Emmerich - 9 GORZKA M?KA I ?MIER? PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA
Czytelnia - bl. Anna Katarzyna Emmerich

 

?ywot i Bolesna M?ka
Pana Naszego Jezusa Chrystusa
I Naj?wi?tszej Matki Jego Maryi

napisa?a Katarzyna Emmerich (ok. 1790)

GORZKA M?KA I ?MIER? PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA

Ostatnie tygodnie przed m?k?. Nauki Jezusa w ?wi?tyni

Powróciwszy do Betanii, uda? si? Jezus zaraz nazajutrz do ?wi?tyni w celu nauczania. Cz??? drogi towarzyszy?a Mu Naj?wi?tsza Matka Jego. Jezus przygotowa? j? na Sw? bolesn? m?k?, mówi?c, ?e zbli?a si? czas, w którym spe?ni si? na Niej przepowiednia Symeona, opiewaj?ca, i? dusz? Jej miecz przeniknie, albowiem bez mi?osierdzia Go zdradz?, pojm?, zniewa?? i ska?? na ?mier? jak z?oczy?c?, a Ona musi na to patrze?. D?ugo o tym mówi? Jezus, a Maryja by?a bardzo zasmucona. Jezus bawi? w domu Marii Marka, matki Jana Marka, który mo?e ?wier? godziny oddalony by? od ?wi?tyni, jakby na przedmie?ciu. Nast?pnego dnia, skoro ?ydzi opu?cili ?wi?tyni?, naucza? Jezus w niej publicznie i bardzo surowo. W Jerozolimie znajdowali si? w tym czasie wszyscy Aposto?owie, przychodzili jednak do ?wi?tyni osobno, cz??ciami i z ró?nych stron. Jezus naucza? w okr?g?ej sali, w której przemawia? by? w 12 roku ?ycia Swego. By?y tu przyrz?dzone siedzenia i stopnie dla s?uchaj?cych, których zesz?o si? teraz bardzo wiele. ?ci?lej mówi?c, ju? teraz w?a?ciwie rozpocz??a si? m?ka Jezusowa; cierpi bowiem wewn?trz katusze gorzkiego smutku z powodu przewrotno?ci ludzi. Tego i nast?pnego dnia zatrzyma? si? Jezus w domu przed bram? betlejemsk?, do którego wst?pi?a by?a Maryja, nios?c Go jako Dzieci? do ?wi?tyni, do ofiarowania. W domu tym by?o kilka komnat, a czuwa? nad nim dozorca. Gdy Jezus szed? do ?wi?tyni, towarzyszy? Mu tylko Piotr, Jakób Starszy i Jan; inni szli ka?dy z osobna. Aposto?owie i uczniowie przebywali gospod? w Betanii u ?azarza. Jednego z nast?pnych dni mia? Jezus w ?wi?tyni od rana a? do po?udnia nauk?, na której byli i Faryzeusze obecni; potem wróci? do Betanii, i tu mówi? znów z Sw? Matk? o bolesnej Swej m?ce. Rozmawiali stoj?c w podwórzu domu, w otwartej altanie. Nikodem, Józef z Arymatei, synowie Symeona i inni tajemni uczniowie nie okazuj? si? jawnie na naukach Jezusa w ?wi?tyni; je?li niema Faryzeuszów, to s?uchaj?, ile mo?no?ci w ukryciu, z dala. W naukach Swych mówi? Jezus tymi dniami znowu w porównaniach o zdzicza?ej roli, z któr? ostro?nie trzeba si? obchodzi?, by z chwastem nie wyrwa? pszenicy, lecz obojgu nale?y pozwoli? rozrasta? si? a? do czasu ?niwa, przy czym tak trafnie Faryzeuszom powiedzia? prawd?, ?e mimo oburzenia czuli wewn?trzne zadowolenie. Przy jednej z nast?pnych nauk, pod wp?ywem rozgoryczenia


709

zamkn?li dost?p do sali naukowej, by nie pu?ci? wi?kszej liczby s?uchaczów. Tego dnia naucza? Jezus a? do pó?nej nocy, bez ?ywszych ruchów, spokojnie i pojedynczo, zwracaj?c si? raz w t?, raz w drug? stron?. Mi?dzy innymi wspomina?, ?e przyszed? gwoli trzech rodzajów ludzi, przyszed? wskaza? ku trzem bokom ?wi?tyni, na trzy strony ?wiata, — w tym — mówi? — jest wszystko zawarte. Jeszcze w drodze do ?wi?tyni rzek? by? do id?cych z Nim Aposto?ów, aby Go, gdy si? z nimi rozstanie, szukali w po?udniu. Piotr, wiedziony w?a?ciw? sobie ciekawo?ci?, zapyta?, co to znaczy „w po?udniu?" Jezus rzek? na to: „W po?udniu jest s?o?ce nad nami, i niema cienia; rano i wieczór jest cie? obok ?wiat?a, o pó?nocy za? jest ciemna noc. Szukajcie Mnie w po?udniu, a znajdziecie Mnie i w sobie, je?li tylko niema cienia." Znaczenie tych s?ów mog?o si? odnosi? i do stron ?wiata; nie umiem tego jednak dok?adniej powiedzie?. ?ydzi staj? si? ju? coraz wi?cej oporni. Zamkn?li oni nawet krat? w ko?o mównicy, jako te? i mównic?; gdy jednak Jezus przyszed? z uczniami znów do sali, uj?? tylko krat?, a ta otworzy?a si?, równie? i mównica otwar?a si? za dotkni?ciem r?ki Jego. Przypominam sobie, ?e by?o tam wielu uczniów Jana Chrzciciela i tajemnych zwolenników Jezusa. Nauk? rozpocz?? Jezus od Jana, i pyta?, co my?l? o Janie a co o Nim, aby jawnie si? z tym o?wiadczyli; lecz oni l?kali si? to wypowiedzie?. Do tego nawi?za? przypowie?? o pewnym ojcu i dwóch synach, którzy mieli rol? zaora? i wyplewi?. Jeden syn przysta?, ale nie uczyni?; drugi mówi?, ?e nie zrobi tego, ale potem pocz?? ?a?owa? i przecie? to zrobi?. Jezus naucza? o tym d?ugo. Pó?niej po uroczystym wje?dzie do Jerozolimy naucza? Jezus jeszcze raz o tej przypowie?ci. Nast?pnego dnia, w drodze do ?wi?tyni, dok?d naprzód poszli byli uczniowie, by otworzy? sal? naukow?, b?aga? Jezusa jaki? ?lepy o uzdrowienie; Jezus jednak przeszed? mimo niego. Uczniowie byli z tego niezadowoleni, w nauce tedy powiedzia? Jezus, dlaczego go nie uzdrowi?, mówi?c, i? cz?owiek ten dotkni?ty jest wi?ksz? ?lepot? duszy ni? oczu. Naucza? bardzo surowo, dodaj?c, ?e wielu jest tu obecnych, którzy we? nie wierz? i tylko dla widzenia cudów za Nim biegaj?; ot za? w rozstrzygaj?cej chwili opuszcz? Go. Podobni s? oni do owych, którzy chodzili za Nim, bo ich karmi? ziemskim pokarmem, a potem si? rozproszyli. Widzia?am, ?e podczas tej mowy wielu powychodzi?o i ma?o co nad sto zosta?o oko?o Pana. Widzia?am tak?e, ?e Jezus, wracaj?c do Betanii nad tym p?aka?. Nazajutrz poszed? Jezus z Betanii dopiero pod wieczór do ?wi?tyni. Towarzyszy?o Mu sze?ciu Aposto?ów, id?c z ty?u za Nim. Jezus sam uprz?ta? sto?ki z drogi i ustawia? je w sali, czemu uczniowie bardzo si? dziwili. Wyja?ni? to w nauce, nadmieniaj?c, ?e niebawem ich opu?ci. Nast?pnego szabatu naucza? Jezus w ?wi?tyni od rana do wieczora, i to cz??ci? wobec Aposto?ów i uczniów w osobnym miejscu, przepowiadaj?c im ogólnie wiele przysz?ych rzeczy, cz??ci? za? w sali naukowej, gdzie mogli Go s?ucha? tak?e postrzegaj?cy Faryzeusze i inni ?ydzi; tylko oko?o po?udnia uczyni? krótki przystanek. W dalszym ci?gu mówi? Jezus o cnotach wypaczonych, tak np. o mi?o?ci, w której kryje si? sobkostwo i chciwo??, i w ogóle jak nieznacznie do wszystkiego z?o si? wkrada. Wspomina? i o tym, i? wielu jest, którzy spodziewaj? si? po Nim ziemskiego królestwa, urz?du i znaczenia, i to nie ponosz?c ?adnego cierpienia, podobnie jak nawet pobo?na matka synów Zebedeuszowych ??da?a od Niego wyszczególnienia swych synów. Mówi? te?, by nie gromadzi? martwych skarbów, a tak?e o sk?pstwie; czu?am, ?e tym zmierza do Judasza. Dalej mówi? o umartwianiu, po?cie, modlitwie i ob?udzie, której wielu przy tych dobrych uczynkach si? dopuszcz?, a tak?e o gniewie Faryzeuszów na uczniów, gdy rok temu zrywali k?osy. Powtarza? niektóre poprzednie nauki i w ogóle wyja?nia? wiele z ca?ego Swego zawodu. Mówi? tak?e o Swej nieobecno?ci, i chwali? ich


710

zachowanie si? podówczas, wspomina? o Swych towarzyszach, uznaj?c ich milkliwo??, powolno?? i pokój obopólny, w jakim z nimi przebywa? — a mówi? bardzo rzewnie. Nast?pnie zeszed? na bliskie spe?nienie pos?annictwa, na Sw? m?k? i rych?y jej koniec, lecz przed ni? jeszcze uroczy?cie odb?dzie wjazd do Jerozolimy. Napomkn??, jak bez mi?osierdzia b?d? si? z Nim obchodzi?, a jednak musi cierpie?, niesko?czenie cierpie?, by zado?? uczyni?. Mówi? dalej o Swej Naj?wi?tszej Matce, ile i jak wraz z Nim cierpie? b?dzie. Wykazywa? bezdenne zepsucie i win? ludzi, i ?e bez Jego m?ki nikt nie mo?e by? usprawiedliwiony. Przy s?owach o zadosy?uczynieniu przez m?k?, zacz?li ?ydzi burzy? si? i szydzi?. Niektórzy wyszli z ?wi?tyni i zacz?li rozmowy z nastawion? zgraj?, Jezus jednak, zwracaj?c si? do Swoich, rzek?, by si? tym nie trwo?yli, bowiem czas Jego jeszcze nie nadszed?, a i to, co Go teraz spotyka, nale?y do m?ki Jego. W nauce tej wspomina? Jezus o domu, w którym by? wieczernik i w którym si? zgromadzali, a gdzie pó?niej Duch ?w. na nich zst?pi?, nie okre?laj?c jednak domu tego bli?ej. Mówi?, ?e stanowi? b?d? jedno zgromadzenie, ?e otrzymaj? umocnienie i pokrzepienie, i ?e na wieki z nimi pozostanie. By?a tak?e mowa o Jego tajemnych uczniach, o synach Symeona i innych. T?umaczy? przed jawnymi uczniami ich ukrywanie si?, mówi?c, ?e jest ono po?yteczne, gdy? maj?, oni inne powo?anie. Byli tam równie? niektórzy z Nazaretu, z ciekawo?ci przybyli do ?wi?tyni, aby Go pos?ucha?, przeto powiedzia? im Pan, ?e nie powoduj? nimi powa?ne pobudki. Gdy Aposto?owie i uczniowie zostali sami przy Jezusie, poruszy? Jezus wiele rzeczy, które po Jego odej?ciu do Ojca nast?pi? mia?y. Do Piotra rzek?, ?e wiele b?dzie musia? wycierpie?, ale niech si? nie obawia, lecz wiernie i wytrwale przewodniczy gminie, która cudownie si? b?dzie wzmaga?. Trzy lata ma pozosta? z Janem i Jakóbem M?odszym w Jerozolimie przy ko?ciele. Mówi? o uczniu, który pierwszy krew sw? za Niego przeleje, nie wymieniaj?c jednak imienia Szczepan. Tak?e o nawróceniu prze?ladowcy wspomina?, mianowicie, ?e wi?cej uczyni, ni? wielu innych, równie? nie podaj?c imienia Pawe?. Obecni nie mogli tego wszystkiego jako? dobrze poj??. Przepowiada? te? Jezus prze?ladowania, które czekaj? ?azarza i ?w. niewiasty, i mówi? Aposto?om, dok?d maj? si? uda? w pierwszym pó?roczu po Jego ?mierci. Piotr, Jan i Jakób M?odszy mieli zosta? w Jeruzalem, Andrzej za? i Zacheusz mieli si? uda? do Galaad, Filip i Bart?omiej do Gessur, na granicy syryjskiej. Widzia?am przy tym, jak ci czterej Aposto?owie oko?o Jerycha zd??ali przez Jordan, a potem ku pó?nocy, i jak Filip w mie?cie Gessur uzdrowi? pewn? niewiast?, gdzie z pocz?tku bardzo go kochano a potem prze?ladowano. Niedaleko od Gessur by?o miejsce rodzinne Bart?omieja, który pochodzi? od jednego z królów tego miasta, spokrewnionego z Dawidem. Ci czterej Aposto?owie nie pozostali razem, lecz pracowali w ró?nych miejscowo?ciach w okolicy. Galaad, dok?d poszed? Andrzej i Zacheusz, by?o niedaleko od Pella, gdzie Judasz w m?odo?ci by? wychowany. Jakób Starszy i inny jeszcze z uczniów w mieli uda? si? w poga?skie obszary, w gór? na pó?noc od Kafarnaum; Tomasz za? i Mateusz naprzód do Efezu, dla przygotowania tamtejszej okolicy, w której kiedy? Naj?w. Panna i wielu wiernych mieszka? b?d?. Dziwi?o ich to bardzo, ?e Maryja tam ma zamieszka?. Tadeusz i Szymon maj? naprzód i?? do Samarii. Nie bardzo im to przypada?o do smaku, byliby bowiem woleli i?? raczej do miast ca?kiem poga?skich. Jezus zapowiada? im tak?e, ?e wszyscy jeszcze dwa razy zejd? si? w Jerozolimie, zanim pójd? w dalekie poga?skie kraje g?osi? ewangeli?. Wspomina? o m??u, który pomi?dzy Samari? a Jerychem, podobnie jak On dzia?a? b?dzie cuda, lecz moc? szatana. M?? ten b?dzie chcia? si? nawróci?, i maj? go przyj??, gdy? i szatan musi si? przyczyni? do chwa?y Jego. Rozumia? tu Szymona,


