrót." Nie mówił wprawdzie teraz tak wyraźnie, ale przecież ze słów Jego wiało coś cudownego, tajemniczego, tak, że Faryzeusze z drżeniem, a zarazem z rozjuszeniem Go słuchali. Niechęć ich zaczęła się objawiać głośnym szemraniem. Jezus jednak nauczał dalej, a tak pięknie, że nie mogli Mu się oprzeć i choć wbrew swej woli, czuli się wewnętrznie przekonani Jego słowami. Na odchodnym pożegnali Go podaniem ręki, niby to uniewinniali się, chcąc na pozór pojednać się. Jezus przemówił jeszcze parę słów poważnie i łagodnie, poczym odszedł do domu, a synagogę zaraz zamknięto. W tym czasie miałam widzenie, jak Salomon, stojąc na kolumnie koło ołtarza ofiarnego przed świątynią, przemawiał do ludu i głośno się modlił. Kolumna była tak wysoka, że każdy mógł go widzieć. Na górę wchodziło się z wewnątrz po krętych schodach; na płaskim szczycie stało krzesło. Kolumna była ruchoma i w razie potrzeby można było ją usunąć. Później widziałam Salomona na zamku Syjon, jeszcze zanim się sprowadził do swego nowego pałacu. Było to w tym samym miejscu, gdzie przedtem Bóg rozmawiał z Dawidem, zwłaszcza, gdy Natan był przy nim. Przy zamku był taras pod namiotem, gdzie Salomon sypiał. Tu modlił się on teraz; wtem otoczył go blask nieopisany i dał się słyszeć głos, wychodzący ze środka. Salomon był to piękny mężczyzna, wzrostu nadobnego, o członkach pełnych, zaokrąglonych, nie wyschniętych jak to widać u przeważnej części tutejszych ludzi. Włosy miał gładkie, brunatne, takąż krótką brodę, przenikliwe oczy, oblicze pełne, okrągłe, kości policzkowe nieco wystające, szerokie. W tym czasie nie utrzymywał jeszcze tyle żon poganek, i nie był im tak oddany. Jezus nie uzdrawiał w Arumie publicznie, by nie wywołać popłochu; zresztą ludzie sami z obawy przed Faryzeuszami nie zgłaszali się za dnia. Za to spędził Jezus dwie noce na uzdrawianiu. Był to wzruszający widok, gdy nocą przy świetle księżyca, szedł Jezus w towarzystwie kilku uczniów przez ulice, pukał do niskich drzwiczek, które czekający nań ludzie z pokorą otwierali, jak wchodził na podwórze i uzdrawiał zebranych tam chorych. Byli to pobożni ludzie, wierzący w Niego, którzy za pośrednictwem uczniów wzywali Jego pomocy. Wszystko to mogło się odbyć bez zwrócenia uwagi, gdyż ulice miasta były o tym czasie zupełnie puste, a okna domów wychodziły wszędzie od tyłu na podwórza i ogródki, od ulicy zaś wznosił się tylko nagi mur, a w nim małe drzwiczki. Zresztą wszędzie już Jezusa oczekiwano. Przypominam sobie, że w jednym miejscu wyniosły dwie dziewczynki na podwórze niewiastę całkiem owiniętą, cierpiącą na krwotok. W tych nocnych wędrówkach nie zatrzymywał się Jezus długo przy chorych. Zwykle, by wzbudzić w nich wiarę, stawiał im pytania, czy wierzą, że Bóg może ich uzdrowić i że do tego dał Jednemu władzę na ziemi. Już teraz nie potrafię tego dobrze powtórzyć. Owej niewieście np. cierpiącej na krwotok kazał po tym zapytaniu ucałować pas, którym był opasany, i wyrzekł kilka słów, tak mniej więcej brzmiących: „Uzdrawiam cię przez tajemnicę (lecz zdaje mi się, iż


409

to także znaczyło: uzdrawiam cię w intencji), w której nosi się ten pas od początku do końca." Innym chorym wkładał końce pasa na głowę. Pas ten była to długa, szeroka taśma, jakoby ręcznik; noszono go złożony raz szeroko, raz wąsko, końce opatrzone frędzlami, zwieszały się to krócej, to dłużej. Część doliny około Arumy się rozciągającej, która po wschodniej stronie Arumy zwraca się od wschodu na zachód ku Sychar, a potem wprost na północ sięga aż poza górę, położoną na północny wschód od Sichem, jest lesista. Część zaś lasu, położona na wschód od tej góry, leżącej w środku równiny Sychar, nazywała się gajem Mambre. Tutaj rozbił Abraham po raz pierwszy swe namioty, tu objawił się mu Bóg i dał mu obietnicę licznego potomstwa. Stało tu wielkie drzewo, nie tak chropowate jak dąb, wydające w jednym czasie kwiaty i owoce; z owoców tych robiono gałki do kijów pielgrzymich. Przy tym to drzewie objawił się Pan Bóg. Z Sychar prowadzi tędy droga lewym bokiem lasu i biegnie dalej w koło Garizim. Od strony północnej lasu leżało w dolinie miasto, zbudowane na pamiątkę pobytu Abrahama, po którym jeszcze dzisiaj muszą być ślady. Jest to TenatSilo, położone na północ od Arumy o trzy godziny drogi, zaś o dwie godziny na północny zachód od Fazael.

Jezus opuszcza Arumę i udaje się do Tenat Silo i Aser Michmetat

Raz jeszcze zgromił Jezus ostro Faryzeuszów, iż stracili ducha swej religii i że przywiązują wagę tylko do doczesnych form i zwyczajów, które w końcu diabeł wypełniał, jak to mogli widzieć u pogan; poczym opuścił Arumę i udał się do miasta TenatSilo. Przed miastem stała jedna z gospód, założonych przez Łazarza. Przybywszy tu, poszedł Jezus zaraz w pole i nauczał robotników, mężczyzn i niewiasty, zajętych składaniem stert zboża: mówił im w przypowieściach o uprawie roli i o różnych królestwach ziemskich. Ludzie ci byli niewolnikami i należeli do sekty samarytańskiej. Pod wieczór nauczał Jezus także w synagodze. Ponieważ to był czas nowiu, więc przed synagogą i innymi publicznymi budynkami wisiały wieńce z plonów. Przed synagogą uzdrowił Jezus zebranych tam bardzo wielu chorych, szczególnie kulawych, cierpiących na podagrę, opętanych, i mających krwotok. Błogosławił wiele chorych, a także i zdrowych dzieci. Wielu cierpiało ból w rękach i w boku, której to choroby nabawiali się po największej części przy uprawie pola i przez to, iż kładli się, spoceni przy pracy, tak w nocy jak we dnie na wilgotnej ziemi. Widziałam to także na polach przed Genabris i Galilei. Następnego dnia poszedł Jezus na pole, gdzie się odbywało żniwo, i uzdrowił tam także wielu chorych. Ludzie z miasta wynieśli w koszach obiad, a spożyto go w stojącej tam jeszcze kuczce. — Potem miał Jezus naukę, w której powstawał przeciw niepotrzebnemu i zbytniemu troszczeniu się o żywot doczesny. Jako przykład przytoczył lilię, która nie przędzie a jednak piękniej jest ubrana, niż Salomon w swojej chwale, a nadto przytoczył wiele innych pięknych przykładów, wziętych z życia różnorakich zwierząt i przedmiotów z otoczenia. Uczył także, iż nie powinni znieważać szabatu i świąt przez pracę jedynie dla zysku. Uczynki miłosierdzia, niesienie pomocy ludziom i zwierzętom są im dozwolone, ale żniwo, plony, winni zostawić opiece Bożej i nie oddawać się pracy w dzień szabatu, jak to czynią, skoro tylko zagraża najmniejsza niepogoda. Mówił o tym bardzo pięknie i obszernie, a nauka ta była całkiem podobna do Kazania na górze, albowiem zachodziły i tu nieraz słowa „błogosławieni są ci, błogosławieni są owi." Mieszkańcy tutejsi potrzebowali bardzo takiej nauki; byli bowiem niezmiernie chciwi i szukali jak największego zysku w uprawie roli, handlu, z czego też się utrzymywali, przeciążając przy tym bardzo swą służbę. Mając polecone


410

pobieranie dziesięciny z całej okolicy, zatrzymywali ją często długo u siebie i dawali na lichwę. Prowadzili także korzystny handel płodami roli. Starcy obnosili po okolicy wyroby z drzewa, do których materiału dostarczał w pobliżu będący las; szczególnie wyciosywali w wielkiej ilości drewniane obcasy pod sandały. Naokoło miasta było bardzo wiele figowych sadów. Faryzeuszów tu nie było. Mieszkańcy byli nieco nieokrzesani i bardzo dumni ze swego pochodzenia od Abrahama. Nie było jednakowoż z czego, gdyż synowie, których Abraham tu osiedlił, wnet się wynarodowili, pomieszali się z Sichemitami, a gdy Jakub powtórnie przybył do kraju, zaniedbali już nawet obrzezania. Jakób zamierzał także osiąść na tych polach, ale przeszkodziło mu w tym uprowadzenie Diny. Znał on dzieci Abrahamowe, które tu mieszkały, i posyłał im podarki. Dina przechadzała się przy studni w Salem, a następnie zaprosili ją w tę okolicę ludzie, którzy otrzymali podarunki. Miała ze sobą służebnice, a z ciekawości chodziła samotnie naokoło po okolicy; wtem ujrzał ją Sichemita i uwiódł. Nie potrzeba się dziwić tej wielkiej ilości chorych, którzy wszędzie zbierają się przy Jezusie; zaledwie bowiem dowiedzą się gdzie Jezus na jakim miejscu przebywa, natychmiast znoszą chorych z całej okolicy, ze wszystkich chat i wsi. W Tenat mieszkali Samarytanie i Żydzi, oddzieleni od siebie, Żydzi jednak przeważali ich liczbą. Jezus nauczał także Samarytan, stał jednak przy tym na terytorium żydowskim, a Samarytanie na ostatniej kończynie swej dzielnicy u wylotu pewnej ulicy. Samarytan leczył Jezus także. Tutejsi Żydzi nie byli tak wrogo usposobieni dla nich, ponieważ w ogóle i w innych rzeczach są mniej gorliwsi, nawet w zachowywaniu szabatu. Jezus uzdrawiał tutaj w różnoraki sposób. Jednych z daleka spojrzeniem i słowem, drugich dotknięciem, innych wkładaniem rąk, innych tchnieniem, to znowu błogosławił, innym wreszcie pomazywał oczy śliną. Niektórzy dotykali się Go i przez to byli uzdrowieni, innym rozkazywał wyzdrowieć, wcale się do nich nie zwracając. Szczególnie w ostatnich czasach czynił wszystko o wiele prędzej, aniżeli w początkach. Mniemałam z początku, iż Jezus dlatego leczył w różny sposób różne rodzaje chorób, by pokazać, iż moc Jego nie tylko do jednego rodzaju jest przywiązana, lecz że ją ma na wszystkie rodzaje; Jezus jednakowoż Sam raz mówi w Ewangelii, iż jeden rodzaj diabłów inaczej się wypędza, niż drugi. Uzdrawiał niezawodnie każdego stosownie do rodzaju jego choroby, jego wiary i natury, podobnie jak jeszcze i teraz każdego grzesznika inaczej chłoszcze, inaczej nawraca. Nie psuł przez to porządku natury, lecz tylko rozszerzał niejako jej zakres. Nie rozcinał żadnego węzła, lecz tylko rozwiązywał go, a mógł wszystkie rozwiązać, bo miał do tego wszelką władzę; tylko iż stał się Bogiem-Człowiekiem, postępował przy leczeniu wedle form ludzkich i uświęcając je. Jeszcze przedtem miałam objawienie, iż dlatego uzdrawiał pod tak różnymi obrazami, by nauczyć uczniów formy dla każdej czynności. Wskazują na to rozmaite formy kościelnego błogosławieństwa, poświęceń i Sakramentów. Około południa poszedł Jezus dalej, a towarzyszyło Mu wielu ludzi z miasta. Szedł na dosyć szerokiej drodze, na północny wschód, która prowadzi do Scytopolis, mając Doch po prawej a Tebez po lewej stronie na wschodniej kończynie góry, gdzie leży Samaria. Droga wiodła w dolinę ku Jordanowi, skąd płynie źródło do Jordanu. Tutaj wybiegł naprzeciw Niego tłum ludzi, chciwych nauki, składający się przeważnie z robotników samarytańskich, oczekujących Jego przybycia. Na lewo na wzgórzu leżała mała miejscowość, składająca się z długiego szeregu domów, zwana Aser Michmetat, gdzie się Jezus pod wieczór zatrzymał. Abelmehola jest stąd oddalona około siedem godzin drogi. Miejscowość ta leży przy drodze, którą przechodziła Maryja i niewiasty, gdy idąc do Judei, nie chciały przechodzić przez wzgórza przy Samarii, również w czasie ucieczki do Egiptu


411

podróżowała tędy Najświętsza Panna z Józefem. Tego wieczora udał się jeszcze Jezus do studni Abrahamowej i do miejsca zabawy przed AserMichmetat i uleczył tu wielu chorych, a między innymi dwóch Samarytan, w to miejsce przyniesionych. Mieszkańcy przyjęli Go nadzwyczaj uprzejmie, byli bardzo dobrzy i każdy z chęcią byłby Go u siebie ugościł. Jezus jednak stanął gościną, u jednej patriarchalnie żyjącej rodziny, której głową był Obed, i przyjęto Go wraz z uczniami bardzo życzliwie. Droga z TenatSilo w tę okolicę jest o wiele lepsza i szersza niż ta, która prowadzi przez Akrabis do Jerycha, a która jest niezwykle wąska, kamienista i skalista, tak, iż zwierzęta juczne z trudnością nią przechodzą. Było to pod drzewem przy studni Abrahamowej, gdzie za czasów Sędziów prowadziła swój zawód czarnoksięski fałszywa prorokini i udzielała rad, które zawsze na złe wychodziły. Odprawiała ona podczas nocy rozmaite gusła z pochodniami, przy czym wywoływała dziwne zwierzęta i postacie. Madianici przybili ją w Azo do deski. Pod tym samym drzewem zagrzebał Jakób zagrabione bożki Sychemitów. Podczas ucieczki do Egiptu ukrywał się tu także przez jedną dobę w pobliżu tego drzewa Józef z Najświętszą Panną i Jezusem. Prześladowanie Heroda było w ogólności znanym, dlatego też było bardzo niebezpiecznym tędy podróżować. Zdaje mi się także, iż w czasie podróży do Betlejem, podczas której Maryi było zimno, przy tym właśnie drzewie zrobiło się Jej ciepło. Aser Michmetat jest położone w poprzek na grzbiecie górskim, ciągnącym się do doliny Jordanu; południowa część należy do Efraim, północna zaś do Manassesa. Po stronie Efraim leży Michmetat, po stronie Manasses Azer, a obydwa tworzą jedno miasto AserMichmetat; granica przechodzi środkiem. Synagoga znajduje się w Aser z tamtej strony, a mieszkańcy różnią się nieco obyczajami. Michmetat, miejscowość od Efraim, rozciąga się ku górze szeregiem zabudowań, w dolinie zaś jest rzeczka; przy niej nauczał Jezus Samarytan, którzy tutaj wyszli naprzeciw Niego. Nieco wyżej przed miastem znajduje się piękna studnia, a naokoło niej ogrody do zabaw i kąpieli. Źródło, do którego schodzi się po schodkach, jest ujęte w obmurowaną cysternę, a w środku niej stoi na tarasie drzewo. Z tego zbiornika można napełnić wiele cystern, służących do kąpieli, a znajdujących się tu w około. Jezus uleczył tutaj dwie Samarytanki. Dom Obeda stał przed Michmetat, tworząc jakoby wielką posiadłość ziemską, on zaś sam był niejako naczelnikiem osady. Ludzie tutejsi byli po największej części z sobą spowinowaceni, i wiele rodzin było dziećmi Obeda, lub dziećmi jego przodków. On był najstarszym i przełożonym, załatwiał ich interesy, kierował ich uprawą roli i hodowlą trzód. Żona jego, dość jeszcze żwawa kobieta, gospodarzyła wraz z innymi niewiastami, należącymi do rodziny, w odosobnionej części domu. Miała ona rodzaj domu dla dzieci i uczyła młode dziewczęta innych rodzin różnorakich robót ręcznych. Sprężyną działania w całym domu była miłość wzajemna, wspieranie się nawzajem radą i czynem. Obed miał osiemnaścioro dzieci, z których jeszcze kilkoro nie było zamężnych. Dwie jego córki wyszły za mąż do Aser, w dzielnicy należącej do Manasses; on jednak nie bardzo był z tego zadowolonym, jak to poznałam z jego rozmowy z Jezusem, gdyż tamtejsi ludzie nie byli tak dobrzy i całkiem innego pokroju. Rano nauczał Jezus przy studni. Przeszło czterysta ludzi zebrało się tu na murawie u wzgórza, mającego kształt schodów. Jezus nauczał dobitnie o przyjściu królestwa, o Swoim posłannictwie, o pokucie i chrzcie. Kilku nawet przygotował do chrztu, między nimi dzieci Obeda. Następnie udał się z Obedem w pole do pojedynczych mieszkań, uczył i pocieszał parobków i starców, którzy musieli strzec domu, podczas gdy inni poszli do Niego na naukę. Obed rozmawiał


412

z Jezusem wiele o Abrahamie i Jakóbie, którzy zamieszkiwali tę okolicę, i o losach Diny. Mieszkańcy Michmetat uważali się za potomków Judy. Holofernes, medyjski awanturnik, zniszczył w czasie napadu całkiem tę miejscowość; potem przesiedlili się przodkowie obecnych mieszkańców z Judy tu dotąd z nieugiętym zamiarem wytrwania gorliwie przy starych obyczajach. Dotrzymali słowa aż do tego czasu. Obed zachowywał w zupełności stare obyczaje pobożnych Hebrajczyków, a szczególnie miał we czci Joba. Wyposażał hojnie swoich synów i córki i przy każdym takim wyposażeniu składał znaczne ofiary na ubogich i świątynie. Jezus błogosławił wiele dzieci, które Mu matki zewsząd przynosiły. Po południu odbyła się wielka uczta przy stołach, zastawionych naokoło domu Obeda i w podwórzu w kuczkach, jeszcze wszędzie stojących. Brali w niej udział prawie wszyscy mieszkańcy Michmetat, a szczególnie wszyscy ubodzy z okolicy. Jezus obchodził wszystkie stoły, błogosławił i nauczał i rozdzielał uprzejmie potrawy, opowiadając przy tym przypowieści. Niewiasty siedziały w odosobnionej altanie. Następnie udał się Jezus jeszcze do kilku domów, w których byli chorzy, i uleczył ich, poczym pobłogosławił jeszcze kilkoro dzieci, które matki poustawiały przed Nim w rzędach. W ogóle było tutaj bardzo wiele dzieci, a większa ich część zbierała się na naukę do żony Obeda. Obed miał małego synka, około siedem lat liczącego, i z tym Jezus często rozmawiał. Chłopczyk ten mieszkał ze swoim starszym bratem w szałasie na polu, a był bardzo pobożnym i często klęczał w nocy na polu na modlitwie. Starszy brat nie był wcale z tego zadowolonym, z czego się Obed smucił. Teraz oddano tę sprawę Jezusowi do rozsądzenia. Po śmierci Jezusa przeszedł on chłopczyk w poczet Jego uczniów. Michmetat było w wojnie machabejskiej Żydom w niejednym pomocne i pozostawało im bardzo wiernym. Sam Judasz Machabeusz zatrzymywał się tu kilka razy. Obed brał sobie we wszystkim Joba za wzór; za przykładem Joba prowadził z całym swym domem takież samo staropatriarchalne życie. Stąd wybrał się Jezus do drugiej dzielnicy, położonej w pokoleniu Manasses; tu zastał przy synagodze wielu nieprzyjaznych Mu Faryzeuszów i innych zarozumiałych mieszkańców. Byli oni w porozumieniu z urzędnikami, którzy zbierali podatki i cła dla Rzymian, brali od nich te pieniądze i ciągnęli z tego lichwę. Jezus nauczał tutaj i uzdrawiał chorych, nie zważając na to. Faryzeusze i dumni mieszkańcy zachowywali się ozięble i źli byli na Niego. Złość ich zaś pochodziła stąd, iż Jezus wprzód wstąpił do Michmetat, przenosząc nad nich tych prostodusznych wieśniaków. Nie lubili Go, a jednak domagała się tego ich ambicja, aby taki uczony raczej do nich wpierw wstąpił, a nie zatrzymywał się najpierw u ich prostackich sąsiadów, na których oni z góry patrzeli. Z Aser powrócił Jezus w towarzystwie wielu ludzi do studni przed Michmetat i przygotowywał tutaj do chrztu. Wielu wyznawało swoje grzechy w ogólności, wielu zaś przystępowało pojedynczo do Jezusa, wyznawając szczegółowo swoje grzechy, żądali pokuty i przebaczenia. Saturnin i Judas Barsabas chrzcili, inni uczniowie wkładali ręce. Chrzest odbywał się w wielkiej cysternie kąpielowej. Po chrzcie udał się Jezus na szabat do Aser i wykładał z I. Mojżesza 18, 23 itd. o zniszczeniu Sodomy i Gomory i o cudach Elizeusza, a potem wypowiedział ostre kazanie, nawołując do pokuty. Faryzeusze wcale nie byli z Niego zadowoleni, tym bardziej, że Jezus powstawał wprost na nich, mówiąc, iż gardzą celnikami, a sami trudnią się lichwą, tylko skryciej i obłudniej. Jeszcze raz nauczał Jezus w Aser w synagodze o Abrahamie i Elizeuszu, a przy tym uleczył także wielu chorych, opętanych od czarta i melancholików. Po południu odbyła się uczta w gospodzie. Faryzeusze wprawdzie sami na nią gości zaprosili, lecz Jezus ze Swej strony zwołał ubogich i ludzi z Michmetat na tę ucztę, i kazał uczniom wszystko zapłacić. Przy stole sprzeciwiali mu się bardzo


413

Faryzeusze, przy czym Jezus opowiedział przypowieść o niesprawiedliwym dłużniku, który chciał, aby mu jego długi darowano, a innych gniótł, i z tego dał im przytyk, iż z ubogich wyciskają podatki i pieniądze chowają, a Rzymian okłamują, że nie mają z czego zapłacić; dalej, że nakładają wyższe podatki, a Rzymianom dają tylko trzecią część. Faryzeusze chcieli się bronić, lecz Jezus rzekł im: „Oddajcie, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co Boskiego, Bogu!" W końcu na dobre się rozgniewali, a nie mogąc się bronić, pytali się: „Co Jego to może obchodzić?" Przy zapadającym święcie pamiątkowym z powodu wykłucia oczu Sedekiaszowi przez Nabuchodonozora nauczał Jezus w okolicy pasterzy, a potem przy studni Abrahamowej. Mówił o królestwie Bożym, jak ono się zwróci od Żydów do pogan, i że poganie będą mieli pierwszeństwo. Obed zwrócił Jezusowi potem delikatnie uwagę, iż takie słowa mogą łatwo pogan wzbić w dumę. Jezus wyjaśnił mu całkiem uprzejmie, że tak nie jest i że oni właśnie dla pokory osiągną pierwszeństwo. Nawzajem zaś ostrzegał Obeda i jego rodzinę, by się strzegli przed panującym u nich uczuciem pewnego rodzaju sprawiedliwości i zadowolenia z siebie, do czego mieli pewną skłonność. Oddzielili się poniekąd i czuli zadowolonymi i szczęśliwymi z tego życia porządkowego i umiarkowanego i z tegoż owoców, a to może bardzo łatwo wzbić ich w dumę. Jako przykład przytoczył, im przypowieść o najemnikach. Miał także naukę dla niewiast w odosobnionym ogrodzie do zabaw, gdzie była piękna altana, i wykładał przypowieść o pannach mądrych i głupich. Jezus stał w środku, niewiasty zaś w koło na tarasie, jedne wyżej od drugich, przeważnie wsparte na jednym kolanie, drugie mając postawione, i na nim opierały się rękoma. Wszystkie niewiasty posługiwały się w takich razach długimi, zakrywającymi je jak płaszcz zasłonami; bogatsze z nich miały zasłony lepsze, przezroczyste, ubogie zaś szerokie, grube chustki. Początkowo były zasłonięte, podczas nauki zaś odsłaniały zasłony jak najwygodniej. Ochrzczono tu około 30 mężczyzn, przeważnie z daleka pochodzących parobków i ludzi, którzy dopiero po uwięzieniu Jana tu przybyli. W wędrówkach Swych szedł Jezus wraz z ludźmi do winnic, które tu po raz drugi plon wydawały. Z Michmetat poszedł Jezus z pięciu uczniami, dwóch bowiem uczniów Janowych odeszło stąd do Macherus, znowu w dolinę, w miejsce, skąd przedtem przybył. Rzeczka w dolinie płynąca na południe od Aser Michmetat, ma swoje główne źródło w studni, gdzie Jezus kazał był chrzcić. — Szedł On ku zachodowi, prawie trzy godziny w dolinie wzdłuż południowego podnóża gór, gdzie leżą Tebez i Samaria. — Po drodze nauczał tu i ówdzie pasterzy, a około południa przybył do posiadłości, która stanowiła szczególny spadek Józefa, syna Jakubowego. Posiadłość ta jest położona w dolinie na południe od Samarii i rozciąga się na pół godziny wszerz a na godzinę wzdłuż ze wschodu na zachód. W dolinie płynie strumyk ku zachodowi. Z winnic, należących do posiadłości, a położonych na wzgórzu, widać ku południowi Sichem, oddalono stąd na kilka godzin drogi na południe. Wszystkiego jest tu pod dostatkiem: wino, pastwiska, zboże, owoce i woda, jako też dobre zabudowania. Obecnie należy ta posiadłość do Heroda, a gospodaruje na niej dzierżawca.— Jest to ten sam dom, gdzie Najświętsza Panna z innymi niewiastami oczekiwała na Jezusa, gdy bawił w Sichem, i gdzie uzdrowił chłopca. — Jezus nauczał wobec licznie zebranego ludu i spożył tam obiad. Główne owo dziedzictwo Józefa nie było to pole przy Sichem, które kupił Jakub od Hemora, lecz oddzielny szmat ziemi, dokąd między innymi wdarli się Amoryci. Odsprzedano mu go, a Jakub musiał uwolnić go od Amorytów, których niechętnie widział w pobliżu, ażeby się lud jego z nimi nie pomieszał. Odbyło się to w pokoju przez pewien rodzaj pojedynku lub zakładu. Kto drugiemu wytrącił miecz lub


414

przełamał tarczę, wygrał kraj a drugi musiał ustąpić. Strzelano także z łuku do mety. Jakub i przywódca Amorytów stanęli naprzeciw siebie, każdy przed tłumem swoich rodaków. Jakub pokonał przeciwnika i ten musiał ustąpić. Po zapasach zawarli przymierze. Odbyło się to wnet po zakupieniu pola. Jakub mieszkał blisko jedenaście lat około Sichem. Stąd udał się Jezus znowu na północny wschód w górę do Meroz, miasta położonego na południowej stronie góry, na której północnej stronie leży Atarot. Meroz leży wyżej niż Samaria, z północnej strony ponad Tebez, również wyżej niż zwrócone ku wschodowi Aser Michmetat.

Jezus naucza w Meroz; przyjmuje Judasza Iskariota w poczet uczniów. Pochodzenie i charakter Judasza Iskariota

W Meroz nie był Jezus jeszcze nigdy. Miejscowość ta otoczona była wkoło rowem, w którym zbierało się czasem trochę górskiej wody. Mieszkańcy mieli u Izraelitów złą sławę, dla swej wiarołomności. Niegdyś osiedlili się tu potomkowie Asera i Gada, synów Jakóba i Zolfy, a niektórzy z nich pobrali za żony poganki z Sychem. Inne pokolenia nie chciały mieć styczności z potomkami tych a mieszanych małżeństw i jak wyżej wspomniano, pogardzano nimi dla ich niewierności i zdradliwego charakteru. Tak więc było Meroz w zupełnym odosobnieniu skutkiem czego mieszkańcy tutejsi nie mieli udziału we wielu dobrych, pożytecznych rzeczach, ale też mi uchronili się od wielu złych wpływów, którym podlegały inne pokolenia. Żyli tu zaniedbani i jakby zapomniani Trudnili się głównie garbowaniem i wyprawianiem skór, sporządzali z nich futra i suknie, wyrabiali skórzane podeszwy, rzemienie, pasy, tarcze i kaftany żołnierskie. Skóry zwozili z całej okolicy na osłach i wyprawiali je zwykle w cysternie, mającej dopływ ze studni miejskiej. Ponieważ jednak nie było tu do zbytku wody, bo otrzymywano ją z wodociągu, garbowali więc nieraz skóry obok Iskariot. Była to bagnista miejscowość, oddalona od Meroz na wschód o kilka godzin drogi, na północ zaś od Aser Michmetat Kilka tylko domów stało w tym pustym zakątku; stąd aż do doliny Jordanu prowadził jar, w którym biło obfite źródło. Tu wyprawiali skóry mieszkańcy z Meroz. Przez jakiś czas mieszkał tu Judasz z rodzicami i od tej miejscowości został też nazwany Iskariot. Ubodzy mieszkańcy Meroz uwiadomieni o przybyciu Jezusa, przyjęli Go już przed ową miejscowością z wielką radością. Wyszli oni naprzeciw Niemu, niosąc Mu w darze suknie i sandały, i ofiarowali się oczyścić i wytrzepać Jego suknie. Jezus jednak, podziękowawszy im za to, wszedł z uczniami do miasta, gdzie umyto Mu nogi i podano przekąskę. Faryzeusze wyszli także naprzeciw Niego. Tego samego wieczora nauczał Jezus w synagodze wobec licznie zgromadzonego ludu o leniwym słudze, który zagrzebał w ziemię talent. Z tego wysnuł porównanie dla tutejszych mieszkańców, mówiąc, że oni także, jako synowie służebnic, otrzymali tylko jeden talent i tym powinni byli się dorabiać, a oni zakopali go w ziemię; niech więc spieszą się teraz, by jeszcze co zyskać, bo Pan już się zbliża. Wyrzucał im także ich brak miłości i życzliwości dla sąsiadów i nienawiść względem Samarytan. Faryzeusze nie bardzo byli z Jezusa zadowoleni; za to tym bardziej cieszył się lud z Jego przybycia, któremu sprzykrzył się już ucisk ze strony Faryzeuszów, tym więcej, że znikąd nie mieli obrony przeciw nim, ponieważ miejscowość ta była całkiem opuszczona i odosobniona. Po nauce udał się Jezus z uczniami do gospody, stojącej przed wschodnią bramą miasta, którą Łazarz, mający w pobliżu swą posiadłość, umyślnie tu zbudował dla


415

Niego i dla uczniów. Zjawili się tu Bartłomiej, Szymon Zelotes, Judas Tadeusz i Filip, którzy już przedtem porozumiewali się z uczniami. Przyjęci uprzejmie przez Jezusa, zasiedli z Nim do wieczerzy i pozostali tu na noc. Bartłomieja widział Jezus już nieraz, mówił nawet o nim z uczniami i wzbudził w jego sercu pragnienie zostania uczniem Jego. Szymon i Tadeusz byli jego braćmi stryjecznymi; Filip był również jego krewnym, który zarówno jak Tadeusz już przedtem wliczony był w poczet uczniów. Będąc w Kafarnaum wyszedł Jezus raz nad jezioro gdzie Piotr łowił ryby, i mówił z nim wtedy o rychłym powołaniu uczniów, a Piotr prosił Jezusa, by jego jako niezdatnego pozostawił w domu. Wtedy to już wymieniał Jezus tych wszystkich, jako powołanych. Powyższe słowa Piotra przytoczone są później w Ewangelii. Wraz z tymi czterema przybył do Meroz także Judasz Iskariot; nie poszedł jednak zaraz do Jezusa, lecz zatrzymał się na noc w pewnym domu gdzie zwykle zachodził w gościnę. Bartłomiej i Szymon wspominali Jezusowi o Judaszu; mówili, że poznali go, jako człowieka światłego, zręcznego, usłużnego, który pragnąłby bardzo zostać uczniem Jezusowym. Jezus westchnął, słysząc to, i zasmucił się; na pytania ich, co za przyczyna tego, rzekł: „Nie czas teraz o tym mówić, lecz pomyśleć nad tym należy." — Podczas wieczerzy nauczał Jezus obecnych, poczym wszyscy udali się na spoczynek. Nowi ci uczniowie przybyli z Kafarnaum, gdzie zebrali się u Piotra i Andrzeja. Przynieśli stamtąd różne zlecenia, a zarazem trochę pieniędzy dla Jezusa na wydatki w podróży i jałmużny, zebranych przez niewiasty. Po drodze, w Naim przyłączył się do nich Judasz i przyprowadził ich tutaj. W tym czasie znał już Judasz wszystkich uczniów. Niedawno temu był na Cyprze. Tu opowiadał często o Jezusie, o cudach przez Niego zdziałanych, o zdaniach co do osoby Jego, jak jedni uważali Go za syna Dawida, inni za Chrystusa, przeważna zaś część za największego ze wszystkich proroka. Mowy te rozciekawiły jeszcze więcej tamtejszych pogan i żydów, którzy i tak wiele nadzwyczajnych rzeczy słyszeli o Jezusie podczas Jego pobytu w Tyrze i Sydonie. Na Cyprze mieszkał pan owego sługi, który już raz był u Jezusa w Ofra; poruszony opowiadaniami Judasza, wysłał powtórnie tego sługę do Jezusa i z nim to Judasz stąd odjechał. Po drodze był jeszcze w Ornitopolis, gdzie mieszkali rodzice Saturnina, przeniósłszy się tu z Grecji. Po drodze dowiedział się Judasz, że Jezus ma przybyć w okolice Meroz, gdzie go (Judasza) powszechnie znano; wstąpił więc w Daberet do Bartłomieja, znanego mu już, i nakłonił go, by poszedł z nim razem do Meroz i przedstawił go Jezusowi. Bartłomiej zgodził się na to chętnie, nie poszedł jednak razem z Judaszem, tylko udał się najpierw z Judą Tadeuszem do uczniów, bawiących w Kafarnaum, i stąd poszedł z Tadeuszem i Filipem do Tyberiady, do której zabrali z sobą Szymona Zelota, a w Naim spotkali się z Judaszem, który już naprzeciw nich wyruszył. Tu prosił ich Judasz jeszcze raz, by postarali się u Jezusa o przyjęcie go na ucznia. Nie sprzeciwiali się temu uczniowie, bo podobała im się jego zręczność, usłużność i ujmujące obejście. Judasz Iskariot mógł liczyć wtenczas około 25 lat; był średniego wzrostu i nie brzydki. Włosy miał całkiem czarną, brodę nieco rudawą, odzienie czyste i wyglądał w nim porządniej niż pospolici Żydzi. Był rozmowny, usłużny i chętnie zwracał na siebie uwagę; mówił zwykle, jakby dobrze oznajmiony, o wielkich i świętych mężach i wszędzie wodził rej, gdzie go bliżej nie znano. Trafiło się jednak, że ktoś znający rzecz lepiej, wykazał mu nieprawdę, wtedy cofał się zawstydzony. Był chciwym zaszczytów, dostojeństw i bogactwa. Puszczał się zawsze na los szczęścia, tęsknił za sławą, urzędami, zaszczytami, majątkiem, nie zdając sobie jednak jasno z tego sprawy. Przyjście Jezusa tknęło


416

go pomyślną otuchą. Widział, że o uczniów bardzo dbano, że zamożny Łazarz jest Jezusa stronnikiem; wierzono też powszechnie, że Jezus zbuduje nowe królestwo, wszędzie mówiono o królu, o Mesjaszu, o proroku z Nazaretu. Wszystkich usta chwaliły mądrość i cuda Jezusa, Judasz uczuł więc wielką chętkę zostania uczniem Jego, by kiedyś wziąć udział w Jego chwale, którą uważał za światową. Już od dawna zbierał wszędzie wiadomości o Jezusie i na odwrót udzielał wszystkim nowinek o Nim. Z czasem zapoznał się z wielu uczniami, a teraz starał się zbliżyć do samego Jezusa. Powodowało go do tego i to, że nie miał żadnego określonego zajęcia, a był niby na pół uczonym. Trudnił się był rachunkowością i handlem, rozproszywszy już prawie majątek, otrzymany po swym właściwym ojcu. W ostatnich, czasach zajęty był różnymi zleceniami, interesami i pośrednictwami dla ludzi potrzebujących go, a miał w tym niezwykłą gorliwość i zręczność. Brat zmarłego ojca jego nazywał się Symeon, a żył jako rolnik w Iskariot, miejscowości wyżej wspomnianej, składającej się z mniej więcej dwudziestu domostw, położonej nieopodal od Meroz na wschód i do tegoż miasta należącej. Tu mieszkali przez jakiś czas jego rodzice, a i on sam po ich śmierci często tu bawił, i stąd też miał przydomek Iskariot. Rodzice jego prowadzili koczowniczy, włóczęgowski sposób życia; matka bowiem była tancerką i śpiewaczką. Pochodziła z rodu Jeftego, a właściwie z rodu żony jego, z kraju Tob. Była także trochę poetką, układała pieśni i przysłowia, i śpiewała je przy grze na harfie. Zarabiała także, ucząc tańca młode dziewczęta, lub sprzedając różne stroiki niewieście, które rozwoziła ze sobą z jednego miejsca na drugie. Mąż jej, rodem żyd, nie żył z nią, lecz mieszkał w Pelli. Judasz był jej nieślubnym dziecięciem, a ojcem jego był pewien tysiącznik, mieszkający koło Damaszku. Wydawszy na świat Judasza podczas swych wędrówek w okolicy Askalonu, pozbyła się go w łatwy sposób; włożyła bowiem nowonarodzone dziecię w koszyk i puściła na wodę, a ta zaniosła je trafem w miejsce, gdzie je znalazło bogate bezdzietne małżeństwo. Ludzie ci wzięli dziecię do siebie i dali mu staranne wychowanie. Dorósłszy jednak, wszedł rychło na złą drogę, a popełniwszy jakieś oszustwo, musiał opuścić dom opiekunów i dziwnym zrządzeniem dostał się znowu do swej matki, której może nawet płacono za jego utrzymanie. Zdaje mi się, że mąż matki jego, dowiedziawszy się o Judasza pochodzeniu, przeklął go. Judasz posiadał jeszcze nieco majątku po swym prawdziwym ojcu, a że przy tym był i zręczny, obrotny, więc wiodło mu się nieźle. Po śmierci rodziców żył przeważnie w Iskariot u swego wuja, garbarza Symeona, i trudnił się handlem. Wtenczas nie był jeszcze skończonym złoczyńcą; był tylko pyskatym, chciwym zaszczytów i bogactw, bez najmniejszej stałości charakteru. Rozpuście nie oddawał się, bez religijnym też nie był, bo wszystkie przepisane zwyczaje ściśle wypełniał. W ogóle wyglądał na osobę, z której można zrobić zarówno najlepszego, jak też i najgorszego człowieka. Przy całej swej zręczności, uprzejmości i usłużności miał jednak w rysach twarzy jakiś ponury, smutny wyraz, świadczący o jego chciwości, żądzy i tajemnej zazdrości, jaką czuł ku wszystkim, bo nawet ludziom zacnym zazdrościł ich cnót. Nie był wprost brzydkim, miał w sobie coś przyjemnego, ujmującego, lecz zarazem wstrętnego i nikczemnego. Prawdziwy jego ojciec miał wiele dobrych przymiotów i z tego przeszło trochę i na Judasza. Gdy powrócił do swej matki, a ta skutkiem tego pokłóciła się z mężem, przeklęła go także, jak przedtem jej mąż. Oboje byli kuglarzami, uprawiającymi różne kunszty, i jużto opływali w dostatek, już też nie mieli najpotrzebniejszych nawet rzeczy. Początkowo uczniowie dosyć Judasza dla jego usłużności lubili (nieraz czyścił im nawet obuwie). Umiał zadziwiająco szybko biegać, to też z początku odbywał


417

nieraz wielkie podróże w sprawach gminy. Cudów nie czynił nigdy. Zawsze nurtowała w nim chciwość i zazdrość; pod koniec życia Jezusa miał już do syta tych ciągłych podróży, potrzeby posłuszeństwa i we wszystkim niezrozumiałej dla niego tajemniczości. W środku miasta Meroz jest studnia starannie urządzona, do której z pobliskiej góry, położonej na północ od miasta, dopływa wodociągiem woda. Wkoło studni jest pięć obejść, a w nich znajdują się zbiorniki, do których pompuje się woda ze studni. W ostatnim obejściu znajduje się kilka łazienek. Cała przestrzeń daje się zamykać. W te więc ganki poznoszono z miasta na łożach wielu ciężko chorych, uważanych za nieuleczalnych, w najdalszym zaś ganku umieszczono w domkach łazienkowych najbardziej chorych. W ogóle było tu w mieście bardzo wiele cierpiących na różne choroby, a pochodziło to zapewne z opuszczenia i pogardy, w jakiej żyli i braku pomocy skądkolwiek. Jest tu wielu chromych, chorych na wodną puchlinę i innych wszelkiego rodzaju chorych. Jezus udał się ku studni ze wszystkimi uczniami oprócz Judasza, którego Mu jeszcze nie przedstawiono; towarzyszyli też Jezusowi miejscowi Faryzeusze i kilku przejezdnych cudzoziemców. Faryzeusze stanęli tuż przy studni, skąd można było wszystko widzieć. Dziwiły ich cuda Jezusa, a po części i gniewały. Zestarzeli się bowiem i zasiedzieli, a opowiadania o Jezusie zbywali wzruszaniem ramion, chwianiem głowy, lub uśmiechem, gdyż nie dowierzali temu. Teraz jednak ogarniało ich zdumienie i złość, spodziewali się, że uzdrawiająca moc Jezusa rozwieje się w niwecz wobec tylu ciężko i nieuleczalnie chorych, a tymczasem widzieli, że chorzy ci, uzdrowieni przez Jezusa, brali łoża na plecy, i wielbiąc Imię Jego, szli do domów. Jezus, nie troszcząc się o Faryzeuszów, nauczał, upominał i pocieszał chorych. Całe miasto napełniło się radością, wszędzie rozbrzmiewały pochwały na cześć Jezusa. Uzdrawianie trwało od rana do południa. Wyszedłszy następnie z miasta wschodnią bramą, powrócił Jezus z uczniami do gospody. Po drodze krzyczeli za Nim na ulicach szalejący opętani, wypuszczeni z zamknięcia. Na rozkaz jednak Jezusa umilkli i zbliżyli się pokornie do Jego stóp. Jezus uzdrowił ich i nakazał im się oczyścić. Z gospody udał się z uczniami do domu trędowatych, stojącego w pewnej odległości od miasta. Wszedłszy tam, wywoływał ich po kolei i uzdrawiał przez dotknięcie się ich, nakazawszy im przy tym stawić się przed kapłanami do zwykłego oczyszczenia. Uczniów nie wziął ze Sobą do wnętrza domu, lecz wysłał ich na górę, gdzie po uzdrowieniu trędowatych chciał nauczać. W tej właśnie drodze przyłączył się do uczniów Judasz Iskariot. Gdy zaś i Jezus się z nimi spotkał, przedstawił Mu Bartłomiej i Szymon Zelotes Judasza tymi słowy: „Mistrzu, oto Judasz, o którym Ci mówiliśmy." Jezus spojrzał na niego uprzejmie, lecz z nieopisanym smutkiem, a Judasz rzekł doń z ukłonem: „Mistrzu, proszę, pozwól mi być uczestnikiem Twej nauki." Na co Jezus łagodnie a proroczo odrzekł mu tymi mniej więcej słowy: „Możesz nim być, jeśli nie zechcesz ustąpić miejsca swego komu innemu." Przeczułam, że tymi słowami przepowiadał Jezus zaprzedanie Go przez Judasza, i następstwo Macieja na miejsce tegoż w gronie dwunastu Apostołów. Wprawdzie dało się to i inaczej wytłumaczyć, ale ja te słowa tak zrozumiałam. Wszyscy więc razem poszli na górę, gdzie Jezus zaczął nauczać. Na górze zgromadziły się tłumy ludu od Meroz, z Atarot, położonego na północnym stoku góry, i z całej okolicy; zjawili się też wszyscy okoliczni Faryzeusze. Zgromadzenie było tak liczne, gdyż Jezus kazał uczniom już na kilka dni przedtem zapowiedzieć, że będzie tu nauczał. Mówił teraz surowo o królestwie, o potrzebie pokuty, o zaniedbaniu tutejszego ludu, który powinien ocknąć się z lenistwa. Nie było tu żadnej katedry; nauka odbywała się na wzgórku, otoczonym wkoło


418

rowem i murem, na którym stali lub siedzieli słuchacze. Rozciąga się stąd w dal wspaniały widok. U stóp widać Samarię, Meroz, Tebez, Michmetat i całą okolicę; dalej zatrzymuje się oko na górze Garizim, gdzie widać wieże, pozostałe z jakiejś starej świątyni. Na południowy wschód sięga wzrok aż do morza Martwego, na wschód aż poza Jordan do Gilead. W bok od północy widać Tabor i całą przestrzeń w kierunku do Kafarnaum. Odchodząc wieczorem, przyrzekł Jezus, że na drugi dzień znowu będzie nauczał. Bardzo wielu słuchaczy pozostało tu na noc pod namiotami, bo za daleko było im iść do domu. Jezus zaś powrócił z uczniami do gospody przed Meroz, mówiąc po drodze wiele o korzystaniu z czasu, o oczekiwaniu i bliskości zbawienia, o potrzebie porzucenia mienia i pójścia za Nim, i o obowiązku wspierania potrzebujących. Jeszcze na górze kazał rozdzielić między ubogich pieniądze, przyniesione przez uczniów z Kafarnaum, czemu przypatrywał się Judasz z szczególną chciwością. Zasiadłszy z uczniami do wieczerzy, nauczał ich Jezus, a także jeszcze do późnej nocy po wieczerzy. Dziś siedział Judasz po raz pierwszy z Jezusem przy stole i przepędził z Nim noc pod jednym dachem.

Nauka na górze koło Meroz. Córki Laisy

Na drugi dzień poszedł Jezus znowu na górę i aż do południa miał długą naukę, coś na kształt kazania na górze. Zebrało się znowu mnóstwo ludzi. Podczas nauki rozdzielano żywność, chleb, miód i ryby, wyławiano w licznych stawach, potworzonych w okolicy przez potoki. Osobne zapasy przygotowali uczniowie na rozkaz Jezusa dla biednych. Jezus nauczał przy końcu powtórnie o tym, że oni, jako synowie służebnic, otrzymali od Boga jeden talent i zakopali go w ziemię; powstawał gwałtownie na Faryzeuszów, że uciskają lud i dozwalają mu brodzić w ciemnocie i grzechu. Między ludem byli także nawróceni Samarytanie, zatem znowu Jezus gromił Faryzeuszów, że nienawidzą tychże i że dotychczas jeszcze nie nawrócili ich do prawdziwej nauki. Faryzeusze rozzłoszczeni, zaczęli zatem dyskutować z Nim, zarzucając Mu głównie, że tak wiele wolności pozostawia uczniom, którzy ani nie zachowują ściśle postu, nie przestrzegają obmywań i oczyszczeń, nie obchodzą należycie szabatu, nie unikają celników i członków różnych sekt, i w ogóle nie żyją tak, jak zwykli żyć uczniowie proroków i prawodawców. Zarzuty odparł Jezus przykazaniem miłości bliźniego: Kochaj Boga nade wszystko, a bliźniego twego, jako siebie samego. To jest — mówił — pierwsze przykazanie. Przede wszystkim więc żądam, od uczniów, by się nauczyli je zachowywać, zamiast łudzić drugich zewnętrznym wypełnianiem prawa, przekraczając je wewnętrznie. Słowa te wyrzekł Jezus dosyć ogródkowo, tak, że nawet Filip i Tadeusz rzekli do Niego: „Mistrzu, ci ludzie nie zrozumieli Cię." Jezus wyjaśnił je więc jeszcze raz dokładnie, bolejąc zarazem nad tym biednym, nieświadomym, a grzesznym narodem, któremu Faryzeusze przy całym zewnętrznym zachowaniu prawa dozwolili się tak zepsuć; wyraźnie też zapowiedział, że ci, którzy tak postępują, nie będą mieć udziału w Jego królestwie. Potem, zszedłszy z góry, udał się do gospody, oddalonej stąd o pół godziny drogi, i tak samo daleko od miasta. Wzdłuż drogi czekało na Niego mnóstwo chorych, leżących na noszach pod namiotami. Zgromadzili się tu z całej okolicy; wielu było między nimi takich, którzy spóźnili się przedtem, gdy Jezus uzdrawiał. Więc teraz uzdrowił Jezus wszystkich w różny sposób, pocieszając ich i dając zbawienne rady. Przy drodze znajdowała się także wdowa Lais, poganka z Naim; przybyła tu błagać Jezusa o pomoc dla swych córek, Sabii i Atalii, które, opętane w straszny


419

sposób przez diabła, musiały być trzymane pod kluczem w swych izdebkach. Wciąż były w stanie szału, miotały się na wszystkie strony, kąsały i biły wszystkich w koło siebie, tak, że nie można było zbliżyć się do nich. Czasem leżały na ziemi blade jak trupy, wijąc się od kurczów. Matka ich nie mogąc wziąć ich z sobą, przybyła tu z sługami i służebnicami i czekała niecierpliwie w pewnym oddaleniu, aż Jezus zbliży się do niej; czekała jednak długo daremnie, bo Jezus wciąż do kogo innego się zwracał. Wreszcie nie mogąc wstrzymać swej niecierpliwości, wołała, ilekroć Jezus się zbliżał: „Ach, Panie! zlituj się nade mną!" Jezus jednak zdawał się nie słyszeć tego. Niewiasty obok stojące poprawiały ją, mówiąc, że powinna wołać: „Zlituj się nad mymi córkami!" gdyż jej samej przecież nic nie brakuje. Poganka rzekła jednak: „One są moim ciałem, więc jeśli nade mną się zlituje, to zlituje się przez to i nad nimi." Wołała zatem dalej jak poprzednio. Wreszcie rzekł Jezus do niej: „Słusznym jest, żebym podał chleb raczej moim domownikom, niż obcym." Niewiasta zaś rzekła: „Masz słuszność, Panie, chętnie będę czekać, a nawet wrócę z niczym, jeśli nie zechcesz mi dopomóc, bo nie jestem godna Twej pomocy." Gdy już wszystkich Jezus uzdrowił, a oni odeszli z łożami, śpiewając hymny na Jego cześć, zabierał się Jezus pozornie do odejścia, nie zwracając, uwagi na nieszczęśliwą niewiastę. Ta zaś zasmuciła się w sercu, myśląc: Ach, więc nie ma dla mnie pomocy? Nagle jednak zwrócił się Jezus ku niej i zapytał: „Czego żądasz ode mnie, niewiasto?" Wtedy zasłonięta, jak stała, rzuciła się przed Nim na ziemię, wołając: „Panie, ratuj mnie; obie moje córki w Naim dręczone są od diabła. Wiem, że możesz im pomóc, jeśli zechcesz, gdyż wszelka moc jest Ci dana." Na to odrzekł jej Jezus: „Idź do domu! córki twoje idą już na twe spotkanie. Lecz nie zapomnij oczyścić się, gdyż za grzechy rodziców cierpią one dzieci." Ostatnie słowa wymówił Jezus ciszej, wyłącznie do niej, na co niewiasta odrzekła: „Panie, już dawno opłakuję moją winę; co mam jeszcze czynić?" Wtedy polecił jej Jezus przede wszystkim oddać niesprawiedliwie zabrane mienie, a dalej umartwiać ciało, modlić się, pościć, dawać jałmużny i miłosierdzie mieć dla chorych. Z płaczem przyrzekła to niewiasta i radością przejęta, poszła do domu. Obie chore córki tej niewiasty były nieprawego łoża; miała trzech synów ślubnych, lecz ci mieszkali gdzie indziej. Z ich to majątku zatrzymała pewną część dla siebie. Miała także własny wielki majątek i żyła, jak wszyscy zamożni ludzie w dostatkach, chociaż szczerze żałowała za popełnioną winę. — Gdy szatan córki opętał, musiano zamknąć je w osobnych izdebkach. W tej właśnie chwili, gdy Jezus rozmawiał z ich matką, upadły obie nieprzytomne na ziemię, a szatan wyszedł z nich w postaci ciemnej pary. Przyszedłszy do siebie, uczuły w sobie zmianę, poznały, że są już uzdrowione, toteż płacząc, przywołały swoje dozorczynie, oznajmiając im o tym, co zaszło, dowiedziawszy się zaś, że matka udała się właśnie do proroka z Nazaretu, wyszły na jej spotkanie z licznym gronem znajomych. Może o milę za miastem Naim spotkały się z matką i opowiedziały jej co zaszło. Matka, choć przygotowana na to, z radością witała uzdrowione córki, a zarazem oznajmiła im, komu to mają do zawdzięczenia. Przejęte wdzięcznością postanowiły Jezusowi zaraz za to podziękować. Matka więc wróciła sama do miasta, a córki wyruszyły zaraz w drogę w towarzystwie dozorczyń i sług w stronę Meroz, ponieważ mówiono im, że Jezus tam jeszcze jutro będzie nauczał. Jezus wysłał był dawniej do Łazarza Swego ucznia, Manahema z Korei, którego uzdrowił ze ślepoty. Otóż teraz, gdy Jezus uzdrawiał, powrócił tenże z Betanii wraz z obu siostrzeńcami Józefa z Arymatei, przyniósłszy z sobą pieniądze i dary od świętych niewiast. Podczas rozmowy dowiedział się od nich Jezus, że Samarytanka Dina, była u świętych niewiast i przyniosła im obfity zasiłek, tak


420

samo Weronika i Joanna Chusa. Z powrotem odwiedzili Magdalenę i zauważyli w niej wielką zmianę. Była jakoś przygnębiona, zdaje się, że lepsze uczucia zaczęły już w niej brać górę nad jej lekkomyślnością. Idąc do Betanii, wzięli z sobą także Samarytankę. I do Marty przybyła jakaś bogata wdowa w podeszłym wieku oddając całe swoje mienie na skarb gminy. Faryzeusze wyprawili ucztę dla Jezusa, a zapraszając Go na nią spytali przy tym, czy przyprowadzi także Swoich uczniów, którzy przecież jako ludzie młodzi, niedoświadczeni i przeważnie nie obyci, nie potrafią obcować z uczonymi. Na to odrzekł im Jezus: „Tak, kto Mnie zaprasza, zaprasza tym samym i Moich domowników, a kto ich nie chce przyjąć, ten nie chce przyjąć i Mnie." Prosili Go więc Faryzeusze, aby i uczniów wziął z Sobą. — Poszli zatem wszyscy do miasta, do domu godowego, gdzie Jezus podczas uczty nauczał i objaśniał przypowieści. Posiadłość Łazarza przy gospodzie, przed miastem składała się z żyznej roli i licznych sadów. Tu i ówdzie zasadzone były drzewa w piękne aleje. Osadzeni tu słudzy sprzedawali zebrane plony. Teraz, jako dozorcy gospody, byli obficiej zaopatrzeni. Jezus umówił się z Łazarzem już podczas Swego ostatniego pobytu w Ainon, iż w tym czasie dłużej tu zabawi, a niewiasty zaraz wtenczas tu przybyły dla urządzenia gospody i stąd też wiedzieli okoliczni mieszkańcy, kiedy się mają Jezusa spodziewać. Zanim Jezus udał się następnego dnia na górę, nauczał rano przy studni w Meroz; przy czym wyrzucał znowu Faryzeuszom ich niedbałość względem ludu. Następnie udał się na górę i tu miał naukę, podobną do kazania na górze, w której na pożegnanie tłumaczył ludziom jeszcze raz przypowieść o zakopanym talencie. Niektórzy ze słuchaczów, już trzy dni tutaj obozowali. Tych, którzy cierpieli niedostatek, usadowili uczniowie osobno, nakarmili i obdarzyli. Nauce przysłuchiwał się także Symeon z Iskariot, wuj Judasza, człowiek już starszy, ale krzepki, pobożny, o czarnym zaroście. Tenże prosił Jezusa, by przybył i do Iskariot, a Jezus przyrzekł mu to. Schodząc z góry, napotkał Jezus kilku chorych, którzy mogli jeszcze chodzić, czekających na Niego, i uzdrowił ich. Było to na drodze między gospodą, a posiadłością Łazarza, nieco poniżej miejsca, gdzie uczniowie rozdzielali ludziom żywność. W tym samym miejscu, gdzie wczoraj poganka Lais z Naim upadła przed Jezusem na kolana, prosząc o pomoc dla chorych córek, czekały dziś na Jezusa obie te córki, Atalia i Sabia, już uzdrowione, w otoczeniu służebnic i sług. Jedna z nich mogła liczyć 20 lat, druga 25. Wycieńczone chorobą i ciągłym przebywaniem w zamkniętych izbach, wyglądały bardzo blado. Ujrzawszy Jezusa, upadły przed Nim na ziemię, co też uczynili towarzyszący im, i zawołały: „Panie! nie uważałyśmy się za godne słuchać Twych słów, toteż czekałyśmy tu na Ciebie, by Ci złożyć za to podziękę, żeś nas uwolnił z mocy nieprzyjaciela." Jezus rozkazał im powstać i chwalił cierpliwość i pokorę ich matki i wiarę, że jako obca czekała z ufnością, aż poda chleb domownikom. Obecnie — mówił — należy i ona do Jego domu, bo uznała Boga Izraela w Jego miłosierdziu; a Ojciec niebieski posłał Go właśnie, by wszystkim podał chleb żywota, którzy uwierzą w Jego posłannictwo i czynić będą pokutę. Następnie kazał Jezus uczniom podać Sobie żywność i dał obu dziewczętom, jak również każdemu z ich otoczenia po kawałku chleba i ryby, dodając do tego odpowiednią, pełną znaczenia naukę; poczym udał się z uczniami do gospody.