711

czarnoksi??nika. W?ród tej nauki pytali Go uczniowie z zaufaniem, jako mistrza swego, o niektóre szczegó?y, których nie rozumieli, a On wyja?nia? im, o ile by?o potrzeba. Wszystko to odbywa?o si? z wielk? prostot?. W 3 lata po ukrzy?owaniu rzeczywi?cie zeszli si? w Jerozolimie wszyscy Aposto?owie; Piotr i Jan opu?cili potem miasto, a Maryja uda?a si? z Janem do Efezu. Tymczasem w Jerozolimie wybuch?o prze?ladowanie przeciw ?azarzowi, Marcie i Magdalenie, która to a? dot?d pokutuj?c, zamieszkiwa?a ow? grot? na puszczy, do której El?bieta schroni?a by?a Jana w czasie rzezi m?odzianków. Zaraz na pocz?tku swego zawodu nagromadzili Aposto?owie wszystko, co dla ogó?u wiernych Ko?cio?a potrzebne by?o. W po?owie tego czasu, przez który Maryja jeszcze ?y?a po wniebowst?pieniu Jezusa, mniej wi?cej w 6 roku po wniebowst?pieniu, zeszli si? Aposto?owie jeszcze raz w Jerozolimie, u?o?yli Sk?ad Apostolski, uporz?dkowali wszystko, pozbyli i roz-dali ca?e swe mienie i podzielili obszar Ko?cio?a na diecezje, poczym rozeszli si? w dalekie kraje pogan. Przy za?ni?ciu Maryi zeszli si? wszyscy po raz ostatni a po¬tem rozproszyli si? w dalsze strony, gdzie pracowali a? do ?mierci. Gdy po tej nauce wychodzi? Jezus ze ?wi?tyni, czatowali ju? na? u wyj?cia i na drodze rozgoryczeni Faryzeusze i chcieli Go ukamienowa?, lecz Jezus uszed? im, udaj?c si? do Betanii, i przez 3 dni nie przychodzi? do ?wi?tyni. Chcia? przy tym Aposto?om i uczniom zostawi? czas do zastanowienia si? w spokoju nad tym, co s?yszeli. Przychodzili te? do Niego, by im niejedno lepiej wyja?ni?. Jezus kaza? im wszystko spisa?, co mówi? o przysz?o?ci. Widzia?am, ?e uczyni? to Natanael, oblubieniec z Kany, bardzo bieg?y w sztuce pisania. Dziwi?o mnie to, ?e nie Jan, lecz jeden z uczniów zapiski te czyni?. Wspomniany Natanael nie mia? wtedy jeszcze drugiego imienia; otrzyma? je dopiero przy chrzcie. W tych dniach przyby?o do Betanii do ?azarza trzech m?odych m??ów z chaldejskiego miasta Sikdor. ?azarz umie?ci? ich w gospodzie uczniów. Byli to m?odzie?cy s?usznego wzrostu, smukli, z uprzejmym obej?ciem, zwinni, budowy o wiele szlachetniejszej od ?ydów. Jezus mówi? z nimi tylko kilka s?ów i odes?a? ich do setnika z Kafarnaum, by ich pouczy? o nawróceniu; by? on bowiem niegdy? poganinem jak i oni. Widzia?am ich te? u setnika, który opowiada? im o uzdrowieniu s?ugi swego, dodaj?c, ?e ze wstydu z powodu bo?yszcz w swym domu, jako te? dlatego, ?e w?a?nie wtedy przypada?a poga?ska noc postna, prosi? Jezusa, Syna Bo?ego, by nie wchodzi? do jego poga?skiego domu. Na pi?? tygodni przed ?ydowsk? Wielkanoc? mieli poganie swoje zapusty, w których dopuszczali si? najwi?kszych zdro?no?ci. Setnik Korneliusz odda? po swym nawróceniu wszystkie spi?owe bo?yszcza na naczynia do ?wi?tyni i na ja?mu?ny. Z Kafarnaum powrócili owi trzej Chaldejczycy do Betanii, a st?d do Sikdor, gdzie zebrali innych nawróconych i wraz z nimi udali si? ze swymi skarbami do króla Mensora. Jezus zwyk? by? dotychczas chodzi? do ?wi?tyni tylko z trzema towarzyszami, odt?d jednak bra? ze Sob? ca?? dru?yn? Aposto?ów i uczniów. Na widok Jezusa ust?powali Faryzeusze od Jego mównicy do bocznych sal i tylko z poza w?g?ów Go wypatrywali, zw?aszcza gdy zacz?? naucza? i przepowiada? uczniom Sw? m?k?. W obr?bie murów jednego z dziedzi?ców, na naczelnym miejscu tu i przy wej?ciu do ?wi?tyni mia?o siedmiu do o?miu przekupniów swoje sto?y, gdzie sprzedawali artyku?y spo?ywcze i jaki? czerwony napój w ma?ych flaszkach. Byli to jakby markietani, nie wiem tylko, czy zbyt wielk? odznaczali si? pobo?no?ci?, a Faryzeusze co chwila chy?kiem skradali si? do nich. Przenocowawszy w Jerozolimie, szed? Jezus z rana ze Sw? dru?yn? do ?wi?tyni, a przechodz?c w?a?nie obok hali tych przekupniów, nakaza? im, aby natychmiast wynie?li si? ze


712

swym kramem. Gdy jednakowo? si? oci?gali, zabra? si? Jezus osobi?cie do nich, uprz?tn?? ich towar i kaza? go wynie??. Gdy wchodzi? do ?wi?tyni, by?a mównica zaj?ta przez innych, lecz na Jego widok cofn?li si? tak szybko, jakby jak? tajemnicz? sil? przez Niego byli wyp?dzeni. Nast?pnego szabatu, gdy ?ydzi uko?czyli obchód dnia, naucza? Jezus znów w ?wi?tyni a? do pó?nej nocy. W nauce tej kilkakrotnie napomyka?, ?e uda si? do pogan, co zapewne oznacza?o, ?e poganie dobrym i ch?tnym umys?em przyjm? Jego nauk?. Na dowód tego powo?a? si? na trzech Chaldejczyków, którzy przed niedawnym czasem zda?a przybyli dla s?uchania Jego nauki. Wszak ci nie widzieli Jezusa, gdy by? w Sikdor, s?yszeli tylko o naukach Jego, a przecie? tak byli poruszeni tym, co s?yszeli, ?e przybyli do Betami, aby osobi?cie i wi?cej si? pouczy?. Nazajutrz kaza? Jezus zamkn?? trzy kru?ganki sali naukowej, by sam tylko z Aposto?ami i uczniami móg? pozosta? i naucza?. W nauce tej powtórzy? poprzednie Swe nauki o prawdziwym po?cie, a po?cie Faryzeuszów, przeciwstawiaj?c Swój post na puszczy. Przytacza? tak?e wiele szczegó?ów ze Swego zawodu, omawiaj?c dok?adnie, w jakim celu i w jaki sposób powo?a? Aposto?ów, przy czym bra? ich po dwóch i stawia? przed Sob?. Z Judaszem mówi? bardzo ma?o. Od Aposto?ów zwróci? si? do uczniów i mówi? tak?e o ich powo?aniu. Wszyscy — jak zauwa?y?am — byli bardzo smutni. M?ka Jezusa widocznie zdaje si? by? blisk?. Ostatnia nauka, któr? mia? Jezus w ?wi?tyni przed Niedziel? Palmow?, trwa?a cztery godziny. Ca?a ?wi?tynia by?a pe?na ludzi, a kto tylko chcia?, móg? s?ucha?; wiele niewiast s?ucha?o w osobnej, zakratowanej sali. Jezus wyja?nia? znów wiele szczegó?ów z poprzednich Swych nauk i czynów. Mi?dzy innymi mówi? tak?e o uzdrowieniu cz?owieka przy sadzawce Betesda, t?umacz?c, dlaczego w?a?nie w tym czasie go uzdrowi?; dalej mówi? o wskrzeszeniu syna wdowy z Naim i córki Jaira, dlaczego syn wdowy zaraz za Nim poszed?, córka za? Jaira nie. Nast?pnie przeszed? na najbli?sz? przysz?o??, mianowicie, ?e b?dzie przez Swoich opuszczony. Wprzód jednak z okaza?o?ci? i jakby w tryumfie wejdzie do ?wi?tyni, przy czym s?awi? Go b?d? usta niemowl?t, które nigdy nie mówi?y. Wielu od?amywa? b?dzie ga??zki i przed Nim rzuca?, inni s?a? b?d? przed Nim swe szaty. Wyja?nia? im to w ten sposób, ?e ci, którzy sypi? przed Niego ga??zki, nie daj? Mu swego i nie dotrzymuj? Mu wierno?ci; ci za?, którzy szaty zdejmuj? i ?ciel? je na drog?, wyzuwaj? si? ze swych rzeczy i wiernie przy Nim wytrwaj?. Nie mówi? te?, ?e wje?d?a? b?dzie na o?le; niektórzy przeto s?dzili, ?e wjazd odbywa? b?dzie w blasku i przepychu z ko?mi i wielb??dami. W?ród tej mowy powsta? wielki szmer pomi?dzy lud?mi. „Pi?tna?cie dni", o których Jezus by? wspomina?, nie brali tak?e literalnie, lecz rozumieli przez nie d?u?szy okres czasu; dlatego ponownie mówi? Jezus wyra?nie: „Trzy razy po pi?? dni." Nauka ta wywo?a?a wielkie zaniepokojenie mi?dzy Doktorami w Pi?mie i Faryzeuszami. Zaraz te? w domu Kajfasza odbyli zgromadzenie i wydali zakaz, przyjmowania gdziekolwiek Jezusa i uczniów. Nadto nastawili u bramy czaty; Jezus tymczasem ukrywa? si? w Betanii u ?azarza.

Uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy

Jak ju? wspomnieli?my, przebywa? Jezus w ukryciu w domu ?azarza z Piotrem, Janem, Jakubem i ?azarzem, Naj?wi?tsza Panna za? z sze?ciu ?wi?tymi niewiastami, w tych samych komnatach podziemnych, w których tak?e i ?azarz si? by? ukrywa?, b?d?c prze?ladowanym. Komnaty te le?a?y pod tyln? cz??ci? domu, zaopatrzone nale?ycie w pos?ania i siedzenia. Jezus znajdowa? si? z


713

trzema Aposto?ami i ?azarzem we wielkiej sali, o?wietlonej lampami, wspartej na kolumnie, ?wi?te niewiasty za? w trójk?tnym, okratowanym oddziale. Inni Aposto?owie i uczniowie byli cz??ci? w Betanii w gospodzie, w której zwykle si? zatrzymywali, cz??ci? po innych miejscach. Jezus oznajmi? Aposto?om, ?e dzie? jutrzejszy jest dniem Jego wjazdu do Jerozolimy, a wezwawszy wszystkich innych Aposto?ów, d?ugo z nimi rozmawia?, poczym ci bardzo posmutnieli. Dla zdrajcy Judasza by? Jezus uprzejmym i da? mu zlecenie wezwania tak?e i uczniów. Zlecenia takie Judasz ch?tnie przyjmowa?, rad bowiem za co? uchodzi?, aby mie? znaczenie. Nast?pnie opowiedzia? Jezus ?wi?tym niewiastom i ?azarzowi d?ug? przypowie?? i zaraz j? wyk?ada?. Nauk? rozpocz?? od Raju, od upadku Adama i Ewy, i od obietnicy Zbawiciela; mówi? o rozszerzeniu si? z?a i o ma?ej ilo?ci wiernych robotników w ogrójcu Bo?ym. Do tego nawi?za? przypowie?? o królu, który mia? wspania?y ogród, i przysz?a do niego znakomita niewiasta, mówi?c, ?e pewien pobo?ny cz?owiek ma warzywny ogród, tu? przylegaj?cy do ogrodu króla. „Poniewa? cz?owiek ten — mówi?a — opu?ci? ma kraj, przeto odkup od niego ogród, i zasad? w nim swoje warzywa." Król chcia? jednak zasadzi? czosnek i inne cuchn?ce ziela w tym ogrodzie, który poczciwy ów cz?owiek czci? jako jak? ?wi?to??, sadz?c w nim tylko najszlachetniejsze korzenie. Król wezwa? do siebie biednego cz?owieka; ten jednak ani nie chcia? si? nigdzie wybra?, ani ogrodu odst?pi? — przeciwnie uprawia? go i nadal skrz?tnie i sam go potrzebowa?. Zacz?to wi?c go prze?ladowa?, chc?c go nawet ukamienowa? we w?asnym jego ogrodzie, tak, ?e zn?kany popad? w chorob?. W ko?cu jednak zgin?? on król z ca?ym swym przepychem, a ogród pobo?nego cz?owieka i on sam i ca?e jego mie¬nie wzrasta?o i pomna?a?o si?. Widzia?am, jak to b?ogos?awie?stwo, podobne drzewu, szerzy?o si? daleko i rozdziela?o po ca?ej ziemi. Ca??, t? przypowie??, w chwili gdy j? Jezus opowiada?, widzia?am w obrazach, jakby rzeczywi?cie si? odbywaj?c?; pomy?lny stan ogrodu przedstawia? mi si? jako bujny wzrost i wzmaganie si? warzyw, to znów jako obfite zasilenie wod? przez rozlewaj?ce si? strumienie, jako wytryskaj?ce ?ród?a ?wiat?a, wreszcie jako przechodz?ce woko?o i deszczem i ros? zwil?aj?ce chmury. B?ogos?awie?stwo rozwija?o si? i szerzy?o na wszystkie strony a? do najdalszych kra?ców. W nauce Swej wyk?ada? Jezus przypowie?? t? o Raju, o pierwszym grzechu, o odkupieniu, o królestwie tego ?wiata i za?o?onej w nim winnicy Pa?skiej, na któr? uderza ksi??? tego ?wiata; w tej?e winnicy ksi??? tego ?wiata zniewa?a Syna Bo?ego, któremu Ojciec winnic? odda?. Przypowie?? ta okazywa?a tak?e, ?e jako grzech i ?mier? pocz??y si? w ogrodzie, tak i m?ka, zado??uczynienie i zwyci?stwo nad ?mierci?, odniesione przez Tego, który przyj?? na Siebie grzechy ?wiata — równie? w ogrodzie si? dokonaj?. Po tej nauce by?a bardzo krótka uczta: nast?pnie rozmawia? jeszcze Jezus z uczniami, którzy po zapad?ym zmroku zebrali si? w bocznych przybudowaniach. Nazajutrz rano wys?a? Jezus Eremenzeara i Syl? na boczn? drog?, prowadz?c? przez ogrodzone ogrody i ?any na Betfage do Jerozolimy, aby przysposobili przej?cie przez otwory p?otów i parkanów. Powiedzia? im, ?e przy gospodzie przed Betfag?, k?dy wiod?a droga, znajd? na pastwisku o?lic? z o?l?ciem, któr? maj? przywi?za? do p?otu, a gdyby ich kto zapyta? o przyczyn?, niech powiedz?, ?e Pan tak chce. Drog? maj? uprz?tn?? a? do ?wi?tyni, a potem powróci?. Otrzymawszy to zlecenie, wybrali si? obaj uczniowie w drog?, otwierali p?oty i usuwali z drogi wszystkie przeszkody. Przy wielkiej gospodzie, obok której pas?y si? wspomniane os?y, by?o podwórze i studnia. Os?y by?y w?asno?ci? przejezdnych, którzy w podró?y do ?wi?tyni tu je zostawili. Uczniowie przywi?zali


714

o?lic?, ?rebi? za? zostawili wolne; nast?pnie poszli dalej a? do ?wi?tyni, uprz?taj?c wszelak? zawad?. Przekupnie artyku?ów spo?ywczych, których Jezus niedawno by? wygna?, pozajmowali znów swe miejsca po k?tach murów. Obaj uczniowie przyst?pili do nich i wezwali ich, by si? st?d wynie?li, poniewa? niebawem Pan odbywa? b?dzie wjazd. Po za?atwieniu wszystkiego powrócili go?ci?cem od drugiej strony góry Oliwnej, prosto do Betfage. Jezus tymczasem porozsy?a? tak?e pewn? cz??? starszych uczniów zwyk?? drog? przed Sob? do Jerozolimy, aby uwiadomili, ka?dy z osobna, o Jego wje?dzie Mari? Marka, Weronik?, Nikodema, synów Symeona itp. przyjació?. Wreszcie wybra? si? Sam z wszystkimi Aposto?ami i reszt? uczniów do Betfage. Za Nim, w pewnym oddaleniu, posz?y ?wi?te niewiasty pod przewodnictwem Naj?w. Panny. Gdy ca?y orszak przyby? do jednego domu przy drodze, otoczonego ogrodem, dziedzi?cem i portykami, zatrzyma? si? Jezus dobr? chwil? i wys?a? dwóch uczniów z kobiercami i p?aszczami, które wzi?li ze sob? z Betfage, aby przystroili o?lic? i powiedzieli, ?e Pan jej potrzebuje. Nast?pnie zacz?? przemawia? do wielkiej, cisn?cej si? rzeszy, w otwartej hali, wspartej na g?adkich kolumnach; niewiasty ?wi?te tak?e si? przys?uchiwa?y. Jezus sta? na podwy?szeniu, uczniowie i reszta ludzi w obr?bie dziedzi?ca. Ca?a hala by?a zdobna w li?cie i wie?ce, ?ciany by?y nimi zupe?nie okryte, a ze stropu zwisa?a delikatna, misterna ziele?. Jezus mówi? o przezorno?ci i u?ywaniu rozumu; uczniowie bowiem pytali Go, dlaczego obra? t? boczn? drog?. Na to odrzek?, ?e dlatego, by unikn?? niepotrzebnego niebezpiecze?stwa; nale?y bowiem i samemu strzec si? i stara?, a nie zostawia? wszystkiego przypadkowi, dlatego te? ju? zawczasu kaza? tam przywi?za? o?lic?. Jezus sam u?o?y? porz?dek ca?ego pochodu. Aposto?om kaza? i?? przed Sob? parami, oznajmiaj?c im przy tym, ?e ju? od teraz i po Jego ?mierci musz? by? wsz?dzie przedstawicielami Ko?cio?a. Piotr szed? pierwszy, a za nim ci, którzy pó?niej najwi?cej mieli zas?u?y? si? oko?o rozszerzenia Ewangelii. Na ostatku najbli?ej Jezusa szli Jan i Jakób M?odszy; wszyscy nie?li w r?kach palmowe ga??zki. Gdy dwaj uczniowie, czekaj?cy ko?o Betfage, ujrzeli zbli?aj?cy si? orszak, wyszli naprzeciw na drog?, prowadz?c za sob? o?lic? i o?l?tko. O?lica okryta by?a derkami, zwieszaj?cymi si? a? do ziemi, z pod przykrycia wida? by?o tylko g?ow? i ogon zwierz?cia. W?a?ciwie nie wiem, która by?a o?lica, a które o?l?tko, bo oba zwierz?ta by?y jednakowej wielko?ci. Teraz dopiero przywdzia? Jezus wspania?? sukni? ?wi?teczn? z bia?ej we?ny z pow?ok?, któr? dotychczas jeden z uczniów niós? za Nim; nast?pnie przepasa? j? szerokim pasem, na którym wypisane by?y litery. Z szyi zwiesza?a si? szeroka stu?a si?gaj?ca kolan; oba jej ko?ce wyhaftowane br?zowymi ni?mi, podobne by?y do dwóch tarczek. Uczniowie pomogli Jezusowi wsi??? na poprzeczne siod?o o?licy. Eliud i Sylas szli po obu bokach Jezusa, Eremenzear za? zaraz za Nim; dalej szli najnowsi uczniowie, cz??ci? pozyskani w ostatniej podró?y, cz??ci? w ostatnim czasie przyj?ci. Ca?y orszak znowu si? uporz?dkowa?, niewiasty stan??y tak?e parami i przy??czy?y si? do pochodu. Naj?wi?tsza Panna, która zwykle usuwa?a si? i zawsze by?a ostatni?, teraz stan??a na ich czele. W?ród ?piewów wyruszy? orszak w dalsz? drog?. Ludzie w Betfage, którzy ju? przedtem skupili si? oko?o dwóch czekaj?cych uczniów, teraz gromadnie przy??czyli si? do pochodu. Jezus powtórnie przypomnia? uczniom, by uwa?ali, kto b?dzie rzuca? Mu pod nogi szaty, kto ?ama? ga??zki, a kto uczyni i jedno i drugie; ci ostatni — mówi? oddadz? Mi cze?? pó?niej przez po?wi?cenie siebie samych i bogactw tego ?wiata dla Mnie. Id?c z Betanii do Jerozolimy, mia?o si? Betfage po prawej r?ce, wi?cej od strony Betlejem; obie drogi rozdziela?a góra Oliwna. Betfage le?a?o w dole na gruncie wilgotnym, prawie jakby na moczarze. By?a to uboga wioska, sk?adaj?ca si? z szeregu cha?up, stoj?cych po obu stronach drogi. Dom, przy którym stal? o?lica,


715

sta? w bok od drogi, na pi?knej ??ce od strony Jerozolimy. Z tej strony droga si? wznosi?a, a potem z drugiej strony góry opada?a w dolin?, ci?gn?ca si? mi?dzy gór? Oliwn? a wzgórzami Jerozolimy. Jezus by? mi?dzy Betfage a Betani?; obaj uczniowie czekali za wsi? i tu wyprowadzili o?lic? na drog?. Eremenzear i Sylas polecili rano kramarzom w Jerozolimie i innym tamtejszym mieszka?com, by uprz?tn?li ?wi?tyni?, bo Pan przyb?dzie. Wzi?li si? oni wi?c r?czo do spe?nienia tego polecenia, a tak?e zacz?li gorliwie przystraja? drog?. Powyrywali kamienie w bruku, powsadzali natychmiast drzewa, powi?zali je u góry w ?uki i poobwieszali ró?nymi ?ó?tymi owocami, jakoby wielkimi jab?kami. Uczniowie wys?ani przez Jezusa do Jerozolimy, mnóstwo obcych, którzy zjechali do miasta na ?wi?ta (wszystkie drogi roi?y si? od podró?nych), dalej ci ?ydzi, którzy s?yszeli ostatni? mow? Jezusa, wszystko zacz??o si? t?oczy? do tej cz??ci miasta, któr?dy Jezus mia? przechodzi?. Mi?dzy obcymi dosy? by?o takich, którzy s?yszeli ju? o wskrzeszeniu ?azarza i pragn?li bardzo ujrze? sprawc? tego cudu, Jezusa. Wtem rozesz?a si? wie??, ?e Jezus ju? si? zbli?a, wi?c wszyscy t?umnie ruszyli Panu naprzeciw. Góra Oliwna ni?sza jest od wzgórza, na którym stoi ?wi?tynia. Gór? przerzyna g??boki w?wóz i t?dy wiedzie droga z Betfage do Jerozolimy. Mi?dzy stromymi ?cianami w?wozu wida? w dali le??c? naprzeciw ?wi?tyni? jerozolimsk?. Droga ca?a z Betfage do Jerozolimy jest bardzo mi?a; po obu stronach rosn? drzewa i wsz?dzie napotyka si? pi?kne ogrody. W?ród rozg?o?nych ?piewów zbli?y? si? orszak, z Aposto?ami i uczniami, na czele, do miasta; zaraz te? wysz?y naprzeciw z poza murów zbite t?umy ludu. Równocze?nie jednak pojawi?a si? garstka starych kap?anów w powa?nych strojach ko?cielnych i ci zatrzymali pierwsze szeregi Aposto?ów, którzy zmieszani nieco, umilkli, a wtedy kap?ani wezwali Jezusa do zdania sprawy, co ma znaczy? ten pochód i dlaczego nie umie utrzyma? Swych ludzi w karbach i im tych krzyków nie zaka?e? Jezus za? odrzek?: „Gdyby ci milczeli, to kamienie przydro?ne zacz??yby wznosi? okrzyki radosne." Otrzymawszy tak? odpowied?, cofn?li si? kap?ani z powrotem do miasta. Arcykap?ani odbyli tymczasem narad?, kazali zwo?a? wszystkich m??ów i krewnych tych niewiast, które wysz?y z dzie?mi na spotkanie Jezusa, i kazali ich zamkn?? w obszernym dziedzi?cu, poczym wys?ali szpiegów na przes?uchy. Pochód tryumfalny zbli?a? si? ju? do miasta. Wielu z t?umu ?ama?o ga??zie drzew, ?ciel?c nimi drog?, inni zrzucali wierzchnie suknie i roz?cielali pod nogi Jezusowi; niektórzy w zapale obna?yli si? do prawie pasa, a krzyki i ?piewy radosne rozlega?y si? doko?a. Dzieci gwa?townie wypad?y ze szkó?, ??cz?c swe dziecinne g?osy z radosnymi okrzykami t?umów. Droga zas?ana by?a grubo ga??zkami, szatami i kobiercami, tworz?c niejako jednostajny osobliwy, pulchny dywan, po którym posuwa? si? orszak pod ?uki z zieleni, wystawione mi?dzy murami. Weronika, id?ca z dwojgiem dzieci, rzuci?a na drog? sw? zas?on?, a tak?e jednemu z dzieci zdj??a jak?? cz??? ubrania. Potem tak ona jak i inne niewiasty przy??czy?y si? do orszaku ?w. niewiast, zamykaj?cych pochód. By?o ich oko?o siedemna?cie. W?ród ogólnej rado?ci Jezus gorzko zap?aka?; Aposto?owie tak?e si? rozp?akali, gdy im powiedzia?, ?e wielu z tych, którzy teraz tak si? raduj?, wnet z równym zapa?em wyszydz? Go, a jeden nawet Go zdradzi. P?aka? Jezus, spogl?daj?c na miasto, bo równocze?nie czyta? w przysz?o?ci, ?e wkrótce nie zostanie ani ?ladu z miasta i ze ?wi?tyni. Orszak przeszed? ju? bram? miasta i skierowa? si? ku ?wi?tyni, a uniesienie i zapa? t?umów wzrasta?y z ka?d? chwil?. Zewsz?d przyprowadzano i znoszono chorych wszelkiego rodzaju, wi?c Jezus przystawa? cz?sto, zsiada? i uzdrawia? wszystkich bez wyj?tku. Nat?ok robi? si? coraz wi?kszy