421

Jezus w Iskariot i Dotan. Uzdrowienie Issachara.

Rano wyruszył Jezus z gospody z uczniami ku wschodowi i w niespełna godzinę przybył do Iskariot. Miejscowość leży w głębokim jarze, leżącym wprost na północ od Michmetat, a składa się z mniej więcej 25 domów; wszystkie stoją rzędem na ziemi bagnistej, nad brudnym, sitowiem porosłym potokiem. Woda, zatamowana tu i ówdzie grobelkami tworzy obszerne kałuże, w których garbuje się skóry. Gdy wody kiedy zabraknie, muszą doprowadzać ją z innych źródeł. W pobliżu pasie się bydło z Meroz. Sztuki przeznaczone na rzeź zabija się w razie potrzeby tu na miejscu, ściąga się skóry i zaraz garbuje. Garbarstwo mało jest cenione u żydów dla nieznośnej woni, jaka przy tym powstaje. Do garbowania skór używają niewolników z pogan, i w ogóle z najniższych warstw, którzy mieszkają w Meroz oddzielnie. W Iskariot zajmują się wyłącznie tylko garbarstwem ; o ile mi się zdaje, należy większa część tutejszych domostw do starego Symeona, wuja Judasza. Judasz był w łaskach u swego wuja, który używał go do handlu skórami. Jużto wysyłał go na zakup surowych skór, zwożonych na osłach, jużto do miast nadmorskich z wyprawionymi już skórami; nadawał się Judasz do tego, bo był zręcznym i przebiegłym pośrednikiem i kupieckim zastępcą. Nie był jeszcze wtenczas zupełnie złym i gdyby w małym się był przezwyciężał, nie byłby zaszedł tak daleko. Najświętsza Panna nieraz go przestrzegała, lecz chwiejny jego charakter czynił go zdolnym tylko do skruchy nagłej, chwilowej, ale nie do trwałej. Nabił sobie głowę myślami o królestwie ziemskim, gdy zaś widział, że to jest coraz niepewniejszym i nie wyraźniejszym, zaczął na własną rękę zbierać we wszelki sposób pieniądze, i dlatego tak był zły, że pieniądze, uzyskane za olejek Magdaleny, nie przeszły przez jego ręce na jałmużny. W czasie ostatniego święta Kuczek, które Jezus obchodził, zaczynało już w nim stanowczo zło brać górę. Zdradzając Jezusa za pieniądze, nie przypuszczał, że zabija Go; owszem był pewny, że Jezus uwolni się z rąk wrogów, a przy nim pozostaną pieniądze, zdradą nabyte. W Iskariot znano Judasza jako człowieka usłużnego, chętnie spieszącego z pomocą, czuł się też tu zupełnie jak w domu. Wuj jego, garbarz Symeon, człowiek skrzętny i krzepki, przyjął Jezusa z uczniami przed osadą, umył im dał przekąskę; następnie wprowadził wszystkich do swego domu, gdzie mieszkał z żoną, dziećmi i wszystką czeladzią. Potem udał się Jezus na drugi koniec osady, gdzie na polu urządzony był letni ogródek i stały jeszcze kuczki. Tu zgromadzili się wszyscy tutejsi mieszkańcy; Jezus opowiedział przypowieść o siewcy, rzucającym ziarno na rozmaitą rolę, i objawił życzenie, by nauka Jego, którą słyszeli na górze koło Meroz, także znalazła żyzny grunt w ich sercach i obfity plon wydała. Wróciwszy do domu Symeona, spożył Jezus stojąco w gronie uczniów i rodziny skromną przekąskę. Przy tej sposobności wychwalał Symeon swego siostrzeńca Judasza i prosił Jezusa, by przyjął go na uczestnika Swej nauki jako też i królestwa. Na to odrzekł mu Jezus w podobny sposób, jak i Judaszowi: „Wolno teraz każdemu pójść za Mną, jeśli nie chce swej cząstki odstąpić komu innemu." Nie uzdrawiał tu Jezus, bo wszyscy chorzy uzdrowieni zostali już na górze. Wyszedłszy stąd z uczniami, zwrócił się Jezus znowu ku zachodowi, a przyszedłszy prawie w pobliże samej gospody, nie zatrzymywał się tam, lecz zwrócił Swe kroki na północ, idąc doliną, ciągnącą się między górą, na której nauczał, po lewej stronie, a inną jakąś górą z prawej strony. Pozostawiwszy Atarot na lewo, zwrócił się ku północnemu zachodowi, potem znów ku północy i zeszedł tarasem górskim nieco niżej ku Dotan, skąd widać w dole wschodnią


422

niższą część równiny Ezdrelon. Na wschodzie wznoszą się wysokie góry, na zachodzie rozciąga się w dole obszerna równina. W drodze z nauki na górze towarzyszyły Jezusowi trzy gromady ludzi, wracających tą samą droga na szabat, do swych miejsc rodzinnych. Jezus przyłączał się to do tych, to do owych. Od gospody do miasta Dotan trzeba było iść blisko trzy godziny. Dotan jest prawie tak wielkie jak Monaster. Widziałam raz w objawieniu, jak Jeroboam wysłał tu swego czasu żołnierzy na pojmanie Elizeusza, a ci ukarani ślepotą, odeszli z niczym. Miasto ma pięć bram, liczne ulice są szerokie i dobrze utrzymane. Przez miasto wiodą dwa publiczne gościńce; jeden z Galilei w dół do Samarii i Judei, drugi prowadzi z tamtej strony Jordanu przez dolinę do Afeki i Ptolomaidy i dalej aż do morza. Tu kwitnie handel drzewny, gdyż w górach okolicznych i w Samarii jest mnóstwo lasów, podczas gdy za Jordanem, koło Hebron i morza Martwego, góry są więcej z drzew ogołocone. W pobliżu w nizinach są liczne warsztaty, gdzie pod namiotami obrabiają belki do budowy okrętów, lub długie cienkie żerdki do wyplatania ścian i grodzenia płotów. Przed bramami na gościńcach, krzyżujących się w Dotan, stoi wiele gospód. Jezus poszedł z uczniami prosto do synagogi, gdzie już lud się zgromadził. Licznie tu mieszkający Faryzeusze i nauczyciele musieli już być uwiadomieni o nadejściu Jezusa; byli bowiem na tyle uprzejmi, że przyjęli Go na placu przed synagogą, umyli Mu nogi i podali przekąskę. Potem wprowadzili Go do środka i podali Mu Księgi Zakonu. Jezus nauczał o karze śmierci, o drugim małżeństwie Abrahama z Keturą i o pomazaniu Salomona. Po nauce poszedł Jezus do jednej z gospód przed miastem, gdzie zastał już oblubieńca Natanaela, dwóch synów Kleofasa i starszej siostry Matki Swej, jako też kilku innych uczniów, którzy zeszli się tu na szabat; było więc teraz przy Nim około siedemnastu uczniów. Obchodzili tu również szabat ludzie Łazarza z posiadłości tegoż pod Gineą, gdzie Jezus był niedawno, idąc do Atarot. Dotan jest to piękne starożytne miasto, zbudowane w uroczym miejscu. Na tylnym jego tle wznoszą się w małym oddaleniu góry, z przodu zaś rozciąga się piękna równina Ezdrelon. Góry nie są zbyt strome i poszarpane, wznoszą się zaś stopniowo pasmo nad pasmem, a i drogi w nich są lepsze, jak gdzie indziej. Domy w mieście budowane są na modę starodawną, jak za czasów Dawida. Na niektórych wznoszą się w kącie płaskiego dachu wieżyczki z wielką okrągłą banią na szczycie, w której siedząc, rozglądać się można po okolicy; z takiej kuli spoglądał Dawid na Betsabę. Na dachach są galerie, w których hodują róże, a nawet i drzewka. Chodząc po ulicach, wstępował Jezus w przedsionki domów, gdzie leżeli chorzy, których uzdrawiał. Gdzieniegdzie na prośby mieszkańców wchodził z kilku uczniami do wnętrza domu. Czasem wstawiali się za ludźmi uczniowie, uproszeni o to przez nich. Potem udał się Jezus do trędowatych, umieszczonych w odosobnionym miejscu i uzdrowił ich. Trędowatych było w mieście dużo, może dlatego, że miasto miało często stosunki z obcymi, wędrownymi handlarzami. Handlowano bowiem oprócz drzewa i innymi rzeczami; zewsząd zwożono tu kobierce, surowy jedwab i tym podobne towary, wyładowywano je, a stąd rozsyłano dalej. Taki skład towarów miał także ów chory mąż, za którym właśnie Natanael, tam mieszkający, się wstawiał do Jezusa, prosząc, by wstąpił w dom jego. Okazały ten dom leżał w pobliżu synagogi, otoczony dziedzińcami i otwartymi krużgankami. Właściciel domu, bogaty człowiek, liczący około pięćdziesiąt lat, nazywał się Issachar, a cierpiał na wodną puchlinę. Przed kilku dniami pojął za żonę młodą dwudziestopięcioletnią kobietę, imieniem Salome. Był do tego powód


423

prawny, bo na Salomę przypadał cały majątek; zachodził tu podobny stosunek, jak między Boozem i Rut. Plotkarze miejscowi, a szczególniej Faryzeusze, oburzali się bardzo na to małżeństwo, a w mieście o tym tylko mówiono. Nowożeńcy sobie jednak nic z tego nie robili; ufność swą złożyli w Jezusie i już ostatni raz, gdy Jezus w pobliżu podróżował, spodziewali się Go uprosić. Dom ten miał już w dawniejszych czasach pewną styczność z Jezusem, jeszcze za życia przodków Salomy; Maryja bowiem, idąc raz ze św. Józefem z Nazaretu do Elżbiety, gościła w tym domu. Było to właśnie krótko przed Wielkanocą. Józef poszedł z Zachariaszem z Hebron na obchód Świąt Wielkanocnych, powracając zaś do Hebron, pozostawił tu Maryję i sam wrócił do domu. Tak więc jeszcze w łonie Swej Matki był tu Jezus w gościnie, a teraz wszedł tu jako Zbawiciel, by po trzydziestu jeden latach wynagrodzić chorego syna za gościnność rodziców. Salome pochodziła z tego rodu. Wyszła ona za mąż za brata Issachara, a ten znowu pojął za żonę jej siostrę. Wkrótce owdowieli oboje, a że byli bezdzietni i jedynymi potomkami szlachetnego rodu, pobrali się więc, ufając, że Jezus w miłosierdziu Swym usunie chorobę Issachara. Dom i cały majątek przypadał na Salomę. Salome szczyciła się pokrewieństwem ze św. Józefem; pochodziła bowiem z Betlejem, a ojciec Józefa zwykł był jej dziadka nazywać bratem, chociaż nie był jego bratem rodzonym. Między swymi przodkami miała także jakiegoś potomka króla Dawida, który był podobno także królem. Zdaje mi się, że nazywał się Ela. Z powodu więc tej starej znajomości gościli tu Józef i Maryja. Issachar pochodził z pokolenia Lewi. Gdy Jezus wszedł do ich domu, wyszła naprzeciw Niemu Salome w otoczeniu sług i służebnic, i upadłszy przed Nim na ziemię, prosiła Go o uzdrowienie jej męża. Jezus wszedł tedy do pokoju chorego, który cały owinięty leżał na posłaniu. Jak już powiedzieliśmy, był on chory na wodną puchlinę, a jeden bok miał całkiem sparaliżowany. Jezus, pozdrowiwszy go, rozmawiał z nim życzliwie; chorego wzruszyło to bardzo, serdecznie też przywitał Jezusa, ale nie mógł powstać. Widząc to Jezus, pomodlił się chwilę, i dotknąwszy się go, podał mu rękę. W jednej chwili podniósł się chory, a włożywszy na siebie inną suknię, wstał z posłania. Przejęty wdzięcznością, rzucił się wraz z żoną do nóg Jezusowi; Pan zaś dał im stosowną naukę i błogosławieństwo, obiecując im potomstwo. Potem wyszedł Jezus z nimi z pokoju do zebranych domowników, a gdy ci ujrzeli zdrowego pana, radości nie było końca. Na dzisiaj pozostawiono to uzdrowienie w tajemnicy. Issachar zaprosił Jezusa wraz z wszystkimi uczniami do siebie na nocleg i na ucztę, która miała się odbyć po nauce w synagodze. Jezus poszedł więc do synagogi i nauczał. Przy końcu wszczęli z Nim Faryzeusze i Saduceusze sprzeczkę z następującej okazji. Jezus wykładał z pisma o małżeństwie Abrahama z Keturą, a przy tej sposobności mówił o małżeństwie w ogóle. Na to napomknęli Faryzeusze o małżeństwie Issachara z Salome i ganiąc ich, nazywali to niedorzecznością, żeby taki chory, podeszły wiekiem człowiek wiązał ze sobą młodą niewiastę. Jezus tłumaczył im, że stało się to podług przepisów prawa, a więc oni, trzymający się tak ściśle prawa, nie mogą ich ganić. Spytali więc Faryzeusze: „Jakżeż tu może być wypełnione prawo? Taki chory starzec nie może mieć błogosławieństwa wskrzeszenia potomstwa, więc też i prawo się nie spełni; owszem tylko zgorszenie to wywołuje." Na to odrzekł Jezus: „Wiara jego zachowała mu owoc. Chcecie kłaść granice wszechmocy Boga? Czyż nie z posłuszeństwa dla zakonu ożenił się ten chory? Zaufał Bogu, wierzy, że Bóg może mu pomóc, a więc bardzo dobrze uczynił. Lecz nie to jest powodem waszej niechęci; spodziewaliście się, że na nich wymrze ten ród bez potomków i że ich mienie dostanie się w wasze ręce. Dlatego tak przeciw nim powstajecie."


424

Wymienił potem Jezus wielu pobożnych mężów, którzy w podeszłym wieku ożenili się, a że ufali Bogu i wierzyli w Jego wszechmoc, Bóg nagrodził ich za to potomstwem. Mówił jeszcze Jezus wiele o małżeństwie, a Faryzeusze, zawstydzeni, musieli umilknąć, choć w sercach ich złość wrzała. Wyszedłszy po skończeniu szabatu o zmierzchu ze synagogi, udał się Jezus z uczniami do domu Issachara; przedtem jednak uzdrowił przy blasku pochodni chorych, zgromadzonych przed synagogą i domem. W domu zastawiona już była wspaniała uczta. Jezusa i krewnych uczniów posadził Issachar przy swoim stole, a usługiwała im jego żona. Reszta uczniów zasiadła w innej sali; byli tu Judasz Iskariot, Bartłomiej i Tomasz, ten ostatni z bratem przyrodnim i rodzonym. Miał on jeszcze dwóch braci przyrodnich. Przybyli na szabat z Afeke, oddalonego 7 godzin drogi i zamieszkali tu, bo Tomasz był przez swe handlowe stosunki dobrym znajomym owych gospodarzy. Tomasz nie znał jeszcze osobiście Jezusa; rozmawiał tylko ze znajomymi sobie uczniami, nie śmiał bowiem się naprzykrzać. Przyszedł tu także na szabat Jakób Młodszy z Kafarnaum i znowu jakiś Natanael, syn wdowy Anny, starszej córki Kleofasa, przebywającej teraz u Marty. Był on najmłodszym z jej synów, którzy najmowali się u Zebedeusza do rybołówstwa i liczył około 20 lat; z natury był łagodny i miły, podobny nieco z usposobienia do Jana. Wychowywał się w domu swego dziadka, Kleofasa, i stąd otrzymał przydomek „mały Kleofas" dla odróżnienia go od innego Natanaela. O tym przydomku dowiedziałam się w czasie szabatu, bo Jezus rzekł raz do uczniów: „Przywołajcie mi małego Kleofasa!" Uczta składała się z ptaków, ryb, miodu i chleba. Ptaków nie brakło, bo hodowano ich tu mnóstwo koło domu, jako to: synogarlice, gołębie i inne; ptaki te wylatywały na żer na równinę Jezrael. Przy uczcie mówił Issachar o tym, jak młodocianą, piękną i pobożną Maryja wtenczas była, gdy za Swych młodych lat gościła w tym domu, o czym nieraz opowiadali rodzice jego żony. Józef był w tym czasie także w podeszłym wieku; ufał więc Issachar, że Bóg uzdrowiwszy go ręką syna Józefa, pozwoli mu także doczekać się potomków. Jezusa nazywał synem Józefa, bo nie znał tajemnicy Jego poczęcia. Po uczcie udano się na spoczynek. Wszyscy uczniowie stali tu gospodą, a dla pomieszczenia ich zasłano im posłania w otwartych krużgankach wkoło domu, które zastawiono ruchomymi ścianami. W Dotan jest mieszanina ludzi bardzo złych i bardzo dobrych. Miasto wyróżnia się od innych miast krajowych starożytną, trwałą strukturą swych domów, podobnie jak Kraków wyróżnia się tym od innych miast. Gdy Jezus nazajutrz rano wychodził z uczniami za miasto, zbliżył się ku Niemu Tomasz i prosił o przyjęcie go na ucznia. Przyrzekał wszędzie iść za Jezusem i czynić, co zażąda, bo, jak mówił, przekonała go Jego nauka i widziane cuda, i sprawdziło się wszystko, co mówił o Nim Jan i co słyszał od uczniów. Prosił więc Jezusa, by mógł być uczestnikiem Jego królestwa. Jezus odrzekł mu, że zna go dobrze i wiedział już o tym, że przyjdzie do Niego z taką prośbą. Tomasz zapierał się tego, twierdząc, że nigdy przedtem podobna myśl w nim nie powstała, gdyż nie jest wcale zwolennikiem oddzielania się od innych, i teraz dopiero, przekonany cudami Jezusa, powziął takie postanowienie. Na to rzekł mu Jezus: „Mówisz jak Natanael, uważając się za mądrego, ale słowa twoje są nierozsądne. Czyż ogrodnik nie powinien znać drzew ogrodu, a właściciel winnicy swych latorośli? Czyż ma zakładać winnicę, nie znając najemników, którym ją ma powierzyć?" Do słów tych przydał Jezus porównanie o zbierania fig na cierniach. Spotkali się tu z Jezusem dwaj uczniowie Chrzciciela, wysłani tu przez niego, którzy już w Meroz przysłuchiwali się Jezusa nauce na górze i widzieli cuda. Należeli oni do tych uczniów, którzy wciąż bawili w Macherus, i przed więzieniem


425

siedząc, słuchali nauk Jana i szczerze przywiązani byli do niego. Nie znali jeszcze wcale czynów Jezusa, wysłał ich więc Jan do Niego, by przekonali się o prawdziwości tego, co Jan o Nim nauczał. Zarazem mieli prosić powtórnie Jezusa, by jawnie i otwarcie wypowiedział, kim jest i założył obiecane królestwo. Stanąwszy przed Jezusem, wyznali, że przekonani są o prawdziwości słów Jana o Nim, nie wiedzą jednak, czy Jezus zechce wkrótce przybyć uwolnić Jana z więzienia. Jan także, jak mówili, spodziewa się, że Jezus uwolni go z więzienia, z utęsknieniem więc oczekuje chwili założenia królestwa, po którym zapewne nastąpi uwolnienie ich mistrza. Mniemali uczniowie w duchu, że cud ten więcej przyniósłby pożytku, niż wszystkie uzdrawiania chorych. Jezus rzekł im na to: „Wiem, że Jan tęskni za uwolnieniem z więzienia tego i tą nadzieją żyje, która też wkrótce się spełni. Żebym Ja jednak miał przyjść do Macherus i oswobodzić go, w to nie może wierzyć Jan Chrzciciel, który był Moim przesłańcem i przygotował Mi drogę. Oznajmijcie Janowi, coście widzieli, i zapewnijcie go, że spełnię Moje posłannictwo. - Po tych słowach odeszli uczniowie Jana do Macherus. Nie wiem, czy Jan wiedział o tym, że Jezus ma być ukrzyżowany, i że królestwo Jego nie jest doczesnym. Sądzę, że i on wierzył w to, iż Jezus nawróci i oswobodzi naród, a potem założy na ziemi jakieś idealne, święte królestwo. Około południa wrócił Jezus z uczniami do miasta do domu Issachara, gdzie już zebrało się mnóstwo ludzi, a pani domu z czeladzią zajęta była przyrządzaniem potraw. — Wychodząc tylnymi drzwiami z domu Issachara, miało się przed sobą piękny plac, na środku którego stała okazała studnia, otoczona w koło budynkami; miano ją za świętą, gdyż Elizeusz ją niegdyś pobłogosławił. Przy niej stała piękna mównica, w koło były ogrodzenia i rosły cieniste drzewa, stanowiąc wygodne miejsce dla licznych zgromadzeń; toteż kilka razy do roku, a szczególnie na Zielone święta miano tu publiczne nauki. Stały tam także kobylice, długie ławki kamienne, koło studni zaś wąskie tarasy; tu bowiem zatrzymywały się na spoczynek i posiłek karawany i liczne gromady podróżnych, ciągnących do Jerozolimy na Wielkanoc. Dom Issachara leżał najbliżej, toteż jego mieszkańcom powierzony był nadzór nad studnią i całym placem, za co w zamian mogli nim po części rozporządzać; Issachar, jako właściciel domu handlowego, odbierał tu od karawan towary, tu je składał, a potem rozsyłał dalej. Często gościli u niego i żywili się różni przejezdni kupcy i najemnicy, chociaż dom jego nie był właściwie publiczną gospodą. Prowadził on podobne przedsiębiorstwo, jak ojciec oblubienicy z Kany w Galilei. — Piękna ta studnia miała tę jedną niedogodność, że była bardzo głęboka, więc wodę trzeba było dopiero pompować i to z wielkim trudem; wypompowana woda spływała w zbiorniki i kadzie, stojące w około. Tu około studni zebrały się na zaproszenie Jezusa i Issachara tłumy ludu. Jezus nauczał z mównicy o spełnianiu się obietnic, o nadejściu królestwa Bożego, o potrzebie nawrócenia się i pokuty i o sposobie wzywania miłosierdzia Bożego do przyjęcia łaski i pokuty. Opowiadał potem o przygodzie, jaką miał tu Elizeusz, gdy nauczał w tej okolicy. Syryjscy żołnierze przyszli go tu pojmać, za co Pan Bóg skarał ich ślepotą. Ślepych zawiódł Elizeusz do Samarii w ręce nieprzyjaciół, nie dozwolił ich jednak zabić, tylko kazał przyjąć gościnnie, poczym przywrócił im wzrok i odesłał z powrotem do ich króla. Zdarzenie to zastosował Jezus do obecnego prześladowania Syna człowieczego przez Faryzeuszów. Nauczał jeszcze długo o modlitwie i dobrych uczynkach, a mówiąc o modlącym się Faryzeuszu i celniku, tłumaczył, że podczas postu trzeba się właśnie zdobić i namaszczać, a nie chełpić się przed innymi swą pobożnością. Ludzie tutejsi, uciskani bardzo przez Faryzeuszów i Saduceuszów, doznali wielkiej pociechy i ulgi, słysząc naukę Jezusa. Za to tym więcej złościli się Faryzeusze i Saduceusze, słuchając nauki i widząc, jaki skutek wywiera na zebranych. Rozgoryczenie


426

wzrosło w nich do najwyższego stopnia, gdy ujrzeli Issachara zupełnie zdrowego, ochoczo wraz z domownikami i uczniami rozdzielającego żywność między ludzi, usadowionych na kamiennych ławkach. Zaczęli tedy cisnąć się zuchwale do Jezusa; zdawało się, że zechcą Go pojmać i poczęli znowu łajać Go i zarzucać, że uzdrawia w szabat. Jezus poprosił o chwilkę spokoju, ustawił ich w koło i użył zwykłego swego zwrotu, mówiąc do najgłośniejszych krzykaczy: „Gdybyś w szabat wpadł w tę oto studnię, czy nie chciałbyś, by cię wyciągnięto?" Potem nauczał spokojnie dalej, a przeciwnicy, zawstydzeni, cofnęli się. Wkrótce potem opuścił Jezus z kilku uczniami miasto i zeszedł w dolinę, ciągnącą się od południa na północ, na zachód od miasta. Uzdrowiony Issachar rozdawał teraz w mieście hojne jałmużny; do gospód zaś gminy wysłał osły, obładowane najrozmaitszymi zapasami. Dawniejsze potrawy i napoje, które mieli uczniowie z sobą, zamienił im na świeże, lepsze; dał im także kubki, podobne do tych, jakie miano w Kanie, i płaskie bańki z białej masy, opatrzone kółkiem do zawieszania. Bańki te, zatkane korkiem, wyglądającym jak mocno ściśnięta gąbka, zawierały osładzający sok z balsamu. Dał również każdemu z uczniów trochę pieniędzy na rozdzielanie jałmużn i inne potrzeby. Judasz Iskariot wrócił stąd do domu jak i wielu innych uczniów; przy sobie zatrzymał Jezus tylko dziewięciu, między nimi Tomasza, Jakóba Młodszego, Judę Barsabę, Szymona Tadeusza, małego Kleofę (Natanaela), Manahema i Saturnina. Po odejściu Jezusa zaczęli dopiero Faryzeusze na dobre szydzić z Niego, szerzyć Nań obmowy i potwarze, mówiąc do ludzi: „Łatwo można poznać, kim On jest; Issachar musiał Mu się dobrze opłacić. Uczniowie Jego, to zbieranina leniuchów, żywiących się cudzym kosztem, marnotrawiąca cudzą pracę. Gdyby Jezus był coś wart, to siedziałby w domu i zarabiał na utrzymanie Swej biednej matki; ojciec Jego był ubogim, ale porządnym cieślą, Jemu jednak nie przypadło do gustu uczciwe rzemiosło, więc włóczy się teraz po kraju i wywołuje wszędzie niepokoje. Rozdzielając jałmużny, zwykł był Issachar mawiać: „Raczcie przyjąć, proszę! Nie moja to własność, lecz Ojca niebieskiego. Całe me mienie On mi tylko pożyczył, Jemu więc dziękujcie!"

Jezus idzie z Dotan do Endor. Uzdrowienie chłopca pogańskiego

Jezus z uczniami już późną nocą do po pięciu godzinach drogi przybył samotnej gospody, gdzie zaledwie jakie takie posłania znaleźli. W pobliżu była studnia, pochodząca jeszcze z czasów Jakóba. Nazbierawszy chrustu rozpalili uczniowie ogień, by przyrządzić wieczerzę. Jeszcze w drodze i teraz rozmawiał Jezus z nimi obszernie, szczególniej w celu pouczenia Tomasza, Szymona, Manahema, małego Kleofasa i w ogóle nowszych uczniów. Tłumaczył im, że idąc za Nim, trzeba opuścić wszystko bez zwłoki i tęsknoty, z zupełnym poczuciem znikomości ziemskich dóbr; za to w królestwie Jego zostanie im to wszystko tysiąckrotnie zwrócone. Kazał im więc Jezus dobrze się zastanowić, czy zdolni są do takich ofiar i poświęceń. Niektórym uczniom nie bardzo się Judasz Iskariot podobał, a szczególnie Tomaszowi. Powiedział to teraz otwarcie Jezusowi, że Judasz nie podoba mu się, bo zanadto łatwo zmienia swe zdanie; pytał więc Jezusa, dlaczego od razu przyjął Judasza, podczas gdy innym nieraz robił trudności. Jezus od rzekł na to wymijająco, że jak wszystko, tak i to przewidziane było i postanowione od wieków w Opatrzności Bożej. Podczas gdy uczniowie udali się na spoczynek, poszedł Jezus sam w góry i tam długo się modlił. Rano przybyło do gospody kilku mieszkańców miasta Sunem leżącego o kilka


427

godzin drogi ku wschodowi; ci prosili gorąco Jezusa, by udał się do nich i uzdrowił dzieci niebezpiecznie chore, bo dotychczas daremnie oczekiwali Jego przybycia. Jezus rzekł na to, że teraz nie może spełnić ich prośby, bo inni Go oczekują, lecz pośle im Swych uczniów. Nie zadowoliło ich to jednak, bo — jak mówili — nie mieli zaufania do uczniów; kilku już było u nich, a żadnemu nie udało się uzdrowić nikogo. Koniecznie więc prosili, by Jezus własną Swą osobą pojawił się u nich. Jezus upominał ich, by uzbroili się w cierpliwość i obietnicę, że przyjdzie tam później, poczym wrócili do domu. Teraz szedł Jezus z uczniami w kierunku Endor. Po drodze przechodzili koło dwóch studzien, dawniej do Jakuba należących, przy których pojono jego trzody, przy czym nieraz z Amorytami do sprzeczek przychodziło. Przed Endor koło Jezrael leżało pole Łazarza, zaś o dwie godziny drogi od Endor, na północny wschód było pole Joachima i Anny. Dotąd odprowadzała Anna Maryję w jej podróży do Betlejem; jednego z pasących się tu osłów dała Józefowi na własność. Osioł ten towarzyszył im w dalszej podróży, biegnąc wolno naprzód. Drugie pole miał znów Joachim z tamtej strony Jordanu, na granicy pustyni i lasu Efraim, niedaleko od Gazer. Tu schronił się Joachim na modlitwę, wyszedłszy zgryziony i smutny ze świątyni, i tu otrzymał z nieba wskazówkę, by udał się do Jerozolimy, gdzie przy złotej bramie się spotkał z Anną. Nie wchodząc do miasta, zatrzymał się Jezus przy domach przedmieścia i nauczał. Uproszony przez ludzi, wchodził do niektórych domów i uzdrawiał chorych, między którymi było wielu przyniesionych z miasta. Byli i poganie, ale ci trzymali się na uboczu. Jeden tylko z nich śmielszy, widać, lub przynaglony potrzebą, zbliżył się ku Jezusowi z siedmioletnim chłopcem, opętanym przez niemego diabła i nieraz nie dającym się poskromić. I teraz za zbliżeniem się do Jezusa dostał napadu szału, wyrwał się ojcu i ukrył w pobliskiej pieczarze skalnej. Ojciec tymczasem upadł na ziemię przed Jezusem i wyjawił Mu swe zmartwienie; Jezus poszedł zaraz do jaskini i rozkazał chłopcu stanąć przed swoim Panem. Chłopiec wyszedł natychmiast z pokorą i upadł na twarz przed Jezusem, a Ten włożył nań ręce i rozkazał diabłu wyjść z niego. Chłopiec omdlał na chwilę, a szatan wyszedł z niego w postaci ciemnej pary, poczym chłopiec powstał i rzucił się, całkiem zdrów, ojcu w objęcia. Ojciec uściskał go, a upadłszy wraz z synem przed Jezusem na ziemię, dzięki Mu składał. Jezus dał ojcu stosowne upomnienie i rozkazał mu, aby się dał ochrzcić w Ainon. — Do Endor nie wstępował Jezus wcale. Przedmieście, gdzie Jezus się znajdował, było o wiele piękniej zabudowane, niż samo miasto. W wyglądzie miasta przebija się pewna martwota; część miasta leży w gruzach, mury walą się. Podobno na ulicach rośnie trawa. Poganie, mieszkający tu licznie w zależności, zobowiązani są do robót publicznych. Mieszka także kilka bogatych żydów, ale ci żyją skrycie, rzadko kiedy wychylając się na świat Boży, jakby się bali, że ktoś czyha już na ich bogactwa. Stąd przybył Jezus po dwugodzinnej podróży w dolinę, ciągnącą się od równiny Ezdrelon ku Jordanowi po północnej stronie gór Gilboe. Tu na wzgórku, jakby na wyspie, rozłożyło się miasto niewielkie, Abez, otoczone ogrodami i alejami. Koło miasta płynie rzeczka, a w dolinie na wschód od miasta stoi piękna studnia, zwana studnią Saula, bo tu niegdyś był zraniony. Jezus nie poszedł zaraz do miasta, tylko zatrzymał się na północnym stoku gór Gilboe; stały tu rzędem domy wśród ogrodów i pól, na których leżało zgromadzone w wielkie sterty zboże. Tu zatrzymał się Jezus w gospodzie, gdzie już na Niego czekali pokrewni Mu starzy mężczyźni i niewiasty. Było wszystkich około 15 osób, dziewięciu mężczyzn i sześć kobiet. Porozumieli się oni już przedtem z Jezusem, iż się tu zejdą. Obecnie umyli Mu nogi z oznakami szczerego szacunku, połączonego ze szczerą otuchą. Przyjechali tu oni wspólnie na osłach, by widzieć


428

Jezusa i pomówić z Nim; wielu z nich zabrało z sobą dzieci i sługi. Byli to przeważnie starzy ludzie, krewni Anny, Joachima i Józefa. Był tam młodszy brat przyrodni Józefa, mieszkający w dolinie Zabulon, dalej ojciec oblubienicy z Kany i krewna Anny z okolicy Seforis, u której Jezus przed ostatnim, pobytem Swym w Nazarecie, uzdrowił ślepego chłopca. Życzeniem ich było, by Jezus już raz Sobie obrał gdzie stałe miejsce pobytu, a nie podróżował więcej, chcieli wybrać Mu takie miejsce, gdzie by spokojnie mógł żyć i gdzie by nie było faryzeuszów. Przedstawiali Mu ogrom niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, ściągając na siebie rozgoryczenie Faryzeuszów i innych sekt. „Uznajemy w zupełności — mówili — cuda, jakie działasz i łaski, które rozdzielasz; lecz teraz miej i Ty ojczyznę, obierz Sobie kącik, gdzie byś spokojnie nauczał, byśmy nie potrzebowali troszczyć się wciąż i trwożyć o Ciebie." Rzekłszy to, zaczęli Mu polecać różne miejscowości, stosowne na pobyt dla Niego. Pobożni ci, a dobroduszni ludzie radzili to Jezusowi z wielkiej ku Niemu miłości; dochodziły bowiem do ich uszu ciągle obmowy, przycinki i oszczerstwa ze strony niechętnych Jezusowi, a to ich martwiło i gniewało, chcieli wiec temu położyć koniec. Na wniosek ich odpowiedział Jezus życzliwie, ale stanowczo i w inny sposób, niż mówił do ludu i uczniów. Wyraźniej niż zwykł wytłumaczył im, że przybył dla spełnienia obietnicy, że musi spełnić wolę Ojca niebieskiego. „Nie przybyłem — mówił — spoczywać, nie przybyłem dla niektórych tylko ludzi, dla krewnych, lecz dla wszystkich narodów. Wszyscy są Moimi braćmi i krewnymi. Miłość nie zna spoczynku; kto pragnie nieść pomoc, musi wyszukiwać ubogich; nie trzeba baczyć na wygodne życie. Królestwo Moje nie jest z tego świata." Wiele zadawał sobie Jezus trudu, by przekonać tych dobrych starców, a ich zdziwienie rosło coraz więcej, coraz jaśniej pojmowali tę sprawę. Spoważnieli też zupełnie, czując, że tego zesłanego im Jezusa kochają coraz więcej. Tak rozmawiał Jezus to z każdym z osobna, przechadzając się po górze w cieniu drzew, to znowu ze wszystkimi razem, pouczał ich i pocieszał. Na tym zeszedł dzień, poczym zasiedli wszyscy do skromnej wieczerzy, składającej się z chleba, miodu i owoców suszonych, które tu ze sobą przynieśli. Tegoż wieczora przyprowadzili doń uczniowie syna nauczyciela z przedmieścia Endor. Był to młodzieniec wykształcony, a miał zamiar zostać nauczycielem przy jakiej szkole. Prosił on Jezusa, by przyjął go na ucznia, bo jako wykształcony zaraz może Mu się przydać; mógłby mu nawet Jezus dać jaki urząd. Jezus odprawił go jednak z niczym, mówiąc, że wiedza jego jest innego rodzaju, niż ta, której potrzeba uczniom Jego i że zanadto widać w nim przywiązania, do rzeczy doczesnych. Na drugi dzień koło południa odjechali krewni Jezusa ku górze Tabor; tu rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Mowa Jezusa pokrzepiła ich, pocieszyła i oświeciła ich umysły; nie zrozumieli wprawdzie wszystkiego, jednak uspokoili się i odjechali z tym mocnym przekonaniem, że były to słowa Boże, że Jezus ma słuszność i wie lepiej od nich, co ma czynić i jak postępować. Bardziej rozczulającym od przywitania był widok ich rozstania się z Jezusem; żegnali się z Nim wśród łez, z szacunkiem, połączonym z jakąś trwogą a zarazem otuchą. Jedni z nich jechali na osłach, inni szli pieszo w sukniach przepasanych, z długimi kijami w ręku. Jezus i uczniowie pomagali im uprzejmie przy pakowaniu rzeczy i wsiadaniu, a potem odprowadzili ich kawałek drogi w dolinę.


429

Jezus w Abez i w Dabrat koło Tabor

Następnie poszedł Jezus z uczniami w dolinę na wschód od Abez i po kwadransie drogi stanął u pięknej studni, przy której kobiety z miasta czerpały wodę. Niektóre z nich, ujrzawszy Go, pobiegły do domów, stojących przed miastem, i wkrótce wróciły z tłumem mężczyzn i kobiet, niosących miednice, chusty, chleb i owoce w kocykach, Umyto Jezusowi i uczniom nogi, i podano im posiłek. Ponieważ coraz więcej ludzi się zgromadziło, nauczał Jezus zaraz przy studni, poczym zaprowadzono Go do miasta. Tu zaraz w bramie i dalej ze wszystkich domów wybiegali naprzeciw Niego chłopcy i dziewczęta, z wieńcami i girlandami w rękach, i otaczały Go w koło, cześć Mu w ten sposób oddając. Uczniom wydawał się ten natłok za wielkim, chcieli więc dzieci odprawić. Jezus jednak rzekł: „Wy się cofnijcie, a dziateczki dopuśćcie do Mnie!" Przybliżyły się więc dzieci ku Niemu, a Jezus obejmował je, garnął do Siebie i błogosławił. Rodzice przypatrywali się temu, stojąc w drzwiach na galeriach podwórzowych. Jezus udał się prosto do synagogi, gdzie wszyscy się zebrali, i tam nauczał. Potem zasiadł do wieczerzy, w której wzięło udział wielu mieszkańców miasta; wieczerzę zastawiono w kuczce, do tego czasu jeszcze nie rozebranej. Tomasz rozłączył się w Endor z Jezusem i powrócił do Afeki. Tu w Abez widziałam po raz pierwszy, jak niewiasty cierpiące na krwotok, zbliżały się z zasłoniętymi twarzami wśród tłumu do Jezusa, dotykały się z tylu rąbka Jego sukni i odzyskiwały natychmiast zdrowie. W większych miastach nie wolno było takim niewiastom zbliżać się do ludzi, w mniejszych miejscowościach tak bardzo na to nie zważano. Podczas pobytu Jezusa w Abez przybył do Niego posłaniec z Kany od naczelnika miasta, który kazał Mu oznajmić, że syn jego jest ciężko chory, i prosił o natychmiastowe przybycie. Jezus uspokoił posłańca, że jest jeszcze na to czas i kazał mu czekać. Przyszło także dwóch posłańców, żydów, od pewnego poganina z Kafarnaum, który już raz za pośrednictwem uczniów prosił Jezusa o pomoc dla ciężko chorego sługi. Posłańcy błagali Go gorąco, by zaraz pospieszył z nimi do Kafarnaum, gdyż inaczej sługa ów umrze. Jezus odpowiedział im, jak i tamtemu, że przybędzie w swoim czasie i że nie umrze sługa. Po tej odprawie przysłuchiwali się posłańcy nauce Jezusa. Mieszkańcy tutejsi są to przeważnie Gileadyci z Jabes. Mieszkali dawniej w Gilead, lecz za czasów arcykapłana Helego powstały między nimi kłótnie, a sędzia, umyślnie tam wysłany, rozsądził sprawę tak, że kazał pewnej ich części tutaj się osiedlić. Jak wyżej wspomnieliśmy, była tu tak zwana studnia Saula, przy której tenże został zraniony i umarł potem na południowym stoku wyżyny. Mieszkańcy tutejsi, dosyć zamożni, trudnią się wyrobem koszyków i mat z sitowia, obficie rosnącego w pobliskich bagnach, utworzonych przez spływającą wodę górską. — Sporządzają, także lekkie przenośne chaty plecione, prócz tego trudnią się uprawą roli i hodowlą bydła.

Saul i czarownica z Endor.

Razu pewnego stało wojsko izraelskie obozem przed Endor koło Jezrael, a przeciw nim nadciągnęli z Sunem Filistyni. Walka obopólna już się zaczynała, gdy Saul wymknął się z obozu z dwoma towarzyszami i w cieniach zmierzchu wieczornego udał się do Endor; wszyscy trzej przybrani byli w suknie prorockie. Wreszcie stanęli przed jakimś rumowiskiem, stojącym poza obrębem miasta, gdzie mieszkała znana czarownica, z którą Saul się chciał widzieć. Była to nie stara jeszcze, nędzna kobieta, powszechnie pogardzana. Mąż jej włóczył się po


430

kraju z skrzynką na plecach, w której pełno było lalek; zachodził najczęściej do żołnierzy lub pospolitego motłochu i mamił łatwowiernych sztuczkami kuglarskimi. Czarownica w żaden sposób nie chciała spełnić żądania nieznajomego jej męża, w obawie, że ten zdradzi ją przed Saulem, który swego czasu srogo występował przeciw czarnoksięstwu. Ustąpiła jednak, gdy Saul zaprzysiągł jej uroczyście, że tego nie uczyni. Z izdebki więc, dość porządnie wyglądającej, zaprowadziła wszystkich trzech do piwnicy, gdzie Saul żądał, by mu wywołała ducha Samuela. Wiedźma postawiła ich na środku, zakreśliła w koło nich koło na ziemi, ponakreślała różne znaki, a przed Saulem poukładała różne figury z kolorowej wełny. Sama stanęła na przeciw niego, mając przed sobą na ziemi miednicę z wodą, po bokach zaś wolną przestrzeń. W rękach trzymała małe płyty, podobne do metalowych zwierciadełek, i jużto zbliżała je ku sobie, jużto przesuwała nad wodą. Wymawiała przy tym jakieś słowa, kilka razy głośno krzyknęła, wskazawszy przedtem Saulowi, w które z pól, przegrodzonych nitkami, ma patrzeć. Przez takie sztuczki diabelskie umiała ona wywołać obrazy bitew, pochodów wojennych, lub podobizny osób, chciała więc i Saulowi takie malowidła pokazać. Zaledwie jednak zaczęła swe zaklęcia, ujrzała obok siebie jakieś zjawisko; pełna trwogi puściła zwierciadełka do miednicy i krzyknęła: „Oszukałeś mnie! Ty jesteś Saul!" Saul uspokajał ją, że nie potrzebuje się niczego obawiać, i zapytał, co właściwie widziała? — „Święci wychodzą z ziemi!" rzekła czarownica. — „Jakże to wygląda?" — zapytał Saul, nie widząc sam nic przed sobą. Wiedźma, drżąc ze strachu na całym ciele, rzekła: „Widzę jakiegoś starca w kapłańskich, szatach!" Rzekłszy to, przywołała bliżej Saula, a sama uciekła z piwnicy. W tej chwili ujrzał Saul przed sobą Samuela; trwogą przejęty, upadł przed nim na twarz, a Samuel, a raczej duch jego, rzekł: „Dlaczego mnie niepokoisz? Kara Boża spadnie na ciebie. Jutro będziesz ze mną w gronie umarłych, Filistyni pobiją Izraelitów, a na twe miejsce zostanie Dawid królem." Opanowany boleścią i trwogą, leżał Saul jak martwy na ziemi. Po chwili podnieśli go towarzysze i oparli o ścianę. Czarownica przyniosła mu chleba i mięsa, a towarzysze zachęcali go, by się posilił, lecz nadaremnie. Zanim stąd odeszli, radziła kobieta Saulowi, by nie szedł na pole walki, lecz udał się do Abez, gdzie mieszkańcy jako Gileadyci są mu przychylni. Saul usłuchał tej rady i z brzaskiem dnia przybył na miejsce. Tymczasem Filistyni wyparli Izraelitów poza wzgórza Gilboe. Jeden oddział Izraelitów zwrócił się w ucieczce w stronę Saula, podczas gdy reszta wojska uciekała inną stroną. Saul siedział na wozie, a drugi wóz stał za nim. Zewsząd nadbiegali już Filistyni, zarzucając uciekających gradem strzał i pocisków, nie wiedzieli jednak o obecności Saula między uciekającymi. Jeden z pocisków trafił nieszczęśliwie Saula i ciężko go zranił, co widząc giermek, skierował wóz z drogi, gdzie wczoraj Jezus się widział z krewnymi, ku południowemu stokowi wyżyny; inni puścili się w dalszą ucieczkę. Czując Saul, że śmierć się zbliża, zażądał od giermka, by skrócił mu życie; ten jednak nie chciał podnieść ręki na swego króla. Postanowił więc Saul sam to uczynić; postawił miecz na wozie, ostrzem do góry, i oparł się na jego koniec przez przednią poręcz wozu, urządzoną tak, że można ja było otworzyć; nie mógł jednak paść na niego. Wtedy giermek otworzył ową ruchomą poręcz, która opadła, a Saul straciwszy podporę, runął na własny miecz. Potem rzucił się na swój miecz i giermek. Nieco później przebiegał tędy pewien Amalekita, a poznawszy w leżącym trupie Saula, zabrał strój jego i odniósł Dawidowi. Po bitwie znaleźli Filistyni ciało Saula i przynieśli do obozu, jak również ciała jego synów. Ci ostatni polegli prędzej od niego, w miejscu więcej oddalonym na wschód. Ciała ich Filistyni poćwiartowali. Potok, płynący doliną, zwie się Kadumim; jest o nim wzmianka w pieśni Debory.