716

tak, ?e tylko noga za nog? mo?na si? by?o posuwa?; na przebycie pó?godzinnej drogi od bramy do ?wi?tyni potrzebowa? teraz Jezus oko?o trzech godzin. Ha?as i wrzawa nie ustawa?y; tak?e nieprzyjaciele Jezusa, wmieszani w t?um, wznosili wraz z innymi okrzyki. Im bli?ej ?wi?tyni, tym pi?kniej przystrojona by?a droga. Po obu stronach by?y op?oty, a za nimi ma?e ogródki, zasadzone drzewkami; pas?y si? tu i hasa?y jakie? ma?e zwierz?tka o d?ugich szyjach, dalej kozio?ki i owce z wie?cami na szyi. Tutaj to zwykle, a g?ównie w czasie wielkanocnym, wystawiano na sprzeda? wybrane ju? czyste zwierz?tka ofiarne. ?ydzi tymczasem kazali pozamyka? wszystkie domy i bram? miejsk?, w ten sposób t? cz??? miasta od reszty zupe?nie odosobniaj?c. Gdy Jezus zsiad? przed ?wi?tyni? z o?licy, chcieli uczniowie zaraz j? odprowadzi?, lecz zastali ju? bram? zamkni?t? i musieli czeka? a? do wieczora. ?wi?te niewiasty by?y tak?e w ?wi?tyni, nape?nionej szczelnie t?umem. Ludzie b?d?cy w ?wi?tyni musieli przez ca?y dzie? obej?? si? bez posi?ku, bo wszystko by?o pozamykane. Osobliwie Magdalen? martwi?o to, ?e Jezus nie mo?e si? niczym posili?. Nad wieczorem, gdy otworzono bram?, wróci?y ?wi?te niewiasty do Betanii, a za niemi nieco pó?niej poszed? Jezus z Aposto?ami. Magdalena, stroskana, ?e ani Jezus ani Aposto?owie przez ca?y dzie? nic nie jedli, zakrz?tn??a si? zaraz sama oko?o przyrz?dzenia wieczerzy. Zmierzcha?o si? ju?, gdy Jezus wszed? na podwórze domu ?azarza. Magdalena wynios?a wody w miednicy, umy?a Mu nogi i otar?a je chust?, przewieszon? przez plecy, poczym wprowadzi?a Go do domu. Wieczerzy w?a?ciwej nie by?o, podano tylko przek?sk?. Podczas posi?ku zbli?y?a si? znów Magdalena do Jezusa i wyla?a Mu na g?ow? wonny olejek. Judasz, przechodz?c potem ko?o niej, zacz?? szemra? na taki zbytek, lecz Magdalena odrzek?a mu: „Nigdy i niczym nie potrafi? do?? wywdzi?czy? si? Panu za to, co uczyni? dla mnie i dla brata mego." Posiliwszy si?, poszed? Jezus do gospody Szymona tr?dowatego, gdzie ju? zebra?o si? sporo uczniów, i przez chwil? tam naucza?. St?d poszed? przed miasto do gospody uczniów, tu znów naucza? jaki? czas, poczym powróci? do domu Szymona. Id?c nazajutrz z Aposto?ami do Jerozolimy, ?akn?? Jezus; lecz czu?am, ?e nie posi?ku ?akn??, tylko nawrócenia si? ?ydów i dokonania pos?annictwa Swego. Pragn?? przeby? czekaj?ce Go m?ki, a ?e zna? dobrze ich wielko?? i ci??ar, wi?c trwo?y? si? w sercu. Po drodze przechodzi? ko?o drzewa figowego; spojrza? na nie, a nie widz?c ?adnych owoców, tylko same li?cie, przekl?? je, by usch?o i nigdy ju? owoców nie rodzi?o, poczym wskazawszy na nie, rzek?: „Tak stanie si? tym wszystkim, którzy nie zechc? Mnie uzna?." Zrozumia?am, ?e drzewo figowe by?o wyobra?eniem starego Zakonu, a winna macica nowego. Na drodze do ?wi?tyni le?a?y jeszcze tu i ówdzie sterty ga??zi i wie?ców z wczorajszej uroczysto?ci. We frontowych przedsionkach ?wi?tyni zebra?o si? znowu sporo kupcz?cych. Niektórzy przyszli ze skrzyniami na plecach, a roz?o?ywszy je, uk?adali na podpórkach, utworzonych z ?erdek razem z??czonych. Na jednym stole le?a?y kupy fenigów, powi?zanych rozmaicie za pomoc? ?a?cuszków, haczyków, lub rzemyków. W ten sposób utworzone by?y ró?ne figury koloru ?ó?tego, bia?ego, br?zowego, lub kilku barwne. Zdaje mi si?, ?e by?y to fenigi do wieszania. Dalej sta?y jedne na drugich kupy koszów z ptactwem, w innym znów przedsionku sprzedawano ciel?ta i inne byd?o ofiarne. Przyszed?szy do ?wi?tyni, kaza? Jezus wszystkim kupcz?cym ust?pi? si?; gdy za? zwlekali z wype?nieniem rozkazu, skr?ci? w kilkoro pas, rozp?dzi? ich i wygna? ze ?wi?tyni. Podczas gdy Jezus naucza?, przys?ali jacy? znakomici Grecy pos?a?ca z gospody do Filipa z zapytaniem, kiedy b?d? mogli pomówi? z Panem, bo nie chc? teraz w nat?oku si? przeciska?. Filip oznajmi? to Andrzejowi, a ten Jezusowi. Jezus obieca?


717

pomówi? z nimi, gdy b?dzie powraca? do Betami, i w tym celu kaza? im stawi? si? na drodze mi?dzy bram? a domem Jana Marka. Tymczasem za? naucza? dalej, a smutek wci?? trapi? serce Jego. Raz przerwa? na chwil? nauk? i z?o?ywszy r?ce, wzniós? oczy w niebo, a wtem promie? jakoby ze ?wietlistej chmury sp?yn?? na Niego i da? si? s?ysze? grzmot. Zgromadzeni ze strachem spojrzeli w gór?, w t?umie zacz??y si? szepty. Jezus ci?gn?? dalej, ale zjawisko powtórzy?o si? jeszcze kilka razy. Po nauce zeszed? Jezus z mównicy i wmieszawszy si? w grono uczniów, wyszed? z ?wi?tyni. Gdy Jezus mia? naucza?, okrywali Go zwykle uczniowie w ?wi?teczny bia?y p?aszcz, który zawsze nosili ze sob?; gdy za? schodzi? z mównicy, zaraz p?aszcz zdejmowali, wi?c Jezus nie ró?ni?c si? ubiorem od innych, móg? ?atwiej usun?? si? z oczu t?umów. W ko?o mównicy by?y dla s?uchaczów trzy rz?dy schodów z por?czami - stopniowo coraz wy?szych. Por?cze, jak mi si? zdaje, lane z metalu, przyozdobione by?y rze?bami. G?ówki, czy te? ga?ki przy por?czach by?y br?zowe. P?askorze?b nie by?o ?adnych w ?wi?tyni; za to g?sto widnia?y ró?ne sztukaterie, przedstawiaj?ce winne latoro?le, grona, zwierz?ta ofiarne i figury jakby dzieci w powijakach na kszta?t tej, jak? widzia?am wyszyt? u Maryi. Dzie? jeszcze by? jasny, gdy Jezus zbli?y? si? z towarzyszami do domu Jana Marka. Tu podeszli ku Niemu Grecy, a Jezus rozmawia? z nimi par? minut; by?y z nimi i niewiasty, ale te sta?y z ty?u. Wszyscy nawrócili si?, a na Zielone ?wi?tki jedni z pierwszych przy??czyli si? do uczniów i przyj?li chrzest.

Magdalena powtórnie namaszcza Jezusa

Przez ca?y czas gdy Jezus naucza?, musieli ?ydzi zamyka? swe domy i zakazane by?o ostro podawa? jakikolwiek posi?ek Jemu, lub uczniom. Pe?en smutku, powraca? Jezus z Aposto?ami do Betanii na szabat. Zatrzymali si? w gospodzie Szymona tr?dowatego, gdzie przyrz?dzona by?a wieczerza. Magdalena litowa?a si? bardzo nad Jezusem, ?e przez ca?y dzie? tak si? um?czy?, pierwsza wi?c wysz?a do Niego przed dom, ubrana w sukni? pokutn? z paskiem, rozpuszczone za? w?osy przykryte mia?a czarn? zas?on?. Upad?szy Jezusowi do nóg, otar?a z nich proch w?asnymi w?osami w taki sposób, jak gdyby czy?ci?a Mu obuwie. Uczyni?a to otwarcie wobec wszystkich, z czego nawet niektórzy si? gorszyli. Poczyniwszy przygotowania do szabatu, przywdziali wszyscy suknie, odprawili mod?y przy lampie szabatowej, poczym zasiedli do wieczerzy. Przy ko?cu wieczerzy pojawi?a si? znowu Magdalena, powodowana mi?o?ci?, wdzi?czno?ci?, skruch? i smutkiem, stan??a za Jezusem i wyla?a Mu na g?ow? flaszeczk? wonnego olejku; troch? nala?a tak?e na nogi, otar?a je swymi w?osami, poczym wysz?a z sali. Wielu zgorszy?o si? tym post?pkiem, szczególnie za? Judasz, który swym szemraniem wzbudzi? niech?? tak?e w Mateuszu, Tomaszu i Janie Marku. Jezus natomiast uniewinnia? Magdalen? t?umacz?c, ?e pobudk? dla niej do takiego post?powania jest mi?o??, wi?c nie trzeba bra? jej tego za z?e. Wiemy, ?e nie jeden raz uczyni?a to Magdalena; w ogóle niejedno zdarzenie odby?o si? kilkakro?, chocia? w ewangelii raz tylko jest opisane. Po uczcie i mod?ach rozproszyli si? Aposto?owie i uczniowie. Judasz, pe?en z?o?ci, pobieg? jeszcze w nocy do Jerozolimy. Miotany zazdro?ci? i chciwo?ci?, bieg? w ciemno?ci przez Gór? Oliwn?, jak gdyby szatan o?wieca? mu drog? ?wiat?em piekielnym. Uda? si? prosto do domu Kajfasza; chwil? tylko porozmawia? tu na dole, bo w ogóle nie lubi? nigdzie d?ugo bawi?; potem pospieszy? zaraz do domu Jana Marka; tu zwykle zatrzymywali si? uczniowie, bawi?c w Jerozolimie, wi?c i on w ten sposób pozorowa? swój pobyt tutaj. Pierwsza to by?a jego wycieczka, nacechowana stanowcz? ju? ch?ci? zdrady.