431

Tu przebywał czasami i głosił swe proroctwa prorok Malachiasz. O trzy godziny drogi od Abez leży pogańskie miasto Scytopolis. Od studni poszedł Jezus z uczniami jeszcze dalej na wschód, potem zwrócił swe kroki ku północy. Przeszedłszy północną wyniosłość doliny, przybył po trzech godzinach drogi do stóp góry Tabor od strony wschodniej. Z północnowschodniego stoku góry spływa potok Kison, opływa górę i płynie stąd ku równinie Ezdrelon. W załomie pierwszego tarasu Taboru leży miasto Dabrat, którego środkiem przepływa Kison. Rozciąga się stąd widok poprzez wyniosłą wyżynę Saron, aż ku miejscu, gdzie Jordan wypływa z jeziora. Jezus zatrzymał się w gospodzie; przed miastem i dopiero na drugi dzień wszedł do miasta Dabrat, gdzie zaraz zebrał się w koło Niego tłum ludzi. Uzdrowił tu tylko kilku chorych, których Mu przyniesiono; ludzie niewiele tu chorują, gdyż jest tu bardzo zdrowe powietrze. Miasto ma wiele pięknych budynków. Jeszcze teraz przypominam sobie jeden dom o obszernym podwórzu, otoczonym w koło kolumnadą; na podwórze wchodziło się po schodach, a z podwórza wiodły znów wschody na dach. Zaraz za miastem zaczynają się przedgórza Taboru, na szczyt którego wiodą wężykowate drogi. Na szczyt idzie się blisko dwie godziny. Wzdłuż murów miasta obozują rzymscy żołnierze; tu odbywa się także pobór podatków. Pięć głównych ulic wiedzie przez miasto, a każdą z nich zamieszkuje osobny cech rękodzielniczy; kwitną tu bowiem różne rzemiosła, chociaż gościniec publiczny nie przechodzi przez miasto, tylko o dobre pół godziny drogi dalej. Miasto całe, jak również wszelkie dochody należą do lewitów. Zaledwie o kwadrans drogi stąd biegną słupy graniczne ziemi Issachar. Synagoga stoi na wolnym placu, a obok niej dom, w którym się Jezus zatrzymał; dom ten obrał Jezus, bo tu mieszkał syn jednego z braci Józefa, Jego opiekuna. Brat ten Józefa, imieniem Elia, miał pięciu synów, z których jeden, imieniem Jesse, właśnie tu mieszka. Jest to starszy już człowiek, ma żonę i sześcioro dzieci, trzech synów i trzy córki. Dwaj synowie, Kaleb i Aaron, liczą, już 18 do 20 lat. Na prośbę ojca przyjął ich Jezus za Swoich uczniów; mają Mu towarzyszyć później w dalszej drodze w głąb kraju. Jesse ma pod sobą pobieranie dochodów dla lewitów, kieruje również fabryką tkacką. Skupuje wełnę w wielkiej ilości, a rękodzielnicy, zamieszkujący całą tą, ulicę, czyszczą ją, przędą i wyrabiają z niej doskonałe tkaniny. Ma prócz tego pracownię w wielkim budynku, gdzie wyciskają zioła, częścią zebrane na górze Tabor, częścią sprowadzane z obczyzny, i wyrabiają z nich to farby, to orzeźwiające soki, napoje, lub wonne olejki. Stoją tu w korytach okrągłe wydrążone pnie; do nich wkłada się zioła i wytłacza ciężką stępą. Sok spływa rurami, poprowadzonymi aż poza dom, z których każda opatrzona jest zatyczką. Po ukończeniu wytłaczania zasuwa się pod stępy kliny. W ten sposób sporządzają także olejek z mirry. — Jesse jest bardzo pobożny, jak i cała jego rodzina. Dzieci chodzą codziennie modlić się na górę Tabor, a on sam nieraz im towarzyszy. W tym to domu zamieszkał Jezus z uczniami. Byli tu Faryzeusze i Saduceusze W miejscowości tej był niby rodzaj konsystorza; obecnie odbyli wspólną naradę, w jaki sposób mają pokrzyżować plany Jezusowi. Jezus tymczasem poszedł wieczorem z uczniami na górę Tabor, gdzie na jego polecenie zebrała się gromadka ludzi, i tam przy świetle księżyca nauczał późno w noc. Na południowowschodnim stoku Taboru, jest grota z małym ogródkiem, w której często przemieszkiwał prorok Malachiasz. Na samej zaś górze jest druga grota z ogrodem, gdzie przebywał Eliasz z uczniami, podobnie jak na Karmelu. W grotach tych zbierają się teraz pobożni żydzi na modlitwę. Na północnym stoku góry leży miejscowość Tabor, od której i góra wzięła nazwę, a o niecałą godzinę


432

drogi na zachód leży znów jakaś miejscowość, zwrócona ku Seforis. W dolinie zaś, patrząc w stronę Afeki, leży Chasalot z południowej strony góry, na północ od Naim. Najdalsza to część ziemi Zabulon z tej strony. Wiedziałam także i późniejszą jej nazwę i widziałam, iż mieszkali tu krewni Jezusa, a mianowicie siostra Elżbiety, nazywająca się Rode, tak samo jak służebnica Marii Marka. Owa Rode miała trzy córki i dwóch synów. Jedna córka była jedną z tych trzech wdów, przyjaciółek Maryi, których dwaj synowie byli uczniami Jezusa. Jeden z synów Rody pojął za żonę Maroni. Po jego śmierci poszła bezdzietna wdowa podług prawa Zakonu drugi raz za mąż za krewnego pierwszego jej męża, niejakiego Eliuda, siostrzeńca matki Anny i powiła mu syna Martialisa. Eliud umarł wkrótce, a Maroni, zostawszy drugi raz wdową, przeniosła się do Naim. Zwano ją powszechnie wdową z Naim; tego to właśnie jej syna, Martialisa, wskrzesił Pan z martwych. Nazajutrz nauczał Jezus na placu przed synagogą. Z okolicy przyprowadzono mnóstwo chorych, na co Faryzeusze bardzo źli byli, wiedząc że Jezus znowu moc Swoją okaże. W Dabrat mieszkała pewna bogata niewiasta, imieniem Noemi; oszukiwała dawniej swego męża i żyła w nieprawych związkach, tak że mąż ze zgryzoty umarł. Obecnie zawiadywał jej majątkiem pełnomocnik, któremu także dawno już obiecała swą rękę, ale i tego oszukiwała. Niedawno tam w Dotan słyszała naukę Jezusa i od tego czasu zmieniła się zupełnie. W sercu uczuła szczery żal za grzechy i jedynym jej pragnieniem było, otrzymać z rąk Jezusa przebaczenie grzechów i pokutę. — Przyszła więc teraz, i podczas gdy Jezus nauczał i uzdrawiał, starała się koniecznie zbliżyć ku Niemu; Jezus jednak udaremniał jej zabiegi, zwracając się wciąż gdzie indziej. Widząc te jej usiłowania Faryzeusze, przystąpili do niej i radzili jej, by wróciła do domu, bo przecież powinna się wstydzić zwracać publicznie na siebie uwagę. Niewiasta jednak nie dala się powstrzymać; wiedziona pragnieniem pojednania się z Bogiem, przedarła się przez tłum do Jezusa, upadła przed Nim na ziemię i zawołała, wyznając przed wszystkimi swą winę: „Panie! czy mogę uzyskać jeszcze łaskę i przebaczenie? Nie mogę tak dłużej żyć. Grzeszyłam ciężko względem mego męża, a teraz oszukiwałam człowieka, który zarządza mym domem i majątkiem." Nie wszyscy słyszeli jej wyznanie, bo działo się to na boku, a przy tym zagłuszał jej słowa hałas, jaki spowodowali Faryzeusze, cisnąc się zewsząd za nią. Przyjąwszy od niej wyznanie grzechów, rzekł Jezus: „Powstań! Grzechy twoje; są ci odpuszczone!" Niewiasta prosiła o naznaczenie jej pokuty, lecz Jezus odłożył to na inny raz. Powstawszy, zdjęła z siebie wszystkie klejnoty, takie jak pierścienie, agrafy, sznury zdobiące ramiona i szyję, oderwała perły, którymi wyszyte było nakrycie głowy i oddała to wszystko Faryzeuszom na jałmużnę dla ubogich, poczym, spuściwszy zasłonę na twarz, odeszła. Jezus poszedł teraz do synagogi, gdyż już zapadał szabat; za Nim poszli rozzłoszczeni Faryzeusze i Saduceusze. Czytano o Jakóbie i Ezawie (1. Mojż. 25, 19 — 34; Malachiasz 1 i 2.) Tłumacząc pismo, porównywał Jezus urodziny Jakóba i Ezawa z czasem obecnym. — Jak Ezaw i Jakób — mówił — mocowali się w łonie matki, tak obecnie nie ma zgody między synagogą a świętymi, zbawienia pragnącymi ludźmi. Ezaw jest typem zakonu, wcześniejszego co do czasu, ostrego i surowego; jednak zakon ten, podobnie jak Ezaw, sprzedaje Jakóbowi swe prawo pierworództwa za misę soczewicy, za wonność różnych zwyczajów i zewnętrznych przepisów. Jakób zatem otrzymuje błogosławieństwo, rozmnaża się w liczny naród, a Ezaw musi mu służyć. Porównanie było tak piękne i trafne, że Faryzeusze nic temu nie mogli zarzucić; spierali się jednak długo z Jezusem. Zarzucali Mu, że jedna sobie stronników, że po całym kraju zakłada gospody, na


433

których urządzenie trwoni się mienie i grosz bogatych wdów, podczas gdy to powinno być obrócone na użytek synagogi i nauczycieli. A czyż — mówili — nie stanie się tak i z mieniem Noemi? Jakim prawem mógł Jezus odpuszczać jej grzechy? — czy uczynił to bez żadnych widoków korzyści? Następnego dnia nie poszedł Jezus do synagogi, tylko do szkoły, gdzie uczyli się chłopcy i dziewczęta. Dzieci to przyszły potem na podwórze domu Jessego, gdzie Jezus jadł obiad, a On upominał je i błogosławił. Zjawiła się tam także owa nawrócona wczoraj niewiasta ze swym pełnomocnikiem. Jezus rozmawiał z każdym z osobna i z obojgiem razem, dając im odpowiednie wskazówki. W obecnym stanie rzeczy nie miała już owa niewiasta brać go za męża, zwłaszcza, że to był człowiek z niższego stanu. Odstępowała mu tylko część swego majątku, a resztę oddawała na biednych, pozostawiając sobie tyle tylko, ile koniecznie potrzebnym było do utrzymania. Po uczcie szabatowej, w czasie gdy zwykle żydzi idą na przechadzkę, zeszły się licznie żydówki do gospodyni domu, żony Jessego, i tu w obecności Jezusa zajęły się pouczającą grą szabatową; była przy tym i nawrócona Noemi. Gra ta polegała na tym, że mówiono różne przypowieści, zadawano sobie wzajemnie zagadki i różne, bardzo trafne i wzruszające pytania. Pytano się np. gdzie każda ma swój skarb? czy pomnaża go handlem? czy zataja go? czy dzieli go z mężem? czy bierze go z sobą do synagogi? czy lgnie doń bardzo sercem? Podobnie zadawano pytania tyczące się wychowania dzieci, czeladki itp. — Jezus także stawiał pytania, o oleju i lampie, o paleniu się pełnej lampy, o wylaniu oleju, a wszystko to mówił w znaczeniu przenośnym. Gdy zadał podobne pytanie jednej niewieście, rzekła radośnie: „Tak, Mistrzu! ja zawsze troszczę się gorliwie o lampę szabatową!" Sąsiadki jej roześmiały się z tej odpowiedzi, bo zapytana nie zrozumiała wcale właściwego znaczenia słów Jezusa. Jezus objaśniał trafnie niezrozumiale pytania. Która z bawiących się źle odpowiedziała, musiała złożyć jakąś ofiarę na ubogich. Ta, ostatnia ofiarowała kawałek płótna. Potem napisał Jezus przed każdą z grających zagadkę na piasku i każda musiała napisać obok tego rozwiązanie. Stosownie do tego nauczał potem, rozwijając ogólnie przed ich oczyma obraz ich złych skłonności i wad. Każda czułą się głęboko wzruszona tym, co się do niej stosowało, a przecież nie potrzebowała rumienić się przed towarzyszkami, o niczym nie wiedzącymi. Upomnienia te tyczyły się głównie przekroczeń, popełnionych w czasie Świąt Kuczek, ba łatwiej było wtenczas o grzech przy większej niż zwykle swobodzie i ogólnej uciesze. Pod wpływem tych słów udały się potem niektóre z grających do Jezusa, wyznawały przed Nim grzechy i prosiły Go o odpuszczenie i pokutę. Jezus chętnie udzielał im odpuszczenia grzechów, dołączając do tego duchowne pociechy. — Podczas tej nauki siedziały niewiasty w półkole na kobiercach i poduszkach przy kolumnadzie podwórza, wsparte o kamienne ławki. Uczniowie i przyjaciele domu stali po obu stronach w pewnym oddaleniu. Nie mówiono zbyt głośno, by nie zwabiać z ulicy ciekawych, którzy, wdrapując się na, mur, byliby przeszkadzali; siedziano bowiem pod gołym niebem. Przy końcu złożyły niewiasty Jezusowi w podarunku różne korzenie, cukry i wonności. Jezus oddał to wszystko uczniom do rozdzielenia między ubogich, których pewnie podobna niespodzianka nigdy jeszcze nie spotkała. Zanim Jezus poszedł do synagogi na zakończenie szabatu, przysłali do niego Herodianie, by zeszedł się z nimi w pewnym oznaczonym miejscu, gdyż chcą z Nim pomówić. Na to rzekł Jezus surowo do posłańców: „Powiedzcie tym obłudnikom, dwujęzycznym żmijom, że jeśli chcą ze Mną mówić, to znajdą Mnie w każdej synagodze; tam też dam odpowiedź im i im podobnym." W ten sposób ostro ich skarciwszy, poszedł Jezus do szkoły.


434

Tu nauczał Jezus znowu o Jakubie i Ezawie, o zakonie i łasce, o dzieciach ojca i niewolnikach. Występował przy tym ostro przeciw Faryzeuszom, Saduceuszom i Herodianom, co ich do coraz większej pobudzało złości. Mówił o ciągłych wędrówkach Izaaka w latach głodowych, o zasypaniu studni przez Filistynów, odnosząc to do Swego urzędu nauczycielskiego i prześladowania ze strony Faryzeuszów. Wykazywał, że spełniło się to, co przepowiedział prorok Malachiasz: „Imię moje stanie się wielkim w ziemiach Izraela, od wschodu do zachodu słońca zajaśnieje imię moje między poganami." Wymieniał potem Jezus wszystkie szlaki Swych wędrówek, jakie odbył z obu stron Jordanii dla rozsławienia Imienia Pana, dodając, że nie ustanie w wędrówce, aż dojdzie do celu. Słowa Malachiasza: „Syn powinien czcić swego ojca, a niewolnik swego pana" wytłumaczył na niekorzyść Faryzeuszów. Zawstydzeni przeciwnicy nie mogli nic dokazać przeciw Niemu. Po wyjściu ludzi z synagogi wybierał się i Jezus z uczniami stąd, gdy wtem w podwórzu zaszli Mu drogę Faryzeusze. Otoczywszy Go w koło, zażądali, by teraz sprawił się im ze Swego postępowania, gdy nikogo niema, bo nie potrzeba wszystkiego pospólstwu rozgłaszać. Zadawali Mu więc różne podstępne pytania, szczególnie co do stosunku Żydów do Rzymian, którzy właśnie tu obozowali. Odpowiedziami swymi zmusił ich Jezus wkrótce do milczenia; i wreszcie na poły pochlebnie, na poły groźnie zażądali od Jezusa, by zaprzestał Swych wędrówek z uczniami, ciągłych nauk i uzdrawiania chorych, gdyż inaczej oskarżą Go jako burzyciela pokoju i rokoszanina, i na każdym kroku będą Go prześladowali. Wtedy odrzekł im Jezus: „W wędrówkach Moich znajdziecie zawsze aż do końca koło Mnie uczniów, nieumiejętnych, grzeszników, ubogich i chorych. Wyście pozostawili ich w nieświadomości, przyprawiliście ich o grzech, ubóstwo i chorobę, a Ja czyż mam ich tak pozostawić, czy nie mam się ująć za nimi?" Widząc Faryzeusze, że nic Mu nie zrobią, stali się wreszcie na pozór ugrzecznieni i razem z Nim wyszli z synagogi. W sercach ich jednak kipiała złość przeciw Niemu, pomieszana z mimowolnym podziwem.

Poganin Cyrynus z Cypru.

Ludzie czekali na Jezusa i przed synagogą. Gdy zmierzch zapadał, wyruszył Jezus w ich gronie i z uczniami na górę Tabor. Na niebie iskrzyły się tysiące gwiazd, a wśród nich jaśniała pełna tarcza księżyca. Na górze byli zgromadzeni już krewni Jezusa i tłumy innych ludzi. Jezus usiadł na wierzchołku góry, niżej zaś u stóp Jego siedzieli, lub leżeli słuchacze. Nauka przeciągnęła się późno w noc. Już nieraz brał Jezus ze Sobą wieczorem, po znojnej pracy dziennej, gromadki bogobojnych ludzi na jakie odosobnione wzgórze i tam ich nauczał. Nie bez powodu tak czynił. Cisza wieczorna zapobiega roztargnieniu; nad głowami widać niebo zasiane gwiazdami, w dal roztacza się widok na okolicę, powietrze jest chłodne, orzeźwiające; cisza panuje w przyrodzie i pokój spływa do serc ludzkich. Głos Jezusa brzmi o wiele donośniej i zrozumiałej; ludzie nie wstydzą się tak bardzo jedni przed drugimi przy wyznawaniu swych ułomności; spamiętawszy naukę, wracają do domu i tam bez roztargnienia nad nią się zastanawiają. Szczególnie da się to zastosować do nauk na górze Tabor, dla jej pięknego położenia i wspaniałego widoku, jaki się stąd roztacza na okolicę. Wrażenie potęguje się tu jeszcze, bo góra ta jest świętą dla mieszkańców dlatego, że mieszkali tu niegdyś Eliasz i Malachiasz. Gdy Jezus powracał z tłumem późno w nocy do domu, przystąpił do Niego na drodze pewien kupiec pogański z Cypru, który na górze wraz z innymi słuchał Jego nauki. Kupiec ten mieszkał obecnie w domu Jessego, z którym miał stosunki


435

handlowe, zakupując od niego wyroby z ziół. Przez skromność trzymał się dotychczas całkiem na uboczu. Teraz jednak zapragnął pomówić z Jezusem; zaprowadził go więc Jezus do jednej z sal domu, i tu usiadłszy z nim sam na sam, jak z Nikodemem, odpowiadał na wszystkie pytania, które tenże z pokorą, ale i z widocznym pragnieniem wiedzy zadawał. Poganin ten, mąż szlachetny i mądry, nazywał się Cyrynus. Wszystko pojmował gruntownie, poważnie, nauki Jezusa słuchał z nieopisaną pokorą i radością; Jezus też był dlań życzliwy i poufny. Cyrynus wyznał Jezusowi, że już dawno poznał nicość bałwochwalstwa i chciał zostać żydem, ale jedna rzecz obudzała w nim niepokonany wstręt, a tą jest obrzezanie; pytał więc teraz, czy możliwym jest osiągnąć zbawienie bez obrzezania. Na to zaczął mu Jezus poufnie tłumaczyć tę tajemnicę, a każde Jego słowo głęboką myśl zawierało. Radził mu, by obrzezał swe zmysły z żądzy cielesnej, by obrzezał serce i język, a potem udał się ochrzcić do Kafarnaum, a to zupełnie wystarczy. — „Dlaczegóż więc, Mistrzu — zapytał Cyrynus — nic głosisz tego, publicznie? Jestem pewny, że wtenczas nawróciłoby się bardzo wielu pogan, wyczekujących zbawienia." — „Gdybym — odrzekł Jezus — objawił to temu zaślepionemu ludowi, ukamienowano by Mnie; nie trzeba drażnić słabych na duchu. Mogłyby wytworzyć się z tego różne sekty, a z resztą dla wielu pogan musi jeszcze zakon istnieć jako kamień probierczy i ofiara. Zbliża się jednak czas Mego królestwa, przymierze obrzezania cielesnego już się wypełniło, a teraz musi natomiast nastąpić obrzezanie serc i ducha." Na zapytanie Cyrynusa, czy dostatecznym jest Jana chrzest pokuty, wyjaśnił mu Jezus i tę sprawę. Opowiadał następnie Cyrynus, jak wiele ludzi w Cyprze tęskni za przyjęciem Jego nauki i żalił się, że obaj jego synowie; zresztą cnotliwi młodzieńcy, są zaciętymi nieprzyjaciółmi judaizmu. Jezus pocieszył go obietnicą, że po wypełnieniu się Jego posłannictwa, obaj synowie staną się gorliwymi pracownikami w winnicy Pańskiej. Synowie ci zwali się podobno Arystarchus i Trofimus; po śmierci Jezusa zostali uczniami apostołów. — Wzruszająca ta rozmowa Jezusa z Cyrynem trwała przez całą noc aż do rana. Na południowym stoku Taboru, na platformach wykutych w skale, stały wielkie naczynia, w których z ziół i innych substancji sporządzano różne wonności; była to także własność Jessego. Jakiś sok ściekał z jednego naczynia do drugiego, a naczynia często obracano.

Jezus idzie do Giszala, miejsca urodzenia św. Pawła

Z Dabrat wyszedł Jezus z uczniami przed południem. Zdała widać było na wschodzie jakąś miejscowość, zdaje mi się Jafia, drugą zaś ku zachodowi, na przeciw miejscowości Tabor. Po trzech godzinach drogi w kierunku północnowschodnim przybył Jezus do miasta Giszala, położonego na polu tej samej nazwy, o niecałą godzinę drogi od Betulii. Miasto leży na wyżynie, niżej jednak od Betulii. Jest to twierdza, obsadzona żołnierzami pogańskimi, zostającymi na żołdzie Heroda. Giszala wyróżnia się całkiem od innych miast. Poszczególne place i budynki otoczone są sztachetami, służącymi zapewne do przywiązywania koni; w koło miasta stoją piętrowe wieże, otoczone murami, z których w razie potrzeby żołnierze mogą stawiać opór nieprzyjacielowi. Na jednej z wież zbudowana jest świątynia pogańska. Całość nadaje miastu jakąś oryginalną cechę. Właściwa twierdza leży na górze, a prowadzą do niej drogi, ogrodzone schodkowatym murem. Mała dzielnica żydowska leży na stoku o pół kwadransa drogi od miasta. Żydzi tutejsi żyją w dobrych stosunkach z pogańskimi żołnierzami. Wyrabiają różne przedmioty ze skóry, rzędy na konie i ubiory


436

żołnierskie. Pola okoliczne, nadzwyczaj urodzajne, są częściowo ich własnością, częściowo tylko pod ich nadzorem i zarządem; stąd aż do Kafarnaum ciągnie się wspaniała okolica nadbrzeżna jeziora Genezaret. Przed dzielnicą żydowską jest studnia a raczej skrzynia, podobna do koryta, do której rurami dopływa woda źródlana. Przy tej to studni zatrzymał się Jezus z uczniami przed wejściem do miasta. Żydzi tutejsi obchodzili właśnie jakąś uroczystość. Wszyscy, od największego do najmniejszego, zebrali się na polach i ogrodach. Przyszły także dzieci pogańskie z miasta i przypatrywały się w pewnym oddaleniu. Gdy ujrzano, że Jezus zbliża się do studni, wyszli naprzeciw Niego przełożeni i uczony nauczyciel szkolny. Przywitawszy Jezusa, umyli Jemu i uczniom nogi i podali im owoce na przekąskę, poczym nauczał Jezus przy studni w przypowieści o żniwie; właśnie bowiem odbywał się w okolicy drugi zbiór winogron i innych owoców. Następnie poszedł Jezus ku dzieciom pogańskim; porozmawiawszy z ich matkami, pobłogosławił dzieci, a kilkoro chorych uzdrowił. Uroczystość dzisiejsza była dniem pamiątkowym oswobodzenia się z pod ucisku tyrana, założyciela sekty Saduceuszów. — Człowiek ten, stąd rodem, żył około 200 lat przed Chrystusem; nazwiska jego już nie pamiętam. Był urzędnikiem przy „Wysokiej Radzie" w Jerozolimie i miał do załatwiania sprawy religijne, nie zawarte w księgach Zakonu. Dręczył on strasznie swą surowością tutejszych żydów i wpajał w nich przekonanie, że od Boga nie można się spodziewać żadnej nagrody, lecz mimo to musi się spełniać niewolniczo wszelkie przepisy. Ze strachem wspominano tu jego imię, a pamiątkę śmierci jego obchodzono uroczyście co roku. Towarzyszem jego był jakiś Samarytanin. Naukę jego szerzył dalej Sadoch, odrzucający naukę o zmartwychwstaniu i życiu przyszłym, był on uczniem Antigona. Sadoch miał także za towarzysza jakiegoś Samarytanina. Jezus zamieszkał z uczniami w domu przełożonego synagogi i zaraz tam nauczał na podwórzu. Uzdrowił też kilku chorych, których Mu przyniesiono, między nimi starowinę jakąś, cierpiącą na wodną puchlinę. — Nauczyciel synagogi był to dobry, uczony mąż. Ludzie tutejsi, niechętni Faryzeuszom i Saduceuszom, sami się o jego tu umieszczenie postarali. Wysyłali go potem własnym kosztem w podróż w różne strony, także i do Egiptu. Jezus długo z nim rozmawiał i jak zwykle, tak i teraz zeszła rozmowa na Jana; ów nauczyciel chwalił go bardzo i dziwił się, jak to być może, że Jezus, obdarzony takim rozumem i potęgą, nie czyni żadnych zabiegów dla uwolnienia tego znakomitego męża. Nauczając na podwórzu, wyrzekł Jezus do uczniów te prorockie słowa, stosujące się do miasta: „Trzech zagorzalców miało wyjść z Giszala: pierwszym jest ten, którego śmierci pamiątkę żydzi dziś obchodzą; drugi to Jan z Giszala, w przyszłości okrutny złoczyńca, który później wywoła wielki rozruch w Galilei, a przy oblężeniu Jerozolimy dopuszczał się strasznych okrucieństw; trzeci już żyje, ale złość jego przemieni się później w tym większą miłość, będzie gorliwym szermierzem prawdy i tak naprawi wszystko zło. Tym ostatnim miał być Paweł, tu stąd rodem, którego rodzice przenieśli się potem do Tarsu. Paweł był tu po swym nawróceniu, idąc do Jerozolimy, i gorliwie głosił ewangelię. Dom jego rodziców stoi jeszcze na samym końcu przedmieścia od strony Giszala. Obszerny ogród otoczony jest sztachetami, a w nim stoją rzędem domki, coś na kształt chat blicharskich, sięgające aż do miasta. Rodzice jego musieli mieć zapewne fabrykę płótna, lub warsztat tkacki. Dom ten wynajął obecnie na mieszkanie pewien pogański wojskowy, imieniem Achiasz. Uzdrowienie syna pogańskiego setnika. Urodzajność ziemi w tych stronach jest nadzwyczajną. Obecnie odbywa się już drugi zbiór wina, owoców, korzeni i bawełny. Rośnie tu gatunek trzciny o liściach


437

dołem większych, górą mniejszych, z której ustawicznie sączy się kroplami cukier, jak żywica. Są także drzewa, których owoc, zwany jabłkiem patriarchów, odgrywa wielką rolę podczas świąt Kuczek; zwą go tak, bo go tu patriarchowie z sobą przynieśli z cieplejszych, wschodnich krajów. Pieńków używa się na szpalery przy ścianach, chociaż nieraz dochodzi pień grubości stopy i więcej. Drzewa orzechowe rodzą obficie wielkie orzechy; drzewo to jest łykowate i nadzwyczaj trwałe. Wszędzie jest obfitość fig, drzew oliwnych, wina i krzaków bawełnianych; mnóstwo wspaniałych melonów rośnie na polach, przy drogach stoją, rzędy palm i daktylów. Na polach pełno jest wonnych ziół; rośnie tu też roślina, z której sporządzają olejek nardowy. Wśród tej wspaniałej przyrody pasą się liczne trzody bydła na łąkach, porosłych najpiękniejszą trawą i zielem. Jezus chodził często po polach i ogrodach, gdzie pełno było ludzi zbierających plony, a gdy tu i ówdzie zebrała się przy Nim gromadka ludzi, nauczał w przypowieściach, wziętych z przedmiotów pracy codziennej. Dzieci pogańskie dosyć poufale przestawały z żydowskimi przy zbieraniu plonów; wyróżniały się tylko od nich nieco ubiorem. W domu rodziców Pawła mieszka, jak wyżej wspomnieliśmy, Achiasz, setnik pogański z twierdzy. Ma on syna siedmioletniego, obecnie chorego, któremu przy narodzinach nadał imię żydowskiego bohatera, Jefta. Dobry ten człowiek pragnął bardzo pomocy od Jezusa, jednak żaden z mieszkańców nie chciał o nim oznajmić Jezusowi; uczniowie zaś częścią byli przy Jezusie, częścią rozchodzili się po polach, opowiadali ludziom o Panu i powtarzali im Jego nauki. Inni wreszcie rozeszli się już naprzód w poselstwie do Kafarnaum i po okolicy. Nie miał więc ów setnik do kogo się udać. Żydzi tutejsi nie lubili go, bo nie podobało im się, że tak blisko nich mieszka; chętnie byliby się go stąd pozbyli. Zresztą w ogóle nie byli wielce uprzejmi, i nawet o Jezusa nie zbyt wiele się troszczyli; słuchali wprawdzie Jego nauki, nie przerywając swej roboty, ale bez najmniejszego, gorliwego zajęcia. Stroskany setnik wybrał się wreszcie sam do Jezusa i szedł za Nim w pewnym oddaleniu. Przyszedłszy bliżej Niego, przystąpił do Doń i oddawszy Mu pokłon, rzekł: „Mistrzu, nie gardź Twoim niewolnikiem! Ulituj się nad mym chorym synkiem, leżącym bezwładnie w domu!" — „Godziwym jest — rzekł mu Jezus — bym najpierw podał chleb w domu dzieciom własnym, a potem dopiero obcym, czekającym u drzwi." Achiasz rzekł jednak: „Panie! wierzę, że jesteś posłem Bożym i spełnieniem obietnicy, wierzę, że możesz mi pomóc. Wszak sam mówiłeś, że ci, którzy w to wierzą, są dziećmi, a nie obcymi. Ulituj się więc nad moim dzieckiem!" — Wtedy rzekł Jezus— „Wiara twoja wyjednała ci pomoc." . To rzekłszy, poszedł zaraz z kilku uczniami do domu rodziców Pawła, gdzie mieszkał Achiasz. Dom ten wyglądał okazalej, niż zwykłe domy żydowskie, rozkład jednak wewnętrzny był prawie taki sam. Z przodu było podwórze, z którego wchodziło się do wielkiej sali. Po obu jej bokach urządzone były sypialnie, oddzielone od sali ruchomymi ścianami. W środku domu stało ognisko, w koło zaś niego były drzwi do kilku obszernych pokoi i sal. W pokojach tych umieszczone były pod ścianami szerokie ławy kamienne, nakryte kobiercami i poduszkami. Okna były wysoko pod powałą. Achiasz przyprowadził Jezusa do środka domu, a sługom kazał tu przynieść chłopca wraz z łóżkiem. Przyniesiono chorego; za nim przyszła żona Achiasza z zasłoną na twarzy, skłoniła się lękliwie przed Jezusem i w trwożnym oczekiwaniu stanęła nieco z tyłu. Achiasz, radując się już naprzód, że syna ujrzy zdrowym, zwołał jeszcze wszystkich domowników, którzy, stanąwszy w oddaleniu, ciekawie się


438

przyglądali. Syn Achiasza było to piękny, przeszło sześcioletni chłopczyk; ubrany był w długą, wełnianą koszulę, pasek skórzany okrywał mu szyję i krzyżował się na piersiach. Był niemy i sparaliżowany; twarz miał jednak roztropną i bardzo miłą. Obecnie wodził za Jezusem oczyma, w których przebijało głębokie rozczulenie. Jezus miał najpierw do zebranych krótką naukę o powołaniu pogan, o zbliżaniu się królestwa Bożego, o potrzebie pokuty i tłumaczył im, że przez chrzest wstępują do domu Ojca. Następnie wziął chłopca z posłania na ręce, przycisnął go do piersi, a pochyliwszy się nad nim, przesunął palcami pod spodem jego języka, poczym zdrowego już chłopca postawił na ziemi i poprowadził ku setnikowi. Rodzice ze łzami radości pochwycili dziecko w objęcia. Chłopiec również gorąco ściskał rodziców, wołając: „Ach ojcze! matko! mogę chodzić, mogę znowu mówić." Jezus zaś rzekł: „Oddaję wam chłopca zdrowego. Nie wiecie nawet, jaki skarb posiadacie w nim. Otrzymaliście go powtórnie, ale też kiedyś zażądany będzie od was." Rodzice zbliżyli się znów z dzieckiem do Jezusa i upadłszy Mu do nóg, ze łzami w oczach dziękowali za uleczenie chłopca; Jezus zaś pobłogosławił go i rozmawiał z nim przez chwilę bardzo uprzejmie. Setnik zaprosił potem Jezusa do przyległej komnaty na przekąskę, na co się Jezus zgodził. Stojąc, spożywał z uczniami chleb, miód i małe owoce, popijając winem. Przypomniał jeszcze Achiaszowi, żeby udał się do Kafarnaum do chrztu, i radził mu przyłączyć się tam do Serobabela. Setnik poszedł rzeczywiście potem do Kafarnaum ze wszystkimi domownikami. Syn jego Jefta został później bardzo gorliwym uczniem Tomasza. Opuściwszy mieszkanie uszczęśliwionego Achiasza, mówił Jezus uczniom, że dziecko to przyniesie kiedyś obfity owoc i że już przedtem urodził się w domu tym mąż, który wielkie rzeczy zdziała w przyszłym Jego królestwie. Tu w Giszala umieszczeni żołnierze, byli później obecni przy ukrzyżowaniu Chrystusa jako strażnicy, Używano ich w takich okazjach jako sług policyjnych.

Jezus naucza w Gabara. Pierwsze nawrócenie się Magdaleny.

Jezus nie poszedł z Giszala do pobliskiej Betulii, lecz zwróciwszy się na lewo, przeszedł przez dolinę i równinę, i udał się do znacznego miasta Gabara, leżącego od strony zachodniej, u stóp góry; na południowowschodniej stronie tejże góry leży w ukryciu siedziba Herodian, Jotapata. Z Gabara można tam dojść, idąc naokoło góry, za godzinę. Za miastem wznosi się góra stromo, tworząc skalistą ścianę; na wierzch prowadzą wykute w skale schody. Mieszkańcy zajmują się uprawą bawełny, która tu miękką jest jak jedwab. Wyrabiają z niej tkaniny i nakrycia, jak również rodzaj materaców, zastępujących łoże w ten sposób, że przymocowuje się i rozpina je na hakach. Łowią tu także ryby, solą i rozsyłają dalej. Już z Giszala rozesłał Jezus kilku uczniów do okolicznych miejscowości z zapowiedzią, że na górze koło Gadara będzie miał wielką naukę. Z całego więc okręgu ciągnęły liczne tłumy ludu na górę, rozkładając się tu obozem. Na samym wierzchu stała w ogrodzeniu mównica, dawno już nie używana. Za Jezusem przybyli do Gabara Piotr, Andrzej, Jakób, Jan, Natanael Chased i wszyscy inni uczniowie; prócz tego stawiła się większa część uczniów Jana i synowie najstarszej siostry Najświętszej Panny, tak, że ogółem zebrało się około 60 uczniów, przyjaciół i krewnych Jezusa. Zaufańszych uczniów witał Jezus podaniem obu rąk, dotykając głową ich policzków. Przybyły także gromady pogan z Cydessy, oddalonej o godzinę drogi od pobliskiego Damna, z Adama i z okolicy nadbrzeżnej jeziora Merom. Wszyscy


439

nieśli z sobą zapasy żywności i wiedli chorych wszelkiego rodzaju. Cydessa, jest to osada pogańska w środku ziemi Zabulon. Aleksander Wielki zdobył ją i zburzył, a potem darował Liwiaszowi z Tyru. Ten odbudował miasto i sprowadził tu z Tyru swoich pogańskich rodaków, jako osadników. Stąd to zjawili się też pierwsi poganie u Jana dla przyjęcia chrztu. Położenie miasta jest bardzo piękne. W koło roztacza się widok na bujne, żyzne okoliczne pola.

Magdalena.

Magdalena wybrała się także do Gabara, by posłuchać nauki, a przyszło do tego w następujący sposób. W Damna, odległym o trzy godziny drogi od Kafarnaum, a przeszło godzinę od Magdalum, urządziły święte niewiasty gospodę i tu obecnie przebywały. Marta wybrała się więc z Marią Kleofy do Magdaleny w zamiarze nakłonienia jej, by wraz z innymi posłuchała na górze nauki. Weronika, Joanna Chusa, Dina i Maria Sufanitka pozostały tymczasem w Damna. Magdalena przyjęła siostrę dosyć życzliwie, nie zaprowadziła jej jednak do swych wspaniale urządzonych komnat, lecz do pokoju obok się znajdującego. Była w niej mieszanina prawdziwego i fałszywego wstydu; częścią wstydziła się swej pobożnej, prostej, źle ubranej siostry, która chodziła wszędzie ze stronnikami Jezusa, pogardzanymi przez jej gości i towarzystwo, w jakim żyła; z drugiej znów strony wstydziła się zaprowadzić Martę do komnat, będących niemymi świadkami jej próżności i występków. W jej umyśle zaszła już, widać, pewna zmiana; nie miała tylko na tyle silnej woli, by otrząsnąć się z sideł grzechowych. Twarz miała bladą, wychudłą. Człowiek z którym żyła, prostak w zachowaniu się, stał się jej już ciężarem. Życie takie poczynało jej się brzydnąć. Marta, pełna życzliwości dla niej, postąpiła z nią bardzo roztropnie. Rzekła do niej: „Znasz Dinę i Marię Sufanitkę, że to są miłe, roztropne niewiasty. Otóż one zapraszają cię, byś wraz z nimi przysłuchała się nauce Jezusa na górze. Nie jest to daleko, a chciały by cię chętnie mieć przy sobie. Nie potrzebujesz się ich przed ludem wstydzić; są przyzwoite, starannie ubrane, i umieją się znaleźć. A jest to przecudne widowisko, widzieć tyle ludzi, ujrzeć uzdrawianie chorych, poznać zadziwiającą wymowę tego Proroka, słyszeć, z jaką śmiałością gromi Faryzeuszów. Weronika, Maria Chusa, matka Jezusa, która ci tak dobrze życzy, i my wszystkie jesteśmy przekonane, że wdzięczną nam będziesz za to zaproszenie. Zresztą potrzeba ci trochę rozrywki. Wydajesz się tu tak opuszczoną; brak ci życzliwych ludzi, którzy by potrafili ocenić twoje serce, twoje zdolności. O gdybyś zechciała pozostać u nas na dłużej w Betanii! Mamy tam sposobność słyszeć tyle cudownych rzeczy i działać tak wiele dobrego, a przecież ty zawsze byłaś dla drugich pełną życzliwości i miłosierdzia, Lecz to na później, na razie przynajmniej do Damna musisz jutro pojechać; mieszkamy tam w gospodzie, ale ty, jak zechcesz, możesz mieszkać oddzielnie i przestawać tylko z tymi, które znasz." W ten sposób namawiała Marta siostrę, unikając starannie wzmianki o tym, co by ją mogło obrazić i dotknąć. — Magdalena, dręczona od pewnego czasu zadumą, skłaniała się chętnie ku temu; stawiała jeszcze wprawdzie błahe wymówki, ale w końcu przyrzekła Marii, że pojedzie z nią jutro do Damna. Jadła też wraz z siostrą, a wieczorem wpadała co chwila z swych komnat do jej pokoiku. W modlitwie wieczornej prosiły Marta i Anna Kleofasowa gorąco Boga, by ta podróż Magdaleny nie pozostała bezowocną. Kilka dni przedtem był u Magdaleny Jakób Starszy, powodowany współczuciem dla niej, i również zapraszał ją do Gabara, by przysłuchała się nauce. Magdalena przyjęła go w bocznym budynku. Niepospolita jego powierzchowność, mowa poważna i mądra, a przy tym pełna wdzięku, zrobiły na Magdalenie


440

korzystne wrażenie; prosiła go też, by odwiedzał ją zawsze, ilekroć tędy będzie przechodził. Jakub wcale jej nie strofował, owszem mówił uprzejmie, z szacunkiem, radząc jej by przecież raz posłuchała nauki Jezusa; zapewniał ją, że pewnie nie zdarzy się jej nigdy widzieć lub słyszeć coś znakomitszego. Nie powinna— jak mówił — krępować się słuchaczami, lecz przybyć w takim ubiorze, jaki przywykła nosić. Magdalena uprzejmie przyjęła jego zaproszenie, a przecież później za przybyciem Marty i Anny Kleofy okazała się tak sztywną, i tak długo trzeba ją było namawiać, zanim się zgodziła. Na dzień przed zapowiedzianą nauką, wieczorem, wyruszyła Magdalena w towarzystwie siostry i Anny Kleofy do Damna do świętych niewiast. Jechała na osiołku, bo do pieszych podróży nie była przyzwyczajoną. Ubiór miała staranny, ozdobny, jednak nie tak dziwaczny, przesadny, jak przy powtórnym jej nawróceniu się. W gospodzie wynajęła oddzielną komnatę i obcowała tylko z Diną i Sufanitką, odwiedzającymi ją kolejno. Wreszcie, zasiadłszy wszystkie razem, rozmawiały ze sobą łagodnie i uprzejmie. Zauważyłam jednak, że nawrócone grzesznice zachowywały w poufałości pewną powściągliwość, jak się to zdarza, gdy np. oficer spotka się z dawnym swoim kolegą, który potem został kapłanem. Wkrótce jednak znikła ta sztywność wobec wrodzonego kobietom współczucia, rozproszyły ją łzy i poufałe, wzajemne zwierzenia, i przyszły wszystkie razem do gospody, stojącej u stóp góry. — Reszta świętych niewiast nie szła na naukę, aby nie przeszkadzać swą obecnością Magdalenie. Przybyły one tu dlatego, bo chciały, by Jezus nie szedł do Kafarnaum, lecz tutaj do nich przyszedł; w Kafarnaum bowiem zebrali się znowu Faryzeusze, radząc nad zgubą Jezusa. Zeszły się tu z tych samych miejscowości i zamieszkały w tym samym domu. Pozostaną tu zapewne na zawsze, bo obecnie jest Kafarnaum punktem środkowym wędrówki Jezusa. Młodego Faryzeusza z Samarii, który tu był ostatnim razem, już nie ma; miejsce jego zajął inny. Nie tylko w Kafarnaum, ale także w Nazarecie i w innych miejscowościach sprzysięgli się Faryzeusze przeciw Jezusowi; jawnie nawet wypowiadali swe groźby. Z tego to powodu były święte niewiasty, a szczególnie Maryja, w tak wielkiej obawie. — Wysłały nawet posłańca do Jezusa z prośbą by po skończeniu nauki nie szedł do Kafarnaum, tylko przyszedł do nich do Damna. Radziły Mu, by raczej obszedł Kafarnaum z prawej lub lewej, strony, lub by przeprawiwszy się przez jezioro, poszedł do miast pogańskich, aby ujść niebezpieczeństwa. Jezus kazał im na to odpowiedzieć, by Jemu pozostawiły troskę o to; wie On, co ma czynić i dlatego właśnie przybędzie do nich do Kafarnaum.

Kazanie na górze koło Gabara. Magdalena.

Magdalena przyszła z towarzyszkami w sam czas na górę, mnóstwem ludzi już zapełnioną. Chorych poumieszczano w różnych miejscach, stosownie do rodzaju ich słabości, pod lekkimi namiotami i przenośnymi chatkami. Uczniowie utrzymywali porządek między ludźmi i z oznakami szczerej przychylności we wszystkim im pomagali. — Mównica stała w obmurowanym półkolu, nad nią zaś rozpięta była zasłona. Tu i ówdzie rozwiesili także i słuchacze nad sobą dachy z płótna. Magdalena siedziała z niewiastami na wzgórku w wygodnym miejscu, w pewnym, niewielkim oddaleniu od mównicy. Około godziny dziesiątej przybył Jezus z uczniami na górę, a tuż za Nim nadeszli Faryzeusze, Herodianie i Saduceusze. Jezus wszedł na mównicę, uczniowie stanęli z jednej strony półkola, Faryzeusze zaś z drugiej. Naukę Jezus wielokrotnie przerywał; wtedy zmieniali się ludzie, jedni odchodząc, drudzy zajmując ich miejsce. Niejedno powtarzał Jezus kilka razy. W przerwach tych posilali się słuchacze, a i Jezus raz to uczynił;


441

przekąsił nieco i napił się wina. Nauka obecna była jedną z najostrzejszych, jakie miał dotychczas; przemawiał Jezus z taką siłą i mocą, jak rzadko. Przed modlitwą, zaraz z początku zapowiedział, by nie gorszono się tym, jeśli Boga zwać będzie Ojcem Swym, bo kto czyni wolę Ojca niebieskiego, ten staje się Jego synem; udowodnił im też, że On właśnie wolę tę ściśle wypełnia. Następnie głośno się pomodlił do Ojca Swego i począł prawić surowe kazanie pokutne, na sposób dawnych proroków. Przytoczył w nim wszystko, co zaszło od czasu pierwszej obietnicy, wymienił wszystkie typy i groźby Boże i wykazał, że albo już się obecnie spełniły, albo spełnią się w najbliższym czasie. Ze spełnienia proroctw udowodnił, że Mesjasz musiał już przybyć. Mówił, jak to Jan, przesłaniec Mesjasza, przygotowywał Mu drogi i wiernie spełnił to zadanie, a oni mimo to pozostali zatwardziałymi. Wymieniał im wszystkie ich występki, obłudę i bałwochwalstwo, oddawane grzesznemu ciału, piętnował ostro Faryzeuszów, Saduceuszów i Herodian; mówił z wielkim zapałem o gniewie Bożym, o zbliżaniu się sądu, przepowiadał zburzenie Jerozolimy i świątyni, i klęski, na ten kraj spaść mające. Przytaczając wiele tekstów z Malachiasza, wyjaśniał je i wykazał zawarte w nich przepowiednie o Mesjaszu i Jego przesłańcu, o sądzie na bezbożnych, o powtórnym przyjściu Mesjasza na sąd ostateczny, o ufności i pociechach, mających przypaść w udziale bogobojnym, wreszcie o nowej, czystej ofierze, oznaczającej zapewne Ofiarę Mszy świętej. Groził im wreszcie, iż łaska Boża odwróci się od nich, a przejdzie na pogan. Zwracał się także Jezus do uczniów, zachęcając ich do wierności i wytrwałości, i oznajmiał im, że pośle ich kiedyś do wszystkich ludów, by opowiadali naukę zbawienia. Upominał ich, by nie przestawali ani z Faryzeuszami, ani z Saduceuszami, ani z Herodianami. Na tych ostatnich uderzył ostro publicznie, trafnymi porównaniami określał ich niską wartość moralną, a nawet wprost na nich wskazywał. To złościło ich najwięcej, bo po największej części potajemnie tylko należeli do tej sekty, a otwarcie żaden z nich za Herodiana nie chciał uchodzić. Podczas kazania rzekł Jezus w pewnym miejscu: Kto nie przyjmie Zbawienia, los jego gorszym będzie od losu Sodomy i Gomory. Podczas przerwy więc przystąpili do Niego Faryzeusze i zapytali: „Czy zapadnie się z nimi ta góra, miasto, lub cały kraj? Czy może być jeszcze co gorszego?" Odrzekł im na to Jezus: „W Sodomie zapadły się domy i mury, ale dusze nie wszystkie zginęły; nie znali bowiem tamtejsi ludzie obietnicy, nie mieli prawa i proroków." Następnie wyrzekł kilka słów, odnoszących się zapewne do Jego zstąpienia do otchłani po śmierci, skąd wiele owych dusz wyratuje. Potem tak mówił dalej: „Inaczej będzie z tymi, którzy teraz żyją, a zbawienia nie przyjmują. Dane im jest bowiem wszystko. Należą do wybranego narodu, który Bóg tak licznie rozmnożył; mają wszystkie potrzebne wskazówki, przestrogi i przyrzeczenie spełnienia obietnicy. Jeśli więc to odrzucają i trwają w niewierze, nie przepadną w otchłani martwe kamienie i góry, posłuszne głosowi Pana, lecz ich kamienne serca i dusze. A los to gorszy od losu Sodomy." Po tym surowym nawoływaniu do pokuty i przepowiadaniu strasznego sądu na grzeszników, zmienił Jezus nagle ton mowy; z miłością nawoływał grzeszników do Siebie, a nawet wylewał łzy miłości. W modlitwie, zaniesionej do Ojca niebieskiego, prosił Go, by skruszył serca słuchaczów, by choć część ich, przynajmniej kilku, lub choć jeden tylko, nawet największy zbrodniarz, przyszedł do Niego z pragnieniem poprawy; jedną przynajmniej duszę chciał pozyskać, a obiecywał wszystko z nią podzielić, dla niej wszystko oddać, nawet życie Swe dać za nią. Wreszcie wyciągnął ręce ku tłumom i zawołał: „Pójdźcie! Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy strudzeni i obciążeni jesteście! Chodźcie, grzesznicy, czyńcie


442

pokutę, uwierzcie, a Ja podzielę z wami Moje królestwo." Także ku Faryzeuszom i nieprzyjaciołom Swym wyciągał ramiona, pragnąc, by choć jeden z nich poszedł za Nim. Magdalena, siedząca przy niewiastach, wyglądała na damę z wyższej sfery, pewną siebie, a przynajmniej chciała początkowo za taką uchodzić; w sercu jednak czuła wzrastający wstyd i wzruszenie. Z początku rozglądała się po tłumach; gdy jednak przyszedł Jezus i zaczął nauczać, uwaga jej zwracała się coraz więcej ku Niemu, wzrokiem i duszą lgnęła coraz bardziej do Niego. Nawoływanie Jezusa do pokuty, przedstawienie ohydy występku i obraz kar, grożących grzesznym, wstrząsnęły nią do głębi; nie mogła się oprzeć potędze tych słów, zadrżała na całym ciele, a łzy spłynęły po jej twarzy, okrytej zasłoną. Gdy Jezus z miłosnym błaganiem nawoływał grzeszników, by przyszli do Niego, powstało w tłumie poruszenie, ludzie cisnęli się bliżej i jedni drugich popychali, wtedy to i Magdalena skłoniła niewiasty, by razem z nią bliżej przystąpiły. Gdy zaś Jezus rzekł: „Ach! niech bym choć jedną duszę znalazł, która by przyszła do Mnie skruszona", nie mogła Magdalena opanować wzruszenia i gotowa była upaść do nóg Jezusowi. Postąpiła już nawet krok naprzód, lecz towarzyszki wstrzymały ją, by nie wywołać zamieszania i uspokajały ją, że później będzie czas na to. Ten jej niepokój zwrócił zaledwie uwagę najbliższych, bo wszyscy słuchali z natężoną uwagą słów Jezusa. Ten zaś, jak gdyby widział wzruszenie Magdaleny, tak mówił dalej, wlewając pociechę w jej serce: „Gdyby Moje słowa wzbudziły choć iskrę pokuty, żalu, miłości, wiary i nadziei w jakim biednym, zbłąkanym z prawej drogi sercu, a poczytanym mu to będzie za zasługę. Nie zginie to serce, lecz żyć będzie i wzrastać w cnocie; Ja je wyżywię i wychowam, a potem zaprowadzę do Ojca." Słowa te przeniknęły do serca Magdaleny i napełniły je otuchą; usiadła więc znowu spokojnie z innymi. Na tym zeszło prawie do szóstej godziny; słońce, kończąc swój bieg, zbliżało się już do krańców horyzontu. Nauczając, zwrócony był Jezus ku zachodowi, bo i mównica tak była obrócona; za Nim nie stał nikt. Po nauce pomodlił się Jezus, pobłogosławił lud i rozpuścił do domu. Uczniom polecił zakupić żywności od tych, którzy mieli jej za wiele, lub wyprosić za darmo i rozdzielić między ubogich i potrzebujących. Część uczniów zabrała się zaraz do tego, a że znano ich tu dobrze w okolicy, więc też wielu dawało chętnie za darmo, inni znowu im odsprzedawali; ubodzy, zaopatrzeni w ten sposób dostatnio, wielbili dobroć Pana i dziękowali mu. Reszta uczniów poszła tymczasem z Jezusem ku chorym, zgromadzonym tu w wielkiej liczbie. Faryzeusze, rozgoryczeni, ale po części zadziwieni i wzruszeni, wybrali się z powrotem do Gabara, kryjąc złość w sercu. Na odchodnym przypomniał jeszcze Jezusowi przełożony, Szymon Zabulony by nie zapomniał przyjść na wieczerzę do jego domu, co też mu Jezus obiecał. Po drodze krytykowali Faryzeusze i wymyślali tak długo na Jezusa, na Jego naukę i sposób postępowania, (a każdy wstydził się przed drugim dać poznać po sobie wzruszenie, jakie w nim sprawiła nauka Jezusa), iż doszedłszy do miasta, każdy znowu wmówił w siebie przekonanie o swej rzekomej sprawiedliwości. Za Jezusem zbliżyła się do chorych i Magdalena z niewiastami i wmieszała się w tłum, zebrany koło chorych niewiast, jak gdyby chciała w czym pomagać. Była już bardzo wzruszona, ale widok tych nędznych, nieszczęśliwych, wstrząsnął nią jeszcze bardziej. Jezus uzdrawiał najpierw chorych mężczyzn wszelkiego rodzaju. Wkrótce rozległy się w powietrzu śpiewy dziękczynne uzdrowionych, odchodzących do domu z towarzyszami. Za zbliżeniem się Jezusa do kobiet, odsuwano natrętnych, by zrobić miejsce dla Niego i dla uczniów, a że ucisk był wielki, więc fala ludzi uniosła Magdalenę i jej towarzyszki nieco w tył. Magdalena


443

szukała jednak sposobności, wdzierała się w każdą zrobioną w tłumie lukę, aby tylko zbliżyć się do Jezusa, zwracającego się jednak zawsze od niej w inną stronę. Między chorymi było kilka niewiast, cierpiących na krwotok, i te także Jezus uzdrowił. Jak jednak musiało być na sercu już i tak czułej Magdalenie, a niezwyczajnej patrzeć na taką nędzę, gdy naraz przyprowadzono sześć kobiet, opętanych straszliwie przez duchy nieczyste; powiązane były razem po trzy, a silne służebne ciągnęły je przemocą do Jezusa na długich chustach i rzemieniach. Pierwszy to raz widziałam, iż publicznie przyprowadzano opętane niewiasty do Jezusa. Jedne z nich były z za jeziora Genezaret, inne z Samarii; były między nimi i poganki czasem zachowywały się cicho i spokojnie i nie robiły sobie nic złego, to znowu dostawały napadu, miotały się, krzyczały i rzucały się jak szalone. Związano je dopiero tutaj i podczas nauki trzymano w odosobnieniu, a teraz przyprowadzono przed Jezusa. Za zbliżeniem się do Jezusa i uczniów zaczęły stawiać gwałtowny opór, a szatan miotał nimi straszliwie; z ust ich wychodziły przeraźliwe krzyki, a członki wykręcały się w najrozmaitszy sposób. Widząc to Jezus, zwrócił się ku nim, nakazując milczenie i spokój; w tej chwili stanęły spokojnie jak skamieniałe. Wtedy Jezus zbliżył się ku nim, a gdy na Jego polecenie rozwiązano je, kazał im uklęknąć, pomodlił się nad nimi i włożył na nie ręce; pod ich dotknięciem popadły niewiasty w chwilowe omdlenie, a zacięty wróg wyszedł z nich w postaci ciemnej pary. Teraz podnieśli je krewni z ziemi, a one, płacząc, pokłoniły się przed Jezusem do ziemi, dziękując Mu za uzdrowienie. Jezus zaś upominał je, by się nawróciły, oczyściły i czyniły pokutę, aby zło nie powróciło znowu ze zdwojoną siłą. Zmrok już zapadał, gdy Jezus zeszedł wreszcie z uczniami do Gabara. Przed Nim i za Nim szły tłumy ludu. Magdalena, idąc za wewnętrznym głosem serca, bez względu na cokolwiek innego, szła z gromadką uczniów tuż za Jezusem, a wraz z nią cztery jej towarzyszki. Wciąż starała się być jak najbliżej Jezusa. Ponieważ to było wbrew ówczesnym zwyczajom, zauważyli to zaraz uczniowie i powiedzieli Jezusowi. Ten zaś, zwracając się do nich, rzekł: „Dozwólcie jej iść za Mną! nie wasza to rzecz." Przyszedłszy do miasta, udał się Jezus do domu godowego, gdzie Szymon Zabulon zastawił ucztę. Podwórze napełnione już było chorymi i ubogimi, którzy, słysząc o zbliżaniu się Jego, przyszli błagać Go o pomoc. Jezus zajął się zaraz nimi, upominał ich, pocieszał, a chorych uzdrawiał. Widząc to Szymon Zabulon, podszedł ku Niemu z kilku Faryzeuszami i rzekł: „Mistrzu! zasiądź przecież do uczty, czekamy na Ciebie. Dosyć już pracowałeś dzisiaj; ludzie ci mogą przyjść innym razem." Chciał nawet zaraz odprawić ubogich z niczym. Na to rzekł mu Jezus: „To są Moi goście, których Ja zaprosiłem, więc muszę ich przede wszystkim pokrzepić. Zaprosiwszy Mnie na ucztę, zaprosiłeś zarazem i tych, więc nie zasiądę do uczty, dopóki oni nie otrzymają pomocy i nie wezmą udziału w uczcie." Musieli więc Faryzeusze znowu ustąpić i jeszcze do tego zastawić zaraz na podwórzu stoły dla chorych i ubogich. Jezus uzdrowił wszystkich, kto zaś chciał zostać, prowadzili go zaraz uczniowie do stołów, oświeconych lampami, i tam sadowili. Magdalena i jej towarzyszki przyszły aż tu za Jezusem i zatrzymały się w przysionkach podwórza, przytykających do sali jadalnej. Ułatwiwszy się z chorymi, zasiadł Jezus z częścią uczniów do uczty, inni zaś uczniowie donosili z Jego stołu, obficie zastawionego, potrawy ubogim, usługiwali im i jedli wraz z nimi. Podczas uczty nauczał Jezus i właśnie zaczęli z Nim Faryzeusze zaciętą dysputę, gdy wtem Magdalena, która tymczasem zbliżyła się z towarzyszkami do drzwi wejściowych, weszła (w pokornej postawie, z zasłoną na twarzy) szybkim krokiem do sali, trzymając w ręku małą, białą flaszeczkę. Wszedłszy, stanęła


444

przed Jezusem i wylała Mu na głowę zawartość flaszeczki, a ująwszy w obie ręce fałdzisty koniec swej zasłony, przesunęła nią po głowie Jezusa, jak gdyby chciała przygładzić mu włosy i zetrzeć zbywający balsam. Prędko się z tym załatwiwszy, cofnęła się nieco w tył. Po sali rozeszła się woń przyjemna, ożywiona rozmowa ustała natychmiast, cisza zapanowała, a wszyscy spoglądali ciekawie to na niewiastę, to na Jezusa, który siedział spokojnie, nie zwracając na to uwagi. Niektórzy biesiadnicy spoglądali niechętnie na Magdalenę, a pochylając się ku sobie, coś cicho szeptali. Najwięcej wydawał się Szymon Zabulon być rozgniewanym. Zauważywszy to Jezus, rzekł do niego: „Odgaduję twe myśli, Szymonie! uważasz, że nie godzi się, bym pozwolił tej niewieście namaszczać Mi głowę, dlatego, że jest jawnogrzesznicą. Lecz nie masz słuszności i krzywdę jej tym czynisz. Powodowana miłością, oddala mi usługę, której ty zaniedbałeś uczynić; albowiem nie wyświadczyłeś Mi czci, należnej gościowi." — Następnie, zwróciwszy się do Magdaleny, stojącej za Nim, rzekł: „Idź w pokoju! Wiele zostało ci odpuszczone." — Magdalena wróciła zaraz do towarzyszek i wraz z nimi opuściła dom. Jezus zaś, rozmawiając o niej z biesiadnikami, rzekł: „Dobra to niewiasta i miłosierne ma serce. Nie trzeba sądzić drugich. Nieraz rzuca się kamieniem na tego, który wyznał publicznie swą winę, a własne serce ma się obciążone winą o wiele większą, tylko że tajemną." Jezus nauczał jeszcze długo, a potem wrócił z uczniami do gospody. Magdalenie tkwiły wciąż w pamięci słowa Jezusa: „Gdyby choć jedno serce skruszone zechciało przyjść do Mnie." To, co widziała i słyszała, wzruszyło ją i wstrząsnęło do głębi. Powodowana wewnętrznym pragnieniem i szlachetniejszym porywem serca, chciała okazać Jezusowi tę zmianę, zaszłą w niej, i uczcić Go w jakikolwiek sposób. Ze smutkiem widziała, że temu nadzwyczajnemu, najświętszemu Nauczycielowi, temu najmiłościwszemu, cuda czyniącemu Opiekunowi potrzebujących, nie wyświadczyli Faryzeusze żadnej z oznak czci należnej gościowi; jakiś więc głos wewnętrzny skłonił ją do tego, by wynagrodziła Mu niedbalstwo innych. Flaszeczkę z wonnościami wielkości dłoni nosiła zawsze przy sobie, jak to było w zwyczaju u znakomitych niewiast; skorzystała z tego i przy uczcie pomazała Jezusowi głowę. Dnia tego ubraną była w długą, białą suknię wierzchnią, wyszywaną w wielkie czerwone kwiaty i małe listki. Rękawy były szerokie, na ramionach ściśnięte we fałdy naramiennikami. Z tyłu była suknia głęboko wycięta i zwieszała się wolno bez wcięcia, z przodu była otwarta, a nad kolanami związana rzemykami, lub sznurkami. Piersi i plecy okryte były rodzajem wielkiego szkaplerza, przystrojonego sznurami pereł i ozdóbkami, zwieszającego się przez plecy, a po bokach zeszytego. Pod tym miała jeszcze drugą, barwną suknię. Zasłoną, którą zwykle zawijała na szyję, była dziś starannie okryta. Wzrostu była większego, aniżeli reszta świętych niewiast, silnie, zbudowana, a jednak smukła; palce miała cienkie i bardzo piękne, nogi małe, wąskie, włos bujny i długi; w ruchach jej przebijał się wytworny wdzięk. Powróciwszy z towarzyszkami do gospody, poszła Magdalena wraz z Martą zaraz do drugiej gospody, położonej w Betulii nad jeziorem kąpielowym o godzinę drogi stąd, gdzie oczekiwała już na nią Maryja w otoczeniu świętych niewiast, i zaraz wszczęła z nią rozmowę. Magdalena unosiła się nad nauką Jezusa; o sobie nie mówiła nic, ale towarzyszki jej opowiedziały za nią Maryi, jak namaściła Jezusa, i co Jezus powiedział. Wszystkie niewiasty prosiły bardzo Magdalenę, by odtąd została przy nich, lub przynajmniej na jakiś czas przybyła do Betulii, Magdalena nie zarzekała się, lecz mówiła, że musi najpierw pójść do Magdalum, uporządkować swe gospodarstwo. Nie podobało się to niewiastom, bo przeczuwały, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Magdalena tymczasem nie


445

przestawała opowiadać o wzruszeniu, jakiego doznała, o wspaniałości, potędze, łagodności i cudach Jezusa, zapewniając, że powróci do nich, że musi pójść za Jezusem, chociaż niegodna jest obcowania z nim. Wpadała też co chwilę w zadumę, często płakała, i jakoś coraz lżej jej było na sercu. Nie dała się jednak nakłonić do pozostania, lecz powróciła ze służebnicą do Magdalum. Marta odprowadziła ją kawałek, a potem zeszła się w drodze ze świętymi niewiastami, powracającymi do Kafarnaum. Magdalena wyróżnia się wśród kobiet słusznym wzrostem i pięknością. Dina za to jest ruchliwszą i zwinniejszą; dla każdego uprzejmą, każdemu niesie pomoc, a czyni to z pokorą, jak zwinna, życzliwa służebnica. Wszystkie jednak przewyższa przedziwną pięknością Najświętsza Panna. Może znalazłyby się i inne równie kształtnej postaci, może przewyższa ją Magdalena swą uderzającą powierzchownością i kibicią, lecz Maryja wyróżnia się nad wszystkie Swą nieopisaną prostotą, skromnością, powagą, łagodnością i spokojem; jest tak przeczystą bez wszelkich wrażeń ubocznych, że widzi się w niej wyłącznie obraz Boga w człowieku. Pod tym względem podobny jest do Niej tylko Jej Syn. Z twarzy zaś Jej przebija, jak u nikogo więcej, niewypowiedziana czystość, niewinność, powaga, mądrość, spokój i słodki wdzięk, jaki tylko pobożność nadaje. Przebija z Niej wzniosłość, a zarazem niewinność prostego dziecięcia. Obecnie jest bardzo poważną, spokojną i często smutną; smutek Jej jednak nie ma nigdy gwałtownych objawów, łzy tylko spływają cicho po Jej spokojnym obliczu. Magdalena weszła wkrótce w dawny tryb życia. Odwiedzali ją wciąż mężczyźni, którzy w zwykły a uwłaczający sposób wyrażali się o Jezusie, o Jego podróżach, nauce i o wszystkich Jego stronnikach. Magdalena przyznała się im, że słuchała w Gabara nauki Jezusa, lecz oni wyśmiali ją, uważając to za niepodobieństwo. Za to zwrócili zaraz uwagę, że Magdalena wygląda o wiele piękniej i przyjemniej, niż ostatnimi czasy. Takie mowy i pochlebstwa omamiły ją na nowo, to też wkrótce popadała w grzechy głębiej niż przedtem. Po nowym upadku zyskał nad nią szatan tym większą władzę; gwałtowniej też napadał na nią, widząc, jak łatwo mógł ją utracić. Wreszcie ją opętał, skutkiem czego miała Magdalena często kurcze i konwulsje.

NAUKI I CZYNY JEZUSA W KAFARNAUM I W OKOLICY. KAZANIE NA GÓRZE

Setnik Korneliusz.

Z Gabary udał się Jezus do posiadłości królika Serobabela koło Kafarnaum. W domu znajdowali się zarządca, służba i uzdrowiony syn Serobabela, wszyscy już ochrzczeni. Wkrótce przybyli do Jezusa z podziękowaniem dwaj trędowaci, których Jezus za ostatnią Swą bytnością w Kafarnaum uzdrowił. Jezus nauczał do wieczora i uzdrowił wielu chorych, o zmierzchu zaś poszedł w dolinę Kafarneńską do domu Swej matki, podczas gdy uczniowie do swoich rodzin się rozbiegli. U Maryi zebrane były wszystkie święte niewiasty, przejęte wielką radością. Maryja i niewiasty prosiły jeszcze raz gorąco Jezusa, by raniutko przeprawił się na drugą stronę jeziora, bo tu niebezpiecznie dlań zostawać, tak rozjątrzona jest na Niego komisja Faryzeuszów. Jezus, świadom tego, co ma czynić, uspokoił ich obawy i rady tej nie przyjął. Spokojniejsza już nieco Maryja wstawiała się do Niego za chorym niewolnikiem setnika Korneliusza, popierając prośbę tym, że Korneliusz — to bardzo dobry


446

człowiek, bo, chociaż poganin, z przychylności dla żydów wybudował im synagogę; prosiła Go również o uzdrowienie chorej córki naczelnika synagogi Jaira, mieszkającego w małej osadzie koło Kafarnaum. Nazajutrz rano poszedł Jezus z kilku uczniami ku domowi setnika Korneliusza, położonemu na wzgórzu na północ od miasta. Wtem, koło domu Piotra, zabiegli Mu drogę dwaj Żydzi, których Korneliusz już przedtem raz był posyłał do Niego. Ci prosili Go teraz powtórnie, by ulitował się nad jego niewolnikiem, tym bardziej, że Korneliusz zasługuje na to, bo jako przyjaciół Żydów wybudował im bożnicę i za zaszczyt sobie poczytywał, że mógł to uczynić. Dowiedziawszy się, że Jezus właśnie tam idzie, posłali prędko gońca, by uprzedzić Korneliusza o przybyciu Jezusa. Przybywszy przed Kafarnaum, zboczył Jezus przy bramie na prawo, na drogę między miastem a murem, minął celę jakiegoś trędowatego, wykutą w murze, a uszedłszy jeszcze kawałek, ujrzał w dali dom Korneliusza. Na wieść, że Jezus się zbliża, wyszedł Korneliusz z domu; ujrzawszy z dala Jezusa, ukląkł, a mieniąc się niegodnym być przy Jezusie i rozmawiać z Nim, wysłał doń naprzód posłańca, który rzekł: „Panie! setnik kazał Ci rzec te słowa; „Panie! nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale rzeknij tylko słowo, a będzie zdrów sługa mój. Gdyż jeśli ja, człowiek mały, poddany mych przełożonych, mogę powiedzieć do mych sług; czyń to czyń owo, a oni wypełniają moje rozkazy, o ileż łatwiej musi być dla Ciebie rozkazać twemu niewolnikowi wyzdrowieć i by on rzeczywiście wyzdrowiał‖ Usłyszawszy te słowa Jezus, zwrócił się do otaczających Go i rzekł; „Zaprawdę, powiadam wam nie znalazłem takiej wiary w Izraelu. Wiedzcie przeto, że wielu przyjdzie ze wschodu i zachodu słońca i zasiądą w królestwie niebieskim z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem; a wielu Izraelitów, dzieci królestwa Bożego, popadnie w bezdenne ciemności, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów!" A zwróciwszy się do sługi setnika, rzekł; „Idź! Niech ci się stanie według wiary twojej!" Słowa te powtórzył posłaniec klęczącemu setnikowi, a ten, pokłoniwszy się do ziemi, powstał i pospieszył do domu. Ledwie wszedł, napotkał dotychczas chorego sługę, który zdrów już zupełnie, wyszedł, otulony w płaszcz i z owiniętą głową. Niewolnik ten nie był tutejszy, lecz jakiś cudzoziemiec, o żółto brązowej barwie skóry. Jezus tymczasem skierował się zaraz z powrotem do Kafarnaum. Gdy przechodził znowu koło celi trędowatego wybiegł tenże, upadł Mu do nóg i rzekł: „Panie, jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić" Jezus kazał mu wyciągnąć rękę, dotknął się jej i rzekł: „Chcę. Bądź oczyszczony!" Trąd opadł z chorego natychmiast, a wtedy Jezus kazał mu stawić się przed kapłanami do oględzin, złożyć ofiarę, a zresztą uzdrowienia tego nie rozgłaszać. Uzdrowiony, poszedł zaraz do kapłanów Faryzeuszów i kazał się zbadać, czy rzeczywiście jest czystym. Kapłani, dowiedziawszy się, kto go uzdrowił, źli byli strasznie, surowo i skrupulatnie badali go, ale w końcu musieli mu wydać świadectwo oczyszczenia. Tylko na odchodnym wszczęli z nim kłótnię, a w końcu wyrzucili go za drzwi. Jezus wszedł tymczasem w ulicę prowadzącą, do środka miasta. Czekało tu już na Niego mnóstwo chorych i opętanych, zebranych przeważnie w szałasach koło studni. Jezus uzdrawiał dobrą godzinę, poczym wyszedł z miasta i poszedł z uczniami w wąwóz, położony nad Magdalum, niedaleko Damny, gdzie była publiczna gospoda. Tu czekały już na Niego wdowa Maroni z Naim i poganka Lais także z Naim, z dwiema córkami, Sabią i Atalią, które Jezus niedawno uwolnił w Meroz od diabła. Maroni przybyła tu błagać Jezusa, by poszedł uzdrowić jej dwunastoletniego syna Marcyalisa, który, jak mówiła, tak był chory, że nie spodziewała się go za powrotem do domu zastać przy życiu. Jezus kazał jej spokojnie wrócić, obiecał przyjść, ale kiedy, nie powiedział. Zostawiwszy przyniesione podarki w gospodzie, wybrała się zaraz Maroni ze służącym z


447

powrotem do domu, dokąd miała około 9 godzin drogi. Była to zamożna, poczciwa niewiasta, matka i opiekunka wszystkich ubogich dzieci w Naim. Powoli zaczęli się tu schodzić uczniowie, i tak przybył Bartłomiej z synkiem swej siostry, wdowy, Jozesem, zapewne by go dać ochrzcić; dalej Tomasz przyprowadził ze sobą Jeftego, uzdrowionego synka setnika Achiasza z Giszali. Samego Achiasza nie było, przybył za to z nimi Judasz Iskariot z Meroz. — Lais i obie jej córki już w Naim przeszły na żydowską wiarę wyrzekłszy się wobec kapłanów praktyk pogańskich. Odbył się przy tym pewnego rodzaju chrzest, polegający na pokropieniu wodą i różnych oczyszczeniach. W takich wypadkach chrzczono u Żydów i kobiety. Ale Jezus ani Jan nie czynili tego wcale przed Zielonymi świętami. W Kafarnaum zebrani są teraz wszyscy przyszli apostołowie oprócz Mateusza, bardzo wielu uczniów i krewnych Jezusa, tak mężczyzn jak kobiet. Przybyła także z podarunkami do Maryi jej najstarsza siostra, Maria Heli, licząca z górą 70 lat, z drugim swym mężem Obedem. Mieszkała ona w Jafa, małej miejscowości, najwyżej godzinę drogi oddalonej od Nazaretu, gdzie mieszkał przedtem Zebedeusz i gdzie przyszli na świat jego synowie. Cieszyła się bardzo na myśl, że ujrzy znowu swych trzech synów, obecnie uczniów Janowych: Jakuba, Sadocha i Heliachima. Jakub był już w tym wieku, co Andrzej; jest to ten sam, który wraz z uczniem Kefasara i jakimś Janem miał sprzeczkę z Pawłem co do żydowskiej ceremonii obrzezania. Był to najznakomitszy i najstarszy z pomiędzy 70 uczniów, po śmierci Jezusa został kapłanem, zwiedził później z Jakubem Starszym, Hiszpanię, archipelag, Cypr i kraje pogańskie na granicy Palestyny. Pierwszym biskupem jerozolimskim był nie on, lecz Jakub Młodszy, syn Alfeusza i Marii Kleofy.

Uzdrawiania Jezusa. Dlaczego uczył przez porównania

Faryzeusze i Saduceusze uchwalili stawić dziś Jezusowi prawdziwy opór i umyślili albo wypchnąć Go z synagogi, wśród przygotowanego z góry zgiełku — do czego najęli ludzi — albo Go pochwycić, Lecz stało się inaczej. Oto Jezus rozpoczął Swoją naukę w synagodze bardzo ostrą przedmową, jako taki, który ma władzę i moc tak przemawiać. Zapamiętałość rozjuszonych Faryzeuszów wzrosła do tego stopnia, że już mieli rzucić się na Niego, gdy wtem wielkie powstało w synagodze zamieszanie. Oto człowiek opętany przez diabła i zwykle z powodu szaleństwa związany, rozerwał pęta podczas nieobecności stróżów, którzy właśnie znajdowali się w synagodze, i wpadł jak jędza do synagogi, przedarł się z przeraźliwym krzykiem przez tłum, roztrącając go na bok, a dobiegłszy do miejsca, gdzie Jezus nauczał, wołał: „Jezusie Nazareński! Co mamy z Tobą do czynienia? Tyś przybył, aby nas wypędzić! Wiem, kto jesteś; Tyś jest Święty Boży!" Ale Jezus, nie poruszony tym wcale, obrócił się zaledwie do niego ze Swego wzniesienia, pogroził tylko ręką, i rzekł spokojnie: „Milcz i wyjdź z niego !" Wtedy uspokoił się ów człowiek i upadł, szarpany na wsze strony. Szatan umknął, a w powietrzu unosiły się z niego jakby czarne kłęby dymu. Człowiek ów zaś, blady całkiem i uspokojony, upadł twarzą na ziemię i płakał. Wszyscy byli świadkami tego strasznego a zarazem cudownego zjawiska mocy Chrystusa. Strach ich zamienił się w podziw i szeptanie, a Faryzeusze stracili teraz do szczętu odwagę i zdumieni mówili tylko między sobą: „ Co to za człowiek? Rozkazuje duchom, a one Go słuchają.‖ Tymczasem Jezus nauczał dalej, a owego uwolnionego od diabła, zupełnie osłabionego, zanieśli krewni i jego żona, która była wówczas w synagodze, do domu.


448

Przyszedłszy do sił, wrócił do synagogi i czekał na Jezusa przy drzwiach; gdy Jezus wychodził, złożył Mu podziękowanie i zasięgał Jego rady na przyszłość. Wtedy Jezus upominał go, aby już więcej nie dopuszczał się sprośności, gdyż może się mu stać jeszcze gorzej, i zachęcał go do pokuty i chrztu, Ów człowiek był sukiennikiem, wyrabiał owe delikatne, wąskie, bawełniane szale, które noszono na szyi. Teraz uspokojony i uzdrowiony, powrócił do swych zajęć. Nieczysty duch zwykł był owładać takich ludzi, którzy bez miary oddawali się namiętnościom. Po tym wypadku stracili Faryzeusze zupełnie otuchę, by mogli dzisiaj targnąć się na Jezusa i dlatego zachowywali się całkiem spokojnie aż do końca nauki, którą miał Jezus, wykładając bez przeszkody, poważnie, a nawet surowo lekcję szabatową z Mojżesza i Ozeasza. Cała postawa Jego i sposób mówienia był dzisiaj o wiele ostrzejszy, aniżeli zwykle; mówił jako taki, który ma moc do tego. Po skończonym kazaniu udał się Jezus do domu Maryi, gdzie były zgromadzone niewiasty, wielu krewnych i uczniów, Według moich obliczeń było wszystkich świątobliwych niewiast aż do śmierci Jezusa przeszło siedemdziesiąt, a teraz naliczyłam ich już około 37, między którymi były w czasie ostatnich wędrówek i córki Lais z Naim, imieniem Sabia i Atalia. Za czasów świętego Szczepana osiadły one w Jerozolimie. Na drugi dzień nauczał Jezus również bez przeszkód w synagodze. Faryzeusze bowiem tak się naradzili między sobą: „Teraz musimy sobie dać z Nim spokój, bo jeszcze powaga Jego jest za wielka, więc tylko stawiajmy Mu tu i ówdzie przeszkody; trzeba o wszystkim donieść do Jerozolimy i czekać aż do świąt Wielkanocnych, gdy przyjdzie do świątyni." Dzisiaj znowu leżało bardzo wiele chorych znów po ulicach, z których jedni przywlekli się jeszcze przed szabatem, a inni nie dowierzali do tego czasu; teraz jednakowoż na wiadomość o uzdrowieniu owego opętanego, zeszli się ze wszystkich zakątków miasta. Niektórzy z nich byli tu już po kilkakroć, ale jeszcze bez skutku, bo byli to ludzie obojętni, oziębli, leniwi i jeszcze ociężałej się nawracający, aniżeli wielcy grzesznicy. Tak np. Magdalena po nawróceniu swoim upadała znowu, ale przecież potem przezwyciężyła się mocą charakteru, podobnie Dina, Samarytanka, i Maria Sufanitka; w ogóle wszystkie wielkie grzesznice nawracały się bardzo szybko i gorliwie, jak i święty Paweł, który jakby piorunem rażony, od razu się nawrócił. Tymczasem Judasz chwiał się wciąż, aż nareszcie upadł. Zauważyłam także, że Jezus według wyroków Swojej mądrości uzdrawiał ciężko chorych natychmiast, a to dlatego, że tacy chorzy, jak np. opętani, pozostawali w swym opłakanym stanie, albo wbrew swej woli, albo też wskutek choroby nie mogli już kierować swą wolą; innych zaś chorych, którzy dlatego tylko nie grzeszyli zbyt, że im choroba trochę przeszkadzała, albo którzy nie nawracali się, odprawiał Jezus z niczym, albo z upomnieniem, aby się poprawili, a co najwyżej, uśmierzał trochę ich boleści, aby przez nacisk więzów choroby, poskromić i uszlachetnić ich dusze. Jezus jest w stanie wszystkich zarówno uzdrowić, ale uzdrawia tylko tych, którzy wierzą i pokutę czynią, przestrzegając ich przed powtórnym upadkiem. Lekko chorych uzdrawiał Jezus nieraz szybko, jeśli to z pożytkiem było dla ich duszy. Lecz nie zawsze tak robił; bo też nie przyszedł na to, by uzdrowiwszy ciało, czynić je przez to sposobnym do grzechu, lecz by przez uzdrowienie ciała uratować i odkupić duszę grzesznika. Zauważyłam, że w każdym rodzaju choroby tkwiła myśl Opatrzności Bożej, że każda była obrazem winy ciążącej na kimś, czy to własnej, czy to cudzej, za którą trzeba było odpokutować przez chorobę, świadomie, czy nieświadomie, albo też choroba taka była pewnego rodzaju kapitałem próby i cierpliwości, który to kapitał można było zwiększyć przez cierpliwe poddanie się, tak, że właściwie nikt niewinnie i daremnie nie cierpiał.


449

Któż bowiem jest niewinnym, jeśli sam Syn Boży musiał na Siebie przyjąć grzechy całego świata, by je zgładzić? Chcąc Go więc naśladować, musimy cierpliwie nieść za Nim swój krzyż. Ponieważ cierpliwość w cierpieniach, radość w doznawaniu tychże, tudzież łączność naszych cierpień z cierpieniami Jezusa Chrystusa należy do doskonałości, przeto chęć wyłamywania się od nich jest niedoskonałością. Doskonałymi stworzył nas Bóg i doskonałymi powinniśmy się odrodzić. Wszelkie przeto uzdrowienie jest wyłącznie niezasłużoną łaską dla nas biednych grzeszników, którzy zasłużyliśmy więcej jak na chorobę, bo na śmierć; lecz Pan przez Swą śmierć wybawił z niej tych, którzy wierzą w Niego i podług tej wiary działają. I dziś uzdrawiał Jezus znowu wielu opętanych, chromych, cierpiących na wodną puchlinę, krwotok, lub reumatyzm, niemych, ślepych i w ogóle ciężko chorych. Mimo wielu zaś, którzy mogli jeszcze stać, przechodził kilkakrotnie, nie zatrzymując się. Byli między nimi tacy, którzy już nieraz doznali od Niego złagodzenia cierpień, ale oni mimo to nie nawrócili się i upadali znów tak na duszy, jak na ciele. Widząc, że Jezus pomija ich, zaczęli wołać: „Panie! Panie! wszystkich ciężko chorych uzdrawiasz, a nas nie! Panie, zlituj się! Znów jestem chory!" Jezus zapytał: „Dlaczego nie wyciągniecie ku Mnie rąk?" Uczyniwszy to, rzekli: „Oto nasze ręce!" A Jezus rzekł wtedy: „Tak, to ręce wasze wprawdzie wyciągacie, ale rąk serca waszego nie mogę ująć; cofacie je i zaciskacie, gdyż pełni jesteście ciemności." O tym nauczał Jezus obszerniej i uzdrowił wielu takich, którzy się nawrócili; innym złagodził tylko cierpienia, innych wreszcie pominął całkowicie. Po południu poszedł Jezus z wszystkimi uczniami i krewnymi ku jezioru. Na południowym krańcu doliny znajdował się letni ogród kąpielowy, w którym się zatrzymali. Ogród ten zwilżały wody potoku, płynącego z Kafarnaum. Tu obrano miejsce na chrzest Najśw. Panna poszła także przechadzką ku Betsaidzie, powyżej domów trędowatych, a z nią święte niewiasty, między nimi Dina, Maria, Lais, Atalia, Sabia i Marta. Obozowała tam karawana pogan, w której było wiele niewiast z Górnej Galilei, a wszystkie siedziały w koło na wzgórku; Maryja przyłączyła się do nich, i jużto siedząc, jużto przechadzając się, pouczała je i pocieszała. Niewiasty wypytywały się to o to, to o owo, a Maryja wyjaśniała im wszystko, opowiadała o patriarchach i prorokach i o Jezusie. Nieco później nauczał Jezus w przypowieściach zgromadzone tłumy. Lecz nawet uczniowie nie zrozumieli Go, więc później, gdy był z nimi na osobności, tłumaczył im znaczenie przypowieści o siewcy, o kąkolu i pszenicy, i mówił, dlaczego jest niebezpiecznie wyrywać kąkol z pszenicą. Głównie Jakub Starszy mówił to Jezusowi w imieniu wszystkich, że nie rozumieją Go, i zapytał, dlaczego wyraźniej nie mówi. Jezus odrzekł na to, że wszystko im wyjaśni, ale dla słabych na duchu i pogan, nie może być królestwo Boże bez osłony podane. Już teraz lękają się tych słów, bo przy ich ciemnocie wydają się im za ciężkie, muszą więc najpierw przez porównania poznać te prawdy i muszą one w nich wzejść, jak nasienie, które samo ukryte w ziemi, mieści kłos w sobie. Przypowieść powyższą zastosował Jezus do ich powołania, polegającego na pracy, na zbieraniu plonów. Mówił potem w ogóle o naśladowaniu Go, zapowiadał im, że wkrótce wspólnie z Nim będą odbywać wędrówki i że wtedy wszystko im wyjaśni. Wysłuchawszy wszystkiego, zapytał Jakub Starszy: Dlaczego, Nauczycielu, chcesz wyjawiać to nam, prostakom, byśmy to rozgłosili? Wyjaw raczej lepiej Janowi Chrzcicielowi, który tak wielką ma wiarę, kim Ty jesteś, a on najlepiej będzie umiał to rozpowszechnić i rozgłosić!"


450

Wieczorem nauczał Jezus znowu w synagodze. Faryzeusze, ochłonąwszy już trochę z przestrachu, zaczęli znowu w końcu dyskutować z Nim co do tego, jakim prawem odpuszcza grzechy. Zarzucali Mu wypowiedziane w Gabara do Marii Magdaleny słowa, że grzechy są jej odpuszczone. „Skądże — pytali — wie On to? Jakim prawem może tak mówić? Przecież to jest bluźnierstwo przeciw Bogu. — Działo się to w przedsionku synagogi. Jezus wkrótce zbił ich zarzuty i zmusił do milczenia. Wtedy oni, chcąc Go podrażnić, mówili, że On jest Bogiem, nie człowiekiem, lecz i te słowa obrócił Jezus na ich niekorzyść. W końcu podnieśli Faryzeusze wielki krzyk i zgiełk i zaczęli się cisnąć ku Niemu. Lecz Jezus wmieszał się w tłum tak, iż nie wiedzieli, gdzie się podział, poczym przeszedłszy ogród poza synagogą, dostał się do ogrodów Serobabela i bocznymi drogami przybył do domu Swej Matki. Tu przepędził część nocy i przez posłańca kazał powiedzieć Piotrowi i innym uczniom, by za Nim poszli nazajutrz do Naim i zeszli się z Nim po drugiej stronie doliny, powyżej miejsca, gdzie Piotr ryby łowił. Nim odszedł, zapytywali Go się setnik Korneliusz i jego niewolnik, co mają teraz czynić. Jezus polecił im przyjąć chrzest z całą rodziną.

Wskrzeszenie młodzieńca z Naim

Do Naim wiodła droga powyżej miejsca, gdzie Piotr łowił ryby, w poprzek przez dolinę Magdalum, po wschodniej stronie góry, wznoszącej się nad Gabarą, następnie przez dolinę na wschód od Betulii i Giszala. Jezus wędrował z uczniami może dziewięć do dziesięć godzin; raz trzeba było nawet przeprawiać się przez potok Kison. Po drodze nauczał Jezus, między innymi i o tym, po czym się fałszywych proroków poznaje. Wreszcie zatrzymali się w gospodzie, należącej do pasterzy; stąd było jeszcze trzy do czterech godzin drogi do Naim. Naim, zwane także Engannim, jest pięknym miastem o trwałych budynkach. Położone jest na uroczym pagórku od strony południowej, nad potokiem Kison. O niecałą godzinę drogi wznosi się góra Tabor, a w kierunku południowo zachodnim widać Endor. Jezrael leży więcej na południe, lecz dla wyniosłości gruntu jest niewidoczne. O trzy do czterech godzin drogi stąd leży Nazaret. Przed miastem rozciąga się piękna równina Ezdrelon. Okolica obfituje bardzo w zboże, owoce i wino; wdowa Maroni np. posiada całą górę z winnicą, pełną najpiękniejszych latorośli. Około dziewiątej godziny rano zbliżył się Jezus do Naim, mając przy Sobie około trzydziestu towarzyszów. Pagórkowata droga była tu węższa, więc też część uczniów szła naprzód, część w tyle, a Jezus w środku. Zbliżywszy się do bramy miasta, spotkali orszak pogrzebowy. Gromadka żydów, odzianych w płaszcze żałobne, wychodziła właśnie ze zwłokami z bramy miasta. Zwłoki, złożone w skrzyni, niosło czterech mężczyzn na poprzecznych marach, w środku wgiętych. Skrzynia ta, przypominająca kształtem ciało ludzkie, lekka była jak pleciony kosz, a u góry przymocowane było wieko. Za zwłokami szła matka zmarłego w licznym orszaku niewiast; wszystkie miały zasłony na twarzy i w głębokim smutku były pogrążone. Jezus, ujrzawszy orszak, przeszedł środkiem uczniów, ustawionych w dwa szeregi przy drodze, przystąpił do niosących trumnę, oparł na niej rękę i rzekł: "Zatrzymajcie się i postawcie trumnę na ziemi!" Ci uczynili tak i ustąpili na bok, a uczniowie stanęli po obu stronach. Niewiasty zatrzymały się także, a matka, stojąca na przedzie, płakała cicho, myśląc zapewne w duchu: „Ach! Za późno już przychodzi!" Na twarzach wszystkich malował się smutek i współczucie, gdyż kochano bardzo tę wdowę dla jej szczodrobliwości i uczynności względem sierot i ubogich. Kilku tylko było nieprzychylnych, złych. Coraz więcej ludzi nadchodziło z miasta. Wzruszył Jezusa ten smutek ogólny; na żądanie Jego przyniósł jeden z


451

uczniów kociołek wody i gałązkę hyzopu i podał Mu je. Jezus zaś rzekł do niosących: „Otwórzcie trumnę i rozwiążcie opaski!" Po zdjęciu wieka ukazały się zwłoki, poowijane opaskami jak dziecko w pieluchach. Kilku podparło zwłoki rękami, a inni odwinęli opaskę otulającą ciało i ręce, i odkryli oblicze; teraz okryte było ciało tylko wielką chustą. Podczas tego wzniósł Jezus oczy do nieba i tak się modlił: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, żeś te rzeczy zakrył przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, upodobało się Tobie. Wszystkie rzeczy dane mi są od Ojca Mego i nikt nie zna Syna, tylko Ojciec, ani nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten komu Syn zechce objawić. Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście, a Ja was ochłodzę. Weźmijcie jarzmo Moje na siebie, a uczcie się ode mnie, gdyż jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek duszom waszym. Albowiem jarzmo Moje wdzięczne jest, a brzemię Moje lekkie!" Następnie pobłogosławił Jezus wodę, zamaczał w niej gałązkę i pokropił zebrany tłum. Wtem ujrzałam, jak z niektórych wychodziły małe, czarne potworki, jak owady, chrząszcze, ropuchy, węże i małe ciemne ptaki, szybko znikające w dali; ludzi zaś ogarnęło wzruszenie wewnętrzne, czuli się jakby czystsi, jaśniejsi. Wtedy pokropił Jezus gałązką zmarłego młodzieńca i uczynił ręką krzyż nad nim; i znowu ujrzałam, jak z ciała zmarłego wyszła czarna postać, podobna do chmury. Potem rzekł Jezus do młodzieńca: „Powstań !‖ a on usiadł zaraz w trumnie i rozglądał się zdziwiony w koło z ciekawością. Jezus kazał mu podać suknie; nałożono więc nań jakiś płaszcz, a on stanąwszy na nogi, rzekł: „Co to jest? Skąd się tu wziąłem?" Podano mu sandały; nałożył je i wyszedł z trumny, a Jezus, wziąwszy go za rękę, oddał go w objęcia matki, spieszącej już doń, i rzekł: „Zwracam ci syna, lecz zażądam go znowu od ciebie, już odrodzonego przez chrzest." Biedna matka nie posiadała się z radości, podziwu i czci dla Jezusa; nie myślała teraz o dziękowaniu, tylko płacząc rzewnie, ściskała swego syna. Potem udali się wszyscy do domu wdowy wśród śpiewu hymnów pochwalnych, wraz z nimi szedł Jezus z uczniami. Dom wdowy, otoczony ogrodami i podwórzami, obszerny był, ale ledwie mógł pomieścić coraz liczniej przybywających przyjaciół i znajomych. Wszystko cisnęło się, by ujrzeć młodzieńca. Okąpano go i ubrano w białą sukienkę, przepasaną paskiem. Jezusowi zaś i uczniom umyto nogi i podano przekąskę. Potem wśród powszechnej wesołości zaczęło się szczodre rozdzielanie różnych podarunków ubogim, którzy zebrali się przed domem dla złożenia życzeń swej dobrodziejce. Rozdawano suknie, chusty, zboże, chleb, jagnięta, drób i pieniądze. Jezus nauczał tymczasem ludzi, zgromadzonych na podwórzu. W owej białej sukience biegał Marcyalis wesoło na wszystkie strony, rozdzielał z innymi jałmużny i pozwalał każdemu siebie oglądać; w twarzy jego znać było dziecięce zadowolenie. Pocieszny to był widok, gdy na podwórze weszły dzieci szkolne pod przewodnictwem nauczycieli, a on się do nich zbliżył. Dzieci na widok jego przestraszyły się, jakby ujrzały ducha, a gdy podbiegł ku nim, cofały się trwożliwie. Niektóre jednak, udając bohaterów, wyśmiały je, a podając na powitanie rękę Marcjalisowi, spoglądały z uczuciem dumy na bojaźliwych; z podobnym uczuciem dotyka się starszy chłopiec konia, lub innego zwierzęcia, do którego boi się zbliżyć mały jego braciszek, lub siostrzyczka. Potem zastawiono w domu i na podwórzach stoły do uczty, w której wszyscy wzięli udział. Piotr, jako krewny wdowy (była bowiem córką brata jego teścia), obracał się tu swobodnie jak u siebie, i zastępował poniekąd pana domu. — Jezus przywoływał często do siebie wskrzeszonego chłopca i niby mówiąc do niego, nauczał zarazem wszystkich obecnych, bardzo trafnie wszystko do nich stosując.


452

Mówił zaś do chłopca, jakoby strasznego losu uniknął; śmierć, która przez grzech przyszła na świat, skrępowała go, i w grobie miała mu zgubę przynieść; w stanie ślepoty miał być wrzucony w ciemności i tam dopiero, za późno niestety, przejrzeć, bo tam nie ma miłosierdzia, nie ma pomocy. Przed wejściem jednak do grobu oswobodziło go z więzów miłosierdzie Boże, przez pamięć na pobożność rodziców i zasługi kilku jego przodków. Teraz za to powinien przez chrzest uwolnić się od choroby grzechowej, aby nie popaść w straszniejszą jeszcze niewolę. Jezus mówił dalej, jak to cnoty rodziców wychodzą nieraz później na pożytek dzieciom i jak dla sprawiedliwości patriarchów kierował Bóg dotychczas narodem izraelskim i oszczędzał go. Potem tak rzekł: „Teraz jednak naród ten leży w więzach śmierci grzechowej i jak ten chłopiec, jest już na kraju grobu; po raz też ostatni podaje Bóg miłosierny Swemu narodowi rękę pomocną. Jan przygotował drogi, nawołując potężnym głosem do ocucenia serc z letargu śmiertelnego, a Ojciec, litując się, po raz ostatni otwiera oczy do życia tym, którzy zatwardziałe ich przed Nim nie zamykają. Podobny więc jest naród w ślepocie swej do tego zamkniętego młodzieńca w trumnie, którego spotkało ocalenie za bramami miasta tuż przed grobem. Jakże strasznym byłoby to, gdyby niosący go nie byli usłuchali głosu Mego, nie postawili trumny na ziemi, nie otworzyli jej i nie rozwinęli ciała z opasek, tylko w zatwardziałości swej poszli, nie zatrzymując się, i pogrzebaliby biednego chłopca! Podobnie czynią fałszywi nauczyciele, Faryzeusze. Odpychając biedny naród od życia pokuty, ściskają go więzami swych praw, zamykają w trumnę swych drobnostkowych obrzędów i zwyczajów, i tak prowadzą w grób ku wiecznemu zatraceniu. Przyjmijcie więc okazane wam miłosierdzie Ojca Mego niebieskiego, spieszcie do życia, do pokuty, do chrztu. Ostatnie słowa wymówił Jezus prawie błagalnie, upominając gorąco obecnych, by usłuchali rad Jego. Niezwykłym było to, że Jezus używał tu do kropienia wody świeconej, by wypędzić złe duchy, w których mocy byli niektórzy, obecni przy wskrzeszeniu młodzieńca. Źli ci ludzie czuli złość ku Jezusowi i zazdrość i przepełniała ich radość szatańska, bo sądzili, że Jezus nie potrafi wskrzesić młodzieńca. Jak już widzieliśmy, uczucia ich zmieniły się wkrótce. Gdy Jezus, wskrzeszając młodzieńca, pokropił go wodą, wyszła z jego ciała mała chmurka, jak cień, pełna różnych wstrętnych gadów i znikła w ziemi. Nie tak było, gdy Jezus wskrzeszał innych; wtedy przywoływał duszę zmarłego, która oddzielnie od ciała, stała w kole swych występków; dusza wracała na Jego rozkaz, wchodziła w ciało, a martwy przychodził do życia. Tu jednak przy wskrzeszeniu młodzieńca wydawało się, że śmierć dźwiga się z ciała, jako przygniatający je ciężar. Po uczcie udał się Jezus z uczniami do pięknego ogrodu wdowy Maroni, położonego w południowej stronie miasta. Idąc przez miasto, uzdrawiał Jezus kaleki i chorych, których mnóstwo stało przy drodze. W całym mieście panował ruch ogromny. O zmierzchu przybył Jezus do ogrodu, gdzie już obok wdowy zebrali się krewni, domownicy i kilku nauczycieli z synagogi; wskrzeszony młodzieniec był tam także z kilku innymi chłopcami. W ogrodzie stały tu i ówdzie altany; jedna z nich, piękniejsza, wsparta była na kolumnach, między które można było wstawiać ruchome ściany. Przed nią, wśród drzew palmowych umieszczona była pochodnia, oświecająca wnętrze. W jej świetle błyszczały jasno długie, zielone liście, a pozostałe jeszcze owoce widać było dokładniej jak za dnia. Piękny wieczór letni nabierał w ogrodzie tym jeszcze więcej czaru. Jezus przechadzał się z początku, a później zasiadł w altanie, lecz wciąż nauczał i opowiadał. Na nocleg udano się do domu Maroni, gdzie w oficynach wszyscy się pomieścili. Na wieść o bytności Jezusa w Naim i wskrzeszeniu młodzieńca zeszło się z całej okolicy mnóstwo ludzi zdrowych i


453

chorych, i ci stanąwszy w długich rzędach przed domem Maroni, czekali na Jezusa; cała ulica zapchana była nimi. Część ich uzdrowił Jezus zaraz rano, poczym pogodził wiele małżeństw zwaśnionych przy następującej okazji: Co chwila przychodziły doń niewiasty, prosząc Go o wydanie książeczki rozwodowej, bo — jak mówiły — nie mogą żyć dłużej ze swymi mężami. Właściwie jednak czyniły to z namowy Faryzeuszów. Ci bowiem, zawstydzeni cudami Jezusa, a nie mogąc nic wskórać przeciw Niemu, tym większą złością ku Niemu zapałali i chcieli skusić Go do wydania w sprawie rozwodowej jakiegoś wyroku, niezgodnego z prawem, by potem mogli Jezusa oskarżyć o szerzenie fałszywej nauki. Lecz i tym razem zawiedli się srodze. Na skargi i zażalenia niewiast odrzekł Jezus: „Przynieście Mi naczynie z mlekiem i drugie naczynie z wodą, a dam wam odpowiedź!" Przyniesiono Mu żądane rzeczy z pobliskiego domu, a wtedy Jezus, zmieszawszy mleko z wodą, rzekł: „Jeżeli teraz potraficie oddzielić mleko od wody, to i Ja wam dam książeczki rozwodowe." Naturalnie nie potrafiły tego niewiasty uczynić, a wtedy Jezus zaczął im tłumaczyć, że małżeństwo jest nierozerwalnym i tylko dla zatwardziałości serc ich pozwolił Mojżesz na rozwód. Całkiem nie mogą się nigdy rozdzielić, bo tworzą teraz jedno ciało; nawet gdyby małżonkowie nie żyli razem, mąż ma obowiązek utrzymywać żonę i dzieci, a żadne z nich obojga nie może zawierać powtórnych związków małżeńskich. Dawszy im takie wyjaśnienie, poszedł Jezus z nimi do ich mężów; tu pomówił najpierw z tymi ostatnimi, a potem przywoławszy żony, obwiniał i mężów i żony, że są przyczyną niezgody; zawsze jednak większą winę, przypisywał niewiastom. W końcu za Jego wpływem pogodzili się wszyscy wśród łez i żyli odtąd przykładniej i szczęśliwiej niż przedtem. Faryzeuszów zaś nowa złość zajęła, że zamiar ich podstępny się nie udał. Tegoż rana przywrócił Jezus wielu ślepym wzrok w ten sposób, że rozrabiał w ręku ziemię ze śliną i błotem i tym pomazywał im oczy.

Jezus w Megiddo. Uczniowie Jana

Przy odejściu Jezusa z Naim odprowadzali Go Maroni, młodzieniec, domownicy wdowy, uzdrowieni i wielu innych Mu życzliwych, śpiewając psalmy i trzymając przed Nim zielone gałązki. Jezus poszedł z uczniami ku zachodowi wzdłuż północnego brzegu Kizonu, mając po prawej ręce góry, okalające dolinę Nazaret. Wieczorem przybył na przedmieście miasta Megiddo, położonego na wzgórzach, za którymi rozciąga się dolina Zabulon. Ludzie pracujący na polach, ujrzawszy Jezusa zbliżającego się w orszaku uczniów, przywdziali suknie, które w czasie roboty pozdejmowali. Zaszedłszy do gospody, nauczali Jezus jeszcze wieczorem przed domem. Megiddo, miasto nieco podupadłe, leży na wyżynie. W środku miasta widać jakieś ruiny trawą porosłe; tu i ówdzie ujrzysz jeszcze resztki arkad. Stał tu zapewne dawniej zamek królowi Kanaanu. Słyszałam, iż w tej okolicy miał także swego czasu Abraham przebywać. W lepszym stanie i więcej ożywione jest przedmieście, gdzie się Jezus zatrzymał. Jest to długi szereg domostw, stojących u podnóża wyżyny, przez którą prowadzi gościniec handlowy z Ptolomaidy. Co krok widać obszerne, wygodne gospody. Mieszkający tu celnicy przysłuchiwali się nauce Jezusa i pod jej wpływem nakłonili się do czynienia pokuty ochrzczenia się; gorszyli się tym bardzo miejscowi Faryzeusze. Zebrało się już wielu chorych, a wciąż nowi przybywają. Jezus kazał im przez uczniów oznajmić, że wieczorem przybędzie do nich, zarazem kazał im się odpowiednio uporządkować. Zaprowadzono więc wszystkich chorych na wielki plac przed miastem, porosły murawą, otoczony murami i krużgankami, i tam odpowiednio ich rozmieszczono.