718

Nazajutrz poszed? Jezus znowu z kilku uczniami do Jerozolimy. Przechodz?c mimo drzewa figowego, które wczoraj przekl??, ujrzeli z podziwem, ?e drzewo ju? usch?o. Jan i Piotr zatrzymali si? przy drzewie, a gdy Piotr wyrazi? swoje zdziwienie, rzek? Jezus: „Je?li uwierzycie silnie, wi?ksze rzeczy potraficie zdzia?a?, ni? to. Na wasze s?owo góry porusz? si? i rzuc? si? w morze." Na ten temat mówi? Jezus jeszcze wi?cej i t?umaczy? znaczenie drzewa figowego. Nap?yw obcych do Jerozolimy by? ogromny. Co dzie? rano i wieczór by?y dla nich w ?wi?tyni nauki i s?u?ba Bo?a. W chwilach wolnych naucza? Jezus. Podczas nauki sta? wci?? na mównicy; gdy kto podnosi? jak? kwesti? sporn? lub zarzut, wstawa? i przemawia? — a Jezus siada?. Podczas dzisiejszej nauki przyst?pili do Jezusa kap?ani i uczeni w Pi?mie, pytaj?c, jak? moc? czyni to wszystko. Wtedy rzek? im Jezus: „I Ja zapytam was o co?; je?li od¬powiecie na moje pytanie, to i Ja nawzajem powiem wam, jak? moc? spe?niam Moje czyny. Otó? powiedzcie mi, kto da? Janowi pe?nomocnictwo do udzielania chrztu?" ?aden z nich nie umia? da? na to odpowiedzi: wi?c Jezus rzek?, ?e i On nie powie im, czyj? moc? i upowa?nieniem spe?nia Swe czyny. W popo?udniowej nauce przytoczy? Jezus przypowie?? o winogrodniczym i o kamieniu w?gielnym, odrzuconym przez buduj?cych. Przypowie?? wyt?umaczy? tak, ?e On ma by? tym zamordowanym winogrodniczym, a mordercami Faryzeusze. To rozz?o?ci?o ich strasznie i byliby ch?tnie kazali Go pojma?, ale nie wa?yli si? na to, widz?c, jak wszystek lud za Nim przepada. Uradzili tylko nasadzi? jako szpiegów pi?ciu m??ów pokrewnych uczniom, a z nimi ?yj?cych w bliskich stosunkach; ci mieli przez podchwytne pytania stara? si? z?apa? Jezusa na jakiej mowie, przeciwnej Zakonowi. Naj?ci ci m??owie byli cz??ci? stronnikami Faryzeuszów, cz??ci? s?ugami Heroda. Gdy Jezus wraca? wieczorem do Betanii, znale?li si? mi?osierni ludzie, którzy, wyszed?szy ku Niemu na drog?, dali Mu si? napi?. Noc przep?dzi? Pan w gospodzie uczniów ko?o Betanii. Nazajutrz naucza? Jezus oko?o trzy godziny w ?wi?tyni, obja?niaj?c przypowie?? o godach królewskich. Byli przy tym szpiedzy Faryzeuszów. Wkrótce potem powróci? Jezus do Betanii i tam jeszcze naucza?. Na drugi dzie? poszed? Jezus znowu do ?wi?tyni i wst?pi? na mó¬wnic?, ustawion? w okr?g?ym przysionku. Zaraz te? przecisn?li si? za Nim, przej?ciem wiod?cym mi?dzy amfiteatralnymi siedzeniami, m??owie naj?ci przez Faryzeuszów, a przyst?piwszy, zapytali Go, czy nale?y si? p?aci? czynsz cesarzowi. Miasto odpowiedzi kaza? Jezus poda? Sobie grosz. Jeden z nich wyci?gn?? z kieszeni na piersiach jak?? ?ó?t? monet?, wielko?ci mniej wi?cej pruskiego talara, i wskazuj?c na wyryty na niej wizerunek cesarza, poda? j? Jezusowi; a Jezus rzek? wtedy: „Oddajcie? cesarzowi, co jest cesarskiego." Mówi?c o królestwie Bo?ym, tak naucza? Jezus: „Podobne jest królestwo niebieskie cz?owiekowi, który hoduje ro?lin?, rozrastaj?c? si? w niesko?czono??. Do ?ydów nie powróci ju? ono; ci tylko, którzy si? nawróc?, wejd? do królestwa Bo?ego. Za to poganom dostanie si? królestwo i przyjdzie czas, kiedy na wschodzie wszystko pogr??y si? w ciemno?ciach, a natomiast zachód obfitowa? b?dzie w ?wietle prawdy. „Je?li czynicie dobrze, czy?cie to w skryto?ci, jak Ja; a oto otrzymam oko?o po?udnia nagrod?. Zaprawd? powiadam wam, ?e przeniesiecie nade mnie zwyk?ego morderc?." W kilka godzin pó?niej przyst?pi?o do Jezusa siedmiu Saduceuszów z zapytaniem, jak si? rzecz ma z zmartwychwstaniem i co uczyni wtedy niewiasta, która mia?a siedmiu m??ów. Jezus odrzek? im na to, ?e po zmartwychwstaniu nie ma wzgl?du na p?e?, ani nie zawiera si? ?adnych ma??e?stw i ?e Bóg jest Bogiem ?ywych, a nie umar?ych. Wszyscy zdumiewali si? nad Jego nauk?. Faryzeusze opu?cili swe siedzenia i zebrawszy si? w kupk?, mówili co? po cichu. Jeden z nich, urz?dnik


719

przy ?wi?tyni, imieniem Manasse, zapyta? po chwili Jezusa z wielkim szacunkiem i skromno?ci?, jakie jest najwi?ksze przykazanie. Otrzymawszy stosown? odpowied?, ze szczerego serca odda? nale?n? chwa?? Jezusowi. Jezus za?, oznajmiwszy mu, ?e królestwo Bo?e niedaleko jest ode?, naucza? dalej o Chrystusie i Dawidzie, i na tym zako?czy? nauk?. Nikt ju? nie odzywa? si? wi?cej, nie mog?c nic zarzuci? Jego pe?nej m?dro?ci nauce. Na wychodnym zapyta? Jezusa jeden z uczniów: „Co oznacza to, co? powiedzia? Manassemu: niedaleko jeste? królestwa Bo?ego?" — „Oznacza to — rzek? Jezus — ?e Manasse uwierzy i pójdzie za Mn?; lecz nie mówcie tego nikomu." — Rzeczywi?cie od tej pory nie przedsi?bra? Manasse ju? nic przeciw Jezusowi, trzyma? si? w ukryciu a? do Wniebowst?pienia, i wtedy dopiero o?wiadczy? si? za Jezusem i przy??czy? si? do uczniów. Obecnie liczy? 40 do 50 lat. Wieczorem powróci? Jezus do Betanii i spo?y? z Aposto?ami wieczerz? u ?azarza. Potem poszed? do gospody, gdzie zebrane by?y niewiasty, i naucza? je jeszcze pó?no w noc. Przenocowa? w gospodzie uczniów. Podczas gdy Jezus naucza? w Jerozolimie, zbiera?y si? cz?sto ?wi?te niewiasty na wspólne modlitwy w altanie, gdzie siedzia?a Magdalena, gdy Marta zawo?a?a j? do Jezusa przed wskrzeszeniem ?azarza. W czasie mod?ów zachowywa?y pewien oznaczony porz?dek; raz sta?y wszystkie razem w gromadce, to znów kl?cza?y, to siedzia?y ka?da z osobna. Nast?pnego dnia naucza? Jezus oko?o sze?? godzin w ?wi?tyni. Uczniowie, poruszeni Jego wczorajsz? nauk?, pytali dzi?, co to znaczy: „Przyjd? królestwo Twoje." Jezus obja?nia? im to obszernie, nadmieniaj?c, ?e On i Ojciec s? jedno i ?e teraz idzie do Ojca. Uczniowie pytali Go dalej: „Je?li Ty i Ojciec jedno jeste?cie, to nie potrzebujesz przecie i?? do Ojca, bo ju? z Nim jeste?." Wtedy Jezus zacz?? im mówi? o Swym pos?annictwie i rzek? „Zwracam si? teraz od cz?owiecze?stwa, od cia?a. Tak te?, kto od w?asnej, grzesznej natury ludzkiej zwraca si? przeze mnie do Mnie, ten zwraca si? równocze?nie do Ojca." S?owa Jezusa by?y tak wzruszaj?ce, ?e Aposto?owie, pe?ni uniesienia, zerwali si? rado?nie i zawo?ali: „Panie, z ch?ci? b?dziemy rozszerzali Twe królestwo a? do ko?ca i na kraj ?wiata." Jezus zmiarkowa? zaraz ich niewczesny zapa?, mówi?c, ?e kto tak mówi, nic nie dzia?a. Zasmucili si? Aposto?owie, a Jezus rzek? powtórnie: „Nie mówcie nigdy: Wyp?dza?em w Twoim Imieniu diab?y, czyni?em to lub owo. Czyny wasze niech nie b?d? jawne. Oto Ja w ostatniej podró?y wiele zdzia?a?em w ukryciu, wy jednak nalegali?cie wtenczas na Mnie, bym poszed? do Mego miejsca rodzinnego, chocia? ?ydzi chcieli Mnie wtenczas zg?adzi? za wskrzeszenie ?azarza. Jak?eby wtenczas mog?o by?o wszystko si? spe?ni??" Pytali Go jeszcze, jak mo?e Jego królestwo by? znanym, je?li wszystko ma si? zachowywa? w tajemnicy? Nie pami?tam ju?, co Jezus na to odpowiedzia?, widzia?am tylko, ?e znowu zasmucili si? uczniowie bardzo. Oko?o po?udnia wyszli uczniowie z ?wi?tyni, zostawiaj?c przy Jezusie Aposto?ów; wnet jednak wrócili, przynosz?c Mu pi?. Po po?udniu zesz?o si? pe?no uczonych zakonnych i Faryzeuszów; wszyscy obst?pili z bliska Jezusa tak, ?e uczniowie musieli sta? nieco dalej. W nauce Swej powstawa? Jezus bardzo ostro przeciw Faryzeuszom. S?ysza?am raz, jak, gromi?c ich, rzek?: „Nie mo?ecie Mnie teraz pojma?, bo jeszcze nie nadesz?a godzina Moja."

Nauka u ?azarza. Piotr otrzymuje ostr? nagan?.

Ca?y dzie? dzisiejszy przep?dzi? Jezus u ?azarza w gronie ?wi?tych niewiast i dwunastu Aposto?ów. Rano mia? nauk? w gospodzie uczniów i wobec ?wi?tych


720

niewiast. Oko?o trzeciej godziny po po?udniu zastawiono wystawn? uczt? w podziemnych komnatach. Niewiasty us?ugiwa?y do sto?u, a potem usiad?szy w trójk?tnym rogu izby, oddzielonym krat?, przys?uchiwa?y si? nauce. Jezus oznajmi?, ?e ju? nie d?ugo b?d? razem, ?e tu u ?azarza nie b?d? ju? wspólnie po?ywa?, chyba raz jeszcze u Szymona, potem za? nadejd? czasy niespokojne. Wreszcie kaza? zebranym nie kr?powa? si? niczym i z wszelk? ufno?ci? zapytywa? Go o wszystko, jak gdyby wszyscy byli równi; wypytywano Go wi?c o ró?ne rzeczy. Szczególnie Tomasz wci?? stawia? jakie? w?tpliwo?ci, i Jan pyta? si? o niejedno, ale czyni? to cicho, ?agodnie. W czasie rozmowy wspomnia? Jezus, ?e zbli?a si? czas wype?nienia i ?e Syn cz?owieczy wydany b?dzie przez zdrajc?. Na to wyst?pi? Piotr z zapa?em i rzek?: „Dlaczego wci?? nadmieniasz, jakby?my Ci? mieli zdradzi?? Cho?by nawet mo?na by?o przypu?ci?, ?e który? z innych Ci? zdradzi, ale za nas dwunastu ja r?cz?; ?aden z nas tym zdrajc? nie b?dzie!" Piotr wyrzek? to s?owa nieco za ?mia?o, jakby czu? obra?ony swój honor. Tedy Jezus powsta? na niego z tak? gwa?towno?ci?, jak nigdy dotychczas; gwa?towniej jeszcze, ni? wtedy, gdy rzeki do Piotra: „Odst?p ode mnie, szatanie!" Zwróciwszy si? do?, rzek?: „Wszyscy by?cie upadli, gdyby was nie utrzymywa?a Moja ?aska i modlitwa. Gdy nadejdzie Moja godzina, wszyscy Mnie opu?cicie. Jeden jest mi?dzy wami, który si? nie chwieje na duchu; ale i ten ucieknie i pó?niej dopiero powróci." Mia? tu Jezus na my?li Jana, który przy pojmaniu Jezusa uciek?, pozostawiaj?c swój p?aszcz. Posmutnieli Aposto?owie na te s?owa Jezusa. Judasz u?miecha? si? s?odko, uprzejmy by? i us?u?ny, zr?cznie pokrywaj?c swe zdradzieckie zamiary. Mi?dzy innymi pytali Aposto?owie Jezusa, jakie b?dzie to Jego królestwo, które ma przyj?? do nich. Wi?c Jezus t?umaczy? im to nadzwyczaj mi?ymi, s?odkimi s?owy, a wreszcie rzed?: "Przyjdzie na was inny Duch i wtedy dopiero zrozumiecie wszystko. Ja musz? i?? do Ojca, lecz ze?l? wam stamt?d Ducha, który pochodzi od Ojca i ode mnie." Pami?tam dok?adnie te s?owa Jezusa. Dalej za? mówi? w ten sposób, ?e nie potrafi? tego odda? dok?adnie; mniej wi?cej opiewa?o to tak: „Przyj??em na siebie cia?o, by zbawi? cz?owieka, wi?c te? wp?yw Mój na was jest wi?cej cielesny. Cia?o dzia?a wi?cej ciele?nie i dlatego to nic mo?ecie Mnie we wszystkim zrozumie?, Lecz ze?l? wam Ducha, który otworzy i rozja?ni wasze dusze." Dalej mówi? Jezus, ?e wkrótce nadejd? czasy smutku, w których przebywa? b?d? chwile strasznej trwogi, jak niewiasta przy porodzie. Malowa? pi?kno?? duszy ludzkiej, stworzonej na obraz i podobie?stwo Bo?e; przedstawia? wi?c, jak pi?kn? jest rzecz? ratowa? dusze i wprowadza? je do portu wiecznej szcz??liwo?ci. Przypomina? im, jak to wielokro? ?le zrozumieli Go i nie post?powali, jak nale?y, a On zawsze by? dla nich pob?a?liwy; poleca? im wi?c, by po Jego ?mierci z równ? pob?a?liwo?ci? obchodzili si? z grzesznikami. Piotr jakby z wyrzutem zapyta? Jezusa, dlaczego gani? tak surowo jego zapa?, kiedy Sam dopiero co z takim zapa?em przemawia?; wtedy Jezus wyja?ni? mu ró?nic? miedzy gorliwo?ci? prawdziw? a fa?szyw?. Trwa?o to do pó?na w noc. Wtedy przybyli potajemnie Nikodem i jeden z synów Symeona. Rozmowa, przeplatana nauk?, przeci?ga?a si? tak d?ugo, ?e dopiero o pó?nocy pomy?lano o spoczynku. Na odchodnym rzek? Jezus: „Prze?pijcie si? jeszcze raz spokojnie, bo wkrótce nadejdzie czas, ?e w trwodze i strachu przep?dza? b?dziecie bezsenne noce; i znowu potem nadejdzie czas, ?e w?ród prze?ladowania spa? b?dziecie spokojnie z pod?o?onym pod g?ow? kamieniem, jak Jakób pod drabina niebiesk?. Na tym zako?czy? Jezus Sw? nauk? na dzi?, a wszyscy zawo?ali: „Panie, jak?e pr?dko przesz?a ta uczta i ten wieczór."