454

Tymczasem chodził Jezus z uczniami po polach okolicznych i przez stosowne porównania pouczał robotników, zajętych zasiewami. Pomagali Mu w tym uczniowie; niektórzy szli do robotników dalej pracujących i pouczali ich, zanim Jezus przyszedł, to znowu wracali do tych, którzy już słyszeli naukę, wyjaśniali im niezrozumiałe rzeczy i opowiadali o cudach Pana. Wszystkim powtarzał Jezus to samo, więc gdy potem zeszli się razem, mogli pojętniejsi tłumaczyć słyszano słowa innym. Upał był wielki, jak tu zwykle w lecie bywa, to też robotnicy przerywali często pracę i odpoczywali; w takich to przerwach nauczał ich Jezus, lub też wtenczas, gdy zasiadali do spożycia posiłku. Podczas gdy Jezus tam był zatrudniony, nadeszło czterech uczniów Jana; przepasani byli rzemieniami, a szyje owinięte mieli paskami skóry. Jan ich tu nie przysłał, bo właściwie uczniami jego byli tylko z imienia i zwyrodnieli całkiem od rzeczywistych uczniów. Stosunek ich z Janem ograniczał się do tego, że czasem z nim i z jego uczniami obcowali. Mieli stosunki także z Herodianami i ci to właśnie wysłali ich tu na przeszpiegi, by się dowiedzieć, co Jezus naucza o Swym przyszłym królestwie. W zachowaniu się byli więcej skrupulatni i uprzejmi niż uczniowie Jezusa. Przyszedłszy tu, przywitali się z uczniami i przysłuchiwali się ich nauczaniu. W parę godzin po nich przybyła druga gromadka uczniów Jana, tym razem rzeczywistych. Było ich dwunastu; dwóch wysłał sam Jan, a inni przyłączyli się tylko jako świadkowie. Ponieważ Jezus powracał właśnie do miasta, udali się za Nim. Niektórzy, nich byli świadkami ostatnich cudów Jezusa, i wróciwszy zaraz do Jana, opowiadali mu o tym. Również przy wskrzeszeniu młodzieńca z Naim było obecnych kilku uczniów Jana i ci pobiegli zaraz do Macherus, wypytując gorączkowo Jana: Co to jest? Co nas czeka? Widzieliśmy wszystkie Jego czyny i wszystkie słowa słyszeli! Uczniowie Jego mniej krępują, się przepisami prawa, niż my. Za kim mamy pójść? Kto On jest? Dlaczego uzdrawia wszystkich chorych? Dlaczego pociesza i wspomaga obcych zupełnie, a nie przedsiębierze nic dla uwolnienia ciebie?" Jan miał wciąż kłopot z swymi uczniami. Nie chcieli oni bowiem w żaden sposób go opuścić. Wysyłał ich tak często do Jezusa tylko dla tej przyczyny, by poznawszy Go dobrze poszli za Nim. Nie łatwo to jednak było, gdyż z swej godności, jako uczniowie Jana, byli nadzwyczaj dumni. Dlatego to nieraz kazał Jan prosić Jezusa, by wyjawił publicznie, kim jest, bo wtenczas pewnie uczniowie jego poszli by za Nim, a i wszystka ludność nawróciłaby się doń. Gdy więc, jak wyżej wspomnieliśmy, znowu przyszli do niego uczniowie ze zwątpieniem i niepewnością w sercu, i dręczyli go pytaniami co do Jezusa, postanowił niejako zmusić Go do jawnego wyznania, że jest Mesjaszem, Synem Boga, i dlatego wysłał do Niego dwóch uczniów ze stanowczym zapytaniem. Przybywszy do miasta, udał się Jezus zaraz na ów okrągły plac, gdzie zgromadzili się chorzy z całej okolicy. Była to zbieranina chorych wszelkiego rodzaju: chromych, ślepych, niemych, głuchych, nawet opętanych. Chodząc w koło, uzdrawiał Jezus najpierw opętanych i to w różny sposób. Ci nie szaleli tutaj tak, jak gdzie indziej; mieli powykrzywiane członki i rzucali się niespokojnie. Przechodząc, uzdrawiał ich Jezus z dala samym rozkazem. Szatan uchodził z nich w postaci rzadkiej smugi dymu zgęszczającego się powoli, który jużto się rozpływał w powietrzu, jużto zapadał w ziemię. Opętani popadali w chwilowe omdlenie, a przyszedłszy do siebie, czuli się całkiem zdrowymi; tak działo się tutaj. Kiedy indziej znowu widziałam nieraz, jak szatan, wyszedłszy z opętanego w postaci ciemnej pary o kształtach ludzkich, krążył jeszcze długo między ludźmi i potem dopiero znikał. Zaledwie Jezus zaczął uzdrawiać, gdy zastąpili Mu drogę wysłani uczniowie Jana, jak gdyby byli uprawnioną do tego komisją urzędową, i chcieli się z Nim rozmówić. Jezus, nie zważając wcale na nich, uzdrawiał dalej, co


455

się im wcale nie podobało, bo nie umieli sobie tego wytłumaczyć. — W ogóle byli uczniowie Jana przeważnie zaślepieni i po części zazdrośni. I nic dziwnego. Jan nie czynił cudów tak, jak Jezus, wynosił pod niebiosa Jezusa, a Ten nie starał się nawet uwolnić go z więzienia. Czasami przekonywały ich cuda i nauka Jezusa, lecz wkrótce znowu dawali chętne ucho pomrukom, mówiącym: „Któż to jest właściwie ten Jezus? Przecież znają wszędzie Jego ubogich krewnych!" — Wreszcie nie mogli zrozumieć słów Jezusa, obiecujących przyszłe królestwo. Nie widzieli nigdzie tego królestwa, ani nie zauważyli przygotowań do zbudowania go. Widząc, że Jan, czczony i poważany prawie przez wszystkich, mimo to siedzi w więzieniu, sądzili czasami niezawodnie, że Jezus mu dlatego nie pomaga i dozwala mu nędznie marnieć, ażeby własną sławę móc rozpowszechnić. Gniewało ich i to, że uczniowie Jezusa mieli większą swobodę. Uważali to za zbytek pokory ze strony Jana, że tak wysławia Jezusa i wciąż posyła do Niego z prośbą, by wyjaśnił, kim jest, i publicznie dał się poznać. Jezus dawał zawsze wymijające odpowiedzi, a oni nie przeczuwali, że Jan dlatego właśnie wysyła ich do Jezusa, by Go poznali i poszli za Nim; przy takim więc ich usposobieniu trudniej im było rozpoznać się i zrozumieć rzecz, niż prostemu dziecku. Uzdrawiając chorych po kolei, przystąpił Jezus do jednego chorego z Nazaretu, który znał Go już dawniej; ten zaraz się pytał Jezusa, czy przypomina go Sobie z tego czasu, gdy po śmierci dziadka Jego obcowali często z sobą. Miał tu na myśli drugiego czy trzeciego męża Anny, który umarł, gdy Jezus miał 25 lat. Jezus przyznał, że go zna, ale nie wdawał się dłużej w szczegóły, tylko zwrócił rozmowę na jego cierpienie i grzechy. Widząc w nim szczery żal i wiarę, uzdrowił go, dał mu stosowne napomnienia i zaraz zwrócił się ku innym. Gdy Jezus obszedł już wszystkich chorych w koło, stanęli znów przed Nim uczniowie Jana, którzy dotychczas, stojąc w środku, przypatrywali się z podziwem wszystkim Jego cudom, i rzekli: „Jan Chrzciciel posłał nas do Ciebie i kazał Cię zapytać, czy jesteś Tym, który ma przyjść, czy też mamy innego oczekiwać?" — Na to odrzekł im Jezus: „Wróciwszy, oznajmijcie Janowi, coście widzieli i słyszeli! Ślepi widzą, głusi słyszą, chromi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni, umarli zmartwychwstają, wdowy doznają pociechy, ubogim głosi się słowo Boże. Co wczoraj było krzywym, dziś jest prostym; błogosławiony, który się ze Mnie nie gorszy!" To rzekłszy, odwrócił się od nich, a oni zaraz odeszli do domu. Jezus nie mógł wyraźniej mówić o Sobie; któż by Go był zrozumiał? Uczniowie Jego, po części krewni, byli to ludzie prości, dobrzy, zacni i pobożni, lecz do zrozumienia takich rzeczy jeszcze niezdolni; zgorszyliby się tylko, lub całkiem na wspak zrozumieli słowa Jego. Lud nie dorósł jeszcze wcale do przyjęcia prawdy; szpiedzy otaczali Go wszędzie. Nawet między uczniami Jana mieli Faryzeusze i Herodianie swych płatnych zauszników. Po odejściu wysłańców Jana zaczął Jezus zaraz na miejscu naukę, której słuchali uzdrowieni, tłumy ludu, miejscowi doktorowie zakonni, uczniowie i pięciu celników, którzy tu mieszkali. Gdy wieczór zapadł, nauczał Jezus dalej przy świetle pochodni, a nawet reszta chorych przy świetle tym została uzdrowiona. Za przedmiot nauki obrał Jezus odpowiedź, jaką dał uczniom Jana. Napominał do pokuty i nawrócenia się, i uczył, jak należy użytkować dobrodziejstwa otrzymane z ręki Boga. Wiedział Jezus dobrze, że niektórzy obecni Faryzeusze, korzystając z Jego krótkiej, ogólnikowej odpowiedzi, jaką dał uczniom Jana, chcieliby wmówić teraz w lud, że Jezus ma za nic Jana, że dozwala mu ginąć marnie, aby tylko Sobie przysporzyć sławy; więc też teraz objaśniał ludowi tę odpowiedź i powód nawoływania do pokuty, powołując się na świadectwo samego Jana, na słowa


456

jego, które wyrzekł o Nim, a które przecież wszyscy słyszeli. „Dlaczego więc" — mówił — „wątpicie i co chcecie jeszcze znaleźć w Janie? Kogo wyszliście widzieć, idąc do Jana? Trzcinę, chwiejącą się od wiatru? Człowieka, w miękkie, wspaniałe szaty obleczonego? Oto ci, którzy w miękkie szaty się obłóczą i zniewieściale żyją, mieszkają w pałacach królewskich. Więc coście chcieli widzieć, szukając go? Proroka? Zaprawdę powiadam wam, więcej niż proroka! Bo on tym jest, o którym napisano: Oto Ja posyłam anioła Mego przed obliczem twoim, który zgotuje drogę twoją przed tobą! Zaprawdę, powiadam wam, nie powstał między narodzonymi z niewiast większy prorok nad Jana Chrzciciela; a przecież najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest, niźli on. A od dni Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie gwałt cierpi, a gwałtownicy porywają je. Bo wszyscy prorocy i zakon aż do Jana o tym prorokowali; a jeśli chcecie przyjąć, to jest on właśnie tym Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha." Wszystkich obecnych wzruszyły bardzo słowa Jezusa, wszyscy też zaraz chcieli się dać ochrzcić; tylko uczeni zakonu szemrali, gorsząc się szczególnie tym, że Jezus wdaje się z obecnymi tu celnikami. To też Jezus przypomniał im wszystko, co wciąż na Niego i na Jana wygadywali, i jak Mu zarzucają, iż obcuje z celnikami i grzesznikami. Następnie udał się Jezus do domu jednego z celników, gdzie też przyszli i czterej inni, i tam nauczał, a oni pod wpływem nauki nawrócili się i gotowi byli przyjąć chrzest. Dom tego celnika stał blisko placu, na którym Jezus dopiero uzdrawiał. Drugi taki dom stał przy wejściu do Miasta, inne zaś dalej za miastem. W pierwszej połowie drogi z Naim można było widzieć Dabbeset, miejsce zamieszkania Bartłomieja; w dalszej drodze, bliżej Megiddo, zasłaniała nań widok wyniosła wyżyna Megiddo. Dabbeset leżało nad potokiem Kison u progu doliny Zabulon, o półtorej godziny drogi w kierunku zachodnim od Megiddo.

Jezus odchodzi z Megiddo. Uzdrowienie trędowatego

Za nastaniem święta Nowiu wyruszył Jezus z powrotem do Kafarnaum. Towarzyszyło Mu około 24 uczniów, owych czterech podejrzanych uczniów Jana i kilku celników z Megiddo, którzy chcieli w Kafarnaum przyjąć chrzest. Drogę odbywano powoli, przystawano często i w miejscach przyjemniejszych odpoczywano. Szli zaś drogą, wiodącą z Megiddo na północny wschód przez wyżyny i dolinę Nazaretu ku północno zachodniej stronie Taboru. Przez całą drogę nauczał Jezus, starając się przygotować uczniów do rychłego, rzeczywistego powołania ich na apostołów i powierzenia im posłannictwa. Upominał ich, by pozbyli się wszelkich trosk ziemskich i wyniszczyli w sobie przywiązanie do dóbr doczesnych. Słowa Jego mile poruszały serca uczniów. Raz zerwał Jezus w czasie nauczania kwiatek rosnący przy drodze i rzekł do uczniów: „Ten nie troszczy się o nic! Przypatrzcie się, poza piękną barwą, co za delikatne żyłki! Zaprawdę, nie piękniej odziany był mądry Salomon w całej swej wspaniałości!" —Tego porównania używał Jezus często. Jezus przemawiał także w ten sposób, że w słowach Jego mógł każdy z apostołów znaleźć wierne odbicie swego charakteru. Tłumaczył im, by nie ubiegali się tak chciwie o urzędy w przyszłym Jego królestwie, i nie przedstawiali sobie tego królestwa w sposób tak doczesny. Mówił zaś tak dlatego, bo po to głównie przyszli na przeszpiegi owi czterej mniemani uczniowie Jana, tajemni stronnicy Herodian. Upominał uczniów, kogo mają się najbardziej strzec w przyszłości, i przy tym tak dosadnie tychże Herodian opisał, że nie można się


457

było co do osoby pomylić. Między innymi uprzedził ich, że mają się strzec ludzi w skórach z długimi rzemieniami, mówiąc: „Strzeżcie się uczonymi w skórach owczych z długimi pasami!" — Rozumiał przez to owych uczniów Jana, szpiegów Herodian, którzy na wzór rzeczywistych uczniów Jana ubierali się w rodzaj stuły ze skóry owczej, przewieszonej przez grzbiet i piersi. Jak mówił Jezus, mieli ich uczniowie po tym poznać, że nie mogą patrzeć drugim prosto w oczy. — Gdy zaś — mówił Jezus — zwrócicie się ku nim z sercem przepełnionym radością i zapałem i zechcecie podzielić je z nimi, wtedy zamkną swe serce przed wami i wymykać się wam będą, jak zwierz wijący się na wszystkie strony. — Tu wymienił Jezus jakiegoś chrząszcza, jak to on, zamknięty zewsząd, szuka otworu, przez który mógłby się wymknąć. Wreszcie ujrzawszy przy drodze krzak ostu, uchylił gałązki i rzekł do uczniów: „Patrzcie, czy znajdziecie tu jakie owoce!" Kilku z nich zaglądnęło rzeczywiście dobrodusznie, a Jezus rzekł: „Czyż szuka kto fig na ostach, lub winogron na cierniach?" Około wieczora przybyli do miejscowości, leżącej od północnego zachodu u stóp góry Tabor; domów wszystkich było około 20 wraz ze szkołą, a wszystkie stały rzędem. Do Nazaretu było stąd półtorej do dwu godzin drogi na zachód, zaś do miasta Tabor pół godziny. Poczciwi mieszkańcy tutejsi znali już Jezusa z poprzednich lat, gdy z przyjaciółmi przebiegał okolice Nazaretu. Byli to przeważnie pasterze; teraz właśnie oprócz paszenia bydła zajęci byli zbieraniem bawełny. Czapki mieli ze surowej skóry; w szkole nakrywali nimi głowy, przy robocie zaś mieli głowy odkryte. Ujrzawszy Jezusa, zebrali bawełnę do mat, zanieśli do domu i zaraz wyszli naprzeciw Niego. Przy studni umyli Jezusowi i uczniom nogi i podali im posiłek. Synagogi tu nie było, tylko szkoła, a przy niej nauczyciel. Tam też udał się Jezus i nauczał zebranych przez przypowieści. Miejscowość ta była własnością pewnego znakomitego męża; dom jego, większy od innych, stał nieco na uboczu. Za grzechy dawniejsze dotknięty został ów człowiek trądem i dlatego nie żył obecnie ze swoją żoną; mieszkającą w tym domu, a on mieścił się w bocznym budynku. Choroby swej nie podawał do wiadomości, by nie być narażonym na uciążliwe odosobnienie, przepisane prawem; wiedziano wprawdzie o tym, lecz patrzano na to przez palce. Obok jego domu prowadziła zwyczajna droga publiczna, ponieważ jednak wiedziano o jego chorobie, nie chodzono tam tędy, tylko ścieżką boczną. Uczniowie wiedzieli już o wszystkim od ludzi. Trędowaty ten dawno już żałował szczerze za grzechy i z utęsknieniem czekał przybycia Jezusa. Teraz więc dowiedziawszy się o Jego przyjściu, przywołał ośmioletniego chłopaka, który, będąc jego niewolnikiem, obsługiwał go, i rzekł mu: „Idź do Jezusa z Nazaretu i tam czekaj na sposobność; jeśli Jezus stanie na uboczu, lub pójdzie oddzielnie od uczniów, padnij przed Nim na twarz i powiedz: „Nauczycielu! pan mój jest chory i wierzy głęboko, że Ty mógłbyś mu pomóc, gdybyś tylko zechciał przejść drogą koło naszego domu, którą nikt nie chce chodzić. Prosi Cię pokornie, byś się nad nim nędznym zlitował i przeszedł tą drogą, a pewnie wyzdrowieje!" Chłopiec przyszedł do Jezusa i wywiązał się należycie z polecenia, a Jezus mu rzekł: „Powiedz panu twemu, że jutro tam będę." Mówiąc to, ujął go Jezus za rękę, a drugą położył mu na głowie. Działo się to w czasie, gdy Jezus szedł że szkoły do gospody. Przewidując przybycie chłopca, pozostał umyślnie nieco w tyle za uczniami. — Chłopiec miał na sobie żółtą sukienkę. Posiadłość Anny leży o godzinę drogi na zachód od Nazaretu, na wyżynie między dolinami: nazeretańską i Zabulon. Do Nazaretu prowadzi stąd wąwóz, obsadzony drzewami. Odwiedzając Maryję, nie potrzebowała Anna wcale przechodzić przez miasto. Zaraz rano, jeszcze o zmierzchu, wyszedł Jezus z uczniami z gospody i udał się na drogę prowadzącą koło domu trędowatego. Widząc to uczniowie,


458

przestrzegali Go, by nie szedł tędy, Jezus jednak na ich przestrogę nie zważał i kazał im iść za Sobą. Poszli więc uczniowie lecz z trwogą i obawą, by skutkiem tego nie narobiono na nich jakich plotek w Kafarnaum. Wspomniani uczniowie Jana nie poszli tam z nimi. Chłopiec ujrzał już z daleka Jezusa i oznajmił o tym swemu panu; ten wyszedł na ścieżkę, prowadzącą do drogi, i gdy Jezus się zbliżył, wołał doń z odległości: „Panie! nie zbliżaj się do mnie! Jeśli tylko zechcesz pomóc mi, pewnie odzyskam zdrowie." Uczniowie zatrzymali się, a Jezus poszedł doń, dotknął go i rzekł: „Chcę tego!" Trędowaty upadł przed Nim na twarz i w tej chwili opadł zeń trąd. Powstawszy, opowiedział Jezusowi swoje położenie, a Jezus polecił mu połączyć się znów z żoną, a z czasem i z ludźmi zacząć obcować, jak przedtem. Następnie skarcił go za popełnione grzechy, kazał mu pokutować, przyjąć chrzest i rozdać pewne jałmużny. Poczym powrócił Jezus do uczniów i idąc dalej, uczył ich, że dla niesienia pomocy można śmiało dotykać się i trędowatych, jeśli się tylko ma czyste serce i silną wiarę. Tak uzdrowiony trędowaty, wykąpał się, wdział inne suknie i udawszy się do żony, opowiedział jej, jaki to Jezus cud zdziałał. Kilku zawistnych mieszkańców tutejszych doniosło o tym zaraz Faryzeuszom i kapłanom miasta Tabor, a ci napadli niebawem biednego człowieka, jakby jaka komisja śledcza, wybadywali go surowo, czy rzeczywiście jest uzdrowiony, i pociągali do odpowiedzialności, że zatajał swoją chorobę. Tak to z zawiści do Jezusa narobiono tyle hałasu w sprawie, którą przedtem pomijano milczeniem. Tymczasem Jezus wędrował z uczniami przez cały dzień; szli szybko, tylko od czasu do czasu zatrzymywali się i posilali. Po drodze mówił Jezus przypowieści, o królestwie Bożym. Mówił, że nie może im teraz dokładnie wszystkiego objaśnić, lecz przyjdzie czas, że wszystko zrozumieją. Nauczał, jak to trzeba wyrzec się dóbr doczesnych i wszelkich trosk o odzienie i pożywienie; wkrótce będzie więcej głodnych, niż starczy żywności, i będą Go się pytać, skąd wziąć tyle jedzenia, a przecie wystarczy i zostanie jeszcze wiele. Następnie kazał im budować i umacniać domy, jak gdyby za swoje wysiłki i poświęcenie się mieli otrzymać te domy, tj. urzędy i godności w przyszłym Jego królestwie. Naturalnie pojmowali to uczniowie w znaczeniu doczesnym, materialnym. Judasz, uradowany, wyrwał się skwapliwie przed innymi, że z pewnością będzie gorliwie pracował i spełni swoją powinność. Na to zatrzymał się Jezus i rzekł: „Na tym nie koniec; nie zawsze będzie wszystkiego pod dostatkiem, nie zawsze będą was dobrze przyjmować i karmić. Przyjdzie czas, że będą was zewsząd wyrzucać i prześladować, że nie będziecie mieli kawałka chleba, sukien, obuwia, ani dachu nad głową. Namyślcie się dobrze i przygotujcie do opuszczenia wszystkiego, albowiem przeznaczam was do ważnych rzeczy. Dwa królestwa stoją naprzeciw siebie, a nikt nie może dwom przeciwnym sobie panom naraz służyć. Faryzeusze i ich poplecznicy stroją się w swej fałszywości w larwy i maski, nauczają i przestrzegają tylko dopełniania czczej formy, a pomijają to, co jest jądrem i właściwą treścią, tj. miłość, pojednanie się i miłosierdzie. Ja zaś powiadam wam, że łupina bez ziarna jest martwą, bezpłodną; treść musi poprzedzać prawo; ziarno musi wzrastać z łupiną." — Nauczał ich Jezus jeszcze, że powinni się modlić w samotności, a nie jawnie z chełpliwością, — i wiele innych rzeczy. W ogóle, ilekroć szedł Jezus z uczniami, zawsze w ten sposób przygotowywał ich do lepszego zrozumienia tego, co miało być przedmiotem Jego nauk publicznych, by potem łatwiej mogli objaśniać lud i dawać mu wskazówki. Często nauczał tego samego, tylko innymi słowy i w innym porządku. Z towarzyszących Mu uczniów najczęściej zapytywali Go o coś Jakub Starszy, Judasz Barsabas, czasem Piotr. Judas także wyrywał się nieraz nie wcześnie. Andrzej przywykł już więcej do wszystkiego. Tomasz skupiony jest w sobie, jak gdyby zastanawiał się nad czymś. Jan przyjmuje


459

wszystko z miłą ufnością dziecka. Uczeni uczniowie milczą, jużto ze skromności, jużto, by się nie zdradzić, że nie wszystko rozumieją. Idąc tak przez cały dzień dolinami, stanął Jezus tuż przed nadejściem szabatu w dolinie, położonej na wschód od Magdalum; równocześnie prawie nadeszli z przeciwnej strony poganin Cyrynus z Dabrat i setnik Achiasz z Giszali, którzy dążyli do Kafarnaum przyjąć chrzest. Zbliżając się do Kafarnaum, polecał Jezus przede wszystkim uczniom, by już teraz ćwiczyli się w posłuszeństwie, w przygotowaniu do przyszłego posłannictwa, i uczył ich, jak mają zachowywać się w drodze, gdy ich wyśle lud nauczać. Tuż przed rozstaniem się, podał im kilka ogólnych prawideł, jak mają postępować względem niektórych niepożądanych towarzyszy; był to przytyk dla owych czterech stronników herodiańskich, którzy aż tu przywlekli się za uczniami. Rzekł więc Jezus: „Jeśli w przyszłych waszych wędrówkach przyłączą się do was uczeni, których łatwo poznacie po ich słodkiej a badawczej, podstępnej mowie, i jeśli nie dadzą się zbyć czym bądź, tylko będą was o wszystko wypytywać, i jużto potakiwać, jużto składnie się sprzeciwiać i będą wam mówić rzeczy miłe sercu waszemu, starajcie się usilnie uwolnić się od nich; słabi jeszcze jesteście i nie doświadczeni i moglibyście łatwo wpaść w pułapkę, zastawioną przez tych szpiegów. Co do Mnie, to nie ustępuję im z drogi; znam ich na wylot, więc dozwalam im słuchać Moich nauk."

Jezus naucza w synagodze w Kafarnaum i uzdrawia dwóch trędowatych

Podróż odbywała się teraz spiesznie, bo już zachodził szabat. Droga wypadała znowu przez posiadłość królika Serobabela. W ogrodach tegoż mieszkali od niejakiego czasu dwaj trędowaci w umyślnych budynkach; chodzili w czerwonych płaszczach, otulających ciało, obsypane obrzydliwymi wrzodami. Byli to dwaj młodzi uczeni zakonni, liczący około 25 lat, którzy przez swe rozpustne życie wpadli w trąd. Dawniej obracali się także koło Magdaleny w Magdalum, potem tłumili się kędy indziej, aż ostatecznie zeszli do tej nędzy, wystawieni na ogólną pogardę i poniewierkę. Powodowany litością, pozwolił im Serobabel mieszkać w swoich ogrodach. W czasie ostatniej bytności Jezusa w tej miejscowości, wstydzili pokazać się Mu na oczy; teraz jednak, nasłuchawszy się o Jego naukach i miłosierdziu, kazali się zanieść na drogę, którą miał Jezus przechodzić, i stanąwszy na boku, błagali Go o pomoc. Jezus przeszedł mimo nich, nie zatrzymując się, rzekł tylko do dwóch sług Serobabela, którzy biegli za Nim, wstawiając się za nieszczęśliwymi, by chorych przyniesiono do synagogi w Kafarnaum i tam umieszczono w przybudowanych do synagogi piętrowych kruchtach, aby z zewnątrz mogli się przysłuchiwać Jego nauce. Kazał im to zrobić, gdy lud zgromadzi się już do synagogi. Trędowaci mieli się modlić, żałować i czekać cierpliwie, aż ich zawoła. Usłyszawszy to słudzy, wrócili natychmiast do trędowatych i krótszą drogą, prowadzącą przez dziki wąwóz ogrodowy, zanieśli ich do Kafarnaum. Przybywszy przed synagogę, wyciągnęli ich z trudem po stopniach w murze na taras krużganku; tu wsparci na oknach synagogi, mogli trędowaci słyszeć naukę Jezusa w synagodze, będąc sami pod gołym niebem, i ze skruszonym sercem czekać na Odkupiciela. Umywszy nogi i odpasawszy suknie, udał się Jezus z uczniami także do synagogi. Na katedrze zakonnej siedział już któryś z nauczycieli i czytał głośno, lecz ujrzawszy Jezusa, powstał i ustąpił Mu miejsca. Jezus wziął zaraz jedną z ksiąg i zaczął nauczać o tym, jak Laban dognał Jakuba, jak ten ostatni walczył z aniołem, potem pojednał się z Ezawem, dalej o uwiedzeniu Diny, poczym objaśniał proroka Ozeasza. Zaraz z początku, gdy Jezus bez wahania zajął


460

miejsce na katedrze, i zaczął czytać, zaśmiali się Faryzeusze szyderczo, chcąc przez to okazać, że Jezus nie zna się na grzeczności. Słyszeli oni już o wskrzeszeniu młodzieńca z Naim i o innych licznych uzdrowieniach i źli byli, że Jezus znowu się tu pojawił. Z natężoną uwagą czekali więc, jak Jezus będzie tu Sobie postępował. — Prawie cała rodzina Jezusa była dziś obecną w synagodze, jak również wszystkie niewiasty. Po nauce, gdy zgromadzeni zaczęli się już rozchodzić, a Jezus z uczniami także z synagogi wychodził, zbliżyli się doń Faryzeusze, chcąc jeszcze w przedsionku wszcząć z Nim dysputę. Wstrzymała ich jednak od tego niespodziewana dla nich okoliczność; Jezus bowiem, wyszedłszy przez drzwi, zwrócił się ku krużgankowi, w którym byli dwaj trędowaci i kazał im zejść na dół. Ci ze wstydu i z bojaźni przed Faryzeuszami nie usłuchali natychmiast, więc Jezus powtórzył rozkaz w jakimś imieniu, którego sobie nie przypominam. Ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, zeszli trędowaci zaraz, bez niczyjej pomocy. Przedsionek oświecony był pochodniami dla wygody wychodzących. Jakaż złość zdjęła Faryzeuszów, gdy poznali po czerwonych płaszczach, owych biednych, pogardzonych grzeszników. Ci zaś upadli przed Jezusem na kolana, a On włożył na nich ręce i tchnąwszy w ich oblicza, rzekł: „Odpuszczają się wam wasze grzechy!" Poczym upominał ich do powściągliwości na przyszłość i do przyjęcia chrztu pokutnego, i kazał im porzucić nauki zakonne, obiecując, że Sam wskaże im drogę do prawdy. Trędowaci powstali, i oto, w oczach wszystkich zaczęła ustępować szpetna choroba, wrzody schły i wygładzały się, trąd opadał; wreszcie znikły wszelkie ślady choroby, a uzdrowieni, podziękowawszy ze łzami w oczach Jezusowi, odeszli do domu ze sługami Serobabela. Życzliwi im ludzie cisnęli się w około nich, radując się z ich uzdrowienia i szczerej pokuty. Teraz jednak gniew Faryzeuszów, dotąd hamowany, wybuchł z całą siłą. „Jak to! — krzyknęli — w szabat uzdrawiasz! Grzechy odpuszczasz! Skąd masz do tego władzę? Czarta chyba masz w Sobie i ten Ci pomaga. Szaleniec jesteś! Poznać to łatwo, bo włóczysz się wszędy, nie mogąc usiedzieć na jednym miejscu. Zaledwie tu skończył wyprawiać dziwowiska, a oto już w Naim wskrzeszałeś z martwych, potem w Megiddo hałasu narobiłeś, a teraz znowu tu jesteś. Coś podobnego nie potrafi człowiek przy zdrowych zmysłach. Zły duch pomaga Ci swoją potęgą. Niech tylko Herod załatwi się raz z Janem, a przyjdzie kolej i na ciebie, jeśli tylko nie ulotnisz się gdzie do tego czasu." Takie pogróżki miotali Faryzeusze, lecz Jezus, nie zwracając na to uwagi, przeszedł środkiem nich i poszedł do domu. Lecz za to strach przejmował biedne niewiasty, krewne Jezusa, które, nie poszedłszy do domu, oczekiwały nań w pobliżu i słyszały wszystko; płakały też i narzekały, przejęte obawą niebezpieczeństwa, jakie mogło grozić Jezusowi ze strony rozwścieczonych Faryzeuszów. Wyszedłszy z miasta, skierował Jezus Swe kroki na wyżynę, wznoszącą się nad doliną, gdzie stał dom Maryi. Po drodze są krzaki i groty, w których się modlił. Później wstąpił na chwilę do domu Maryi, by pocieszyć niewiasty, poczym znowu wyszedł na całonocną modlitwę. Następnego dnia udał się Jezus do ogrodu, położonego w pobliżu domu Piotra. W ogrodzie tym, otoczonym parkanem, przyrządzone już było wszystko do chrztu. Stało tam sześć okrągłych, murowanych chrzcielnic, a wkoło każdej rów, do którego spuszczało się wodę z płynącego mimo potoku: Długa altana ogrodowa podzielona była zasłonami i ściankami na komórki, w których przebierali się przyjmujący chrzest. Do nauczania było osobne miejsce na podwyższeniu. Uczniowie byli wszyscy obecni, a do przyjęcia chrztu zgłosiło się około 50 ludzi, między nimi krewni św. Rodziny, starzec i trzech młodzieńców z Seforis, stamtąd również chłopiec, którego Jezus uzdrowił, i staruszka, która niedawno była w


461

Abez u Jezusa. Był dalej Cyrynus z Cypru, setnik rzymski Achiasz, i uzdrowiony przez Jezusa synek jego, Jefte z Gischali, setnik Korneliusz i jego żółty uzdrowiony niewolnik z większą, częścią domowników, wielu pogan z Górnej Galilei, ciemnoskóry niewolnik Serobabela, pięciu celników z Megiddo, wielu chłopców, między nimi Jozes, siostrzeniec Bartłomieja. Byli także wszyscy uzdrowieni trędowaci i opętani z okolicy, jak również dwaj wczoraj uzdrowieni uczeni zakonni. Na tych ostatnich nie znać już było choroby, tylko policzki mieli zapadłe, wychudzone. Przyjmujący chrzest ubrani byli w suknie pokutnicze z szarej wełny, a na głowie mieli czworokątne chusty. Po przygotowawczej nauce poszli do altany i ubrali się do chrztu w długie, białe koszule. Chustę, okrywającą przedtem głowę, zarzucali na plecy i tak z obnażonymi głowami, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wstępowali do rowu, otaczającego chrzcielnicę. Andrzej i Saturnin chrzcili; Tomasz zaś, Bartłomiej, Jan i inni kładli na nich ręce jako ojcowie chrzestni. Chrzczony, mając plecy obnażone, pochylał się na poręczy nad brzegiem chrzcielnicy; jeden z uczniów przynosił wodę, pobłogosławioną przez Jezusa, a uczeń chrzczący nabierał wody ręką i polewał nią trzykroć głowę chrzczonego. Tomasz był ojcem chrzestnym Jeftego, syna Achiasza. Chrzczono więcej osób naraz, a przecież zajęło to czas aż do drugiej godziny po południu.

Wskrzeszenie córki Jaira, przełożonego synagogi

Nieco później nauczał Jezus w Kafarnaum na placu przed synagogą i uzdrawiał zebranych chorych. Wtem przystąpił do Niego przełożony synagogi Jair, upadł Mu do nóg i prosił Jezusa, by przyszedł doń uzdrowić już konającą jego córkę. Jezus właśnie zamierzał z nim iść, gdy wtem przybył do Jaira posłaniec z domu, mówiąc: „Córka twoja umarła już, nie trudź więc daremnie Mistrza!" Zasmucił się głęboko Jair, a Jezus, widząc to, rzekł do niego: „Nie obawiaj się, ufaj Mi tylko, a pomogę ci. Przyszedłszy przed dom, zastali przed drzwiami i w przysionku pełno pachołków pogrzebowych i płaczek, do których rzekł Jezus: „Czego tak płaczecie i narzekacie? Ustąpcie stąd! Nie umarła dzieweczka, ale śpi." Wyśmiewały się z Niego płaczki i szydziły, wiedząc dobrze, że dziewczynka umarła; jednak na rozkaz Jezusa musiały wyjść, poczym bramę zamknięto. Jezus wziął z Sobą tylko Piotra, Jakuba Starszego i Jana, i z tymi trzema wszedł do domu, gdzie pogrążona w smutku matka, zajęta była już że służebną szyciem całunów dla nieboszczki. Oboje rodzice zaprowadzili Jezusa do izdebki, gdzie leżała zmarła. Jezus stanął przy łożu, rodzice za Nim, a uczniowie po prawej ręce w nogach łóżka. Matka nie podobała mi się od pierwszego wejrzenia; obojętna była zupełnie i nie miała wcale zaufania do Jezusa; ojciec także, nie bardzo gorliwy przyjaciel Jezusa, nie chciał zadzierać z Faryzeuszami i tylko trwogą i potrzebą przynaglony, udał się o pomoc do Jezusa. Zresztą według swego rozumowania nie tracił nic w każdym razie; gdyby Jezus uzdrowił mu córkę, to w zamian za niechęć Faryzeuszów odzyskiwał dziecko, w przeciwnym razie ułatwiał Faryzeuszom tryumfowanie nad Jezusem. W ostatnich jednak czasach wielkie wrażenie na nim zrobiło uzdrowienie sługi Korneliusza i odtąd większego nabrał zaufania ku Jezusowi. Zmarła córeczka wyniszczona była bardzo przez chorobę. Malutka wzrostem, mogła liczyć najwyżej 11 lat, ale wcale jak na swój wiek nie była rozwiniętą; dziewczęta u żydów nieraz już w 12 latach są zupełnie rozwinięte. Leżała martwa na posłaniu, owinięta w długą suknię. Jezus podniósł ją lekko ramieniem, przycisnął do piersi i tchnął na nią. I oto ujrzałam cudowne zjawisko: po prawej stronie trupa pojawiła się przejrzysta postać w kole świetlistym, która, przybrawszy kształt ludzki, wpadła w chwili, gdy Jezus tchnął


462

na zmarłą, jako mała, jasna figurka, w usta dziewczęcia. Potem złożył Jezus dzieweczkę na powrót na posłaniu; ujął ją za ramię powyżej przegubu i rzekł: „Dzieweczko! tobie mówię, wstań!" Na te słowa dzieweczka usiadła zaraz na łożu, a po chwili, trzymana wciąż przez Jezusa za rękę, powstała z oczyma szeroko otwartymi i zeszła z posłania. Rodzice przypatrywali się początkowo z obojętnością i tajemnym lękiem, powoli jednak opanowało ich drżenie i wzruszenie wielkie; teraz zaś, gdy Jezus im oddał w objęcia córkę żywą, choć mocno jeszcze osłabioną, nie posiadali się z radości. Jezus kazał dziecku dać jeść i polecił tej sprawy zbytecznie nie rozgłaszać. Ojciec złożył Jezusowi podziękowanie, poczym Jezus powrócił drogą na dół do miasta. Matka, zawstydzona i odurzona tym wszystkim, nie zdobyła się na należytą podziękę. Między płaczkami rozeszła się natychmiast wieść, że dzieweczka żyje. Usuwały się więc z drogi Jezusowi, wstydem powodowane; niektóre wprawdzie, podłe, uśmiechały się jeszcze niedowierzająco, lecz i te opamiętały się, gdy wszedłszy do domu, ujrzały, że dzieweczka nie tylko żyje, ale i smacznie pożywa. W powrocie do miasta mówił Jezus z uczniami o wskrzeszeniu dzieweczki: rodzice jej wprawdzie nie mieli silnej wiary i nie odznaczali się życzliwością ku Niemu, lecz wskrzesił ich córkę dla niej samej i na chwałę królestwa Bożego. Śmierć cielesna nie była dla niej złem; bardziej strzec się musi przed śmiercią duszy. Jezus poszedł prosto na plac miejski, uzdrowił chorych czekających tu nań, a potem nauczał w synagodze do końca szabatu. Faryzeusze tak byli na Niego rozgoryczeni i rozjątrzeni, że pewnie byliby się nań targnęli, gdyby dał im do tego choć najmniejszy powód. Znowu zaczęli swe obmowy, że Jezus działa cuda za pomocą sztuki czarnoksięskiej. Jezus, nie wdając się z nimi, wyszedł z miasta ogrodami Serobabela. Uczniowie rozproszyli się także w różne strony. Część nocy przepędził Jezus znowu na osobności na modlitwie. Jezus zwykł był wszystko czynić na sposób ludzki, abyśmy umieli i mogli Go naśladować. Więc i o szczęśliwe spełnienie Swego posłannictwa modlił się do Ojca niebieskiego. A modlitwy Jego miały taki skutek, że przez nie nawracali się grzesznicy a podstępne plany Faryzeuszów wikłały się i spełzły na niczym. Podług naszego sposobu pojmowania nieraz mogło się zdawać, że Faryzeusze rozedrą Jezusa na miejscu; a jednak Jezus uchodził z ich rąk, i już następnego dnia nauczał znowu i uzdrawiał przed synagogą, nawet w szabat. Dziwnym się więc może wydawać, dlaczego nie wygnali chorych, lub nie zakazali Jezusowi nauczania w synagodze. Otóż od dawna już mieli prorocy i nauczyciele prawo nauczać w synagogach, nieść pomoc i uzdrawiać. Nie mogli Mu więc tego zakazać Faryzeusze, mogli tylko starać się podchwycić Go na bluźnierstwie, lub błędnym nauczaniu; ale, jak widzimy, nie mogli tego Jezusowi udowodnić. O to, że Jezus chrzci ludzi, nie troszczyli się, a nawet nie pojawiali się tam. Gościniec bowiem publiczny nie prowadził doliną, lecz szedł przez wyżynę do Betsaidy. Doliną wiodły tylko ścieżki do jeziora, wydeptane przez rybaków i rolników. Marta, święte niewiasty z Jerozolimy, Dina i inne powróciły już do domu zaraz po odejściu Jezusa do Naim. Wdowa Maroni ma teraz kłopot ze swoim synem; zewsząd cisną się ludzie, by ujrzeć wskrzeszonego chłopca, tak, że nawet musi się kryć przed nimi. Z okazji uzdrowienia sługi wyprawił setnik Korneliusz gody na które zeszło się doń bardzo wielu pogan, szczególnie ubogich. Zaraz, po wyzdrowieniu sługi doniósł był Jezusowi, że złoży ofiarę całopalną ze zwierząt wszelkiego gatunku. Jezus kazał mu na to odpowiedzieć, że lepiej zrobi, gdy zaprosi swych wrogów i pojedna się z nimi, gdy pouczy przyjaciół, wspomoże ubogich i ugości wszystkich mięsem ofiarnym; inaczej bowiem Bóg nie ma upodobania w całopaleniach. Wyprawił więc Korneliusz ucztę, na którą zeszło się mnóstwo pogan.


463

Jezus udał się znów z uczniami na miejsce chrztu. Ku wielkiej radości Saturnina przyjęli tu chrzest dwaj jego młodsi bracia i wuj, wszyscy poganie. Jest tu i matka jego, która już dawniej przeszła na wiarę żydowską. Saturnin był potomkiem rodu królewskiego, rodem z Patras, gdzie jego rodzice mieszkali. Ojciec już nie żył, pozostała tylko macocha z dwiema córkami i dwoma synami. Wiadomość o narodzeniu się Jezusa i o pojawieniu się gwiazdy otrzymał po raz pierwszy z ust pewnego męża, który należał do orszaku jednego z Trzech Królów, należącego do rasy brunatnej; zetknął się z nim w swych podróżach. Potem udał się do Jerozolimy, a po wystąpieniu publicznym Jana był jednym z pierwszych jego uczniów. Po chrzcie Jezusa przeszedł z Andrzejem na ucznia Jezusowego. Macocha jego przesiedliła się w ślad jego z obiema córkami do Jerozolimy, a chłopcy zostali przy wuju; obecnie zebrali się tu wszyscy. Cała ta rodzina posiadała wielki majątek. Ochrzczono jeszcze około dwanaście mężczyzn. Przyjmujący chrzest wstępowali w rów, okalający chrzcielnicę, podkasywali długą białą koszulę, w którą się ubierali do chrztu, a w czasie chrztu pochylali się nad krawędzią chrzcielnicy; po chrzcie szli do altany i tam przebierali się w inne suknie. Żydzi nie troszczyli się o takich ochrzczonych pogan; jeśli taki ochrzczony nie zjawi się przed kapłanami z prośbą o obrzezanie, to nie karcą tego. Zapewne niewiele im zależało na takich poganach, byli zupełnie oziębli i nie chcieli narażać się na jakiekolwiek trudy. Korneliusz, który żył z żydami i nawet im synagogę wybudował, będzie zapewne musiał dać się obrzezać, jeśli zechce utrzymać z nimi dalej ścisłe stosunki. Stąd udał się Jezus przez wyżynę, ciągnącą się za domem Maryi i Piotra ku Betsaidzie i zeszedł aż na brzeg jeziora; tu nauczał na jeziorze niedaleko miejsca, gdzie Piotr łowił ryby. Brzegi jeziora są koło Betsaidy w ogóle strome, tylko tu zniżają się łagodnie i powoli aż ku zwierciadłu wód, tak, że łódki rybackie mogą wygodnie przybijać do lądu. Niedaleko brzegu kołysała się tu na falach łódź Piotra i łódka Jezusa, ta ostatnia mniejsza, mogąca pomieścić najwyżej 15 osób.

Jezus naucza z łodzi. Powołanie Mateusza

Na brzegu zebrała się liczna gromada pogan, którzy byli obecni na uczcie u Korneliusza. Jezus zaczął naukę, lecz widząc, że ścisk jest coraz większy, wsiadł z kilku uczniami na swą łódź, podczas gdy reszta uczniów i celnicy wsiedli na łódź Piotra. Odbiwszy o parę kroków od brzegu, nauczał Jezus z łodzi zebranych na brzegu pogan, mówiąc im przypowieść o siewcy i roli, zarosłej chwastami. Po nauce popłynął Jezus na drugą stronę jeziora. Na łodzi Piotra wiosłowali uczniowie na przemian, a łódka Jezusa, przyczepiona do tamtej łodzi, płynęła spokojnie sama. Jezus siedział na wywyższeniu pod masztem, a wkoło na krawędziach łodzi reszta uczniów. Na pytanie uczniów, co oznacza powyższa przypowieść i dlaczego naucza przez porównania, wytłumaczył im Jezus wszystko. Wyładowali między doliną Gerazą a BetsaidąJulias. Od brzegu wiodła droga do mieszkań celników i tą drogą poszli czterej celnicy, którzy płynęli z Jezusem; Jezus zaś udał się z uczniami drogą na prawo wzdłuż brzegu jeziora. Nieopodal drogi stał dom Mateusza, obok którego przechodzili, a z drogi wiodła boczna ścieżka do jego komory celnej. Przed komorą zajęci byli właśnie słudzy jego i celnicy składaniem towarów. Jezus poszedł ścieżką prosto ku nim, co widząc uczniowie, zatrzymali się, nie śmiejąc iść dalej. Mateusz, ujrzawszy Jezusa, cofnął się do wnętrza chaty, powodowany wstydem; Jezus jednak, podszedłszy bliżej, zawołał nań z drogi, wzywając go do Siebie. Na rozkaz Pana wyszedł Mateusz spiesznie z domu i upadł przed Jezusem na twarz, mówiąc, że nie czuł się godnym rozmawiać z Nim. Jezus jednak rzekł mu: „Mateuszu,


464

powstań i chodź ze Mną!‖ Mateusz, podniósł się i zmieniony w tej chwili wewnętrznie, mówił, iż chce ochotnie wszystko porzucić i pójść za Jezusem. Poszli teraz na drogę, gdzie stali uczniowie, a ci podali uprzejmie Mateuszowi rękę na przywitanie. Zadowoleni byli z tego obrotu sprawy szczególnie Tadeusz, Szymon i Jakub Młodszy, jako bracia przyrodni Mateusza po ojcu Alfeuszu; ten bowiem, zanim wziął za żonę córkę Marii Kleofy, miał z poprzedniej żony syna, tego właśnie Mateusza. Mateusz prosił teraz wszystkich na gościnę do swego domu, lecz Jezus odmówił, obiecując, że jutro wstąpią da niego; poczym poszedł z uczniami w dalszą drogę, Mateusz zaś powrócił do domu. Dom Mateusza, oddalony o kwadrans drogi od jeziora, stoi nad kotliną wyżyny; blisko niego płynie z Gerazy rzeczka i zasila swą wodą jezioro. Z domu jest z jednej strony widok na jezioro, z drugiej na obszerne pola. Mateusz był żonaty i miał czworo dzieci. Był już w wieku Piotra, a więc człowiek starszy i śmiało mógłby być ojcem swego brata przyrodniego, Jozesa Barsaby. Był silnej budowy ciała, krępy i kościsty, włosy miał czarne i takiż zarost. Już od czasu poznania Jezusa na drodze do Sydonu zmienił się na lepsze; zaraz wtenczas przyjął chrzest z rąk Jana i urządził swój sposób życia według zasad najściślejszej sumienności. Rozstawszy się teraz z Jezusem, przybiegł z radością do żony, oznajmując jej o szczęściu, jakie go spotkało, i mówiąc, że teraz opuści wszystko i pójdzie za Jezusem. Żona uradowała się tym również. Mateusz kazał jej przyrządzić na jutro ucztę i sam zajął się zaproszeniami i przygotowaniami do uroczystości. Chcąc już od razu przygotować się do opuszczenia wszystkiego, najął zaraz jednego z przewoźników łodzi Piotrowej i zdał mu tymczasowo swój urząd aż do bliższego rozporządzenia. Jezus tymczasem przeszedł wyżynę, ciągnącą się za domem Mateusza, i około północy przybył na dolinę BetsaidaJulias, gdzie właśnie obozowały wędrowne karawany pogan. Przed udaniem się na spoczynek miał jeszcze naukę. Na drugi dzień powrócił Jezus z uczniami około południa do domu Mateusza, gdzie już zebrało się sporo celników. W drodze przyłączyła się jeszcze do Jezusa garstka Faryzeuszów i kilku uczniów Jana. Faryzeusze nie weszli jednak do wnętrza domu, lecz chodząc po ogrodzie z uczniami, mówili: „Jak możecie to ścierpieć, że Mistrz wasz tak poufale zawsze obcuje z grzesznikami i celnikami?" — „Powiedzcie Mu to sami!" — odparli uczniowie. Na to odrzekli Faryzeusze: „Nie dogadałby się z takim człowiekiem, który zawsze chce mieć słuszność po swojej stronie!" Mateusz przyjął mile a z pokorą Jezusa i Jego towarzyszów i umył im nogi; bracia jego przyrodni uściskali Go serdecznie na przywitanie. Potem przyprowadził Mateusz do Jezusa żonę i dzieci. Jezus rozmawiał z nią chwilę, a dzieci pobłogosławił; te odeszły zaraz i nie pojawiły się już więcej. Dziwnym mi się to wydawało, a przecież tak zwykle było, że dzieci, pobłogosławione przez Jezusa, odchodziły zaraz i już się nie pokazywały. Gdy Jezus usiadł, ukląkł Mateusz przed Nim, a Jezus włożył nań rękę, pobłogosławił i dodał kilka słów pouczających. Mateusz nazywał się właściwie Lewi i teraz dopiero otrzymał od Jezusa imię „Mateusz." Ucztę zastawiono w otwartym przedsionku na stole ustawionym w krzyż; w koło Jezusa siedzieli celnicy. W przerwach wstawano od stołu i rozmawiano, a potem znowu zasiadano do nowego dania. Koło domu, jak wiadomo, wiodła droga do miejsca, w którym przeprawiano się przez jezioro. Od czasu do czasu przechodzili więc koło domu biedni podróżni, a uczniowie zatrzymywali ich i udzielali im potraw ze stołu. Uczniowie nie siedzieli przy stole, tylko chodzili w koło lub stali koło Jezusa. Podczas uczty zbliżyli się do nich Faryzeusze i zaczęły się wzajemne rozmowy i spory, opisane w ewangelii św. Łukasza roz. 5, 30 — 39. Rozmowa toczyła się głównie na temat postu, a to z


465

dwóch głównie powodów; po pierwsze dlatego, że wieczorem zaczynał się dzień postny, obchodzony przez zbyt skrupulatnych żydów na pamiątkę spalenia ksiąg Jeremiasza przez króla Joachima; po drugie, że Jezus pozwalał uczniom rwać owoce, rosnące przy drodze, co nie było w zwyczaju u Żydów judejskich. Na niejedno ich pytanie, skierowane do uczniów, odpowiadał Jezus sam od stołu, zwracając ku nim głowę. W Kafarnaum zaczyna się teraz ruch bardziej ożywiony, niż zwykle. Zjeżdżają się zewsząd obcy, przeciwnicy i przyjaciele Jezusa, by Go widzieć i słyszeć, głównie poganie; ci udają się najliczniej do Serobabela i Korneliusza.

Ostatnie powołanie Piotra, Andrzeja, Jakuba i Jana. Uciszenie burzy na morzu.