721

Ofiara wdowy.

Nazajutrz poszed? Jezus raniutko do ?wi?tyni, ale nie tam, gdzie zwykle naucza?, lecz do tego przysionka, gdzie Maryja sk?ada?a ofiar?. W tej równie? sali uwolni? Jezus cudzo?o?nic? od s?du. ?wi?tynia ca?a robi?a wra?enie jakoby trzech ko?cio?ów, stoj?cych jeden za drugim. Dla stoj?cego ludu by?y trzy wielkie nawy. W pierwszej by? okr?g?y plac do nauczania; na prawo, wi?cej ku miejscu ?wi?temu, by? w?a?nie przysionek ofiarny, gdzie Jezus dzi? poszed?; dochodzi?o si? do? d?ugimi kru?gankami. Blisko wej?cia sta?a w ?rodku skarbona. By? to s?up kanciasty na pó? ch?opa wysoki, z trzema lejkowymi otworami, w które ofiaruj?cy wk?adali pieni?dze, u do?u by?y drzwiczki. Skarbona przykryta by?a tkanin? w bia?e i czerwone pasy. Po lewej stronie by?o siedzenie dla kap?ana, utrzymuj?cego porz?dek i stó?, na którym sk?adano go??bki, i inne rzeczy, dane na ofiar?. Po prawej i lewej stronie wej?cia by?y sto?ki dla niewiast i m??czyzn. Od ty?u zamkni?ty by? przysionek krat?, za któr? ustawiony by? o?tarz, gdy Maryja ofiarowa?a w ?wi?tyni Dzieci?tko Jezus. Dzi? by? dzie? ofiarny dla wszystkich, którzy chcieli si? oczy?ci? na Wielkanoc. Przybywszy do ?wi?tyni, usiad? Jezus ko?o skarbony. Faryzeusze, przybywszy pó?niej, zgorszyli si? bardzo, widz?c Go tu, lecz gdy Jezus chcia? im ust?pi? miejsca, nie chcieli go zaj??. Przy Jezusie stali parami Aposto?owie. Ofiaruj?cy stali zewn?trz i czekali; wpuszczano ich kolejno po pi?ciu, najpierw m??czyzn potem niewiasty, a potem wypuszczano ich innymi drzwiami na lewo. Jezus przesiedzia? tu oko?o trzy godziny; sk?adanie ofiar zako?czono jak zwykle oko?o po?udnia. Jezus pozosta? mimo to d?u?ej, co tak?e nie w smak by?o Faryzeuszom. Ostatnia przysz?a z?o?y? ofiar? jaka? uboga, potulna wdowa. Ile kto sk?ada? na ofiar?, nie wida? by?o; ale Jezus jako Bóg wiedzia?, ile da?a wdowa, i zaraz rzek? do uczniów: „Ta niewiasta da?a wi?cej, ni? wszyscy, bo odda?a wszystko, co mia?a na posi?ek dzisiejszy dla siebie." Kaza? te? powiedzie? jej, by czeka?a na Niego w domu Jana Marka. Po po?udniu naucza? Jezus na zwyk?ym miejscu w przedsionku ?wi?tyni. Okr?g?y plac do nauczania znajdowa? si? tu? naprzeciw drzwi; z prawej i lewej jego strony wiod?y na gór? schody do Miejsca ?wi?tego, a st?d znów dalej sz?y schody do Miejsca naj?wi?tszego. Faryzeusze przyszli tak?e s?ucha? s?ów Jezusa. Podczas nauki zwróci? si? raz Jezus do nich i rzek?: „Nie o?mielili?cie si? pojma? Mnie wczoraj, jak zamierzali?cie, chocia? da?em wam czas i sposobno?? do tego; nie przysz?a bowiem jeszcze Moja godzina, a nie w waszej le?y mocy przyspieszy? jej przyj?cie. Przyjdzie ona w swoim czasie. Nie my?lcie jednak, ?e b?dziecie odt?d ?wi?ta Wielkanocne obchodzi? spokojnie, jak zwykle; przyjdzie taki ucisk, ?e nie b?dziecie wiedzieli, gdzie si? ukry?. Wszystka krew Proroków pomordowanych przez was, spadnie na wasz? g?ow?. Powstan? oni z grobu, a ziemia dr?e? b?dzie w swych posadach; wy jednak mimo to trwa? b?dziecie w za?lepieniu." Nast?pnie zacz?? mówi? o ofierze ubogiej wdowy. Wieczorem, id?c ze ?wi?tyni, rozmawia? po drodze z t? wdow? i kaza? jej synowi przyj?? do siebie, co ja bardzo ucieszy?o. Jeszcze przed ukrzy?owaniem syn jej zosta? przyj?ty w grono uczniów. Wdowa ta, by?a to niewiasta bardzo pobo?na, trzymaj?ca si? ?ci?le przepisów ?ydowskich, przy tym prostoduszna i wierna.

Jezus mówi o zburzeniu Jerozolimy.

Gdy wracali do Betanii, wskaza? jeden z uczniów na ?wi?tyni?, zwracaj?c Jezusowi uwag? na jej pi?kno??, na co Jezus mu rzek?, ?e nied?ugo nie pozostanie z niej kamie? na kamieniu. Na stoku góry Oliwnej urz?dzone by?o


722

miejsce z mównic? i siedzeniami darniowymi w ko?o; tu nieraz wieczorem zwykli byli wypoczywa? kap?ani po d?ugiej pracy. I Jezus zatrzyma? si? tu na chwil? i usiad? na mównicy, a gdy Aposto?owie zacz?li Go wypytywa? o czas zburzenia Jerozolimy, wypowiedzia? Jezus mow? ?a?osn?, nad miastem. Ostatnie Jego s?owa by?y: „B?ogos?awiony, kto wytrwa a? do ko?ca." Wszystkiego bawi? tu Jezus zaledwie kwadrans. ?wi?tynia, widziana z tego miejsca, przedstawia?a si? nadzwyczaj pi?knie. W promieniach zachodz?cego s?o?ca rzuca?a, taki blask, ?e zaledwie oko znie?? go mog?o. Blask ten wydawa?y pi?kne, l?ni?ce kamienie ciemnoczerwone, lub ?ó?te, wmurowane jak kostki w ?ciany ?wi?tyni. ?wi?tynia Salomona obfitowa?a wi?cej w ozdoby z?ota, ale na tej znowu kamienie b?yszcza?y nadzwyczaj. Faryzeusze, dysz?c z?o?ci? ku Jezusowi, w nocy jeszcze zebrali si? na narad? i wys?ali szpiegów za Nim. Pragn?li bardzo, by Judasz znowu przyszed? do nich, bo bez niego nie mogli nic nale?ycie przedsi?wzi??. Judasz nie by? u nich wi?cej od wspomnianego wieczora. Rano nast?pnego dnia poszed? Jezus znowu na owe miejsce na Górze Oliwnej i mówi? jeszcze raz o zburzeniu Jerozolimy w podobie?stwie o drzewie figowym, staj?cym opodal. Oznajmi? tak?e, ?e ju? jest zdradzonym i ?e zdrajca ofiarowa? si? Go zaprzeda?, ale nie poda? swego imienia. Faryzeusze pragn?li, by zdrajca znowu przyszed? do nich, a Jezus ?yczy? mu, by si? poprawi?, ?a?owa? i nie rozpacza?. Mówi? to Jezus ogólnikowo tajemniczo, a Judasz przys?uchiwa? si? temu z u?miechem. Powiedziawszy Aposto?om, ?e b?d? wnet rozproszeni, upomina? ich Jezus zarazem, by z tego powodu nie oddawali si? zbyt troskom doczesnym, by nie zapominali o najbli?szych obowi?zkach, a sposobu post?powania nie pokrywali p?aszczykiem zmy?lonych pobudek. U?y? tu Jezus porównania z p?aszczem. Dalej gani? w ogólno?ci szemranie niektórych na to, ?e Magdalena olejkiem Go nama?ci?a. Mówi? to prawdopodobnie do Judasza, który po tym namaszczeniu uczyni? pierwszy stanowczy krok do zdrady, dawa? mu zarazem przez to cich? przestrog? na przysz?o??; Judasz bowiem po ostatnim namaszczeniu dokona? w zupe?no?ci swej zdrady. To, ?e i inni gorszyli si? tak szczodrymi oznakami mi?o?ci Magdaleny, pochodzi?o ze ?le zastosowanej surowo?ci obyczajów i oszcz?dno?ci. Wiedzieli, ?e namaszczenie takie nadu?ywaniem bywa nieraz na uroczysto?ciach prywatnych ze zbytnim marnotrawstwem, a nie zastanawiali si? nad tym, ?e zupe?nie jest na miejscu oddawa? cze?? tak? Naj?wi?tszemu ze ?wi?tych. Jezus powiedzia? Aposto?om, ?e jeszcze tylko dwa razy b?dzie publicznie naucza?. Mówi?c o ko?cu ?wiata, i o zburzeniu Jerozolimy, poda? im zarazem znaki, po których mogliby pozna?, ?e zbli?a si? godzina Jego odej?cia. Mówi?, ?e powstanie mi?dzy nimi sprzeczka, kto z nich jest najwi?kszym, i to b?dzie dla nich jednym znakiem; dalej ?e jeden z nich zaprze si? Go. Mówi? to Jezus w tym celu, by pobudzi? ich do pokory i czujno?ci nad sob?. S?owa Jego nacechowane by?y niezwyk?? mi?o?ci? i cierpliwo?ci?. Ko?o po?udnia naucza? Jezus w ?wi?tyni o dziesi?ciu dziewicach i o powierzonych talentach. Powstawa? znów ostro przeciw Faryzeuszom, przypomina? im pomordowanych Proroków i wyjawi? niektóre podst?pne ich knowania. Pouczy? potem Aposto?ów i uczniów, ?e i tam, gdzie na pozór nie ma nadziei poprawy, trzeba powtarza? po kilkakro? przestrogi. Gdy wychodzi? z ?wi?tyni, zbli?y? si? ku Niemu t?um cudzoziemców, pogan. Nie s?yszeli oni wprawdzie Jego nauk w ?wi?tyni, bo nie wolno im tam by?o wchodzi?, ale nawrócili si?, widz?c Jego cuda i uroczysty wjazd w niedziel? Palmow?, a przy tym s?ysz?c o Nim wiele od innych. Byli mi?dzy nimi i owi Grecy. Jezus kaza? im