Na drugi dzień rano poszedł Jezus nad jezioro, oddalone o kwadrans drogi od mieszkania Mateusza. Piotr i Andrzej siadali właśnie do łodzi, zamierzając zarzucić sieci na głębinie; Jezus jednak, zbliżywszy się, rzekł do nich: „Chodźcie za Mną! Uczynię was łowcami dusz ludzkich." Zawołani zaprzestali natychmiast pracy, przybili do brzegu i wyszli z łodzi. Jezus zaś poszedł brzegiem nieco dalej ku łodzi Zebedeusza, który właśnie wraz z obu synami, Jakubem i Janem, zajęty był przyrządzaniem, sieci. I znowu wezwał Jezus Jakuba i Jana do pójścia za Nim, a oni usłuchali i zaraz wysiedli na ląd. Zebedeusz pozostał z najemnikami na łodzi. Nowo powołanym polecił Jezus udać się w góry do obozujących tam pogan i ochrzcić tych, którzy by tego pragnęli; do chrztu przygotowywał pogan sam Jezus już wczoraj i przedwczoraj. Teraz wskazywał własnoręcznie uczniom kierunek, w którym mają się udać i polecał, by wieczór zeszli się znowu razem u Mateusza. Inni uczniowie czekali tymczasem na drodze w górze. Zszedłszy się razem, pożegnali się, poczym powyżej wspomniani udali się w góry chrzcić, jak im Jezus kazał, Jezus zaś poszedł z Saturninem i resztą uczniów w inną stronę. Właściwie już o wiele dawniej powołał Jezus tych rybaków na Swych uczniów, lecz od czasu do czasu powracali oni za Jego przyzwoleniem wciąż do swego dawnego zatrudnienia; nie było też jeszcze koniecznym, by bez przestanku byli przy Jezusie, gdyż jeszcze sami nie nauczali; zresztą żeglugą swą po jeziorze i obcowaniem z pogańskimi karawanami oddawali wielką przysługę Jezusowi, bawiącemu w Kafarnaum. Bawiąc po minionej Wielkanocy dłuższy czas przy Jezusie, nauczali wprawdzie trochę, a nawet uzdrawiali, ale to ostatnie nie zawsze im się udawało, bo nie mieli jeszcze silnej wiary. Niektórzy cierpieli już nawet prześladowanie dla Jezusa; mianowicie w Gennabris pojmano ich i związanych stawiono przed Faryzeuszów, a ci kazali ich wtrącić do więzienia. W tym także czasie otrzymali od Jezusa władzę błogosławienia wody do chrztu. Władzy tej udzielił im Jezus nie przez włożenie rąk, tylko przez pobłogosławienie ich. Piotr nie tylko zajmował się żeglugą i rybołówstwem, posiadał prócz tego gospodarstwo rolne i trzody bydła. Posiadał wielki dom koło Kafarnaum, przed domem było podwórze, w koło zaś przysionki, oficyny i szopy. Przepływający tędy z Kafarnaum strumyczek zatrzymano i przekształcono tamami w piękny stawek, w którym hodowano ryby. W koło była piękna murawa, na której bielono płótno i rozpinano sieci. Przy tak pięknym gospodarstwie trudniej było Piotrowi niż innym, wyrzec się wszystkiego; martwiło go przy tym poczucie, że niegodnym jest takiej godności i że, jak przypuszczał, nie potrafi należycie nauczać; to wszystko utrudniało mu jeszcze więcej stanowczą rozłąkę. Andrzej już dawniej zaprzestał swych zajęć i więcej od nich odwykł. Jakub zaś i


466

Jan wciął jeszcze dotąd wracali do rodziców. W ewangeliach nie mogły być przedstawione szczegółowo wszystkie wędrówki Jezusa z uczniami, tylko krótki wyciąg; dlatego położono na początku to odwołanie rybaków od zamierzonego rybołówstwa i powołanie ich na łowców dusz ludzkich i przedstawiono to jako całkowite powołanie świętego Piotra, Andrzej, Jakuba i Jana. Dodano do tego niektóre cuda, przypowieści i nauki Jezusowe, jako zbiór przykładów, bez oznaczonego porządku chronologicznego i lokalnego. Stosownie do polecenia Jezusa udali się Piotr, Andrzej, Jakub i Jan do obozowiska pogan, gdzie Andrzej zabrał się do ich chrzczenia. Wielką miednicę napełniono wodą z pobliskiego potoku. Przyjmujący chrzest klękali w koło ze złożonymi na piersiach rękami; byli między nimi i chłopcy od trzech do sześciu lat. Piotr trzymał miednicę, a Andrzej nabierał z niej ręką wodę, polewał nią po trzykroć głowy chrzczonych, wymawiając przy tym odpowiednią formułkę. Inni uczniowie szli od jednych do drugich i wkładali na nich ręce. Gdy ochrzczono jednych, przystępowali na ich miejsce nowi. W przerwach opowiadali uczniowie dostępne już ich umysłom przypowieści, mówili o nauce i cudach Jezusa i objaśniali nieznane jeszcze poganom prawa i obietnice Boże, dane Izraelitom. Piotr szczególnie opowiadał gorliwie z żywą gestykulacją; Jan i Jakub mówili także bardzo pięknie. — W tym czasie nauczał Jezus w innej dolinie, a Saturnin chrzcił. Wieczorem zeszli się wszyscy w domu Mateusza. Gości było tu jeszcze dosyć i ci się zbyt naprzykrzali Jezusowi, co Go męczyło; to też wziąwszy dwunastu Apostołów i Saturnina, wsiadł do łodzi Piotra i kazał im jechać w szerz przez całe jezioro ku Tyberiadzie. Zdawało się, jak gdyby Jezus chciał wypocząć, znużony natarczywością ludzi; położył się bowiem w zagłębieniu, na środkowym stopniu tarasu, otaczającego maszt, gdzie zwykle spoczywali strażnicy, a że był strudzony, zaraz usnął. Stąd był widok na wszystkie strony, a przecież z wierzchu było się osłoniętym. Wioślarze stali o wiele wyżej. Przy odpływaniu panowała piękna pogoda i cisza była w powietrzu. Wtem, gdy wpłynęli mniej więcej na środek jeziora, zerwała się gwałtowna burza. Dziwiło mnie to, że choć niebo pokryło się czarnymi chmurami, widać było dobrze gwiazdy. Od czasu do czasu muskał wzburzone fale jasny blask: zapewne się błyskało. Gwałtowny wicher miotał falami wody, pędząc przed sobą bałwany, a te uderzały o boki łodzi, rozpryskując się z hukiem. Spuszczono żagiel, lecz mimo to niebezpieczeństwo wzrastało coraz więcej. Nie mogąc opanować trwogi, zbudzili uczniowie wreszcie Jezusa, wołając: „Mistrzu! nie troszczysz się wcale o nas? Giniemy!" Jezus podniósł się, zaglądnął na wzburzone fale i spokojnie, poważnie, jakby rozmawiał z burzą, rzekł: „Ucisz się, ustąp!" W jednej chwili nastała cisza. Przestraszeni uczniowie szeptali jeden do drugiego: „Kto jest Ten, któremu fale wody są posłuszne!" Jezus zaś zganił im ich małą wiarę i obawę i kazał im nawrócić do Chorazin. Tak nazywa się od miasta Chorazin okolica wokoło komory celnej Mateusza, podobnie, jak okolica od Kafarnaum aż do Giszala nazwaną jest Genezaret. Łódź Zebedeusza powróciła wraz z łodzią Piotrową. Po drodze spotkali łódź, wiozącą podróżnych do Kafarnaum. Wraz z Jezusem było w łodzi około piętnastu mężów. Nie trzeba się dziwić, że wioślarze stali wyżej od miejsca, gdzie Jezus spał, a mimo to Jezus mógł widzieć wszystko dokoła. Ponieważ wiosła, umieszczone na wysokim kraju łodzi, daleko brały wodę, więc umieszczano je na wysokich burtach, przez co wioślarze musieli stać wyżej; dlatego też urządzano tarasy dokoła masztu, skąd poprzez burty widać było, co się dzieje na wodzie. Wylądowawszy, poszedł Jezus z uczniami na wyżynę, ciągnącą się na południe od doliny Chorazin, gdzie już czekały ogromne tłumy narodu, a nowi przybysze wciąż napływali. Nauka zapowiedziana, była na


467

parę dni naprzód, więc też zebrało się kilka tysięcy słuchaczów. Dla Jezusa przyrządzona była katedra kamienna. Chorazin leży stąd o godzinę drogi na północny zachód, a nieco dalej na północ od Gergezy, które leży niżej. Jezus uzdrowił tu wielka liczbę ślepych, chromych, niemych i trędowatych. Z początku nauki przeszkadzali Mu opętani, których tu sprowadzono, hałasem i krzykami. Na rozkaz Jezusa jednak umilkli zaraz i położyli się na ziemię, jakby lękliwe psy; tak leżeli bez ruchu przez cały czas nauki, dopóki Jezus nie przyszedł ku nim i ich nie oswobodził. Między uzdrowionymi przypominam sobie jednego człowieka z uschniętym zupełnie ramieniem i z nabrzmiałą, pokrzywioną ręką, Jezus przesunął ręką po jego ramieniu, wziął go za chorą rękę i prostował mu lekko palce, każdy z osobna, naciskając je nieznacznie. Działo się to prędko w tak krótkim czasie, jakiego potrzeba, by to opisać. Ręka chorego wyprostowała się na poczekaniu i wyzdrowiała, chory odzyskał w niej władzę. Początkowo była ta ręka wprawdzie sucha i słaba, ale szybko odzyskiwała na objętości. Wśród słuchaczów znajdowało się wiele kobiet z dziećmi różnego wieku. Te dzieci kazał Jezus przyprowadzać do Siebie i błogosławił je kolejno, a potem nauczał głośno tak, że i ludzie mogli słyszeć Jego słowa. Podczas nauki wziął raz jedno dziecko za rękę i obracając je na wszystkie strony mówił, że tak samo powinni ludzie stosować się do woli Bożej i dać się jej powodować spokojnie, cierpliwie i bez oporu. W ogóle Jezus wiele zajmował się dziećmi. Obecni słuchacze byli to przeważnie poganie, a częścią także Żydzi z Syrii i dziesięciu miast. Na wezwanie Jezusa nadciągnęli tu złączeni w liczne karawany, wraz z dziećmi, sługami i chorymi, zdrowi po to, by usłyszeć naukę i przyjąć chrzest, chorzy zaś, by odzyskać zdrowie. Jezus wyszedł tu naprzeciw nich, by nie wywołać zbyt wielkiego natłoku w Kafarnaum. Między ludźmi, przysłuchującymi się nauce Jezusa, byli także krewni kobiety cierpiącej na krwotok, znanej z ewangelii, która mieszkała w Kafarnaum, a mianowicie wuj jej nieboszczyka męża z Panei, dorosła jej córka i jakaś inna kobieta. Wypytywali się oni uczniów, jak się ma ich chora krewna i umawiali się z nimi o przewiezienie ich wieczorem do Kafarnaum. Przez cały dzień chrzczono w ten sam sposób, jak wczoraj, tj. że ludzie klękali tworząc koło. I znowu ochrzczono wiele małych chłopców; ci nie klękali, tylko stali z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Wodę donoszono w miechach z doliny Chorazin. Przybyli tu także na zwiady okoliczni Faryzeusze i fałszywi uczniowie Jana. Wieczorem poszedł Jezus z uczniami do domu Mateusza i tu opowiadał jeszcze przypowieści o skarbie, zakopanym w cudzej roli, który znalazłszy pewien człowiek, pozostawił go, a poszedłszy do domu, opuścił wszystko, co miał, i kupił tę rolę, by skarb posiąść. Chciał Jezus przez to wskazać, z jaką gorliwością poganie się starają o królestwo niebieskie, które też rzeczywiście zdobędą. Dla wielkiego natłoku nauczał Jezus z łodzi, nie odpływał jednak daleko i po nauce wysiadł zaraz na brzeg. Noc przepędził na modlitwie. Rano uwiadomili uczniowie Jezusowi, że Matka Jego prosi Go, by przyszedł jak najprędzej, bo Maria Kleofy, mieszkająca w domu Piotra koło Kafarnaum, jest bardzo chora i że wielu innych chorych, nawet z Nazaretu, oczekuje Go z utęsknieniem. Jezus nie poszedł zaraz, lecz nauczał nad brzegiem jeziora i uzdrowił wielu chorych; było znów wielu opętanych, a Jezus uwolnił ich od złego ducha. Tłumy zebranych rosną ciągle i coraz bardziej zwiększa się natłok; nie da się opowiedzieć słowami, jak Jezus niezmordowanie pracuje i każdemu niesie pomoc. Po południu wziąwszy wszystkich Apostołów, przeprawił się Jezus przez jezioro do Betsaidy. Dzisiaj wybrało się również wielu pogan na drugą stronę. Ci, którzy


468

tylko do Kafarnaum zamierzali się udać, pozostawili tu swoje wielbłądy, inni zaś przewozili wielbłądy i osły w skrzyniach, przyczepionych do łodzi, lub przeprowadzali je przez most na Jordanie powyżej jeziora. — Mateusz oddał tymczasowo zarząd cła jednemu z rybaków. W ogóle od czasu przyjęcia chrztu Jana sprawuje on swój urząd bardzo uczciwie; podobnie i inni celnicy są teraz sumienniejsi i łagodniejsi i rozdają ubogim hojne jałmużny. Przy takich okazjach szczególnie usłużnym okazuje się Judasz, zręczny nadzwyczaj, a nie zepsuty jeszcze całkiem, zajmuje się zawsze troskliwie rozdzielaniem i wszystko szybko oblicza. Około czwartej godziny przybył Jezus do Betsaidy; oczekiwały Go tu już Maria Maroni z synem, bawiąca tu już od dwóch dni, i inni; podano Mu też zaraz przekąskę. Synowie Marii Kleofasowej poszli zaraz odwiedzić chorą matkę, Jezus zaś nauczał do późnej nocy tłumy ludzi, zebrane przed domem Andrzeja i uzdrawiał chorych. Natłok obcych żydów i pogan w Kafarnaum zwiększa się ostatnimi czasy nie do pojęcia. W całej okolicy obozują wszędzie rzesze przyjezdnych; wszystkich obcych będzie do dwanaście tysięcy, a wszyscy przybyli wyłącznie dla słuchania nauk Jezusa. W dolinach i na ustroniach pasą się wszędzie osły i wielbłądy, niszcząc wiele krzaków obżeraniem z nich pączków. Gdzieniegdzie zaś stoją przywiązane i spożywają spokojnie podawany im obrok. — Na każdym kroku widać rozbite obozowiska. Zaprawdę, od czasu bytności tu Jezusa zwiększa się Kafarnaum i bogaci, wiele rodzin osiedla się tu na stałe, wielu obcych przynosi tu swe mienie, bogacąc mieszkańców. Ruch budowlany wzmaga się o tyle, że domy Serobabela i Korneliusza wkrótce złączą się z miastem, już znacznie rozszerzonym. Wskrzeszenie młodzieńca z Naim i inne cudowne uzdrowienia rozsławiły się już i wszystkich poruszyły. To też poznoszono do Kafarnaum chorych z bliższych i dalszych stron, a także i z Nazaretu. Z pełną ufnością w Jezusa posprowadzano nawet nieuleczalnie chorych i już konających. Podwórze w domu Piotra na przedmieściu, boczne budynki i szopy, przepełnione są nimi. Obok poustawiano namioty i rozmaite altany i zaopatrzono się w zapasy żywności. U Piotra mieszka jego krewna, wdowa z Naim, i Maria Kleofy, spokrewniona z nim przez swego trzeciego męża; ta ostatnia mieszka stale w Kanie i stamtąd zabrała ją tu z sobą wdowa z Naim wraz z jej ośmioletnim synkiem z trzeciego małżeństwa, Symeonem. Maria Kleofasowa przybyła tu już w gorączce, a teraz choroba jej wzmaga się coraz więcej. Jezus nie był jeszcze u niej. Między obcymi przybyszami są tu także i Grecy, a mianowicie mieszkańcy Patras, miejsca rodzinnego Saturnina.

Poselstwo Jana Chrzciciela do synagogi. Obfity połów ryb

Jeszcze przed szabatem przybyło od Jana z Macherus kilku uczniów w poselstwie do Kafarnaum. Byli to najdawniejsi i najzaufańsi uczniowie Jana, między nimi bracia Marii Kleofy, Jakub, Sadoch i Heliachim. Przybywszy tu, zwołali do przysionka synagogi przewodniczących i komisję Faryzeuszów i doręczyli im długi, wąski zwój, zwinięty w trąbkę. Był to list Jana, w tonie ostrym pisany, a zawierający wyraźne świadectwo o Jezusie. Podczas gdy Faryzeusze czytali list, i nieco zmieszani jego treścią, to i owo przebąkiwali, zebrał się w koło tłum ludu, co widząc uczniowie, głośno opowiedzieli ludowi, co Jan niedawno mówił w Macherus wobec Heroda, uczniów i licznie zgromadzonej ludności. Rzecz zaś miała się tak: uczniowie, wysłani przez Jana do Jezusa do Megiddo, powróciwszy z odpowiedzią, powiadomili go o cudach i nauce Jezusa, o prześladowaniu Go ze


469

strony Faryzeuszów, o różnych pogłoskach, krążących o Jezusie, i o tym, jak niektórzy zarzucają Jezusowi, że nie uwalnia go z więzienia. Widząc Jan, że daremnym jest nakłaniać Jezusa do dania świadectwa o Sobie samym, ujrzał się zmuszonym jeszcze raz publicznie poświadczyć, kim jest Jezus. Kazał więc powiedzieć Herodowi, by pozwolił mu mieć mowę do uczniów i do ludu, który się zgromadzi, bo i tak wkrótce już umilknie na zawsze. Herod zezwolił na to chętnie, bo chciał zyskać życzliwość ludu i wpoić weń przekonanie, że Janowi nie dzieje się krzywda w niewoli. Wpuszczono więc na dziedziniec zamkowy wszystkich uczniów i tłumy ludu. Sam Herod i jego przewrotna, nieprawa żona, siedzieli na podwyższeniu, otoczeni orszakiem żołnierzy. Wreszcie wyszedł Jan z więzienia i z wielkim zapałem zaczął nauczać o Jezusie. „Ja sam — mówił — przyszedłem tylko przygotować Mu drogę i nikogo innego nie głosiłem, tylko Jego. Wy jednak w zatwardziałości swojej nie chcecie Go uznać. Czyście zapomnieli, co nauczałem o Nim? Powtórzę wam to jeszcze raz dokładnie, bo koniec żywota mego już bliski." Słowa te nadzwyczaj wzruszyły słuchaczów, a wielu uczniów nawet płakało. Herod także zaniepokoił się i zakłopotał, bo ani mu jeszcze przez myśl nie przeszło skazywać Jana na śmierć; miała wprawdzie takie pragnienie jego nałożnica, lecz umiała obłudę swą doskonale pokrywać i uchodzić za najlepszą. Jan tymczasem mówił dalej z wielką gorliwością; przypominał obecnym cud, jaki miał miejsce przy chrzcie Jezusa, świadczący o tym, że Jezus jest ulubionym Synem Boga, przepowiedzianym przez proroków. Co Jezus uczy, to pochodzi od Ojca Jego, co On czyni, czyni i Ojciec, i nikt nie dostanie się do Ojca, tylko przez Niego. Zbijał potem Jan zarzuty, stawiane Jezusowi przez Faryzeuszów, szczególnie co do gwałcenia szabatu. Każdy musi szabat święcić, lecz właśnie gwałcą go oni, nie słuchając nauki Jezusa, Syna Tego, który szabat ustanowił. Wiele jeszcze podobnych rzeczy mówił Jan, wskazując na Jezusa jako na tego, bez którego nie można być zbawionym, bo kto nie wierzy weń i nie słucha Jego nauki, potępionym będzie na wieki. Upominał potem uczniów, by udali się do Jezusa, by w zaślepieniu nie stawali przy nim na progu świątyni Bożej, lecz weszli do jej wnętrza. Skończywszy naukę, wysłał część swych uczniów ze znanym nam listem do synagogi w Kafarnaum. W liście tym dawał jeszcze raz wyraźne świadectwo Jezusowi, że jest Synem Boga i wypełnieniem obietnicy i że, co naucza i czyni, jest słusznym i świętym; odpierał wszystkie zarzuty Faryzeuszów, groził im sądem i zaklinał, by nie odtrącali od siebie zbawienia. Dał jeszcze drugi takiż list uczniom i kazał przeczytać go ludowi i powtórzyć wszystko, co on tu mówił. Jak widzieliśmy, spełnili uczniowie wiernie to polecenie. Przed synagogą zebrały się niezmierne tłumy ludu, bo w ten szabat szczególnie wielki natłok był w Kafarnaum. Ze wszystkich stron zgromadzili się tu żydzi. Wszyscy słuchali radośnie uczniów, gdy ci powtarzali im słowa Jana o Jezusie, na wszystkich twarzach malowała się radość, a wiara umocniona na nowo wstąpiła w ich serca. Wobec takiego usposobienia tłumów nie mogli Faryzeusze nic wskórać i musieli ustąpić; wzruszali wprawdzie ramionami i chwiali głowami na to wszystko, ale udawali życzliwych. Dla zaznaczenia jednak swej powagi, rzekli do uczniów Jana: „Nie wchodzilibyśmy Jezusowi w drogę, gdyby nie naruszał prawa i nie zakłócał spokoju. Prawda, że dziwną i cudowną władzę ma w Sobie, musimy jednak zważać na porządek, a wszystko ma swoje granice. Jan jest dobrym człowiekiem, ale trzymany w niewoli, nie obeznany jest dobrze ze wszystkim; z resztą w ogóle bardzo mało miał stosunków z Jezusem. Tymczasem zaszedł szabat. Wszyscy udali się do synagogi, gdzie też poszedł Jezus z uczniami. Słuchano tu Jego nauki z wielkim podziwem. Mówił zaś Jezus o sprzedaniu Józefa I Mojż. 37, 1— 41 i o pismach proroka Amosa 2, 6 — 3, 9,


470

gdzie grozi Izraelitom karą za grzechy. Nie przeszkadzano Mu wcale; Faryzeusze słuchali z tłumioną w sercu zawiścią, ale i z mimowolnym podziwem. I ich wzruszyło nieco świadectwo Jana, dane Jezusowi wobec wszego ludu. Nagle dał się słyszeć w synagodze straszliwy ryk. Przyprowadzono bowiem do synagogi pewnego opętanego z Kafarnaum, a ten dostał naraz napadu i wrzeszcząc, rzucił się na obecnych, chcąc ich kąsać. Jezus zwrócił się w stronę jego i rzekł: „Milcz! wyprowadźcie go!" W jednej chwili uspokoił się opętany, a gdy go wyprowadzono, położył się przed synagogą na ziemi, drżąc z bojaźni. Jezus tymczasem, skończywszy naukę sabatową, wyszedł z synagogi, a przystąpiwszy do owego opętanego, uwolnił go od złego ducha. Poczym udał się z uczniami do domu Piotra, stojącego nad jeziorem, gdyż tam większy panował spokój niż gdzie indziej. W nocy wyszedł jak zwykle, na modlitwę. Między wszystkimi chorymi, uzdrowionymi przez Jezusa, nie widziałam nigdy właściwych obłąkanych; jeśli byli tacy, to tylko jako opętani przez złego ducha. Faryzeusze pozostali jeszcze w synagodze i szperali w różnych starych księgach proroków, szczególnie Malachiasza, z którego jeszcze najwięcej wiedziano; badali ich naukę i żywot, porównywali naukę Jezusa, a jednak musieli Mu przyznać pierwszeństwo przed nimi i podziwiać Jego moc; w końcu jednak znaleźli i w Jego nauce coś do zganienia. Następnego ranka nauczał Jezus znowu w synagodze wobec licznie zgromadzonych tłumów. Tymczasem jednak tak się pogorszyło Marii Kleofasowej, że Najświętsza Panna posłała po Jezusa do synagogi, prosząc Go o natychmiastową pomoc. Jezus udał się zaraz na przedmieście do domu Piotra, koło chorej zebrani byli synowie i bracia chorej, Maryja i wdowa z Naim. Szczególnie odczuwał to nieszczęście ośmioletni synek chorej z trzeciego małżeństwa z Jonaszem, młodszym bratem teścia Piotra, któremu Jonasz pomagał w zajęciach rybackich, a umarł pół roku temu. Przyszedłszy do domu, przystąpił Jezus do posłania chorej, wycieńczonej zupełnie gorączką, pomodlił się i włożył na nią rękę; poczym ujął ją za ramię i rzekł, by przestała być chorą. Następnie kazał dać jej napić się co i przekąsić. Podobnie postępował Jezus ze wszystkimi chorymi, a miało to przypominać Przenajświętszy Sakrament, który później ustanowił. Jezus przeważnie potrawy te błogosławił. Nie do opisania była radość synów, a szczególnie małego Symeona, gdy Maria Kleofy wstała zupełnie zdrowa i zaraz zaczęła usługiwać chorym; Jezus bowiem wyszedł już był i zaczął uzdrawiać licznie koło domu zebranych chorych. Byli to po największej części nieuleczalnie chorzy, o których nie miano już żadnej nadziei wyzdrowienia, przyniesieni z dalekich stron, a nawet z Nazaretu niektórzy znajomi Jezusa z czasów młodości. Niektórzy byli tak słabi, że na pół martwych przynoszono ich na plecach przed Jezusa. Przybyli tu także uczniowie Jana, którzy przynieśli pismo do synagogi i pokornie oskarżali się sami, że dotychczas byli Mu niechętni, a to z tego powodu, że nie ujął się za ich mistrzem, wziętym do niewoli. Opowiadali, jak ostro pościli dla uproszenia Boga o natchnienie Jezusa, by uwolnił ich mistrza. Jezus pocieszał ich serdecznie i chwalił przed nimi Jana, jako najświętszego z ludzi. Rozmawiając potem z uczniami Jezusa, zapytywali się, dlaczego Jezus sam nie chrzci tak jak ich mistrz, który tyle sobie trudu przy tym zadawał. Odrzekli im na to uczniowie Jezusa: „Jan chrzcił, bo jest chrzcicielem, Jezus zaś uzdrawia, bo jest Zbawicielem, Jan przecież nie uzdrawiał, bo inne miał zadanie. Przybyli też z Nazaretu do Jezusa uczeni zakonni i prosili Go uprzejmie, by odwiedził przecież i ich miasto; zachowywali się tak, jakby chcieli się usprawiedliwić z tego, co tam zaszło. Jezus odrzekł im na to, że żaden jeszcze prorok nie miał znaczenia w swej ojczyźnie. Poczym udał się do synagogi i


471

nauczał aż do końca szabatu. Wychodząc, uzdrowił Jezus jeszcze jednego ślepego. Domem Piotra na przedmieściu zarządza jego żona; w drugim zaś, nad jeziorem, gospodarzą jego teściowa i pasierbica. — Jezus wyszedł z domu na modlitwę, a uczniomrybakom pozwolił na ich prośbę udać się na jezioro na nocny połów; było bowiem przy takim zdumiewającym natłoku obcych, wielkie zapotrzebowanie ryb. Potrzeba było także przewoźników, bo wielu ludzi przeprawiało się z jednego brzegu na drugi. Wyszedłszy na połów, łowili uczniowie całą noc, a nad ranem przewozili jeszcze ludzi. Jezus tymczasem z resztą uczniów zajęty był rozdzielaniem jałmużn między ubogich, uzdrowionych niedawno chorych i biedniejszych podróżnych. Nauczał przy tym, pocieszał i upominał, rozdając sam wszystko, własnoręcznie co kto potrzebował. Rozdzielano suknie tkaniny, nakrycia, chleb i pieniądze. Wszystko to dostarczyły niewiasty ze swych zapasów zebranych z datków dobroczynnych. Uczniowie nosili podarki w koszach i rozdzielali stosownie do rozkazu Jezusa. Nieco później nauczał Jezus nad jeziorem w miejscu, gdzie Piotr zwykł był łowić ryby. Łodzie Piotra i Zebedeusza stały niedaleko brzegu, zaś uczniowierybacy czyścili na brzegu sieci, w oddaleniu od rzeszy. Łódka Jezusa kołysała się na falach w pobliżu wielkich łodzi. Brzeg w tym miejscu był wąski, zamknięty z tyłu stromą skałą, a że ludzie zebrali się licznie, więc ścisk powstał nadzwyczajny. Widząc to Jezus, skinął na rybaków, by przyciągnęli Jego łódkę. W tym czasie zbliżył się do Niego pewien uczony z Nazaretu, który przybył tu z chorymi, uzdrowionymi wczoraj i rzekł: „Mistrzu, pójdę wszędzie za Tobą, gdzie tylko się zwrócisz!" Jezus odrzekł mu na to: „Liszki mają swe nory, ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił. Wsiadłszy na łódkę, kazał Jezus odbić nieco od brzegu, a płynąc wzdłuż i zatrzymując się co chwila, nauczał słuchaczów zebranych na brzegu; mówił kilka przypowieści o królestwie Bożym, tak np. o nieprzyjacielu, siejącym kąkol w pszenicy i o podobieństwie królestwa niebieskiego do sieci, zarzuconej w morze. Wieczór już zapadał, gdy Jezus rzekł do Piotra, by wyprowadził łodzie na głębinę i zapuścił sieci. Na to odrzekł Mu Piotr z pewnym zniechęceniem: „Całą noc pracowaliśmy i nic żeśmy nie ułowili; jednak na Twoje słowo zapuszczę sieci." Zabrali więc zaraz sieci na łodzie i wypłynęli na jezioro. Jezus tymczasem rozpuścił lud, i wziąwszy z sobą Saturnina, syna Weroniki, przybyłego tu wczoraj, i kilku innych uczniów, popłynął w swej łódce za łodzią Piotra; po drodze objaśniał im jeszcze raz przypowieści, a gdy wypłynęli na pełną wodę, wskazał im miejsce, gdzie mają zarzucić sieć, poczym przepłynął w Swej łódce przez jezioro w stronę, gdzie stał dom Mateusza. Tymczasem zapadła noc. Rybacy zarzucili sieć, a dla łatwiejszego rozpoznawania zapalono na kraju łodzi, od strony sieci, pochodnie. Poczekali chwilę, a potem zaczęli płynąć ku Chorazin, ciągnąc sieć za sobą. Zaraz z początku poczuli, że sieć musi być pełna, bo ciężar był niezwykły; z trudem dopłynęli na płytsze miejsce, gdzie sieć spoczęła na dnie. Na wierzch nie mogli jej jednak wydobyć, bo pod ciężarem ryb zaczęła się rwać. By ulżyć ciężaru, popłynęli w małych czółenkach i zaczęli rękami wybierać ryby w mniejsze sieci i skrzynie, przyczepione wolno do łodzi. Do pomocy wezwali rybaków Zebedeusza, płynących obok na łodzi, którzy także zaczęli wybierać ryby z sieci. Tak obfity połów, jaki im się jeszcze nigdy nie zdarzył, wprawiał wszystkich w zdumienie i przerażenie. Piotra zastanowiło to szczególnie; poczuł, że dotychczas nie dość jeszcze ocenili Jezusa; cała ich troska o dobry połów nie była nic warta, całodzienne ich trudy daremne były, a oto na jedno słowo Jezusa więcej ułowili


472

ryb, niż kiedy indziej przez całe miesiące. Ulżywszy ciężaru, przybili do brzegu i wyciągnęli sieć; i znowu przestrach ich ogarnął na widok takiego mnóstwa ryb. Piotr zaś, zawstydzony, upadł na twarz przed Jezusem, stojącym na brzegu, i rzekł: „Panie! odejdź ode mnie, bom grzeszny człowiek!" — „Nie lękaj się, Piotrze!" — rzekł mu Jezus — na przyszłość będziesz łowczym dusz ludzkich." Mimo to przygnębiony był bardzo Piotr swą nędzą i zbytnią troską o zysk. Działo się to między godziną trzecią a czwartą rano i właśnie zaczynało dnieć. Powybierawszy ryby z sieci, położyli się uczniowie w łodziach do snu. Jezus zaś udał się z Saturninem i synem Weroniki na wschód i wyszedł na północny kraniec grzbietu górskiego, na którego południowym końcu leży Gamala. Okolica tu pagórkowata, zarosła krzewami. Po drodze dawał Jezus towarzyszom wskazówki co do sposobu modlenia się i kazał im zastanowić się nad tym, poczym odłączył się od nich i poszedł na odosobnione miejsce. Oni zaś spoczywali, to chodzili, to modlili się. Ci drudzy uczniowie tymczasem zajęci byli przez cały dzień rybami. Sporą część rozdzielono między ubogich, mnóstwo zakupili poganie, a resztę przewieziono do Kafarnaum i do Betsaidy. Wszystkim opowiadali przy tym to cudowne zdarzenie. Obecnie doszli już do przekonania, że osobista ich troska o wyżywienie się do niczego nie prowadzi, że wszystko od Jezusa zależy. Niedawno uciszył Swym głosem burzę, a oto teraz ryby, posłuszne Mu, dały się złowić w takiej ilości. Rozprzedawszy ryby, popłynęli znów na wschodni brzeg, a że Jezus powrócił już z obu uczniami z dziennej wędrówki, więc wszyscy razem popłynęli do Kafarnaum. Wylądowawszy, poszedł Jezus do domu Piotra na przedmieściu i tu do późna w noc przy świetle pochodni uzdrawiał opuszczonych nieczystych chorych obojga płci. Byli to tacy, których nie wolno było wraz z innymi publicznie przyprowadzać, i dlatego uzdrawiał ich Jezus podczas nocy na podwórzu Piotra. Niektórzy między nimi już od wielu lat żyli w zupełnym opuszczeniu zdała od społeczeństwa ludzkiego. — Resztę nocy przepędził Jezus na modlitwie.

Kazanie na górze. Uzdrowienie paralityka

Rano przeprawił się Jezus przez jezioro z liczną rzeszą uczniów i wysiadł na brzeg o godzinę drogi na północ, od domu Mateusza. Na górze, gdzie Jozue miał nauczać, zebrały się już tłumy pogan, uzdrowionych niedawno przez Jezusa i ochrzczonych; wkoło leżały obozowiska pogan. Uczniowie-rybacy zapytywali się Jezusa, czy mają także z Nim pójść, bo wobec tak obfitego połowu nie potrzebowali się już tymczasowo starać o żywność, a zresztą przekonali się, że i tak wszystko leży w mocy Jezusa. Jezus nie wziął ich ze Sobą, lecz polecił im ochrzcić tych, którzy jeszcze pozostali w Kafarnaum, a przez resztę dnia pozwolił im oddać się swym zwykłym zajęciom, gdyż dla tak licznie zgromadzonych tłumów potrzeba było także dużo żywności. Jeszcze przed odejściem z Kafarnaum miał Jezus do uczniów ogólnikową przemowę, w której zebrał krótko całą Swą naukę o ośmiu błogosławieństwach, bo w najbliższym czasie o tym głównie miał nauczać. Mówił im, że są solą ziemi, wybraną do ochraniania i odświeżania innych, więc, nie wolno im brać się do tego bez odpowiedniego zasobu sił. Objaśniał im to dokładniej przez przykłady i przypowieści, a po skończeniu tej nauki przeprawił się przez jezioro. Stosownie do polecenia Jezusa chrzcili uczniowie wraz z Saturninem w dolinie koło Kafarnaum. Ochrzczono między innymi, syna wdowy z Naim i dano mu na chrzcie imię Marcjalis. Saturnin wkładał nań ręce. Niewiasty nie poszły za Jezusem na naukę, lecz pozostały u wdowy z Naim na chrzcinach jej syna.


473

Przy Jezusie byli siostrzeńcy Józefa z Arymatei, przybyli z Jerozolimy, Natanael, Manahem z Korei i wielu innych uczniów; w ostatnim czasie było ich wszystkich w Kafarnaum około trzydziestu. Wylądowawszy na wschodnim brzegu jeziora, poniżej ujścia Jordanu, szło się na wschód pod górę, potem zwróciwszy się nieco na zachód, było się już na miejscu, gdzie Jezus miał nauczać. Można było tam także dojść, obchodząc w koło jezioro przez most na Jordanie, lecz dostęp z tej strony był uciążliwy dla licznych jarów i dzikich wąwozów. Betsaida-Julias leżało we wschodnich widłach ujścia Jordanu nad jeziorem. Od strony jeziora wiodła nad stromym brzegiem wzdłuż miasta droga. Mównicy na górze nie było, stał tylko namiot na pagórku, otoczony wałem; w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim był stąd przepyszny widok na jezioro i wznoszące się za nim góry aż do Taboru. Wkoło góry rozłożyły się obozem tłumy żydów i pogan; pogan było najwięcej i to przeważnie świeżo ochrzczonych. Jedni od drugich nie oddzielali się zbyt starannie, bo i tak żydzi tutejsi mieli częste stosunki z poganami, a poganie w tej okolicy mieli przewagę. Jezus mówił najpierw o ośmiu błogosławieństwach w ogóle, a potem objaśniał pierwsze z nich: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie." Opowiadał potem przykłady i przypowieści, mówił o Mesjaszu, a głównie o nawróceniu pogan. — Spełniło się — mówił — to co przepowiedział prorok ku pocieszeniu pogan: poruszę wszystkich pogan, bo i dla pogan przyjdzie pocieszenie.*) — Dziś Jezus nie uzdrawiał, gdyż załatwiono się z tym już za dni poprzednich. Zjawili się tu także Faryzeusze, przepłynąwszy jezioro na własnej łodzi, i przysłuchiwali się nauce z zawiścią i złością w sercu. Podczas przestanków posilali się ludzie tym, co przynieśli z sobą. Uczniowie także nie przyszli z próżnymi rękoma; mieli dla siebie i dla Jezusa ryby, chleb, miód i małe dzbanuszki ze sokiem, czy balsamem, którego dodawano troszkę do wody do picia. Pod wieczór wracał lud z Kafarnaum, Betsaidy i innych okolicznych miejscowości do swych domów, okręty czekały nań na brzegu jeziora. Jezus z uczniami udał się wzdłuż doliny Jordanu, do jednej gospody pasterskiej. Tam udzielał uczniom nauki, przygotowując ich w ten sposób do przyszłego zadania apostolskiego. Przez 14 następnych dni będzie Jezus uczył o ośmiu błogosławieństwach, a szabat przepędzi w Kafarnaum. Następne dni uczył Jezus dalej na górze. Znajdowała się tam raz Maryja, Maria Kleofasowa, Maroni z Naim i jeszcze dwie inne niewiasty. W drodze do jeziora rozmawiał Jezus z Apostołami i uczniami o przyszłym ich powołaniu: „Wyście światłością świata!" o owym mieście, na górze położonym, o lampie na świeczniku, o wypełnieniu przykazań; poczym pojechał do Betsaidy i zamieszkał w domu Andrzeja. Między ochrzczonymi, których w tych dniach Saturnin ochrzcił koło Kafarnaum, znajdowali się także żydzi z Achai, dokąd schronili się byli ich przodkowie w czasie niewoli babilońskiej. Betsaida-Julias jest nowo wybudowanym miastem pogańskim, w którym jednak i żydzi mieszkają i gdzie się znajduje słynna z różnych gałęzi nauk, szkoła. W mieście tym Jezus jeszcze nie był, lecz mieszkańcy tamtejsi przychodzili słuchać nauki Jego do Kafarnaum, gdzie też wielu chorych Jezus z pośród nich uzdrowił. Wspomniane wyżej miasto leży w pięknej dolinie nad wschodnim brzegiem Jordanu, na pół godziny drogi od ujścia rzeki do jeziora. Stąd o godzinę drogi na północ prowadzi przez rzekę murowany most, Wracając z góry, uczył Jezus uczniów, jakie ich czekają w przyszłości cierpienia i prześladowania. Sypiał On na łodzi Piotrowej. W dzień potem, gdy z owej góry podążał ku Kafarnaum, otaczały Go liczne tłumy ludu. On jednak udał się do domu Piotrowego przed bramą miejską, po prawej


474

stronie doliny. Na wiadomość, że Jezus z uczniami znajduje się w owym domu, zgromadziło się około Niego mnóstwo ludzi, pomiędzy nimi wielu Faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Cały obszerny dziedziniec w koło otwartej sali, gdzie Jezus usiadł i nauczał, przepełniony był tłumem ludu. Mówiąc o dziesięciu przykazaniach, przyszedł na miejsce, o którym jest wzmianka i w kazaniu na górze: Słyszeliście, iż powiedziano starym „nie będziesz zabijał", nawiązał też do tego naukę o przebaczeniu urazów i o miłości nieprzyjaciół. Wtem powstał na dachu hałas i wnet przez otwór w nim się znajdujący, spuszczono na sznurach do sali sparaliżowanego wraz z łóżkiem, z prośbą: „Panie, zmiłuj się nad chorym!" Z początku bowiem nadaremnie usiłowano wraz z chorym przedrzeć się przez tłum, i dlatego w końcu chwycono się tego sposobu, że kilku ludzi po schodach wyniosło chorego na dach, a potem przez otwór spuścili go do sali przed Jezusa. Oczy wszystkich padły na chorego, Faryzeusze oburzali się na to, uważając takie postępowanie za bezczelność i bezprawie, lecz Jezus, widząc taką wiarę u ludu, cieszył się, a przystąpiwszy do chorego, rzekł: „Bądź spokojny Mój synu, odpuszczają ci się grzechy twoje!" Jak zawsze, tak i teraz oburzyli się Faryzeusze na takie słowa, uważając je za bluźnierstwo! „Któż bowiem — mówili — może grzechy odpuszczać jak tylko Bóg?" Jezus przewidując ich myśli, rzekł: „Dlaczego macie złe myśli w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: odpuszczają ci się grzechy twoje? czy też wstań, weź łoże twoje i chodź? Ale, żebyście wiedzieli, iż Syn człowieczy ma moc na ziemi odpuszczać grzechy, mówię tobie — tu zwrócił się do sparaliżowanego — wstań, weźmij łoże twoje i idź do domu!" I wstał ów człowiek zdrowy, zabrał łoże swe wraz z podporami na ramiona, a otoczony towarzyszami swymi i przyjaciółmi, odszedł uradowany, wśród powszechnej radości ludzi. Faryzeusze, pełni gniewu, po cichu, jeden po drugim się wynieśli. Jezus zaś, ponieważ zapadł szabat, udał się otoczony tłumem, do synagogi.

Jair i jego powtórnie chora córka. Uzdrowienie niewiasty na krwotok cierpiącej, dwóch ślepych i Faryzeusza

Jair, przełożony nad synagogą, znajdował się tam wówczas także, pełen smutku i wyrzutów sumienia. Córka jego, niebezpiecznie chora, była powtórnie bliską skonu, niebezpieczniejszego jak za pierwszym razem, gdyż było niejako karą za grzechy jej i rodziców. Już poprzedniego szabatu popadła była we febrę. Matka jej i siostra, wraz z matką Jaira odpłaciły się lekkomyślnością za pierwsze uzdrowienie a nawet za dobrodziejstwo to wcale Jezusowi nie podziękowały; Jair zaś, będąc chwiejnym i słabym i aż nadto uległym swej urodziwej i próżnej żonie, dał sobą we wszystkim rządzić. W domu panowała lekkomyślna gospodarka kobiet, które zazwyczaj zajęte były tylko strojeniem się na sposób pogan. Skoro dziewczyna po raz pierwszy wyzdrowiała, kobiety razem z nią śmiały się i szydziły z Jezusa. Niewinność, którą dotychczas dziewczynka się odznaczała, nie jaśniała już dawnym blaskiem. Obecnie dostała febry, gorączka niezwykle ją trawiła, a w ostatnim tygodniu była w ciągłym majaczeniu, słowem bliską była śmierci. Rodzice widzieli w tym karę za swą lekkomyślność, lecz nie chcieli się do tego przyznać. Widząc jednak bliską śmierć córki, matka zawstydzona i zaniepokojona, rzekła do Jaira! „Zmiłuje się też Jezus jeszcze raz nad nami?" i nalegała nań, by Go jeszcze raz o to prosił. Lecz Jair wstydził się pokazać Jezusowi i czekał aż do soboty, gdy będzie nauczał; miał bowiem silną wiarę, że Jezus, skoro tylko zechce, może mu dopomóc. Również było go wstyd prosić Jezusa o to we dnie wobec ludzi. Gdy Jezus wyszedł z synagogi, powstał koło Niego niezmierny natłok. Mnóstwo ludzi i wielu chorych chciało się do Niego


475

zbliżyć. Jair, zbliżywszy się, upadł przed Nim, zasmucony, i prosił usilnie, by się jeszcze raz raczył zmiłować nad jego już umierającą córką. Jezus przyrzekł mu to. Wtem nadszedł jeden z domowników Jaira, wysłany przez panią domu, która, strapiona długą nieobecnością męża, sądziła, że Jezus nie chce go wysłuchać. Posłaniec doniósł, że córka już nieżywa, lecz Jezus kazał mu tylko ufać i być dobrej myśli. Zmrok już zapadał, a koło Jezusa ciągle był natłok. Teraz przyprowadziły do synagogi służebnice ową niewiastę, cierpiącą na krwotok, która niedaleko stąd mieszkała. Inne niewiasty, które, choć nie w tym stopniu cierpiące, jak ona, w południe, wśród natłoku przy przewozie, za dotknięciem się szaty Jezusowej uzyskały zdrowie, rozmawiając z nią o tym, silną w niej obudziły wiarę. Spodziewała się, że wieczorem, gdy Jezus będzie wychodził z synagogi, wśród natłoku ludzi będzie się mogła niepostrzeżenie Go dotknąć. Jezus, czytając jej myśli, szedł powoli. Wtedy ona niewiasta, wraz z córką, Leą i wujem tejże męża, przybliżyła się do Niego, siadła na kolanach, a oparłszy się jedną ręką na ziemi, drugą dotknęła się szaty Jezusowej, i w oka mgnieniu uczuła się zupełnie uleczoną. Jezus jednak zatrzymał się, spojrzał na uczniów i zapytał: „Kto się Mnie dotknął?" Na to odrzekł Piotr: „Pytasz, kto się Ciebie dotknął? Widzisz, iż lud prze na Ciebie." Lecz Jezus odrzekł: „Ktoś Mnie się dotknął, gdyż czuję, że siła wyszła ze Mnie." Przy czym spojrzał wokoło, a gdy się lud trochę rozstąpił, nie mogła się owa niewiasta dłużej ukryć. Przybliżyła się przeto do Jezusa i w trwodze rzuciła Mu się do nóg, mówiąc, iż ona to zrobiła i że cierpiąc od długiego czasu na krwotok, za dotknięciem się Jego uleczoną została. Błagała Go, aby jej przebaczył. Wtedy Jezus rzekł do niej: „Bądź spokojna, córko, wiara twoja cię uzdrowiła. Idź w pokoju i bądź wolna od cierpień.‖ Wówczas odeszła uzdrowiona, wraz z swymi krewnymi. Niewiasta ona nazywała się Enue, liczyła lat 30 i była bardzo wynędzniałą i bladą. Nieboszczyk, jej mąż, był żydem. Jedyna córka, jaką miała, wychowywała się u wuja, który właśnie wraz z nią przyszedł do chrztu i jej szwagrową, imieniem Leą, której mąż jest zaciekłym Faryzeuszem. Związek małżeński, w który owdowiała Enue chciała ponownie wejść, nie był po myśli jej bogatych krewnych, dlatego też się jej sprzeciwiali. Przyspieszając kroku, zdążał Jezus do domu Jaira. Towarzyszyli Mu uczniowie, Piotr, Jakub, Jan, Saturnin i Mateusz. W przedsionku domu stało mnóstwo narzekających i płaczków. Przechodząc obok nich, nie powiedział im już Jezus: „ona śpi tylko", lecz poszedł dalej. Matka Jaira, żona jego i jej siostra wyszły w zasłonach żałobnych naprzeciw Niemu. Zostawiwszy na podwórzu Saturnina i Mateusza, udał się Jezus w towarzystwie Piotra, Jakuba i Jana, wraz z Jairem, żoną tegoż, i matką do izby, gdzie leżała umarła. Obecnie leżała ona w innej, szczuplejszej izdebce, aniżeli poprzedniego razu. Miejsce, w którym leżała, znajdowało się teraz za ogniskiem. W ogrodzie kazał Sobie zerwać Jezus gałązkę, jako też przygotować miednicę z wodą, którą pobłogosławił. Zwłoki zmarłej, odrętwiałe, przedstawiały widok o wiele nie przyjemniejszy, aniżeli poprzednio. Dawniej widziałam jej duszę blisko ciała, teraz nie widziałam jej wcale. Przedtem powiedział Jezus: „Ona śpi", teraz nie powiedział nic. Była nieżywa. Jezus, umaczawszy gałązkę w pobłogosławionej wodzie, pokropił nią umarłą dzieweczkę, następnie modląc się, ujął ją za rękę i rzekł: „Dzieweczko, tobie mówię, wstań!" W chwili, gdy Jezus się modlił, widziałam, jak dusza jej w postaci czarnej kuli weszła do jej ust. Podniosła oczy, wyprostowała się za ujęciem ręki przez Jezusa i wstała z łoża. Jezus oddał dziewczynkę rodzicom, którzy wśród płaczu do nóg Mu się rzucili. Potem kazał Jezus przynieść jej co do zjedzenia, a mianowicie winogron i chleba. Gdy przyniesiono co Jezus rozkazał, wskrzeszona


476

jadła i rozmawiała. Jezus napominał rodziców do wdzięczności względem Boga za takie dobrodziejstwo, do porzucenia rozkoszy światowych i czynienia pokuty, przypomniał im obowiązek wychowania wskrzeszonej dzieweczki tak, aby nie popadła w śmierć wieczną. Zganił im całe ich postępowanie i lekkomyślność, z jaką przyjęli pierwszą łaskę, skutkiem czego w tym krótkim czasie córka ich naraziła się na śmierć cięższą, bo na śmierć duszy. Wskrzeszona do życia płakała ze wzruszenia. Jezus przestrzegał ją przed wszelkim grzechem, przed pożądliwością oczu, dodając i to, że spożywszy z chleba, który był pobłogosławił, na przyszłość już więcej służyć nie powinna ciału, ale natomiast pożywać winna z chleba żywota; powinna pokutować, mieć silną wiarę, modlić się i spełniać pobożne uczynki. Słowa te wywołały w rodzicach dzieweczki zupełną przemianę. Jair przyrzekł we wszystkim być posłusznym Jego rozkazom; również żona jego wraz z wszystkimi obecnymi przyrzekli poprawę, płacząc i dziękując. Jair zupełnie przemieniony, rozdał natychmiast część swych dóbr między ubogich. Córce jego było na imię Salome. Z powodu wielkiego napływu ludzi przed dom Jaira, polecił Jezus temu ostatniemu, aby nie czyniono niepotrzebnego rozgłosu i opowiadania. Takie polecenia dawał On bardzo często uzdrowionym, a czynił to z różnych powodów. Najczęściej zaś dlatego, że zbytnie przechwalanie się i rozgłaszanie doznanej łaski przeszkadzało skupieniu duszy w rozmyślaniu miłosierdzia Bożego. On zaś życzył Sobie, by uleczeni w cichości myśleli o poprawie a nie biegali wszędzie, ciesząc się nad miarę z otrzymanego zdrowia, przez co bardzo łatwo w grzech wpaść mogli. Często nakazywał także milczenie w tym celu, by uczniów nauczyć pogardy sławy a spełniania dobrych uczynków jedynie z miłości ku Bogu; albo znowu dlatego, aby nie przysparzać ludzi ciekawych i niespokojnych, jako też, by się nie cisnęli do Niego tacy chorzy, których samo tylko pragnienie pozbycia się choroby do Niego pociągało, ale nie wiara. Wielu bowiem przychodziło tak, jakby tylko chcieli doświadczać; tacy popadali później w grzechy i chorobę, jak to miało miejsce w domu Jaira. Po tym wszystkim wyszedł Jezus wraz z pięciu uczniami tylną częścią domu, by w ten sposób ujść natłoku u drzwi. Pierwsze uleczenie w domu Jaira odbyło się za dnia, — dzisiejsze wieczorem po szabacie, przy świetle lamp. Dom Jaira leżał w północnej stronie miasta, Jezus zaś udał się w stronę północno zachodnią ku wałom. Pomimo to wyśledziło Go dwóch ślepych wraz z przewodnikami. Skoro Go tylko spostrzegli, pospieszyli za Nim, wołając: „Jezusie, Synu Dawidów, zmiłuj się nad nami!" Jezus tymczasem wszedł do jednego domu w wale, należącego do pewnego zaufanego męża, sprawującego w tej dzielnicy miasta urząd stróża. Uczniowie także tutaj niekiedy gościli, a miał ów dom także wyjście po drugiej stronie miasta. Ślepi jednakże weszli za Jezusem do domu, błagając: „Jezu, Synu Dawidów, zmiłuj się nad nami!" Wtedy Jezus, zwróciwszy się do nich, rzekł: „Wierzycie, iż Ja mogę to uczynić?" Oni odpowiedzieli: „Tak, Panie!" Wówczas wyjął z kieszeni flaszeczkę napełnioną balsamem czy oliwą, i nalał z niej trochę do małej, ciemnej i płytkiej miseczki. Następnie, trzymając ją na dłoni lewej ręki, wsypał nieco gliny, zmieszał wielkim i wskazującym palcem ręki prawej i pomazał oczy ślepych, mówiąc: „Niech się stanie według waszego pragnienia!" Wtedy owi ślepi otworzyli oczy, widząc wszystko, a upadłszy Mu do nóg, dziękowali. Jezus również i im zakazał cudu tego rozgłaszać. Uczynił to zaś obecnie dlatego, aby tłum aż tu za Nim się nie cisnął i aby Faryzeuszom nie dawać powodu do gniewu. Jednakowoż już owo wołanie ślepych o pomoc zdradziło było Jego w tej okolicy obecność, a także uzdrowieni od ślepoty rozgłaszali wszędzie szczęście, jakiego dostąpili. Tymczasem ludzie z okolicy Seforis, dalecy krewni Anny, przyprowadzili doń


477

człowieka niemego, który był od diabła opętany. Związawszy mu ręce i opasawszy sznur koło ciała, wlekli go w ten sposób, był bowiem zupełny i obrzydliwy szaleniec. Był to Faryzeusz, należący do komisji, która Jezusa śledziła, nazywał się Joas, a był jednym z owych, z którymi Jezus dyskutował w szkole leżącej między Seforis, a Nazaretem. Przed 14 dniami opętał go szatan, mianowicie wtedy, gdy Jezus wracał z Naim. Człowiek ów wbrew własnemu przekonaniu, i chcąc się tylko pochlebić innym Faryzeuszom, rzucał na Jezusa bluźnierstwa, że musi posiadać diabła, skoro krąży jak szalony po kraju. W Seforis dyskutował z nim Jezus o rozwodzie małżeńskim. Był to wielki grzesznik. Obecnie, gdy go przyprowadzono, zerwał się na Jezusa, lecz Pan, skinąwszy ręką, rozkazał szatanowi wyjść z niego. Na to drgnął cały ów opętany, a czarna para wyszła z ust jego. Potem upadł przed Jezusem na kolana wyznając swe grzechy i prosząc o przebaczenie. Jezus przebaczył mu wszystko, na pokutę zadając mu kilka dni postu i jałmużny. Miał się na dłuższy czas wstrzymać od niektórych potraw, których żydzi najwięcej używali, jak np. od czosnku. Zdumienie ogarnęło wszystkich, uważano bowiem za rzecz najtrudniejszą wypędzić niemego diabła. Faryzeusze mieli z nim już dosyć kłopotu. Gdyby go przed Jezusa nie byli przyprowadzili jego domownicy, to Faryzeusze z pewnością byliby go nigdy do Niego nie dopuścili. Najwięcej gniewało ich, że nawet jeden z ich grona szukał pomocy u Jezusa i pomoc tę znalazł, wyznając publicznie swe grzechy, w których oni także uczestniczyli. Po odejściu owego opętanego, rozeszła się w Kafarnaum wieść o tym uzdrowieniu; ludzie mówili powszechnie, że o takich cudach w Izraelu nie słyszano. Faryzeusze srożyli się jednak, mówiąc: „On wypędza szatany mocą ich księcia." Jezus wyszedł wraz z uczniami tylnymi drzwiami domu, obszedł zachodnią część miasta, i poszedł aż do domu Piotra na przedmieściu, gdzie przepędził noc. W owych dniach dał Jezus ponownie wobec uczniów świadectwo o Janie Chrzcicielu. Jest on czysty — mówił — jak anioł, do ust jego nie weszło nigdy nic nieczystego, z ust nie wyszedł żaden grzech, żaden fałsz. A kiedy Go pytali, czy też długo jeszcze Jan żyć będzie, rzekł Jezus, że umrze, gdy czas jego przyjdzie, a ten jest już niedaleki. Tym zasmucili się uczniowie bardzo.

Uzdrowienie człowieka z uschłą ręką. Błogosławiony żywot, który Cię nosił

Gdy Jezus szedł do synagogi nauczać, obmyśliwali Faryzeusze znów złośliwą psotę. W kącie synagogi stał człowiek z uschłą ręką, który nie miał odwagi zjawić się przed Jezusem, a teraz w dodatku obawiał się i obecnych tu Faryzeuszów. Faryzeusze zarzucali Jezusowi, jak może z takimi ludźmi, jak celnik Mateusz, przestawać, a Jezus odpowiedział na to, że przybył na ziemię dla nawracania i pociechy grzeszników, a Faryzeuszów wcale za uczniów użyć nie może. Wtedy rzekli mu szyderczo: „Nauczycielu! oto tu jest jeszcze jeden, może i jego także zechcesz uzdrowić?" Na to Jezus zawezwał owego z uschłą ręką, i postawiwszy go w środku synagogi, rzekł: „Grzechy twoje są ci odpuszczone!" Faryzeusze, którzy tym człowiekiem pogardzali, gdyż nie miał u nich dobrej sławy, rzekli: „Uschła ręka jednak mu nie przeszkadzała do grzeszenia.” Wówczas Jezus ujął jego rękę, wyprostował jej palce i rzekł: „Władaj twą ręką!" Na te słowa wyciągnął ów człowiek rękę, zupełnie uzdrowiony, i podziękowawszy, odszedł. Jezus zaś, biorąc go w obronę przeciw oszczerstwom Faryzeuszów, okazał dlań współczucie i nazywał go człowiekiem dobrego serca. Faryzeusze, zawstydzeni i pełni jadu, nazywali Jezusa gwałcicielem szabatu i odeszli. W bliskości synagogi znajdowali się Herodianie i z nimi to porozumiewali się Faryzeusze, w jaki by sposób podczas świąt w


478

Jerozolimie na Jezusa się zasadzić. Gdy Jezus następnie w domu Piotra przemawiał do ludu, była między innymi niewiastami także Lea, bratowa owej uzdrowionej z krwotoku Enui. Mąż jej był Faryzeuszem i przeciwnikiem Jezusa; ale ona była poruszoną przez Jego naukę. Widziałam, że z początku spokojnie i przygnębiona chodziła tu i ówdzie wśród ludu, jakby kogo szukała. Była to jednak wewnętrzna siła, która ją nakłaniała do okazania jawnie czci Jezusowi. Wtem nadeszła także Matka Jezusowa wraz z innymi niewiastami; były to: Marta, Zuzanna Jerozolimska, Samarytanka Dina i Zuzanna Alfeuszowa, córka Marii Kleofasowej i siostra apostołów. Dochodziła już może lat 30, miała dorastające dzieci, a mąż jej żył w Nazarecie, i stąd to właśnie niewiasty zabrały ją z sobą. Zuzanna Kleofasowa chciała przyłączyć się do grona niewiast zajętych usługiwaniem. Maryja poszła z niewiastami na podwórze, stanąwszy koło miejsca, gdzie nauczał Jezus. W nauce Swej zarzucał Faryzeuszom ich chytrość i nieczystość, a ponieważ mowę przeplatał nauką, o 8 błogosławieństwach, przeto rzekł właśnie teraz: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają!" Lea, zobaczywszy Maryję, nie mogła już powstrzymać wybuchu radości, i upojona zachwytem, zawołała wśród ludu: „Błogosławieńszy (tak na pewno zrozumiałam), błogosławieńszy żywot, który Cię nosił i piersi, któreś ssał!" Wtem Jezus, spojrzawszy na nią spokojnie, zawołał: „Tak, błogosławieni, którzy słuchają Słowa Bożego i go strzegą!" — i nauczał dalej. Następnie zbliżyła się Lea do Maryi, a pozdrowiwszy ją, rozpoczęła mowę o uzdrowieniu Enui i że jest gotowa oddać swoje mienie na rzecz gminy, aby tylko Maryja wstawiła się do Syna Swego, żeby nawrócił jej męża. — Był nim Faryzeusz z Paneas. Maryja rozmawiała z nią całkiem po cichu i nic nie wiedziała o jej radosnym wykrzyku; potem odeszła z innymi niewiastami. Maryję zdobi prostota nie do opisania. Jezus nie wyróżniał Jej nigdy ponad innych ludzi, chyba tylko tym, że Ją otaczał czcią. Nie wdawała się z nikim, jak tylko z chorymi i prostaczkami; zdobiła Ją zawsze pokora, niewypowiedziana cichość i prostota. Wszyscy, nawet nieprzyjaciele Jezusa, oddają Jej cześć, a przecież nie lgnie do nikogo, przywiązana do ciszy i samotności. Następnie znajdował się Jezus w przystani Piotrowej, gdzie przed wielką rzeszą ludu nauczał w przypowieściach o królestwie Bożym. Uczył również i ze Swojej łodzi na morzu. Gdy pewien uczony w Piśmie, imieniem Sarazet, oświadczył gotowość, że pójdzie wszędy za Nim, wtedy Jezus rzekł i jemu: „Lisy mają nory itd." Był to przyszły mąż Salomy, córki Jaira, i oboje przystali po śmierci Jezusa do gminy chrześcijańskiej. Prócz tego uczonego przyszło do Jezusa jeszcze dwóch innych, którzy przez długi czas towarzyszyli Mu jako uczniowie. Jeden z nich rzekł do Jezusa, ażeby przecież już raz wziął w posiadanie Swoje królestwo, wszak dostatecznie Swe już posłannictwo udowodnił; czyż nie zechce zasiąść na stolicy Dawida? Gdy mu zaś Jezus to wytłumaczył i polecił iść za Sobą, wtedy on rzekł, że musi się wpierw w domu pożegnać. A Jezus mu na to: „Kto przyłoży rękę do pługa itd." Trzeci z nich, który już w Seforis przystał do Jezusa, rzekł, że musi jeszcze ojca pogrzebać. Na to rzekł Jezus: „Niechaj umarli grzebią swych umarłych." Ale miało to inne znaczenie; albowiem ojciec jego nie był jeszcze umarł; był to przyjęty zwrot mowy na oznaczenie podziału majątku i zabezpieczenie ojca. Noc przepędził Jezus pod namiotem, na górze Chorazin na modlitwie w towarzystwie kilku uczniów. Rano zeszli się także inni uczniowie na kazanie mające się odbyć. Podczas kazania objaśniał Jezus czwarte błogosławieństwo i tekst z Izajasza: „Oto sługa, którego wybrałem, Mój ulubiony, w którym upodobała Sobie dusza Moja! Spuszczę nań ducha Mego i on ogłosi sąd narodom." Słuchaczów było mnóstwo, między nimi z okolicznych twierdz gromadka rzymskich żołnierzy. Wysłano ich tu, by wysłuchawszy nauki Jezusa i zbadawszy, co zacz, zdali z tego sprawę. Z Galii bowiem i z innych prowincji wysyłano do Rzymu z zapytaniami, co to za prorok powstał w Judei, kraju podwładnym Rzymianom; władze rzymskie wystosowały więc odpowiednie zapytania do dowódców w Judei, a ci wysłali na zwiady żołnierzy. Wszystkich było tu około stu. Obrali sobie dobre miejsce, by dokładnie widzie i słyszeć. Po nauce zeszedł Jezus z uczniami z góry w dolinę ku południu; było tu źródło przy którymi pomocne niewiasty przygotowały chleb i ryby, Tłumy rozsiadły się na stoku góry. Wielu z nich jednak nie miało ze sobą żadnych zapasów, więc niektórzy, zebrawszy się na odwagę,


479

posłali do uczniów po żywność. Kosze z chlebem i rybami stały na tarasie. Jezus pobłogosławił je i przy pomocy uczniów rozdzielał proszącym. Zdawało się, że ani mowy niema, aby to wystarczyło; wszyscy jednak otrzymali tyle, ile im było potrzeba. To też mówili jeden do drugiego: „wszystko mnoży się w Jego rękach!" Rzymscy żołnierze prosili także o ów pobłogosławiony chleb, by posłać go jako znak i dowód do Rzymu, i tym utwierdzić, co widzieli i słyszeli. Jezus kazał im jednak dać z tego, co będzie zbywać; a że po rozdzieleniu zostało jeszcze dość chlebów, każdy więc ze starszyzny dostał nieco, którzy zabrali to z sobą do domu.

Jezus w Magdala i Gergeza. Wpędza szatanów w wieprze

W przerwach w czasie publicznego nauczania i uzdrawiania przygotowywał Jezus skrzętnie Apostołów i uczniów do przyszłego ich zawodu, ilekroć tylko znalazł się z nimi sam na sam. I teraz ustawił dwunastu Apostołów na samotnym placu nad jeziorem w tym porządku, w jakim wymienieni są w ewangelii i udzielał im mocy uzdrawiania i wypędzania złych duchów, dołączając Swe błogosławieństwo; uczniom zaś dał władzę chrzczenia i wkładania rąk. Miał przy tym do nich wzruszającą przemowę, obiecując im, że nigdy ich nie opuści i wszystkie losy z nimi dzielić będzie. Wszyscy płakali; Jezus był także bardzo wzruszony. Przy końcu rzekł, że wiele jeszcze pozostaje do załatwienia, poczym, uskuteczniwszy wszystko, pójdą do Jerozolimy, bo zbliża się czas wypełnienia obietnicy. Uniesieni zapałem, przyrzekli Apostołowie i uczniowie czynić wszystko co rozkaże, i zawsze pozostać Mu wiernymi, na co przepowiedział im Jezus, że nadejdą jeszcze smutne, ciężkie chwile i nawet między nimi zło się pokaże; miał tu na myśli Judasza. Tak rozmawiając, przybyli do miejsca, gdzie były łodzie. Jezus wsiadł do łodzi z 12 Apostołami i pięciu uczniami, między którymi był Saturnin, i kazał płynąć wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Minąwszy Hippos, wylądowali w pobliżu niewielkiej miejscowości Magdala. Magdala leży tuż nad jeziorem po północnej stronie dzikiego jaru, do którego spływa woda z bagien, położonych wyżej koło Gergezy. Miejscowość ta leży tuż pod stromą wyniosłością, tak, że tylko w południe i wieczór słońce tam trochę zagląda. Ziemia, szczególnie w pobliskiej kotlinie, jest bagnista, a częste mgły zanieczyszczają powietrze. Jezus nie poszedł zaraz do osady. Piotr zatrzymał łódkę na mieliźnie, połączonej mostem z lądem stałym. Zaledwie wyszli na brzeg, nadbiegło kilku opętanych, krzycząc na Jezusa: „Czego chcesz od nas? pozostaw nas w spokoju?" A przecież sami dobrowolnie tu przyszli. Jezus uwolnił ich od złego ducha, a oni, podziękowawszy Mu, wrócili do osady. Wkrótce nadeszli ludzie z innymi opętanymi. Piotr, Andrzej, Jan, Jakub i jego siostrzeńcy udali się do osady i tu uzdrawiali chorych i opętanych, i po raz pierwszy tu spotykane niewiasty, cierpiące na konwulsje. Czynili to w Imię Jezusa z Nazaretu, a niektórzy dodawali formułkę: „któremu posłuszne są wichry morskie." Niektórzy uzdrowieni szli zaraz do Jezusa i słuchali Jego upomnień i nauki. Jezus tłumaczył mieszkańcom i uczniom, że dlatego jest tu tylu opętanych, bo ludzie zanadto ulegają swym namiętnościom i zbyt są przywiązani do rzeczy doczesnych. Wielu opętanych było z Gergezy, położonej na górze o godzinę drogi na wschód. Włóczyli się wciąż po okolicy, kryjąc się w grotach i dołach. — O zmierzchu jeszcze uzdrawiał Jezus, poczym przenocował z uczniami na łodzi. Z okolicy Gergezy, mającej około cztery godziny drogi w obwodzie, nie stawił się był nikt na naukę Jezusa na górze. Na drugi dzień wszedł Jezus na wyżynę; tu zastąpiło Mu drogę dwóch opętanych młodzieńców żydowskich z Gergezy. Choroba nie owładnęła jeszcze nimi całkiem, ale już mieli czasami napady, a nie mając spokoju, włóczyli się bez przestanku po


480

okolicy. Gdy jeszcze byli zdrowi, a Jezus raz tędy przechodził idąc z Tarychei przez Jordan, prosili Go, by ich przyjął za uczniów, lecz Jezus odmówił im. Teraz, gdy Jezus uwolnił ich od złego ducha, prosili znów o to, dodając, że nie byliby popadli w takie nieszczęście, gdyby już wtenczas był ich przyjął za uczniów. Jezus jednak znowu im odmówił, upominał ich do poprawy, a potem kazał im wrócić do domu i oznajmić, w jaki sposób doznali uzdrowienia. Radzi nie radzi odeszli. Idąc dalej, nauczał Jezus przy domach i szałasach pasterskich; tu nieraz się trafiało, że z za krzaków lub pagórków wypadali ku Niemu opętani i obłąkani, wymachiwali rękoma i wrzeszczeli, by nie szedł tu i pozostawił ich w spokoju. Jezus wtedy przywoływał ich rozkazem do Siebie i uwalniał od złego ducha, przy czym niektórzy z nich wołali, by nie wpędzał ich w przepaść. Niektórzy z Apostołów uzdrawiali chorych w okolicy przez wkładanie rąk, przy czym wzywali ludzi na naukę Jezusa, mającą się odbyć na górze na południe od Magdali. Na tę naukę zeszły się wielkie, tłumy ludu. Jezus napominał ich do pokuty, mówił o bliskości królestwa Bożego i ganił ich przywiązanie do rzeczy doczesnych. Mówiąc o wartości duszy, wzywał ich, by poznali, że Bogu przecież więcej zależy na duszy, niż na wielkich, doczesnych bogactwach ludzi. Odnosiło się to do owej ogromnej trzody wieprzów, które wkrótce miały zginąć w jeziorze z dopuszczenia Jezusa; mieszkańcy bowiem Gergezy znowu zapraszali Jezusa do siebie. Jezus zaś rzekł im, że jeszcze przyjdzie do nich i że przyjście Jego nie bardzo będzie im pożądane. Prosili Go też, by nie szedł na wyżynę przez jar, bo błąkają się tam dwaj szalejący opętani, których nie można skrępować, bo już nieraz zerwali łańcuchy i niejednego już udusili. Jezus odrzekł na to, że właśnie z powodu nich pójdzie tamtędy, jeśli będzie pora, bo przysłany jest tu dla nieszczęśliwych. Przy tej sposobności powiedział także ów tekst,*) w którym mówi ewangelista, że gdyby mieszkańcy Sodomy i Gomory widzieli i słyszeli te rzeczy, jakie się dzieją tu w Galilei, to z pewnością byliby się nawrócili. Gdy Jezus zabierał się już do odejścia, prosili Go bardzo słuchacze, by jeszcze został dłużej, bo nigdy nie słyszeli tak miłej nauki i zdaje im się, jakoby słońce poranne oświeciło ich ponurą, mglistą ziemię. Przestrzegali Go przy tym, że już noc zapada. Na to odrzekł im Jezus w porównaniu, że On sam nie lęka się nocy, ale oni powinni się lękać pozostać w wiecznej ciemności w czasie, gdy właśnie światło Słowa Bożego pojawiło się między nimi. Poczym wsiadł Jezus z uczniami na łódź. Z początku płynęli, jak gdyby chcieli przeprawić się do Tyberiady, lecz później nawrócili ku wschodowi, zatrzymali łódź prawie przy brzegu, o godzinę drogi na południe od wąwozu i pokładli się w łodzi na spoczynek. Magdala jest to nieznaczna miejscowość, mniejsza od Betsaidy, o tyle dogodna, że jest tu przystań dla rybaków. Mieszkańcy otrzymują zarobek z Hippos, gdzie kwitnie przemysł i handel. Obok Gergezy poprowadzony jest publiczny gościniec, wiodący w dół do Hippos. Być w granicach Magdali jest to samo, co być w granicach Dalmanuty, miasta leżącego z drugiej strony jaru, o kilka godzin drogi stąd. Wyszedłszy następnego ranka na brzeg, uzdrowił Jezus znowu przez włożenie rąk wielu opętanych. Ludzie tutejsi sami oddawali się w moc szatana, bo od dawien dawna trudnili się czarnoksięstwem. W jarze i na górach rośnie tu obficie pewne zioło, które oni zbierali i namiętnie je spożywali, gdyż miało tę własność, że upajało jak opium i do tego wprawiało w konwulsje. Inne znów zioło służyło jako przeciwdziałające, ale od pewnego czasu nie chciało skutkować; że zaś nie wyrzekli się spożywania tamtego, więc też popadli w największą nędzę. Ziemia Gergezeńczyków był to szmat kraju, długi na 4 do 5 godzin, a szeroki na pół godziny drogi. Zjednoczyła ich ściśle wspólność charakterów i wypadków dziejowych; wartość ich moralna, ogółem wziąwszy, bardzo licha. Ziemia Gergezeńczyków ciągnie się od jaru między Dalmanutą i Magdalą, który stanowi


481

jej kraniec południowy, a liczy na swym obszarze wraz z Gergezą i Gerazą dziesięć miasteczek, rozrzuconych rzędem wzdłuż na całej przestrzeni. Łącznie z okolicą Chorazin otacza ziemia Gergezeńczyków jakby pierścieniem kraj Zin i wielki pusty obszar. Granicę Gergezeńczyków od wschodu stanowi długie pasmo górskie, na którego południowym końcu leży twierdza Gamala; od południa jest granicą jar, od zachodu nadbrzeżna dolina jeziora. Tu leżały miasta Dalmanuta, Magdala i Hippos, te jednak nie należały już do Gergezeńczyków, jak również całe nadbrzeże poza jarem na południe od Magdali. Z północnej strony rozciąga się ziemia Chorazin. Okręgu 10ciu miasteczek nie trzeba stawiać na równi z okręgiem dziesięciu miast; ten ostatni jest o wiele rozleglejszy i leży zupełnie oddzielnie. Za czasów walk Gedeona z Madianitami stali mieszkańcy tych dziesięciu miasteczek po stronie pogan i od tego też czasu wzięli tutaj poganie przewagę i uciskali coraz więcej żydów, wypasając ku wielkiemu ich zgorszeniu i zgryzocie na północnych stokach jaru nad bagnami ogromne trzody wieprzów, po kilka tysięcy sztuk liczące. Trzód tych strzegło około stu pogańskich pasterzy i pastuszków. Wspomniane bagno leży o trzy kwadranse drogi od Gergezy u stóp wzgórz gamalskich; powstało zaś sztucznie w ten sposób, że tuż nad stokiem jaru zbudowano z belek tamę i w ten sposób zatrzymano wodę potoku, płynącego w tę stronę. Z bagna odpływa woda przez jar do morza Galilejskiego. W koło bagna i na stokach jaru rosną nadzwyczaj grube dęby. Ziemia nie bardzo jest urodzajna i gdzie niegdzie tylko na słonecznych miejscach uprawiają wino. Rośnie tu rodzaj trzciny cukrowej, którą rozsyłają w stanie surowym. Nie tyle bałwochwalstwo oddawało tutejszych mieszkańców w moc szatana, o ile gorliwe uprawianie czarnoksięstwa. W samej Gergezie i w okolicznych miejscowościach roiło się od czarnoksiężników, którzy, otoczeni rojem kotów, psów, ropuch, żab i innych płazów, uprawiali swoje niecne rzemiosło. Wywoływali te zwierzęta, lub też prawdopodobnie sami się w nie przemieniali, by ranić lub zabijać ludzi i dobytek. Jak wilki żarłoczne wyrządzali szkody ludziom, mścili się zawzięcie na tych, ku którym żywili nienawiść, wywoływali zaklęciami nagłe burze i huragany na jeziorze. Wiedźmy przyrządzały czarodziejskie napoje. Tak postępując, popadli zupełnie w moc szatana, i dlatego było tu tyle opętanych, szaleńców i cierpiących na konwulsje. Około dziesiątej godziny z rana popłynął Jezus z kilku, uczniami czółnem w górę potoku, płynącego przez jar; wybrał tę drogę, bo bliżej było tędy, niż pieszo ścieżkami. Upłynąwszy kawałek, wysiedli i Jezus poszedł naprzód w górę północnym stokiem jaru, a za Nim udali się uczniowie i wkrótce się z Nim złączyli. Nie doszli jeszcze na wierzch, gdy naraz pokazało się owych dwóch opętanych szaleńców. Za zbliżeniem się Jezusa wpadli w szał, i jużto kryjąc się w dołach, jużto wypadając z ukrycia, miotali na przybyłych trupie kości, wrzeszcząc przy tym przeraźliwie. Nie uciekali jednak, lecz jakby pchani jakąś tajemną siłą, coraz więcej się przybliżali, a kryjąc się za krzaki i głazy, wystawiali głowy i wykrzykiwali: „Mocy! Potęgi, przybywajcie na pomoc! Oto zbliża się silniejszy od nas!" Wtedy Jezus wyciągnął ku nim rękę i rozkazał im położyć się na ziemię. Opętani upadli natychmiast plackiem na twarz, a podniósłszy nieco głowy, wołali: „Jezusie! Synu Boga najwyższego! Co nam i Tobie? Dlaczego przyszedłeś tu, przedwcześnie nas dręczyć. Zaklinamy Cię na Boga, nie dręcz nas!" Jezus przystąpił do nich z uczniami, a oni zaczęli trząść się i drżeć straszliwie na całym ciele. Na polecenie Jezusa podali im uczniowie do okrycia się szale, służące do zawijania głowy, które mieli na szyi. Jezus rozkazał opętanym okryć się w nie. Ci spełnili zaraz rozkaz, choć widocznie wbrew swej woli, otulili się starannie, drżąc wciąż i trzęsąc się kurczowo, poczym powstali, prosząc Jezusa, by ich nie dręczył. Jezus zapytał wtedy: „Ilu was jest?" a oni odrzekli: „Pułk." Przez usta opętanych


482

przemawiały złe duchy wciąż w liczbie mnogiej, bo — jak mówiły — niezliczone są namiętności tych grzeszników. Tym razem powiedział szatan prawdę, gdyż już od siedemnastu lat oddawali się ludzie ci czarnoksięstwu i żyli pod władzą diabelską; od dawna już mieli od czasu do czasu takie napady, a od dwóch lat błądzili tu jak szaleńcy po pustyni. Oddani tak długo czarnoksięstwu, nie mogli się teraz wydobyć z więzów grzechowych. Nieopodal na miejscu, wystawionym na działanie słońca, była winnica. Stała tu wielka, ciosana kadź, spojona łatami, wysoka prawie na chłopa, a tak szeroka, że mogło się w niej pomieścić około 200 ludzi. W niej to wytłaczali Gergezeńczycy owe oszołamiające zioła, zmieszane z winogronami. Wytłoczony sok spływał w mniejsze koryta, skąd ściągano go w wielkie, gliniane naczynia o wąskich szyjkach i zakopywano je w winnicy w ziemię. Tak przyrządzonego soku używali, by popadać w szatańskie halucynacje i z tego też dostawali takich napadów szału. Ziele, do tego używane, była to roślina dorastająca wysokości ramienia, opatrzona, jak rozchodnik mnóstwem zielonych, tłustych liści, zakończona zaś wypukłością. Sok wyciskano na wolnym powietrzu z powodu odurzającej woni, jaką ziele wydawało; podczas roboty jednak rozpinano nad kadzią namiot. Właśnie teraz nadeszli prasownicy, by zabrać się do roboty. Wtem rozkazał Jezus opętanym, a właściwie pułkowi diabłów, w nich się znajdujących, przewrócić ową kadź. Ci pochwycili natychmiast ogromną kadź, pełną soku i leciutko wywrócili ją tak, że wszystko się wylało, co widząc robotnicy, z krzykiem uciekli. Uczniowie także przestraszyli się bardzo. Opętani powrócili z drżeniem do Jezusa, a szatani krzyczeli przez ich usta: „Nie wtrącaj nas w przepaść! nie wypędzaj nas z tej okolicy, a ostatecznie dozwól nam wejść w te wieprze." I rzekł Jezus: „Wejdźcie w nie!" Na te słowa upadli opętani na ziemię, drgając konwulsyjnie, a z ciał ich miotała się cała chmura, rojąca się od owadów, ropuch, robactwa, a szczególnie niedźwiadków. Za parę chwil rozległy się wśród trzody wieprzów skrzeki i kwiki; słychać było krzyki i nawoływania pasterzy. Wkrótce cała trzoda, licząca kilka tysięcy sztuk, wypadła ze swych legowisk i na oślep popędziła w dół jaru, łamiąc krzaki po drodze. Słychać było tylko wrzaski zwierząt i huk jakby podczas burzy. Nie stało się to jednak w kilku minutach, jak się to opowiada, ale zabrało kilka godzin czasu. Wieprze uganiały długo na wszystkie strony, miotały się jak szalone i gryzły; wiele z nich powpadało w bagno i te porwał w dół bystry prąd wody, reszta jednak pognała ku jezioru. Uczniowie nie byli z tego zadowoleni, bo mniemali, że przez to zanieczyści się woda, na której uprawiają rybołówstwo, a zarazem i ryby. Jezus, odgadując ich myśli, rozproszył te obawy, mówiąc, że wieprze nie wpadną w jezioro, tylko w wir, znajdujący się na końcu jaru. Był to rodzaj stojącego bagniska, oddzielonego od jeziora ławicą piasku czy też rafą, porosłą trzciną i krzakami. Czasem przy wysokim stanie wody, ławica była zalana. Woda dopływała tu z jeziora, lecz z powrotem stąd nie odpływała. Bagnisko było głębokie, bezdenne, a pod cichym zwierciadłem wody ukrywały się zdradliwe wiry. W tę to otchłań rzuciła się cała trzoda wieprzów. Pasterze biegli początkowo za wieprzami, lecz widząc, że to na nic się nie zda, przybliżyli się do Jezusa; ujrzawszy uzdrowionych opętanych i dowiedziawszy się, jak do tego przyszło, zaczęli na nowo biadać nad szkodą. Jezus przerwał ich żale, mówiąc, że więcej znaczy dobro tych dusz, niż wieprze całego świata; poczym kazał im iść do miasta i powiedzieć właścicielom trzód, że wygnał z ludzi diabłów, których sprowadziła tu bezbożność krajowców i wpędził ich w wieprze. Uzdrowionych opętanych wysłał do domu przyodziać się, a sam poszedł z uczniami zwolna ku Gergezie. Wielu pasterzy dało już o wszystkim znać w mieście, toteż ze wszystkich stron zbiegali się ludzie. Przed miastem oczekiwali na Jezusa uzdrowieni wczoraj ludzie z Magdali, dalej dwaj żydowscy młodzieńcy,


483

uzdrowieni wczoraj, i prawie cała żydowska ludność Gergezy. Wkrótce nadeszli obaj uzdrowieni dopiero opętani, przystojnie odziani i przysłuchiwali się nauce Jezusa; byli to poganie tutejsi ze znakomitego rodu, spokrewnieni z pogańskimi kapłanami. Robotnicy z winnicy rozszerzyli już także w mieście wieść o przewróceniu kadzi przez opętanych i powstałej stąd szkodzie. Przyczyniło się to do tym większego zamieszania i rozruchu, gdyż wielu biegło za wieprzami popatrzeć, czy nie da się jeszcze co uratować, inni biegli do winnicy popatrzeć na kadź; takie zamieszanie trwało aż do nocy. Na wzgórku o pół godziny drogi od miasta miał Jezus naukę. Zwierzchnicy miasta i kapłani pogańskich bożków usiłowali odwieść lud od Niego, rozgłaszając, że Jezus jest potężnym czarownikiem, od którego zagraża im wielkie niebezpieczeństwo. Wreszcie, naradziwszy się, wysłali delegację do Jezusa. Wysłańcy, przecisnąwszy się do Niego prosili, by nie zatrzymywał się tu i nie wyrządzał jeszcze większej szkody; mówili, że uznają Go za wielkiego maga, lecz proszą, by ustąpił z ich granic. Narzekali przy tym bardzo z powodu utraty świń i wylania płynu czarnoksięskiego; jakże się zdziwili i przestraszyli, gdy między słuchaczami ujrzeli u stóp Jezusa obu opętanych, uzdrowionych już i przystojnie odzianych. Na żale ich rzekł Jezus: „Nie troszczcie się, nie będę zbyt długo wam uciążliwym. Przybyłem tu jedynie dla tych biednych opętanych i chorych. Wiem dobrze, że nieczyste świnie i szkodliwe napoje więcej mają w oczach waszych wartości, niż dobro tych dusz; nie tak jednak sądzi Ojciec niebieski, który dał Mi władzę uratować tych biednych ludzi, a zatracić wieprze." — Następnie wytykał im wszystkie ich ohydne występki, grzeszne oddawanie się czarnoksięstwu, lichwę i służenie diabłu, nawoływał ich do pokuty i chrztu, ofiarując im zbawienie. Umysły ich jednak wciąż zajmowała szkoda, wynikła z utraty wieprzów; trwali więc, przy swym uporczywym, a na poły bojaźliwym żądaniu, by Jezus stąd odszedł. Spełniwszy poselstwo powrócili do miasta. Judasz Iskariot okazywał się tu nadzwyczaj czynnym i ruchliwym, bo znajome mu były dobrze te strony. Za czasów swej młodości, gdy umknął od dobroczyńców, którzy go tajemnie wychowali, mieszkał tu przez jakiś czas wraz z matką; obaj opętani byli to jego dobrzy znajomi i towarzysze młodości. Żydzi bardzo się radowali w duchu ze szkody, jaką ponieśli poganie przez utratę wieprzów, bo też poganie uciskali ich bardzo, a zresztą jako żydzi gorszyli się hodowaniem tylu świń. Nie wszyscy jednak tak myśleli, gdyż wielu żydów tutejszych zmieszało się już przez małżeństwa z poganami i umaczali ręce w ich zabobonnych praktykach. Wszystkich uzdrowionych wczoraj i dzisiaj, jak również obu uzdrowionych opętanych ochrzcili uczniowie, co ich bardzo wzruszyło i zmieniło wewnętrznie. Do chrztu używali apostołowie wody, przyniesionej z sobą w miechu. Ludzie klękali w koło nich, a oni czerpali wodę z naczynia, trzymanego w ręce, i chrzcili po trzech naraz, pokrapiając trzykrotnie wodą. Zaraz po chrzcie prosili Jezusa dwaj żydowscy młodzieńcy i obaj uzdrowieni opętani, by mogli pozostać przy Nim, jako Jego uczniowie. Tym ostatnim rzekł Jezus, że da im pewien urząd. Mieli mianowicie obchodzić dziesięć miasteczek Gergezeńczyków, wszystkim się pokazywać i wszędzie opowiadać, co ich spotkało, co widzieli i słyszeli, nawoływać ludzi do pokuty i chrztu i odsyłać chętnych do Jezusa. W tym nie mają się dać wstrzymać żadną przeszkodą, choćby nawet kamieniami za nimi rzucano. Jeśli wypełnią należycie to polecenie, otrzymają za to dar proroctwa. Także mieli na przyszłość zawsze wiedzieć, gdzie się znajduje Jezus, i odsyłać do Niego ludzi, pragnących słuchać Jego nauki. Przy tym dał im Jezus moc wkładania rąk na chorych i uzdrawiania ich. Powiedziawszy im to, pobłogosławił


484

ich Jezus, a oni zaczęli zaraz następnego dnia spełniać swe posłannictwo; później zostali wliczeni w poczet uczniów. Wieczorem poszedł Jezus z uczniami do przełożonego synagogi; przedtem jednak przyszli do tegoż zwierzchnicy miasta i zażądali, by usunął stąd Jezusa, w przeciwnym bowiem razie będzie odpowiedzialnym za wszystkie szkody, jakie miasto przez Jezusa poniesie. Wkrótce też opuścił Jezus miasto i zatrzymał się z uczniami na nocleg w szałasie pasterskim. Tu wyjaśnił uczniom, dlaczego dopuścił szatanom przewrócić kadź i wejść w wieprze. Chciał przekonać tych pysznych pogan, że jest prawdziwym prorokiem żydów, których oni tak brutalnie uciskali i wyszydzali. Dotknął utratą wieprzów tylu pogan naraz, bo chciał zwrócić ich uwagę na niebezpieczeństwo, grożące ich duszom, obudzić z uśpienia ten gnuśny naród, zagrzebany w kale występków i pobudzić ich do przyjęcia nauki. Dozwolił zaś wylać napój czarodziejski, bo w nim tkwiło główne źródło grzechów i opętania tych ludzi. Na drugi dzień zebrała się znowu wielka rzesza ludu koło Jezusa; cuda Jego rozgłosiły się już po całej okolicy. Nowo nawróceni żydzi chcą Gergezę na zawsze opuścić. Apostołowie, uzdrawiający tymczasem chorych w okolicy, przybyli wraz z uzdrowionymi także na naukę Jezusa. Między przybyłymi były i niewiasty i te przyniosły w koszykach żywność dla apostołów. Raz powstał ścisk wokoło Jezusa i wtedy przybliżyła się doń pewna kobieta z Magdali, cierpiąca na krwotok. Zwykle nie mogła chodzić, teraz jednak mocą wiary zebrała wszystkie siły, przyczołgała się z tyłu do Jezusa, ucałowała kraj Jego szaty i w jednej chwili wyzdrowiała. Jezus nauczał jeszcze chwilę, poczym zapytał: „Uzdrowiłem kogoś, kto to jest?" Niewiasta przybliżyła się do Niego i podziękowała pokornie za uzdrowienie. Słyszała była przedtem o uzdrowieniu Enui i dlatego postanowiła tak samo postąpić. Wieczorem, wziąwszy uczniów i dwóch żydowskich młodzieńców, opuścił Jezus Gergezę, opłynął jeziorem Magdalę i wysiadł na ląd na północ od Hippos, które nie leży tuż nad jeziorem, lecz nieco dalej na wyżynie. Na noc zagościł Jezus z uczniami do szałasu pasterskiego. Tu wspominał Jezus uczniom, że wkrótce nadejdą urodziny Heroda i że trzeba będzie udać się do Jerozolimy. Uczniowie odradzali Mu, tłumacząc, że niezadługo nadejdzie Wielkanoc, więc i tak trzeba będzie tam być. Jezus jednak trwał przy Swoim zamiarze, dodając, że podczas uroczystości nie będzie się pojawiał publicznie. Młodzieńcy gergezeńscy prosili Go tu jeszcze raz, by wziął ich z sobą. Jezus jednak dał im inne posłannictwo; polecił im mianowicie obchodzić dziesięć miast od Kedar aż do Paneas i głosić żydom, co widzieli i słyszeli. Na drogę dał im błogosławieństwo i podobną obietnicę, jak tamtym. Jeśliby mianowicie sprawowali dobrze ten urząd, mieli otrzymać ducha prorockiego, iż będą wiedzieć, gdzie Jezus przebywa, i w Jego imieniu będą mogli uzdrawiać chorych i głosić sąd i karę za grzechy. Lecz jak u tamtych tak i u tych obietnica ta odnosiła się do czasu późniejszego. Podobnie i tamci mieli głosić Imię Jego w dziesięciu miasteczkach gergezeńskich, a potem poganom w Dekapolis. Młodzieńcy zaraz odeszli, a Jezus tymczasem kazał popłynąć uczniom do Betsaidy, sam zaś mimo ich próśb pozostał i poszedł brzegiem na pustkowie, by się tam modlić. Droga wiodła tam wśród zwalistych stromych skał. Niektóre z tych skał przybierały w mroku nocnym pozór olbrzymich strasznych postaci ludzkich. Noc już zapadła. Uczniowie znajdowali się właśnie z łodzią na środku jeziora, a że wiatr dął przeciwny, więc bardzo im było ciężko wiosłować. Wtem ujrzałam na falach Jezusa. Szedł lekko jakby po gładkiej drodze, a znajdował się prawie naprzeciw Tyberiady, w sporym oddaleniu na wschód od łodzi. Gdy mijał łódź, dojrzeli Go i uczniowie; zlękli się bardzo, niepewni, czy to On sam, czy jego duch, i zdjęci trwogą głośno krzyknęli. — „Nie bójcie się! — rzekł Jezus — Jam jest!"


485

Uspokoili się nieco uczniowie, a Piotr rzekł: „Panie! jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do Siebie po wodzie i Jezus rzekł mu: „Chodź!" Piotr wyszedł natychmiast z łodzi po drabince i szedł po wzburzonych falach ku Jezusowi, jakby po równej ziemi. Zdawało mi się, że unosi się ponad wodą, bo nie przeszkadzały mu nic rozkołysane fale. Przeszedł tak kawałek, lecz wkrótce dziwnym mu się to zaczęło wydawać, zapomniał o słowie Jezusa, a zwrócił uwagę na wiatr i wzburzone fale; zaraz też zaczął zanurzać się w wodę, więc krzyknąwszy w trwodze: „Panie! ratuj mnie!" wyciągnął rękę do Jezusa, bo woda sięgała mu już do piersi. Jezus przybliżył się doń, ujął go za rękę i rzekł: „Człowieku małej wiary! dlaczego wątpisz?" Przyprowadziwszy go do łodzi, wsiadł z nim razem i zganił jego, jak i innych, za niepotrzebną obawę. Wiatr ustał natychmiast i spokojnie przypłynęli do Betsaidy. Przy brzegu spuszczono schody i wszyscy wysiedli na ląd.

Jezus uzdrawia w Betsaidzie i przybywa znowu do Kafarnaum

Zaledwie się Jezus w Betsaidzie pojawił, a już zabiegli Mu z krzykiem drogę dwaj ślepi, którzy na przekór przysłowiu prowadzili się wzajemnie. Jezus uzdrowił ich, a potem uzdrawiał chromych i niemych. Gdziekolwiek się Jezus pokazał, cisnął się do Niego lud, przyprowadzając chorych. Wielu się Go tylko dotykało i zaraz odzyskiwali zdrowie. Oczekiwano wszędzie na Niego, bo wiedziano, że będzie tędy wracał przed szabatem. Zdarzenie opętanych i wieprzów rozgłosiło się wszędzie, wywołując ogólne wrażenie i podziw. — Część uczniów chrzciła uzdrowionych koło domu Piotra. Widząc wreszcie uczniowie, że tłumy nie dają Jezusowi czasu do wytchnienia, poszli doń sami i starali się go nakłonić, by posilił się i trochę wypoczął. W dalszej drodze do Kafarnaum zabiegł Jezusowi drogę pewien niemy i ślepy opętany. Jezus uzdrowił go natychmiast, uzdrowienie to wywołało niezwykły podziw. Już przy zbliżaniu się do Jezusa, odzyskał ów człowiek mowę i zawołał: „Jezusie, Synu Dawidów! zmiłuj się nade mną!" Jezus dotknął się oczu jego, a opętany przejrzał natychmiast. Popadł on był zupełnie w ręce pogan z tamtej strony jeziora, i miał niejednego czarta w sobie. Kuglarze i wróżbiarze gergezeńscy, dostawszy go w swoją moc, włóczyli go z sobą na powrozie, pokazując go wszędzie publicznie jako siłacza, na ich rozkaz różne sztuki czyniącego. Za cudo ogłaszali, że na mocy pewnych zaklęć, chociaż ślepy i niemy, wszystko rozumie, wie i robi, wszędzie trafi, wszystko przyniesie i rozpozna, chociaż nic w tym dziwnego nie było, bo to diabeł działał przez niego. Tak to ci pogańscy kuglarze, wędrując po wszystkich miastach, używali diabła za pośrednictwem tego biedaka, dla podłego zysku. Przeprawiając się przez jezioro, nie brali go do łodzi, tylko kazali mu jak psu płynąć obok łodzi. Nikt nie troszczył się o niego, bo każdy miał go za straconego. Przytułku nie dawano mu żadnego; musiał walać się po rowach i dziurach, a jego panowie jeszcze go przy tym dręczyli. Obecnie był od dłuższego czasu w Kafarnaum, ale nie miał go kto przyprowadzić do Jezusa. Wreszcie odważył się sam na to i — jak widzieliśmy — odzyskał zdrowie. Przed szabatem nauczał Jezus w domu Piotra przy bramie, gdy wtem powstał w Kafarnaum wielki zgiełk. Nadpłynęło bowiem z tamtej strony jeziora wiele łodzi z żydami gergezeńskimi i ci zaczęli opowiadać o cudach widzianych. Cud uczyniony z wieprzami i wypędzenie czarta z niemego i ślepego opętańca wywoływały wielkie wrażenie. Widząc to faryzeusze, rozpuszczali wszędzie wieści, że Jezus wypędza czarty mocą diabelską. Nie podobało się to ludowi; wielkie tłumy zebrały się przed synagogą, pomiędzy którymi wielu było w łuki uzbrojonych. Gdy Jezus zbliżał się do miasta, wybiegł ów ślepy niemy opętaniec bez


486

przewodnika naprzeciw Niego; wielu pobiegło za nim, i widzieli własnymi oczyma cud, który w takie ich wprawiło uniesienie, że porwała ich złość na Faryzeuszów, którzy wciąż, nawet i teraz oczerniali Jezusa, że uzdrawia mocą diabelską. Rozjuszone tłumy kazały wywołać Faryzeuszów i zażądały, by uznali moc Jezusa i przyznali, że nigdy nie działy się takie rzeczy w Izraelu, że żaden prorok nie czynił podobnych cudów. Jeśli zaś chcą upierać się zatwardziałe przy swoim, to niech lepiej wynoszą się z Kafarnaum, bo nikt nie myśli znosić dłużej ich niewdzięczności i oszczerstw. Wobec tego zgrzecznieli nagle Faryzeusze. Z grona ich wystąpił jakiś barczysty mąż i tak zaczął lud tumanić: „To prawda, że nigdy nie słyszano w Izraelu o takich cudach, czynach i nauce; żaden prorok nie działał coś podobnego. Ale teraz wysłuchajcie, co należy myśleć o tym wypędzeniu diabłów w Gergezie i dzisiejszym oswobodzeniu od czarta człowieka, który tak jakby należał do Gergezeńczyków; w osądzaniu takich rzeczy trzeba być zawsze bardzo ostrożnym." — Tu podał tłumom bardzo obszerny opis królestwa złych duchów i tak mówił dalej: „Są więc między czartami rozmaite stopnie i godności i jeden drugiego musi słuchać; Jezus zaś zawarł przymierze z jednym z najpotężniejszych. Dlaczego bowiem tego opętanego nie uzdrowił już przedtem? Dlaczego, jeśli jest Synem Boga, nie wypędził stąd Swą mocą diabłów z kraju Gergezeńczyków? Nie! Musiał najpierw przeprawić się tam i zawrzeć przymierze z najpotężniejszym z czartów gergezeńskich, musiał ułożyć się z nim i oddać mu na łup wieprze; bo chociaż ten czart niższy jest od Belzebuba, ale także wielką ma władzę. A teraz zaspokoiwszy tamtego w Gergezie, potrafił Jezus przez Belzebuba tego tu biedaka uwolnić." Tak to podstępnie i wymownie tłumaczył tę sprawę ów mąż i prosił, by uspokojono się i oczekiwano końca mówiąc: „Można poznać czyny po owocach, jakie przynoszą. W dni robocze nie pracują już ludzie, tylko biegną za Nauczycielem oglądać widowiska; w szabat zaś zamiast spokoju słychać wszędzie krzyki i wrzaski. Wspomnijcie na dzień dzisiejszy, uspokójcie się i przygotujcie na nadchodzące święta." — Udało mu się wreszcie nakłonić lud do rozejścia się; wielu nawet łatwowierniejszych na pół mowa jego przekonała. Wieczór ten poprzedzał święto pamiątkowe Poświęcenia świątyni. W domach i szkołach paliły się lampy, piramidalnie ustawione; w ogrodach, na podwórzach i przy studniach paliły się także lampy i pochodnie, ułożone w różne figury. Jezus udał się z uczniami do synagogi i nauczał tam, a Faryzeusze nie przeszkadzali Mu, bo się Go trochę bali. Jezus odgadywał ich myśli i wiedział, co niedawno mówili o Nim ludowi, więc śmiało wyzwał ich do dysputy, mówiąc: „Wszelkie królestwo, rozdzielone przeciw sobie, nie ostoi się; jeśli więc szatan szatana wyrzuca, przeciwko sobie jest rozdzielony: jakże tedy ostoi się jego królestwo? A jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam czarty, to synowie wasi przez kogo wyrzucają?" Tymi słowy zmusił ich Jezus do milczenia i bez przeszkody z ich strony wyszedł z synagogi. Noc przepędził w domu Piotra. Na drugi dzień odwiedził Jezus z kilku uczniami rodzinę Jaira, upominał ich i pocieszał. Ci ludzie bardzo się teraz zmienili i spokornieli. Mienie swe rozdzielili na trzy części; jedną część przeznaczyli dla ubogich, drugą dla gminy, a resztę dla siebie. Szczególnie stara matka Jaira jest życzliwie usposobiona. Córka nie pokazała się, dopóki jej nie zawołano, a wtedy weszła w pokornej postawie z zasłoniętą twarzą. Zdaje się, że urosła od tego czasu; trzyma się prosto i wygląda zupełnie zdrowo. Stąd udał się Jezus do pogańskiego setnika Korneliusza, pocieszał i pouczał jego rodzinę, a potem zabrawszy Korneliusza, poszedł do Serobabela. Tu zeszła rozmowa na urodziny Heroda i na Jana. Korneliusz i Serobabel oświadczyli Jezusowi, że jak wszystkich znakomitszych obywateli, tak i ich zaprosił Herod na urodziny do Macherus i zapytywali Go, czy wolno im tam iść. Jezus odrzekł im, że jeśli potrafią zachować się biernie


487

względem wszystkiego, co tam zajdzie, to nie może być niedozwolonym im tam iść. Lepiej byłoby jednak, gdyby potrafili się wymówić i pozostali w domu. Zaczęto potem wyrzekać na występne życie Heroda i trzymanie Jana w więzieniu, żywiąc jednak nadzieję, że Herod uwolni go w dzień swoich urodzin. Jezus odwiedził jeszcze Matkę Swą i oznajmił, że już jutro wybierze się dalej w drogę. Były tam obecnie Zuzanna, żona Alfeusza, córka Maryi Kleofasowej z Nazaretu, Zuzanna z Jerozolimy, Samarytanka Dina i Marta. Ta ostatnia bolała bardzo nad powtórnym upadkiem Magdaleny, który ją oddał znowu w moc szatana. Zapytywała też Jezusa, czy nie powinna ją odwiedzić, lecz Jezus kazał jej czekać. Rzeczywiście smutny jest stan Magdaleny. Dumna jest teraz, złośliwa, nieraz jakby nie przy zdrowych zmysłach, bije i dręczy swe służebne, a stroi się coraz cudaczniej. Niedawno biła ulubieńca, który obecnie z nią mieszka i wszystkim rządzi, a on nawzajem ją czynnie znieważył. Od czasu do czasu popada w melancholię, płacze, narzeka, biega po całym domu i szuka Jezusa, wołając: „Gdzie jest Nauczyciel, gdzie jest? opuścił mnie!". Przy czym dostaje często kurczy lub padaczki. Można sobie wyobrazić boleść rodzeństwa, zmuszonego patrzeć bezradnie na latorośl tak szlachetnego rodu, pogrążoną w widoczną zgubę. Wzruszający to widok, gdy Jezus przechodzi ulice Kafarnaum w sukni jużto podpasanej, jużto wolno opuszczonej. Ruchy niezbyt żywe, ale gibkie, chód spokojny, płynący, postać pojedyncza, a jednak zdradzająca potęgę i wyższość nad innymi. Niema w Nim nic chwiejnego, nic chybionego, nic nie razi oka, żaden krok, żadne spojrzenie, żaden ruch nie jest na próżno, a przecież nic nie czyni dla zwrócenia na Siebie uwagi. Marta zwiedziła z Zuzanną gospody galilejskie aż do Samarii, powierzono jej bowiem zwierzchnictwo nad nimi; bliżej mieszkające niewiasty doglądają mniejszych okręgów. W niejednej gospodzie schodziły się niewiasty razem, przygotowywano zapasy i rozsyłano, na osłach. Raz przyszła do nich Maria Sufanitka i zaraz rozeszła się pogłoska między ludem, że Maria Magdalena była u niewiast, które zajmują się utrzymaniem stronników proroka z Nazaretu. Sufanitka mogła uchodzić za Magdalenę, bo bardzo była do niej podobna z postawy, a z tej strony Jordanu mało ją kto znał. Przy tym nazywała się także Maria, namaszczała Jezusa na uczcie u Faryzeuszów i także nie dobrą sławą się cieszyła; już teraz miano ją za Magdalenę, a później popełniali tę omyłkę prawie wszyscy, którzy nie mieli poufnych stosunków z gminą. Niewiasty starały się o wszystko gorliwie; przysposabiały nakrycia, posłania, przepaski, wełniane suknie, sandały, kubki, dzbanki z balsamem i oliwą itp. Jezus sam potrzebował bardzo mało, ale chciał, by uczniowie nie byli nikomu ciężarem i mieli wszystko, co potrzebne do utrzymania. Przez to odejmował Faryzeuszom sposobność do wszelkich pod tym względem zarzutów.