723

zwróci? si? do uczniów, Sam za? z kilku towarzyszami poszed? na Gór? Oliwn?, gdzie przep?dzili noc w publicznej gospodzie, przeznaczonej zwyczajnie dla cudzoziemców. Nazajutrz, gdy zesz?a si? reszta Aposto?ów i uczniów, zacz?? im Jezus przepowiada? niektóre przysz?e zdarzenia. Mówi?, ?e dwa razy jeszcze zasi?dzie z nimi do uczty i ?e t?skni za tym, by spo?y? z nimi ostatni? uczt? mi?o?ci, przy której chce im udzieli? wszystko, co tylko jako cz?owiek jeszcze im da? mo?e. Potem poszed? z nimi do ?wi?tyni, tu mówi?, ?e wkrótce odejdzie do Ojca i ?e On jest wol? Ojca; nie zrozumia?am dobrze tych s?ów. Dalej nazwa? si? wprost Zbawieniem ludzi, tym Obiecanym, który przyszed? zdj?? z ludzi ci???c? na nich przemoc grzechow?. Wyt?umaczy? tak?e, dlaczego nie b?d? odkupieni upadli anio?owie, tylko ludzie. Faryzeusze przyszed?szy, rozstawili si? parami, by s?ucha? i szpiegowa?, a Jezus tak mówi? dalej: „Przyby?em, by po?o?y? koniec panowaniu grzechu nad lud?mi. W ogrodzie pocz?? si? grzech i w ogrodzie te? zako?czy si? jego przewaga. W ogrodzie równie? targniecie si? na Mnie. Ju? po wskrzeszeniu ?azarza chcieli?cie Mnie zabi?, ale usun??em si?, by wszystko mog?o si? wype?ni?." Czas trwania tej podró?y poda? Jezus w trzech okresach, ale nie wiem ju?, czy rachowa? trzy razy po cztery, czy po pi?? czy te? po sze?? tygodni. Wypowiedzia? Faryzeuszom, jak sobie z Nim post?pi? i jak powiesz? Go mi?dzy zbrodniarzami, ale nie uda im si? zohydzi? Go i zeszpeci? po ?mierci. Jeszcze raz przypomnia? im, ?e pomordowani przez nich sprawiedliwi zmartwychwstan?; wskaza? nawet miejsca, gdzie si? to sta? mia?o. Wreszcie powiedzia? im, ?e trwogi i strachu bez miary mie? b?d?, ale nie potrafi? osi?gn?? w zupe?no?ci tego, co zamierzaj? z Nim uczyni?. Co do niewiast tak mówi? Jezus: „Przez Ew? przyszed? grzech na ziemi?; dlatego te? ukarane s? niewiasty i nie mog? wchodzi? do Miejsca ?wi?tego. Lecz z niewiasty tak?e przysz?o na ?wiat Zbawienie z niewoli grzechowej; przez to zwolnione s? od niewolnictwa, ale zawsze obowi?zane do podda?stwa m??czy?nie." Na noc pozosta? Jezus z uczniami w gospodzie u stóp Góry Oliwnej, gdzie przy lampie odprawili wspólnie przepisane mod?y szabatowe.

Jezus w Betanii.

Nazajutrz rano przeprawi? si? Jezus z uczniami przez potok Cedron i poszed? z nimi na pó?noc. Droga wiod?a mi?dzy szeregiem domów, poprzedzielanych ma?ymi trawnikami, na których pas?y si? owce. Tu by? tak?e dom Jana Marka. Min?wszy domy, zwróci? si? Jezus do wioski Getsemane, tak wielkiej jak Betfage, po?o?onej po obu brzegach potoku Cedron. Od domu Jana Marka by?o kwadrans drogi do bramy miejskiej, któr? p?dzono byd?o na targowic?, po?o?on? na wynios?em wzgórzu z pó?nocnej strony ?wi?tyni; pó?niej zabudowano ca?e to wzgórze. St?d by?o pó? godziny drogi do Getsemane, a z Getsemane przez gór? Oliwn? nie ca?a godzina do Betanii. Betania le?a?a mniej wi?cej wprost na wschód od ?wi?tyni; w prostym kierunku mo?na tam by?o doj?? z Jerozolimy w przeci?gu godziny. Z niektórych punktów Betanii mo?na by?o widzie? ?wi?tyni? i le??ce za ni? zamki; z Betfage za? ju? nie, bo wie? ta le?a?a ni?ej, zreszt? zas?ania?a widok góra Oliwna; dopiero wyszed?szy nieco drog? pod gór?, wida? by?o ?wi?tyni? przez otwór w?wozu. Id?c do Getsemane, wskaza? Jezus Aposto?om jedno zag??bienie Góry Oliwnej, mówi?c: „Tu opu?cicie Mi?; tu b?d? pojmany." Smutny by? przy tym bardzo. Przybywszy do Betanii, by? Jezus u ?azarza, potem poszed? do gospody uczniów; do wieczora w?drowa? z uczniami po okolicy i pociesza? mieszka?ców, jak kto?,


724

który przed rozstaniem ?egna si? z wszystkimi. Wieczorem by?a uczta u ?azarza. ?wi?te niewiasty siedzia?y w tej samej komnacie w okratowanym k?cie. Po spo?yciu wieczerzy poleci? Jezus wszystkim, by jeszcze raz spokojnie si? wyspali.

Ostatnie nauki Jezusa w ?wi?tyni

Raniutko poszed? Jezus z uczniami do Jerozolimy. Przeprawiwszy si? naprzeciw ?wi?tyni przez potok Cedron, zwróci? si? popod mury miejskie na po?udnie i wszed? do miasta ma?? furtk?; u stóp góry Syjon przeszed? murowany most, rzucony nad g??bok? przepa?ci?; pod ?wi?tyni? tak?e wida? by?o jaskinie. Przeszed?szy nast?pnie d?ugi, sklepiony chodnik, o?wietlony nieco z góry, dosta? si? od po?udnia na dziedziniec niewiast; tu zwróciwszy si? na wschód, przeszed? przez drzwi, w których stawiano zha?bione niewiasty i przez przysionek ofiarny przyby? na miejsce nauczania. Faryzeusze podczas nauki Jezusa nieraz kazali zamyka? wszystkie wej?cia, ale drzwi wymienione wy?ej pozostawiali otworem, mówi?c: „Drzwi grzeszników niech zawsze stoj? dla nich otworem." Nauka dzisiejsza Jezusa zawiera?a przedziwne g??bokie my?li. Mówi? o po??czeniu i rozdzieleniu, u?ywaj?c przy tym jako porównania ognia i wody, które si? gasz? i nawzajem sobie sprzeciwiaj?. Je?li woda nie przezwyci??y ognia, to p?omie? wybucha przez to tym gwa?towniej i z wi?ksz? dziko?ci?. Mówi? dalej o prze?ladowaniu i m?cze?stwie, podaj?c jako porównanie, ?e woda jest m?czarni? ognia. Przez ogie? rozumia? tych uczniów, którzy pozostan? Mu wierni, przez wod? za? mia? na my?li tych, którzy odpadn? od Niego w g??boko?? grzechu. Inny znów przyk?ad przytoczy? im, jak to woda, zmieszana z mlekiem, ??czy si? z nim w ?cis??, niepodzieln? ca?o??, napomykaj?c przy tym, jak po?ywne jest mleko i jak ?agodny ma smak. Mia? tu znów na my?li Sw? w?asn? ??czno?? z uczniami. Wreszcie, gdy uczniowie zagadn?li Go, czy przyjaciele i ma??onkowie odnajd? si? po ?mierci, zacz?? mówi? o spójno?ci ma??e?skiej. „Dwojaka jest mówi? — ??czno?? w ma??e?stwie. Najpierw ??czno?? cia?a i krwi, któr? rozrywa ?mier?, i tacy ma??onkowie nie odnajd? si? na drugim ?wiecie. Lecz powinien istnie? mi?dzy ma??onkami tak?e w?ze? duchowy, bo ten ??czy ich nierozerwalnie i w tym i w przysz?ym ?yciu. Niech wi?c o to si? nie trwo??, czy odnajd? si? tam z osobna, czy razem. Je?li to by?o ma??e?stwo ducha, to odnajd? si? potem w jednym ciele." Wspomnia? przy tym Jezus o Oblubie?cu, dla którego Ko?ció? jest Oblubienic? cia?a i ducha. Poucza? ich, by nie l?kali si? m?czar? cia?a, bo straszniejsze s? m?czarnie duszy. Aposto?owie i uczniowie nie wszystko rozumieli z tej nauki, wi?c Jezus kaza? im to, czego nie rozumiej, zaraz zapisywa?. Widzia?am te?, i? Jan, Jakób M?odszy i jeszcze jeden wyj?li ma?e zwoje z kieszeni na piersiach, roz?o?yli je na deseczkach, opartych z przodu o por?cz, i od czasu do czasu notowali sobie wa?niejsze rzeczy. Do pisania u?ywali farby schowanej w naczyniu, podobnym do rogu. Czynili to tylko z pocz?tku nauki. W dalszej nauce wspomnia? Jezus o po??czeniu si? z nimi w ostatniej wieczerzy, której to ??czno?ci nic rozerwa? nie zdo?a. Zaleca? tak?e Aposto?om obowi?zek doskona?ego umartwienia si?, a to w ten sposób, ?e zapytywa? ich kolejno: „Czy b?dziecie mogli spe?ni? to i owo zarazem?" By?a te? mowa o ofierze, która musi by? z?o?on?, a ostatecznym wynikiem by? znowu obowi?zek umartwienia si? zupe?nego. Jako przyk?ad przytoczy? im Abrahama i innych Patriarchów, którzy przed ka?d? ofiar? tak d?ugo si? umartwiali i oczyszczali. Mówi?c o chrzcie i innych Sakramentach, tak poucza? Jezus Aposto?ów: „Ze?l?


725

wam wkrótce Ducha ?wi?tego, który przez chrzest uczyni wszystkich dzie?mi odkupienia,. Po Mojej ?mierci ochrzcijcie przy sadzawce Betesda wszystkich, którzy przyjd? z ??daniem chrztu. Gdyby za du?o ochotników stawi?o si? naraz, to wk?adajcie im kolejno, dwom naraz, r?ce na ramiona i ochrzcijcie ich, polewaj?c strumieniem wody z pompy lub sikawki. Jak dotychczas Anio?, tak teraz Duch ?wi?ty zst?pi na ochrzczonych, gdy tylko przeleje si? Krew Moja. Stanie si? tak, cho?by?cie nawet wy nie otrzymali jeszcze Ducha ?wi?tego" Piotr, ustanowiony przez samego Jezusa jako pierwszy mi?dzy Aposto?ami, zapyta? si? Go teraz, jako taki, czy zawsze maj? tak post?powa?, czy te? wpierw bada? i poucza? ludzi. "Tak jest — odrzek? Jezus — bo ludzie znu?eni s? ju? czekaniem w ?wi?to i usychaj? z pragnienia. Zreszt?, gdy zst?pi na was Duch ?wi?ty, wtenczas zawsze b?dziecie wiedzieli, jak post?pi?." Szczegó?owo rozmawia? Jezus z Piotrem o pokucie i rozgrzeszeniu. Wszystkim za? mówi? o ko?cu ?wiata i o znakach, które go poprzedz?. Wspomnia? przy tym, ?e jeden cz?owiek z natchnienia Ducha ?wi?tego b?dzie mia? o tym widzenie. Mia? tu na my?li objawienia ?w. Jana, a nawet podobnie jak on opisywa? te znaki. Mówi?, jako zjawi si? naznaczony na czole i ?e ?ród?o ?ywej wody, która sp?ynie z góry Kalwarii, b?dzie przy ko?cu ?wiata zupe?nie jakby zatrute; a wszystka woda nie zepsuta zbierze si? w dolinie Jozafata. Zdaje mi si?, ?e powiedzia? Jezus tak?e tak: Woda wszystka musi si? znowu sta? wod? chrztu. Faryzeusze nie byli obecni w czasie ca?ej tej nauki. Wieczorem poszed? Jezus do Betanii do ?azarza. Ca?y nast?pny dzie? naucza? Jezus znowu bez przeszkody w ?wi?tyni. Mówi? o prawdzie i o spe?nieniu si? nauki. „Chc? mówi? wype?ni? teraz wszystko. Nie dosy? jest wierzy?, trzeba tak?e wiar? wype?nia?. Wy wszyscy, a nawet Faryzeusze, nie mo?ecie mi zarzuci?, ?em naucza? co? nies?usznie przeciw Zakonowi. Teraz chc? t? prawd?, której naucza?em, dope?ni? przez odej?cie do Ojca. Zanim jednak odejd?, pozostawi? wam wszystko, co mam. Maj?tku i z?ota nie mam; ale pozostawi? wam w spu?ci?nie Moj? moc i si??, chc? a? po koniec dni zawi?za? ??czno?? z wami, ?ci?lejsz? jeszcze ni? dotychczasowa. Chc? was wszystkich razem z??czy? w cz?onki jednego cia?a." — Piotr, s?ysz?c, ile to jeszcze rzeczy ma Jezus spe?ni?, powzi?? nadziej?, ?e nie opu?ci ich tak pr?dko, i rzek? nawet: „Panie, je?li to wszystko zechcesz spe?ni?, to musisz pozosta? z nami do ko?ca ?wiata!" Dalej omawia? Jezus z Aposto?ami istot? i skuteczno?? Wieczerzy Pa?skiej, jednak imienia tego nie wymieni? ani razu. Rzek? im tak?e, ?e ostatni? t? Wielkanoc obchodzi? b?dzie z nimi, a na pytanie Piotra, gdzie b?dzie po?ywa? z nimi pasch?, odrzek?, ?e oznajmi to w swoim czasie i doda? jeszcze raz wyra?nie, ?e potem ju? odejdzie do Ojca Swego. Na to Piotr zapyta? znowu, czy we?mie tam ze Sob? Sw? Matk?, tak przez nich wszystkich czczon? i mi?owan?? Jezus odpowiedzia? mu, ?e Matka Jego pozostanie jeszcze z nimi pewien czas. Wymieni? nawet liczb? lat, ale pami?tam tylko jedn? cyfr? 5, zdaje mi si?, ?e 15. Mówi?c o mocy i skuteczno?ci Wieczerzy Pa?skiej, wspomnia? Jezus o Noem, który upi? si? winem, i znowu, jak naród izraelski obrzydzi? sobie chleb niebia?ski, który trzeba przyprawia? umartwieniem, jak gorycz? pio?unu. Teraz, odchodz?c do Ojca, przysposobi im chleb ?ywota; nie jest bowiem jeszcze upieczony, ani ugotowany. Ko?cz?c wreszcie Sw? nauk?, tak mówi? Jezus: „Tak d?ugo naucza?em prawdy i wpaja?em j? w was; ale wy zawsze w?tpili?cie i w?tpicie jeszcze. Czuj?, ?e cielesne me istnienie na nic si? wam wi?cej nie przyda; oddam wi?c wam wszystko, co mam, a zatrzymam tylko tyle, by móc okry? nago?? Mego cia?a." Aposto?owie nie zrozumieli tych s?ów; mniemali, co najwy?ej, ?e Jezus umrze, lub zniknie gdzie?. To te? ju? wczoraj, gdy mówi? o prze?ladowaniu Go ze strony ?ydów, radzi? Mu Piotr by, jak po wskrzeszeniu ?azarza, tak i teraz, ukry? si?