Rozesłanie Apostołów i uczniów

Przy końcu szabatu przemawiał Jezus jeszcze raz w synagodze ostro przeciw oszczerstwu Faryzeuszów, zarzucających Mu, że wypędza czarty mocą diabelską. Zażądał, by Mu wykazali, czy czynności Jego nie zgadzają się z Jego nauką, czy nie dochowuje tego, czego naucza. Jakoż nie mogli Mu Faryzeusze nic zarzucić. Potem nauczał Jezus przed bramą domu Piotra o błogosławieństwach: — Błogosławieni ubodzy w duchu — mówił, wykazując wbrew przeciwne postępowanie Faryzeuszów. Poczym przygotowywał uczniów do oczekującego ich rozesłania. W Kafarnaum nie chciał Jezus dłużej bawić; tłumy zebrały się za licznie i zanadto


488

były podrażnione. Przybyło tu także wiele Gergezeńczyków; byli to ubodzy ludzie, przywykli do włóczenia się, chcieli więc chodzić za Jezusem i mieć od Niego utrzymanie; sądzili bowiem, że podobnie jak Saul i Dawid każe się Jezus namazać na króla i założy Swą stolicę w Jeruzalem, Jezus jednak odprawił ich z niczym do domu, napomniał ich tylko do pokuty, do spełniania przykazań i wypełniania tych rad, które słyszeli od Niego. Tłumaczył im, że królestwo Jego jest inne, niż oni sądzą, i że wstępu doń nie mają grzesznicy. Następnie opuścił Jezus Kafarnaum z 12 Apostołami i 30 uczniami i poszedł w kierunku północnym. Tą samą drogą szły gromady ludzi. Jezus zatrzymywał się często i nauczał to tą, to ową gromadkę, poczym słuchacze odłączali się i szli do swych miejsc rodzinnych. Około trzeciej godziny po południu stanął Jezus na górze, oddalonej o trzy godziny drogi od Kafarnaum, a niedaleko tylko od Jordanu. Na górę prowadziło pięć dróg z pięciu miejscowości, rozłożonych w koło. Ludzi, towarzyszących Mu aż dotąd, rozpuścił Jezus, poczym posilił się z uczniami u stóp góry i razem weszli na szczyt. Była tu mównica i z niej miał Jezus jeszcze raz naukę do Apostołów i uczniów o ich posłannictwie. Rzekł im, że teraz mają pokazać, co się nauczyli, mają głosić, że zbliżyło się królestwo Boże, że nadszedł ostateczny czas pokuty, a śmierć Jana już się zbliża. Mają chrzcić, wkładać ręce, czarty wypędzać. Nauczał ich, jak mają się zachowywać w sporach, jak rozpoznawać i odprawiać zysku szukających stronników i fałszywych przyjaciół. Żaden z nich teraz nie znaczy więcej, jak inny. Przyszedłszy gdziekolwiek, mieli gościć tylko u pobożnych ludzi, żyć ubogo i skromnie i nikomu nie być ciężarem. Nauczał ich, jak mają się w drodze rozdzielać i łączyć potem. Dwóch Apostołów i kilku uczniów miało iść zwykle naprzód, zbierać ludzi i oznajmiać im zbliżanie się nauczycieli. — Apostołowie nosili przy sobie małe flaszeczki z oliwą; tę kazał im Jezus poświęcać i używać jej przy uzdrawianiach. Słowem, wszystko to ich nauczał, co napisane jest w ewangelii przy rozesłaniu; o niebezpieczeństwach nie uprzedzał ich jeszcze, rzekł tylko: „Dzisiaj przyjmie was jeszcze każdy chętnie; nadejdzie jednak czas, że będą was prześladować." Po nauce uklękli wszyscy wokoło. Jezus pomodlił się i wkładał im ręce na głowę; uczniów pobłogosławił tylko. Następnie uściskali się wszyscy wzajemnie i rozeszli. Potem wyznaczył im kierunek ich dróg i czas, w którym znów bliżej Niego przybyć mają, dla zdania sprawy z pracy apostolskiej i dla zmiany uczniów przy Nim i przy nich. Z Jezusem szło sześciu Apostołów: Piotr, Jakub Młodszy, Jan, Filip, Tomasz i Judasz, prócz nich 12 uczniów, między nimi trzech braci Jakóba, Sadoch i Heliachim (synowie Marii Helego), Manahem, Natanael, tzw. mały Kleofas, i kilku innych z najmłodszych. Pozostali Apostołowie mieli 18 uczniów z sobą; między nimi był Jozes Barsabas, Judas Barsabas, Saturnin, Natanael Chased. Oblubieniec z Kany, Natanael, nie poszedł z nimi, miał inne sprawy dla gminy, i zajęty był w swym bliższym kółku, podobnie jak Łazarz. Przy rozstaniu się płakali wszyscy. Odchodzący Apostołowie poszli drogą na wschód ku Jordanowi w dół wiodącą, gdzie była miejscowość, zwana Lekkum, może ćwierć godziny od Jordanu oddalona. U stóp góry otoczyła Jezusa znów gromada ludzi, wracająca z Kafarnaum. Od podnóża tej góry udał się Jezus z uczniami na południe od Safet, leżącego na wysokiej górze, do miejscowości, zwanej Hukok, z której wiele ludzi wyszło już naprzeciw Niemu, i z radością przyjęli Go wraz z uczniami. Obok u studni oczekiwał Jezusa jeden ślepy i kilku kulawych, i prosili Go o pomoc. Jezus kazał mu umyć twarz wodą studzienną. Gdy to uczynił, pomazał mu Jezus oczy oliwą, ułamał gałązkę z krzewu, dał mu ją przed oczy i zapytał, czy co widzi. Człowiek ów rzekł: „Tak, widzę bardzo wielkie drzewa." Jezus pomazał mu jeszcze raz oczy i znów zapytał. Wtedy rzucił się ów mąż przed Nim


489

z radością na ziemię, i zawołał: „Panie, widzę góry, drzewa, ludzi! widzę wszystko!" Pośród ludu powstała wielka radość, i zaprowadzili uzdrowionego do miasta. Jezus uzdrowił jeszcze kulawych i chromych, którzy na kulach stali wokoło. Kule były z cienkiego, bardzo mocnego drzewa, każda miała 3 nóżki, tak, że same przez się stać mogły i tak je można było złączyć, że chory wspierał się na nich piersią. Uzdrowiony ślepy wnet rozszerzył po mieście radosną wieść, więc nowe tłumy ludu wyszły za miasto do Jezusa, a za nimi poszli przełożeni synagogi i nauczyciele z dziećmi szkolnymi. W otoczeniu tłumów wszedł Jezus do miasta, a poszedłszy do szkoły, nauczał w przypowieściach o ośmiu błogosławieństwach. Wzywał wszystkich do pokuty, gdyż bliskie jest królestwo Boże. Każdą przypowieść tłumaczył Jezus obszernie; byli przy tym i uczniowie. Jezus kazał im pilnie słuchać nauki, by mogli tego samego nauczać, gdy rozproszą się po okolicznych domach i osadach. Tak więc to, co usłyszeli w publicznych naukach, mieli rzucać potem jako zasiew w serca innych ludzi. Zawsze bowiem rozchodzili się rano Apostołowie z uczniami po okolicy, nauczali i uzdrawiali, a wieczorem schodzili się przed najbliższą miejscowością, do której poszedł był Jezus. — Po nauce udał się Jezus z uczniami do przełożonego synagogi i tu zasiedli wszyscy do uczty, składającej się z ryb, miodu, placków i owoców. Hukok leży o pięć godzin drogi na północny zachód od Kafarnaum, pięć godzin drogi na południowy zachód od góry rozesłania i o trzy godziny drogi na południe od Safet. Mieszkają tu wyłącznie żydzi, ludzie nieźli; prawie wszyscy przyjęli już chrzest Jana. Trudnią się wyrobem wybornych materii, wełnianych, wąskich chust, ozdób i frędzli z jedwabiu. Robią także sandały o dwóch obcasach; sandały te są w środku giętkie, bardzo wygodne, proch wypada przez umyślne otwory. Miasto jest czysto utrzymane i przyjemne robi wrażenie. Niegdyś musiało być silną twierdzą; dotychczas jeszcze otaczają je w koło głębokie rowy, obecnie suche. Drzewa gęsto zasadzone, tworzą piękne aleje, z poza których zaledwie widać domy. W bramę wchodzi się przez most. Od bramy wiedzie długa ulica, rozszerzająca się przy końcu w obszerny plac, na którym wznosi się wspaniała synagoga. W koło otaczają ją kolumny; w razie natłoku otwiera się synagogę, zatem i z zewnątrz stojący mogą uczestniczyć w obrzędach; z tyłu łączą się mury w półkole. — Apostołowie i większa część uczniów rozeszli się parami po mieście i po okolicy; Jezus zaś udał się do synagogi, gdzie już zgromadzili się słuchacze. Przedtem jednak poszedł do dwóch oddzielnych hal i uzdrowił zebranych tam chorych wszelkiego rodzaju obojga płci. Posprowadzano także wiele chorych dzieci, niektóre przyniesiono na rękach, a Jezus uzdrowił je, zdrowe zaś dzieci pobłogosławił. W synagodze nauczał Jezus o modlitwie i o Mesjaszu, mówiąc, że już przybył, że żyje wśród nich i że On głosi Jego naukę. Co do modlitwy polecał czcić Boga w duchu i prawdzie. Przeczucie mi mówiło, że znaczy to czcić Boga w Duchu św. i w Jezusie Chrystusie; przecież to Jezus był Prawdą, prawdziwy, żywy, wcielony Bóg, Syn poczęty z Ducha. Na powyższe słowa zapytali nauczyciele uprzejmie Jezusa, by raczył im powiedzieć, kim jest właściwie, skąd ma początek, czy może Jego rodzice nie są właściwie rodzicami, a krewni krewnymi. Powinien przecież wyraźnie powiedzieć, czy jest Mesjaszem, Synem Bożym. Lepiej byłoby przecież, żeby uczeni w Piśmie wiedzieli, czego się trzymać a jako przełożeni ludu powinni Go poznać. Jezus odrzekł na to wymijająco: „Jeśli powiem: „Jam jest nie uwierzycie mi i powiecie, żem jest synem tych ludzi. Nie pytajcie o Moje pochodzenie, lecz zważajcie na Mą naukę i czyny; kto spełnia wolę Ojca, ten jest Synem Ojca, gdyż Syn jest w Ojcu, a Ojciec w Synu, a kto spełnia wolę Syna, spełnia i wolę Ojca." Słowa te tak były piękne, tak pięknie mówił też o modlitwie,


490

że wielu z obecnych zawołało: ?Panie, Tyś jest Chrystus! Tyś jest prawdą!" Rzucili się też przed Nim na ziemię, chcąc Go uczcić. Jezus jednak rzekł im powtórnie: ?Czcijcie Ojca w duchu i prawdzie!" Poczym udał się z przełożonym na przedmieście i tu przenocował z uczniami. Na przedmieściu niema synagogi; jest tylko szkoła, ale w niej uczą bardzo wiele. Święto świateł jeszcze się nie skończyło. Na drugi dzień nauczał Jezus znowu w Hukok; mówił przypowieść o siewcy i nierównym kiełkowaniu nasienia, dalej o dobrym pasterzu, który przybył szukać zbłąkanych owiec, i będzie się cieszył, jeśli choć jedną odnajdzie i do stada odprowadzi. Tak ? mówił ? działać będzie dobry pasterz, aż zabiją go nieprzyjaciele; słudzy jego i słudzy sług jego tak samo czynić powinni, aż do końca dni. Jeśli zaś w końcu choć jedna owca będzie uratowaną, wystarczy i to dla zadowolenia miłości. Słowa Jego brzmiały nadzwyczaj mile w uszach słuchaczów.

Jezus w Betanat, Galgala, Elkese i Safet

Apostołowie poszli z kilku uczniami naprzód; Jezus zaś sam poszedł z resztą uczniów koło południa w tą samą stronę, skąd przybył wczoraj, i udał się do Betanat, leżącego o półtorej godziny drogi od Safet w stronie południowo zachodniej. Na pół godziny drogi przed Betanat zastąpił Mu drogę ślepy, prowadzony przez dwóch delikatnych chłopczyków w krótkich, żółtych sukienkach i kapeluszach z łyka z szerokimi kreskami; były to dzieci Lewitów. Ślepy ów, starszy już człowiek, z wyższego stanu, dawno już oczekiwał pomocy Jezusa. Obecnie, gdy chłopcy ujrzeli Jezusa, pospieszył z nimi naprzeciw, wołając już z daleka: ?Jezusie, Synu Dawidów! pomóż mi! zmiłuj się nade mną!" Stanąwszy zaś przed Jezusem, upadł na twarz i rzekł: ?Panie, Ty pewnie przywrócisz mi światło oczu. Długo czekałem na Ciebie. A już od dawna przeczucie mi mówiło, że przyjdziesz i uzdrowisz mnie." Jezus rzekł mu na to: ?Jeśli tak wierzysz, to niech ci się stanie według twojej wiary!" To rzekłszy, poszedł z nim ku krynicy, ukrytej w zaroślach, i kazał mu obmyć w niej oczy. Oczy ślepego były dotychczas pokryte łuską i owrzodziałe, podobnie jak całe czoło. Po obmyciu jednak opadły łuski, a gdy Jezus pomazał mu oczy, czoło i skronie oliwą, znikło owrzodzenie, ślepy przejrzał w tej chwili, dziękując gorąco Jezusowi. Jezus pobłogosławił go, jak również obu chłopców, przepowiadając im, że kiedyś głosić będą słowo Boże. Za chwilę stanął Jezus przed miastem, gdzie już oczekiwali Go mieszkańcy, jak również Apostołowie i uczniowie, którzy tu tymczasem nadeszli. Radość powstała ogólna, gdy dowiedziano się o uzdrowieniu ślepego. Ślepy ten nazywa się Ktesifon; nie jest to jednak ów Ktesifon, którego Jezus również ze ślepoty uzdrowił, a który później, zostawszy uczniem, poszedł z Łazarzem do Galii. W otoczeniu Lewitów i tłumów poszedł Jezus do synagogi i nauczał zebranych, tłumacząc jeszcze raz przypowieści o siewcy i dobrym pasterzu. Dobrzy ci ludzie uważali przybycie tu Jezusa za szczęście. Mieszkanie urządzono Mu w domu Lewitów koło szkoły. Lewici żyli tu wspólnie, jakby w klasztorze, a z grona swego wysyłali zastępców do innych miejscowości. Faryzeuszów nie było wcale. Święto świateł jeszcze się nie skończyło, więc czas jest wolny od roboty. Betanat było niegdyś twierdzą i pełno tu było pogan, bo pokolenie Neftali nie wytępiło ich, lecz pozwoliło im zostać jako hołdownikom. Teraz niema już ani jednego; wypędzono ich po powtórnym odbudowaniu świątyni, kiedy to Ezdrasz i Nehemiasz zmusili żydów rozwieść się z żonami, pogankami. Groził Bóg przez proroków ludowi ciężką karą, jeśli żyć będą w takich mieszanych małżeństwach,


491

jeśli nie wypędzą pogan z kraju i przez to narażać się będą wciąż na pokusę łączenia się z nimi przez małżeństwa. Groźby te spełniły się w okolicy góry Tabor i w zapadłych górach między Endor a Scytopolis, gdzie widziałam pod ziemią wielkie pokłady złota; tam nie wypędzili żydzi tak zupełnie pogan i dlatego miejsca te stały się teraz jałową pustynią. Wyszedłszy z Betanat z uczniami i apostołami, obszedł Jezus Safet i poszedł ku północy do Galgala; jest to piękna znaczna miejscowość, przez którą prowadzi główny gościniec publiczny. Przyszedłszy tu, udał się Jezus z towarzyszami do synagogi, gdzie byli zebrani Faryzeusze. W nauce Swej występował ostro przeciw nim, tłumaczył wszystkie teksty proroka Malachiasza, mówiąc o Mesjaszu, o Jego poprzedniku, Janie, i o nowej czystej ofierze; głosił też, że czas ten przepowiedziany już nadszedł. Stąd skierował Jezus Swe kroki więcej na wschód do Elkese, miejsca rodzinnego proroka Nahuma, położonego na północ od Safet. Tu nauczał chwilę, poczym uzdrowił w zakładzie trędowatych ośmiu z nich i kazał im stawić się przed kapłanami w Safet. W dalszej drodze nauczał pasterzy, których jest tu sporo, bo na bujnych nadzwyczaj pastwiskach pasą się liczne trzody wielbłądów. ? Nieco dalej nauczał Jezus pogan, mieszkających w grotach na górze. Tak cały dzień wędrował Jezus, nauczał i uzdrawiał chorych, których wynoszono Mu wszędzie na drogę. Pod wieczór przybył Jezus do Betan, położonego na zachód nieco niżej od Safet, a o godzinę drogi od Betanat. Jest to mała kolonia Betanatu. Leży u stóp stromej wyniosłości, na której wznosi się Safet, tak, że stamtąd widać je jak na dłoni. Jezus stanął z uczniami gospodą u krewnych Swoich; tu bowiem mieszkała zamężna córka siostry Elżbiety. Miała pięcioro dzieci, z których najmłodsza córeczka liczyła około 12 lat. Synowie byli w wieku od 18 ? 20 lat. Rodzina ta należała do sekty Esseńczyków, a mianowicie do tego ich odłamu, któremu wolno było wchodzić w związki małżeńskie; mąż siostrzenicy Elżbiety był ich naczelnikiem. Wszyscy oni mieszkali oddzielnie wzdłuż murów miejskich; mieszkania były częścią w murze, częścią w skale wykute. Krewni ci Jezusa, ludzie pobożni, mieli tu posiadłość, odziedziczoną po przodkach. Rozmawiając z Jezusem, wyrażali swój żal nad losem Jana i wypytywali się, kiedy odzyska wolność. Odpowiedź Jezusa nastroiła ich poważnie i smutno, lecz zachowali się spokojnie. Jan był u nich, gdy dopiero co przyszedł z pustyni od źródeł Jordanu; oni też jedni z pierwszych przyjęli chrzest z rąk jego. Rozmawiali także z Jezusem o swych synach, których chcieli wkrótce wyprawić do Kafarnaum, by poświęcili się rybołówstwu. Jezus rzekł im na to, że tamtejsi rybacy oddali się już innemu rybołówstwu i że ich synowie także w swym czasie pójdą za Nim. Rzeczywiście należeli oni później do grona 72 uczniów. Jezus nauczał i uzdrawiał przez jakiś czas. Oznajmił potem, że ci drudzy uczniowie są w okolicy Sydonu i Tyru, a on sam chce udać się do Judei. Tomasz bardzo był z tego zadowolony, bo spodziewał się, że Faryzeusze będą tam stawiać opór Jezusowi, a miał chętkę z nimi dyskutować; zadowolenie swe objawiał współuczniom, lecz ci nie bardzo zadowoleni byli z tej podróży. Jezus zganił mu jego zbyteczną gorliwość i przepowiedział, że i on także nie zechce kiedyś uwierzyć. Nie chciało się to Tomaszowi w głowie pomieścić, bo sądził, że wiara jego nie zmniejszy się nigdy. Podczas gdy Jezus nauczał w szkole o błogosławieństwach, przybyli Faryzeusze z Safet, by Go zaprosić na szabat. Jezus objaśniał właśnie przypowieść o ziarnie, padającym na niejednakową rolę; Faryzeusze nie mogli, czy nie chcieli zrozumieć podobieństwa roli kamienistej, i wdali się o tym z Jezusem w dysputę, lecz w krotce musieli zamilknąć. Na ich zaprosiny rzekł Jezus, że pójdzie tam ze względu na zgubione owce, lecz że z tej okazji zgorszą się z Niego oni i


492

Saduceusze (było ich tu kilku). Rzekli Mu na to: ?Nauczycielu! zostaw nam troskę o to." ?Znam was dobrze ? rzekł Jezus ? niesprawiedliwości waszej pełen jest kraj cały." ? Wkrótce też poszedł Jezus do Safet w otoczeniu tłumów ludu. Z tej strony rozłożyło się miasto na tak stromej górze, że domy stoją prawie jeden nad drugim; ulice biegną głębiej, a do domów wchodzi się po schodach wykutych w skale. Pół godziny trzeba było iść pod górę do synagogi; tutaj jednak było już nieco równego miejsca. Z drugiej strony opada góra już nie tak stromo ku północnemu wschodowi. Przed miastem przyjęli Jezusa uroczyście życzliwi Mu mieszkańcy. Trzymając w ręku zielone gałązki, otoczyli Go w koło i wśród śpiewów wprowadzili do miasta. Tu umyto Jemu i uczniom nogi i podano im przekąskę, poczym zaprowadzono Go do synagogi, gdzie już zebrało się mnóstwo ludzi, bo właśnie kończyło się święto Świateł, a zaczynał się Nów i szabat. Głównie jednak zebrali się gwoli Jezusa i uczniów. W Safet jest wiele Faryzeuszów, Saduceuszów i uczonych zakonnych, a także zwykłych Lewitów. W tutejszej szkole zakonnej ćwiczyło się wielu młodzieńców w żydowskich sztukach wyzwolonych i w teologii. Tomasz poświęcał się tu także przed kilku laty naukom. Teraz więc, po dawnej znajomości poszedł zaraz do pewnego Faryzeusza, swego dawnego nauczyciela. Ten zdziwił się bardzo, że jego uczeń obraca się w takim towarzystwie. Tomasz jednak zaczął tak gorliwie prawić o czynach Jezusa i nauce, że zmusił go do milczenia. Przy szkole tutejszej osiedli od dawna Faryzeusze i Saduceusze z Jerozolimy, rządzili się tu jakby u siebie, przez co się ciężarem nawet tutejszym Faryzeuszom i nauczycielom. Kilku z nich poszło z innymi zaprosić Jezusa. Teraz, widząc, jak uroczystego doznaje przyjęcia, zgorszyli się i pochlebnie wprawdzie mówili o Jego sławie i cudach, lecz żądali, by nie czynił u nich zamieszek i zaburzeń. Jezus dał im na to jeszcze przed zaczęciem szabatu, w przysionku, wobec wszystkiego ludu ostrą odprawę i ganił surowo zaburzenia i zgorszenia, jakie sami swym postępowaniem w całym kraju wywołują. Nie wymieniał jednak jeszcze żadnych szczegółów, wreszcie zażądał, aby Mu wykazali, w czym On, którego Ojciec posiał prawo wypełniać, takowe obraża. Właśnie podczas tej dysputy nadeszli uzdrowieni wczoraj trędowaci z Elkese, by stosownie do Jego polecenia dać się oglądnąć kapłanom. Ujrzawszy ich Jezus, rzekł: ?Oto, widzicie, jak wiernie wypełniani prawo. Rozkazałem tym ludziom stawić się tu, chociaż nie zachodziła tego potrzeba, bo nie ludzkie leki oczyściły ich, lecz rozkaz Boży." Ta okoliczność bardzo rozzłościła Faryzeuszów, poszli jednak dać im świadectwo. Zwyczajnie badano takim tylko piersi, i jeśli były czyste, uznawano ich za oczyszczonych; to samo musieli przyznać Faryzeusze i teraz, choć ogarniał ich przy tym podziw i złość. Oprócz zwykłej lekcji szabatowej tłumaczył Jezus w synagodze pierwszą księgę Mojżesza i księgę Królów, nauczał o dziesięciu przykazaniach i podnosił przede wszystkim takie punkty, przy których Faryzeusze i Saduceusze czuli w duchu, że się to do nich odnosi. Mówił także o spełnieniu się obietnic, głosił sąd Boży na tych, którzy nie ze chcą skorzystać z upomnień do pokuty. Przepowiadał zburzenie świątyni i spustoszenie wielu miast. Porównywał dalej prawdziwe prawo z ich ustawami ?wczorajszymi", jak je nazywał, wykazując ich bezużyteczność. Zdaje mi się, że Jezus miał tu na myśli dzisiejsze księgi Żydów, zapewne Talmud, bo tych szczególnie się trzymali i te tylko studiowali. Po nauce poszedł Jezus z uczniami do jednego z tutejszych Faryzeuszów, utrzymującego publiczną gospodę dla nauczycieli i rabinów. Inni Faryzeusze zebrali się tutaj także na ucztę. Podczas uczty ganił Jezus ostro Faryzeuszów, że wytykali uczniom nie umywanie rąk przy stole i niezachowanie innych drobnych


493

zwyczajów, przyjętych przy uczcie. Karcił ich i za to, że za lada drobnostkę łajali ostro służących, roznoszących potrawy. Następnego dnia rano przyprowadzano na podwórze przed mieszkanie Jezusa wielu ciężko chorych, przeważnie starców. Nie łatwym to było wobec tak niedogodnych dróg. Byli tam ślepi, głusi, chromi, paralitycy i inni chorzy wszelkiego rodzaju. Jezus uzdrawiał ich po kolei, jużto przez włożenie rąk, jużto przez modlitwę, jużto przez pomazanie poświęconą oliwą, stosując przy tym więcej obrzędów niż zwykle; rozmawiał przy tym z uczniami i pouczał ich, w taki sam sposób uzdrawiać innych. Uzdrowionym dawał upomnienia, stosownie do ich stanu i wieku. Faryzeusze i Saduceusze jerozolimscy gorszyli się bardzo tym; wielu nowo nadeszłych chorych nie chcieli dopuścić, wreszcie zaczęli kłótnię, nie chcąc na żaden sposób cierpieć tego gwałcenia szabatu. Powstał więc wielki hałas, tak, że aż Jezus zwrócił się ku nim, pytając, czego chcą. Teraz wszczęli Faryzeusze z Nim dysputę co do Jego nauki, mówiąc, że zawsze naucza o Ojcu i Synu, a przecież każdy wie, kim są Jego rodzice. Jezus rzekł im na to, że ten jest Synem Ojca, kto pełni wolę Ojca; kto jednak nie zachowuje przykazań, nie ma prawa tu sądzić i powinien być zadowolonym, jeśli nie wyrzucą go z domu jako natrętnego obcego. Czynili dalej Jezusowi różne zarzuty co do uzdrawiania, i że wczoraj nie umył się przed ucztą. Nie chcieli jednak w żaden sposób dać się przekonać, że sami nie wypełniają prawa, aż wreszcie przyszło do tego, że ku wielkiemu ich przerażeniu zaczął Jezus wypisywać na ścianie domu różne ich tajne grzechy i przestępstwa głoskami, dla nich tylko czytelnymi. Następnie zapytał ich, czy wolą, by pismo to zostało i rozgłoszono wszystkim ich grzechy, czy wolą pozostawić Go w spokoju, a pismo zmazać. Strach ich wielki ogarnął. Jezus zabrał się spokojnie dalej do uzdrawiania, a Faryzeusze, zmazawszy pismo na ścianie, odeszli. Mieli oni nieczyste sumienie, bo sprzeniewierzali fundacje, przeznaczone dla wdów i sierót, i obracali je na stawianie różnych budowli. Safet miało dużo takich fundacji, a mimo to wiele było tu ubogich i nędzarzy. Wieczorem zakończył Jezus naukę w synagodze i przenocował w tym samym domu. Obok synagogi jest urządzony wodotrysk. Góra, na której leży Safet, pokryta jest bujną roślinnością; pełno jest drzew i ogrodów. Wzdłuż drogi, prowadzącej do miasta, rośnie obficie pachnące drzewo mirtowe. Na górze stoją wielkie, czworoboczne budynki. Są i wolne parcele budowlane, czekające na wystawienie namiotów. W mieście wyrabiają wiele ubiorów kapłańskich. Pełno tu uczącej się młodzieży i uczonych.

Jezus w Kirjataim i Abram

Jezus przebywał z uczniami i po okolicznych miejscowościach poza miastem i uzdrowił wiele chorych, których przynoszono Mu przed domy na drogę. Wczesnym rankiem posłał jednego z powinowatych, Józefa z Arymatei i syna Serafii do Kirjataim, odległego stąd blisko 3 godziny, dla przygotowania tam gospody, a potem poszedł tam ze Safet. Uczniowie rozproszyli się po drodze w różne strony, a Jezus także nauczał i uzdrawiał. Szedł między Betan i Elkese ku zachodowi, dalej zwracała się droga na południe. Nieco za Elkese, przy którym jest piękna studnia, leży małe jezioro, tej wielkości, jak jezioro przy kąpieli w Betulii; jest podłużne i wypływa z niego, na południe w dolinie, strumyk, który od Kirjataim w kierunku południowo wschodnim spada w dolinę miasta Kafarnaum. Dolina ta to zwęża się, to rozszerza, a do Kafarnaum wynosi dobrych siedem godzin. W drodze do Kirjataim przypadło do Jezusa kilku opętanych, i prosili Go o pomoc.


494

Mówili, że uczniowie nie mogli im pomóc, lecz spodziewają się, że On to prędzej potrafi. Jezus rzekł im, że jeżeli uczniowie nie pomogli, to nie uczniów, lecz ich wina, a to dlatego, że nie uwierzyli; kazał im tedy udać się do Kirjataim i pościć, pokutę czynić i czekać, aż uzna za stosowne ich uzdrowić. Na pół godziny przed Kirjataim wyszli naprzeciw Niemu Lewici owej miejscowości i wiele dobrych ludzi, jako też nauczyciele szkół z dziećmi. Obaj uczniowie, którzy zamówili gospodę, przybyli także. Przyjęto Go przy ogrodzie kąpielowym, do którego kanałem woda spływała z owego potoku. Ogród był pełen drzew, altan i ocienionych chodników z groblą i nadzwyczaj gęstym żywopłotem. Umyto Jezusowi i uczniom nogi i ugoszczono ich przekąską. Jezus nauczał tu przez chwilę dzieci i pobłogosławił. Było może koło godziny piątej, gdy dotarli do miasta, które położone jest na pagórku i ma widok na dolinę. Przez całą drogę aż do synagogi uzdrawiał wielu różnych chorych, leżących na drodze. W synagodze nauczał Jezus znów o błogosławieństwach i o karze spadłej na Lewitów, którzy zuchwale dotknęli się arki i że większa jeszcze kara spadnie na tych, którzy targną się na Syna człowieczego, gdyż arka była tylko obrazem i zapowiedzią Jego. Jezus mieszkał tu w jednej z majętnych gospód, którą uczniowie urządzili sprzętami wiernych, wpierw tu nadesłanymi. W jednym domu miejskim, w którym gotowano dla chorych, przyrządzano potrawy. Lewici byli także przy uczcie. Kirjataim jest miastem Lewitów i nie ma w nim Faryzeuszów. Mieszka tu kilka rodzin, spokrewnionych z Zachariaszem. Jezus odwiedził je ? były bardzo stroskane o Jana. Potem przedstawił im Jezus wszystko, co poprzedziło narodzenie Jana i przy nim zaszło, jako też jego przedziwny żywot i powołanie. Przypomniał im także wiele szczegółów o narodzeniu Syna Maryi i oznajmił, że koleje Jana są w zamiarach Bożych i że umrze, gdy powołania swego dokona. Przeto przygotował ich na śmierć jego. Opętani, którym wczoraj kazał się tu stawić i wielu innych chorych, zwrócili się do Niego przy synagodze o uzdrowienie. Niektórych uzdrowił; innych zaś cofnął i nałożył im wpierw post, jałmużny i modlitwy. Tu czynił to więcej niż gdzie indziej, ponieważ w tych stronach ściślejsze było przestrzeganie prawa. Następnie udał się z uczniami do ogrodu, w którym Go przyjęto. Tutaj począł nauczać, a uczniowie udzielali chrztu. W pobliżu spoczywali pod namiotami poganie, oczekujący Go, gdyż już w Kafarnaum kazał im tu czekać. W ogóle zostało mniej więcej 100 osób ochrzczonych; stali w wodzie koło basenu, a chrzcił ich Piotr i Jakub Młodszy, inni wkładali ręce. Wieczorem nauczał Jezus w synagodze o ośmiu błogosławieństwach i o zwodniczym uspakajaniu fałszywych proroków ? wbrew groźbom proroków prawdziwych ? a przecież proroctwa ich się spełniły. Przeto ponownie zapowiada Jezus groźby, ciążące na tych, którzy nie przyjmują posłańca Bożego. Z Kirjataim udał się Jezus z uczniami na południe. Przy odejściu towarzyszyli Mu Lewici i dzieci szkolne tak samo uroczyście, jak przy przybyciu. Mieszkańcy tutejsi mają tu przewóz towarów i wyrób szat kapłańskich z jedwabiu, który dostają z obcych krajów. Po drugiej stronie doliny na południowej wyżynie, gdzie jest miejscowość Naasson, jest plantacja trzciny cukrowej, którą sprzedają. Jezusowi wypadła droga przez tę wyżynę. Uczniowie porozchodzili się do różnych miejsc, więcej na wschód w dolinie położonych. Jezus nauczał blisko Naassoti i zastał tu ludzi, przybyłych z Kafarnaum, jako też pogan. Często daleko szły z Nim rzesze. Widziałam, że niektórych uzdrowił, między nimi kilkoro ludzi, którzy całkiem pokręceni, leżeli na drodze. Ujmował ich za ręce i kazał im powstać. Chcieli iść za Nim, lecz nie dozwolił im tego. Przeszedł jeszcze jedną dolinę, i


495

dostał się na wzgórze miasta Abram w Asser, przed którym zatrzymał się w gospodzie. Przed miastem są piękne ogrody i plantacje. Jezus wszedł tylko z dwoma uczniami do gospody, inni jeszcze nie zdążyli. Po wschodniej stronie wysokiego grzbietu, spadającego od Libanu w dolinę Zabulon, jest to okolica bardzo przyjemna i obfita w pastwiska. Wiele bydła i wielbłądów chodzi wśród bujnej trawy; nieco zaś na wschód ku jezioru spotyka się więcej owoców. Abram leży prawie o 3 godziny na południe od Kirjataim. Jezus jednak bocznymi drogami szedł z pewnością z 5 godzin. Pod wieczór nadszedł Tomasz, Jan i Natanael, z powrotem do Jezusa do gospody. Inni uczniowie byli jeszcze po okolicznych miastach. Granica między Naftali i Zabulon dzieli wzdłuż górę, na której leży Abram. Zarządca gospody przedłożył Jezusowi do rozstrzygnięcia spór o pobliską studnię do pojenia bydła, nad którą miał dozór. Gospodarz mówił: "Panie, nie puścimy Cię, musisz nasz spór rozstrzygnąć." Jezus rozstrzygnął mniej więcej tak: aby obie strony puściły jednakową ilość bydła, a z której strony, bez poganiania, większa ilość bydła do studni się zbliży, ta strona ma mieć większe prawo do niej. Z tego wywiódł głęboką naukę o żywej wodzie, którą im da; którzy najgoręcej jej pragną, tych jest owa żywa woda udziałem. Następnego dnia poszedł Jezus do Abram, które w dwóch częściach, jakby dwie wioski, przy dwóch drogach jest położone i poprzedzielane wielu ogrodami. Nauczyciele szkół wyszli za miasto naprzeciw Jezusowi, umyli Mu nogi i odprowadzili Go do synagogi. Po drodze uzdrowił Jezus wielu chorych, niedołężnych, leżących na drodze, wycieńczonych starców i opętanych, którzy nie byli jeszcze szaleni, tylko mrucząc złowrogo, chodzili wszędy, jakby niespełna rozumu, lub złośliwi ludzie. Przyszli oni mimo woli na miejsce, gdzie był Jezus, i powtarzali co chwila te same słowa: „Jezus Nazareński! Jezus, Prorok! Syn Boga! Jezus Nazareński!" Jezus wyzwalał ich od szatana za pomocą błogosławieństwa. W synagodze uczył o błogosławieństwach i z proroka Malachiasza. Byli tu Faryzeusze, Saduceusze i Lewici i dwie synagogi w obydwóch częściach miejscowości. Saduceusze byli w osobnej synagodze, gdzie Jezus nie nauczał, Faryzeusze zaś zachowali się tu prawidłowo względem Jezusa. Gospoda leżała jaki kwadrans od południowego końca miasta i urządzona była przez Łazarza. Zarządcą gospody jest żonaty Esseńczyk, potomek z rodziny tego Zachariasza, który został zabity między świątynią a ołtarzem; żona jest wnuczką jednej z sióstr Anny. Mają dorosłe dzieci, posiadają stada i pastwiska obok pola, na którym Joachim modlił się przed poczęciem Maryi. Teraz, kiedy mają mniej zajęcia w domu, tu się przenieśli; później zastąpią ich inni. Schronisko to, jak wszystkie, urządzone jest całkiem porządnie i umiarkowanie, jest przy tym także ogród, pole i studnia. Pogan nie było w samym Abram, tylko u podnóża góry, w oddzielnych grupach domów. Inni Apostołowie i uczniowie, których Jezus zostawił przed Kirjataim, powrócili znowu do gospody, również Andrzej i Mateusz. Tomasz i Jakub Młodszy, zamiast nich poszli do Achzib w Aser, miejscowości oddalonej stąd ku stronie zachodniej około 10 do 12 godzin. Z Andrzejem przyszło dwudziestu ludzi, obcych i uzdrowionych, którzy chcieli słuchać nauki Jezusa. Obaj Apostołowie opowiadali, jak się im powodziło i jak się im wszystko udało: uzdrowienia, wypędzanie szatanów, nauczanie i udzielanie chrztu. Przychodziło także do gospody wielu chorych, potrzebujących rady i pociechy, po większej części chromi z powykrzywianymi członkami, wynędzniali starcy i opętani, także chore niewiasty, które były zebrane w jednym miejscu. Paralitycy, których wczoraj Jezus uzdrowił, chcieli Mu być pomocni przy innych chorych; odesłał ich jednak z powrotem i


496

powiedział, że przyszedł usługiwać, a nie być obsługiwanym. Jezus uzdrawiał i uczył cały ranek i znów rozstrzygnął spór o studnię, powstający zwykle stąd, ponieważ się tu stykały granice Aser, Neftali i Zabulonu, a ludzie trudnili się pasterstwem. Skarżył więc jeden, że studni, którą ojcowie jego wykopali, inni używają, — co jednak Jezus powie, to on uczyni; nie może jednak tak lekko odstąpić praw swoich potomków. Jezus rozsądził, aby wykopał sobie studnię na innym polu w miejscu, wskazanym przez Jezusa, a znajdzie o wiele obfitszą i lepszą wodę. Ochrzczono także dwudziestu do trzydziestu żydów, przybyłych z Andrzejem i Mateuszem. Nie było tu wody, w której można było stać, ochrzczono ich więc klęczących w koło, czerpiąc ręką wodę z miednicy. Potem poszedł Jezus do miasta. Ludzie, których Jezus w mieście uzdrowił, byli po większej części w rodzaju wyżej opisanych; ich stan musiał być w związku z wysokim położeniem miasta i sposobem życia. Jezus miał wiele trudu z dziećmi, które stały w szeregach na rogach ulic, lub gdzie było miejsce, i oczekiwały na Jezusa. Jezus pytał, uczył i błogosławił je. Matki przynosiły także chore dzieci, które On uzdrawiał. Przybywało także bardzo wiele ludzi z okolicy. W synagodze Faryzeusze byli bardzo uprzejmi, ustąpili Mu zaraz pierwsze miejsce, zostawiając uczniom Jego miejsce dokoła Niego, i położyli przed Nim księgę pisma. Nauczał tu znowu o jednym z ośmiu błogosławieństw, a potem o wielkich prześladowaniach, które przyjdą na Jezusa i na Jego wyznawców, o wielkich karach i spustoszeniach, które spadną na kraj i Jeruzalem. Faryzeusze, przerywając Mu, domagali się objaśnień, raz tego raz owego. Postępują oni tak zwykle. Ludzie tutejsi są bardzo pracowici, przyrządzają bawełnę na sprzedaż, wyrabiają średniej grubości szeroką materię i tkają także coś jak len. Jest to dosyć gruba trzcina, dzieląca się na wąskie paski, które gładzone na ostrej kości lub drzewie, rozpadają się na cieniutkie długie nitki. Są żółtawe i błyszczące i przędą je na kądzielach, z którymi podróżują. Nie jest to len, ani konopie jak u nas. Wyrabiają także wierzchy namiotów i lekkie ściany z wiórów i rogóżek. Jezus i Apostołowie chodzili cały następny ranek i część popołudnia do pojedynczych domów południowej części miasta; nauczali, pocieszali, godzili i upominali do jedności, miłości i pokoju. Gdzie była liczna rodzina, nauczał ją Jezus samą; po większej części jednak uczniowie zwoływali razem sąsiadów. Spory łagodzono, nieporozumienia wyrównywano. Odwiedzania te odbywały się przeważnie w tych domach, gdzie byli obłożnie chorzy, nie mogący być w synagodze. Kilku starców otrzymało chrzest na łożu; niektórzy mogli siedzieć tylko podparci i tych chrzczono z miednicy. Zaraz w pierwszym dniu po przybyciu do Abram, pouczył Jezus 2 pary nowożeńców i był przy ich ślubie. Były jeszcze jednak w pewnym domu 3 inne pary, i gdy się zeszli rodzice ich i najbliżsi krewni oraz kilku Faryzeuszów, pouczał ich Jezus o małżeństwie. Mówił, że kobiety poddane mają być mężom przez posłuszeństwo przykazaniu, nadanemu po pierwszym grzechu; że jednak mężowie czcić mają u kobiet przyrzeczenie, opiewające: że nasienie niewiasty zetrze głowę węża. Lecz teraz, gdy bliskim jest czas spełnienia obietnic, łaska ma zająć miejsce przykazania, teraz mają kobiety słuchać przez cześć i pokorę, a mężowie rozkazywać z miłością i sprawiedliwością. Wspominał także w tej nauce i to, że nie powinni pytać, w jaki sposób przyszedł grzech na świat; przyszedł przez nieposłuszeństwo, zbawienie zaś przyjdzie przez posłuszeństwo i wiarę. Mówił także o rozłące, że mąż i żona stanowią jedno ciało i przeto nie mogą być rozłączeni, chyba, że z ich wspólne go pożycia wynikałby wielki grzech;


497

natenczas mogą się rozejść, ale żadne z nich nie może zawierać nowych związków. Przykazania są w znacznej części dla ludów niedojrzałych i surowych; lecz teraz, kiedy ludy wyszły już z okresu dziecięctwa i się spełnił czas, są nowe związki małżeńskie rozłączonych pogwałceniem odwiecznego prawa naturalnego; rozłąka jest ustępstwem dla uniknięcia niebezpieczeństwa grzechu, dozwolonym tylko po stanowczej próbie i zbadaniu. Naukę tę miał w znakomitym domu rodziców jednego ze wspomnianych stadeł małżeńskich; wszystkie jednak pary nowożeńców były zebrane, i to narzeczone kotarą oddzielone od oblubieńców. Jezus stał u końca kotary i nauczał; były także obecne matki, za kobietami i ojcowie za mężczyznami, a prócz tego kilku uczniów i Faryzeuszów przy Jezusie. Nauka ta o małżeństwie była pierwszym wypadkiem, przy którym Jezus spotkał tu pewien opór ze strony Faryzeuszów. Poczęli jednak rozprawę nie tutaj, lecz wieczorem w synagodze, gdzie Jezus nauczał o ucisku Izraelitów w Egipcie i z Izajasza. Tu zaczęli stawiać trudności jego nauce o małżeństwie, mianowicie, że obowiązek uległości kobiet wydaje się im za łagodny, przepisy zaś co do rozłąki, za surowe. Wpierw szukali po różnych pismach, i mimo powtórnego Jego wyjaśnienia, nie mogli się zgodzić z Jego nauką. To nie zgadzanie się ich, wszelako bardzo ożywione, pozostawało zawsze jeszcze w granicach przyzwoitości. W dzień potem był Jezus z kilku uczniami przy zaślubinach niektórych par małżeńskich, jakoby świadek. Ślub odbywał się przed skrzynią prawa pod gołym niebem; kopuła bowiem w synagodze była otwarta. Widziałam, że nowożeńcy z przedostatniego palca puszczali nieco krwi do kubka z winem i pili, i że zamieniali obrączki, a przy tym czynili i inne obrzędy. Po obrzędach w synagodze rozpoczęły się gody tańcem, ucztą i zabawą, a odbywały się w pięknym, publicznym, godowym domu, opartym na słupach. Zaproszony był także Jezus z uczniami. Młode małżeństwa nie wszystkie były z miasta, lecz także z pobliskich miejscowości; odbywały jednak swe gody razem z tutejszymi nowożeńcami, ponieważ tak się umówiły, dowiedziawszy się o przybyciu Jezusa. Niektórzy byli z swymi rodzicami na naukach w Kafarnaum. W ogóle zauważyć trzeba, że ludzie tutejsi byli poczciwi i uprzejmi, i dlatego też gody uboższych urządzano wspaniale, chociaż z małym kosztem, wraz z małżeństwami zamożnych. Zauważyłam, że goście przynosili pewne dary, i że Jezus za Siebie i za uczniów dał upominek w pieniądzach, które Mu jednak z dodatkiem kilku koszy przednich chlebów godowych do gospody odesłali, poczym On kazał je rozdzielić ubogim. Z początku był taniec nowożeńców, bardzo umiarkowany i powolnym krokiem. Oblubienice były zakwefione; pary stały naprzeciw siebie, a każdy oblubieniec tańczył raz z oblubienicą. Nie dotykali jedno drugiego, tylko trzymali końce chustek, które mieli w rękach. Ponieważ każdy tańczył ze wszystkimi, a potem wszyscy razem, tempo zaś było bardzo wolne, przeto taniec trwał blisko godzinę; potem udano się do uczty, mężczyźni osobno, a kobiety znów osobno. Muzykantami były dzieci, chłopcy i dziewczęta, z wieńcami wełnianymi na ramionach i głowie; mieli piszczałki, krzywe, rogowe trąbki i inne instrumenty. Stoły biesiadne były w ten sposób poustawiane, że goście słyszeli się, ale nie mogli się widzieć. Jezus jednak zbliżył się do stołu nowożeńców, opowiedział przypowieść na sposób przypowieści o 10 mądrych i głupich pannach i zastosował ją do stosunków domu i czasu, a zarazem do potrzeb duszy. Powiedział każdej parze, jak o to lub owo w swym nowym gospodarstwie ma się starać i mieć je w zapasie, a to miało także duchowne znaczenie i odpowiadało usposobieniu i wadom każdej z nich. Była tam wzmianka i o lampie i jej symbolicznym znaczeniu.


498

Po uczcie bawiono się w zabawy z zagadkami. Zagadki wpadały do worka przez podziurkowaną deskę, na którą je rzucano, a każdy musiał rozwiązać tę, która wpadła do jego worka, albo też zapłacić karę. Nierozwiązane zagadki przychodziły znów w zabawę, a kto je rozwiązał, otrzymywał to, co inni za nie rozwiązanie jej stracili. Jezus przypatrywał się, i czynił wesołe i pouczające zastosowania. Potem poszedł Jezus z uczniami do gospody przed miastem w towarzystwie orszaku z pochodniami. Następnie miał Jezus naukę w synagodze, poczym odwiedził szkołę chłopców i młodzieńców, pytał ich i uczył i pożegnał się z niektórymi z ludzi. Po posiłku, w czasie, gdy w szabat wychodzono na przechadzkę, odwiedził Jezus z dwoma uczniami szkołę dziewcząt, która zarazem była poniekąd szkołą hafciarską. Dziewczęta od 6 do 14 lat — a było ich bardzo wiele były dziś pięknie poubierane. Także dwóch nauczycieli obecnych, którzy tam codziennie uczyli prawa, było przybranych w szaty świąteczne, mieli szerokie pasy i długie chusty, zwieszające z rękawów. Nad zakładem było około 10 wdów przełożonych. Prócz nauki czytania prawa, a dalej, prócz pisma i rachunków, wykonywały dziewczęta różne prace hafciarskie, które sprzedawano. Przez cały szereg sal były rozpięte długie zwoje różnych materii, na łokieć szerokości, także i węższe, aż do szerokości trzosów, a koniec gotowy zawsze rozwijano. Wzory, według których robiły, stały przed nimi, malowane na materiach. Były to kwiaty i liście, drzewka i linie wężowate w wielkich rozmiarach. Materia była bardzo przednią tkaniną wełnianą, na sposób lekkich płaszczów św. Trzech Królów, tylko nieco mocniejsze i różnej barwy. Haftowały delikatną, pstrą wełną, także jedwabiem; barwa żółta była jedną z najczęstszych. Nie miały one igieł, tylko małe haczyki. Niektóre szyły także na białej materii, o węższych pasmach; inne zaś wyrabiały pasy i wyszywały na nich głoski; przy tych robotach stały dziewczęta jedna przy drugiej. Zajęcia ich były podzielone; w miarę wieku i talentu postępowały do prac trudniejszych. Młodsze przygotowywały nici, drugie wygładzały wełnę, inne przędły; haftującym młodsze podawały zawsze nici i wszystkie narzędzia potrzebne. Dzisiaj nic nie robiły; gdy jednak dzieci pokazywały Jezusowi swe prace, i Jezus przechodził z przełożonymi przez salę, okazane mi były w obrazie całe działanie zakładu. Niektóre z dzieci pokazywały mniejsze i większe figury, haftowane na osobnych powierzchniach. Były to roboty zamówione i robione na sprzedaż. Nabywali je i poganie, dając w zamian różne materie itp. rzeczy. Dziewczęta mieszkały częścią w zakładzie, częścią dochodziły z miasta. Dom miał dwa piętra i był cały obrócony na zakład. Była także sala naukowa, a Jezus nauczał i wypytywał dzieci, które w ręce trzymały swe małe zwoje naukowe. Najmniejsze stały na czele, a nauczycielki w tyle. Przystępując rzędami po kolei na stopień do mównicy, pobłogosławił Jezus dzieci i przemówiwszy do nich w podobieństwach o ich pracy, opuścił zakład, a dzieci dały Mu upominki z materii i pasów, posławszy Mu je do gospody, a które następnie rozdane były do synagog. Potem miał Jezus końcową naukę w synagodze. Miasto było pełne ludzi, zebranych z całej okolicy. Niektórzy uczniowie byli dziś jeszcze poza miastem po, domach. Jezus pożegnał w synagodze wszystkich obecnych i powtórzył, o czym ich dotychczas pouczał. Wszyscy byli wzruszeni i objawiali życzenie, by u nich jeszcze pozostał. Zanim Jezus opuścił Abram, aby pójść do Dotaim, posłał dwóch uczniów z poselstwem do Kafarnaum, a dwóch do Cydessy. Przy Nim pozostał tylko Andrzej i Mateusz; inni podzielili się w wiele miejsc. Dotaim leżało na tym samym grzbiecie gór, co i Abram, i może było jakie 5 godzin stamtąd oddalone na południowy zachód. Tu była przygotowana gospoda


499

wyłącznie dla Jezusa i Jego uczni, tu też spotkał się Jezus z Łazarzem, który z dwoma uczniami powrócił z Jeruzalem. Także niewiasty z Jeruzalem przyjechały tu z Łazarzem.

 

 

 

Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po łacinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

Naszą witrynę przegląda teraz 190 gości