726

gdzie na czas pewien, lub na zawsze, a oni ch?tnie pójd?, z Nim wsz?dzie, cho?by na koniec ?wiata. Wychodz?c wieczorem z ?wi?tyni, ?egna? si? Jezus z jej murami, oznajmiaj?c, ?e ju? nigdy w tym ciele nie przest?pi jej progów. Scena ta ca?a i s?owa Jezusa tak by?y rzewne i wzruszaj?ce, ?e wszyscy Aposto?owie i uczniowie rzucili si? na ziemi?, j?cz?c g?o?no i rzewnymi zalewaj?c si? ?zami. I Jezusa oczy zwil?y?y si? od ?ez. Judasz tylko nie p?aka?, za to w sercu jego nurtowa?a trwoga i niepokój, jak w ogóle ostatnimi czasy. Ani wczoraj, ani dzi? nie wspomina? Jezus o nim najmniejszym s?ówkiem. Na dziedzi?cu pogan czeka?o ju? na Jezusa wielu z nich. Nie uszed? ich oka smutek i p?acz Aposto?ów. Otoczyli zaraz Jezusa, pragn?c z Nim pomówi?, lecz Jezus rzek? im, ?e niema teraz na to czasu i poleci? im zwróci? si? pó?niej do Aposto?ów i uczniów, bo im da? wszelk? w?adz?. Zaraz te? wyszed? Jezus z miasta drog?, któr? wje?d?a? tu w Niedziel? Palmow?. Po drodze jeszcze smutnymi i powa?nymi s?owy wyra?a? Swe po?egnanie ze ?wi?tyni?. Zatrzyma? si? jeszcze w gospodzie u stóp góry Oliwnej, a dopiero gdy ?ciemni?o si? zupe?nie, poszed? do Betanii. Tu naucza? jeszcze przy wieczerzy w domu ?azarza; do sto?u us?ugiwa?y niewiasty mniej ju? teraz odosabniaj?ce si? od m??czyzn. Na nast?pny wieczór zamówi? Jezus sut? uczt? w gospodzie Szymona. Dnia tego cicho i spokojnie by?o w Jerozolimie. Faryzeusze, zaniechaw¬szy pój?? do ?wi?tyni, zebrali si? na waln? narad?, stroskani bardzo, ?e Judasz nie pojawi? si? wi?cej u nich. Z drugiej znów strony smutek panowa? mi?dzy ?yczliwymi Jezusowi mieszka?cami Jerozolimy, gdy si? dowiedzieli od uczniów o s?owach i przepowiedniach Jezusa, szczególnie zasmuceni byli Nikodem, Józef z Arymatei, synowie Symeona i kilku innych; wyznawcy ci Chrystusa nie oddzielali si? jeszcze od ?ydów, wspólnie z nimi ?yli i tych samych przestrzegali przepisów. Weronik? widzia?am, jak chodzi?a smutna po swych komnatach, za?amuj?c r?ce. Zwróci?o to nawet uwag? jej m??a, który kaza? jej si? wyt?umaczy? z przyczyny tego smutku. Dom Weroniki sta? w obr?bie murów miejskich, mi?dzy ?wi?tyni? a gór? Kalwarii. W podcieniach domu, gdzie mia?a si? odby? ostatnia wieczerza, rozgo?ci?o si? na nocleg blisko 76 uczniów.

Magdalena ostatni raz namaszcza Jezusa

Rano nast?pnego dnia mia? Jezus na podwórzu domu ?azarza nauk? dla uczniów; zebra?o si? ich sporo, bo przesz?o sze??dziesi?ciu. Po po?udniu oko?o trzeciej godziny zastawiono dla nich sto?y na podwórzu. Us?ugiwa? im sam Jezus z Aposto?ami; chodzi? od sto?u do sto?u, podawa? to t?, to ow? potraw?, a przy tym naucza?. Judasza nie by?o, bo zaj?ty by? za kupnem wiktua?ów na uczt? u Szymona. Magdalena tak?e posz?a do Jerozolimy zakupi? wonnych olejków. Naj?w. Panna, której Jezus jeszcze o ?wicie oznajmi? Sw? rych?? ?mier?, by?a nad wyraz smutna. Siostrzenica jej, Maria Kleofe, pociesza?a J?, jak mog?a, wci?? dotrzymywa?a Jej towarzystwa, a i teraz posz?a z Ni? do gospody uczniów. Jezus tymczasem rozmawia? z uczniami o bliskiej Swej ?mierci i jej nast?pstwach. Mi?dzy innymi tak rzek? do nich: „Jeden z Moich zaufanych, który wszystko ma Mi do zawdzi?czenia, zaprzeda Mi? Faryzeuszom. Nie b?dzie nawet dro?y? si? z Moj? osob?, lecz zapyta ich: „Ile chcecie mi da? za Niego?" A wi?c gorzej niewolnika b?d? sprzedany. Bo nawet gdyby niewolnika kupowali Faryzeusze, to jeszcze sprzedaj?cy poda?by im cen? i trwa?by przy niej, a ten odda Mi? za tyle, ile mu sami ofiaruj?." Uczniowie p?akali gorzko s?ysz?c to, i ze smutku nie mogli nic je??; dopiero na uprzejme i usilne nalegania Jezusa posilili


727

si? troch?. Nie pierwszy to raz zauwa?y?am, ?e uczniowie okazywali nieraz wi?cej czu?o?ci wzgl?dem Jezusa ni? Aposto?owie. Pochodzi?o to zapewne st?d, ?e nie tak cz?sto obcowali z Jezusem, wi?c te? pokorniejszymi si? czuli wobec Niego. I z Aposto?ami omawia? Jezus tego rana wiele szczegó?ów, a ?e nie wszystko rozumieli, kaza? im zapisywa? sobie trudniejsze rzeczy, co te? uczyni? zaraz Jan i kilku innych. Kaza? im to czyni? dlatego, bo, jak mówi?, po zes?aniu Ducha ?w. przypomn? sobie te szczegó?y i zrozumiej? je wtenczas. Z lekka napomyka? Jezus o tym, ?e uciekn? od Niego, gdy zdrajca wyda Go w r?ce ?ydów. Aposto?owie nie chcieli nawet my?l? przypu?ci? tego, a przecie? post?pili tak rzeczywi?cie. Jezus przepowiada? im, co potem nast?pi, i poucza?, jak maj? si? zachowa? w ró?nych okoliczno?ciach. Wreszcie poda? im Jezus wa?ny szczegó?, odnosz?cy si? do ?w. Matki Jego. Oznajmi? im, ?e ona wraz z Nim odcierpi wszystkie straszliwe m?ki przed?miertne, ?e wraz z Nim odb?dzie bolesne konanie i ?mier?, a mimo to b?dzie musia?a ?y? jeszcze lat pi?tna?cie. Uczniom wyznaczy? Jezus, gdzie maj? si? uda?; jednym kaza? i?? do Arymatei, innym do Sychar, innym wreszcie do Kedar. Trzem m?odzie?com, którzy towarzyszyli Mu w ostatniej podró?y, zabroni? wraca? do domu, a to dlatego, ?e, jak mówi?, zanadto zmienili ju? swój sposób my?lenia i post?powania, wi?c ?atwo mogliby wywo?a? w ojczy?nie zgorszenie, a przy tym w razie napotkanego oporu narazi? si? na niebezpiecze?stwo upadku. Tak to poucza? Jezus uczniów nadzwyczaj serdecznie i udziela? im rad na przysz?o??. Ju? nad wieczorem wielu ich rozesz?o si? w ró?ne strony. Eliud i Eremenzear poszli, jak si? zdaje, do Sychar. Sylas pozosta? jeszcze. Tymczasem wróci?a Magdalena z Jerozolimy z zakupionymi wonnymi ma?ciami. Sama nie za?atwia?a tego, tylko posz?a do Weroniki i tam siedzia?a, a Weronika zaj??a si? kupnem. Trzy rodzaje by?y tych ma?ci i to najkosztowniejszych, jakie mo?na by?o dosta?; bo te? Magdalena odda?a na to reszt? swego mienia. Pami?tam, ?e mi?dzy tymi wonno?ciami by?a i flaszka olejku nardowego. Magdalena kaza?a kupi? wonno?ci razem z naczyniami. Naczynia te w kszta?cie ma?ych urn, zrobione by?y z jakiej? bia?awej, po?yskuj?cej materii, ?udz?co podobnej do per?owej macicy; by?o to jednak co innego. U góry by?y za?rubowane, wyd?ta podstawka opatrzona by?a ga?eczkami. Naczynia te w?o?y?a Magdalena razem do kieszeni, a raczej do woreczka, przewieszonego pod p?aszczem przez piersi i plecy na sko?. Weronika odprowadzi?a j? kawa?ek, a matka Jana Marka posz?a z ni? a? do Betanii. Przybywszy do Betanii, spotka?y Judasza: ten rozmawia? chwil? z Magdalen?, cho? w sercu czu? ku niej niech??. W Jerozolimie dowiedzia?a si? Magdalena od Weroniki, ?e Faryzeusze uradzili pojma? Jezusa i zabi?; wstrzymywali si? tylko jeszcze dlatego, ?e tylu by?o obcych w mie?cie, szczególnie pogan, którzy szanowali i mi?owali bardzo Jezusa. W domu oznajmi?a Magdalena t? wie?? niewiastom. Niewiasty znajdowa?y si? ju? w domu Szymona, pomagaj?c w przygotowaniach do uczty. Judasz zakupi? obficie wszystkiego; hojnie czerpa? dzi? z mieszka, my?l?c w duchu, ?e w wieczór potrafi to sobie odbi? z procentem. Na jadalni? obrano dzi? inn? sal?, nie t?, w której odby?a si? uczta poprzednim razem w dzie? po uroczystym wje?dzie Jezusa do Jerozolimy. Dzi? obrano na ten cel ozdobn?, otwarta sal?, z ty?u domu, z widokiem na podwórze. W stropie by? otwór, przes?oni?ty przezroczyst? gaz? w kszta?cie kopu?y. Po obu jej stronach zwiesza?y si? sztuczne piramidy z mi?sistego ziela brunatno zielonego o ma?ych okr?g?ych listkach. Do?em z??czone by?y piramidy tak?e czym? zielonym. Zdaje mi si?, ?e zawsze utrzymywano je tak w stanie ?wie?ej zielono?ci. Wprost pod t? kopu?? przeznaczone by?o miejsce dla Jezusa. Od strony, któr?dy miano nosi? potrawy przez podwórze otwartym kru?gankiem, stó? by? nie zaj?ty. Sta?o tu


728

tylko nakrycie dla Szymona, który mia? us?ugiwa? do sto?u. Z tej te? strony sta?y na ziemi pod sto?em trzy wysokie p?askie dzbanki z wod?. Dla go?ci przeznaczone by?y tym razem niskie, poprzeczne ?awki, opatrzone dodan? z ty?u por?cz?, a z przodu wespr?, s?u??c? do oparcia ramienia. ?awki stoj?ce parami, by?y na tyle szerokie, ?e na ka?dej by?o miejsce dla dwóch biesiadników, a wi?c umieszczeni byli po dwóch naprzeciw siebie. Tylko Jezus zajmowa? sam ca?? ?awk?. Dla niewiast przeznaczona by?a otwarta sala z lewej strony podwórza, wi?c mog?y przez podwórze widzie? ucztuj?cych m??czyzn. Gdy ju? wszystko przygotowane by?o do uczty, poszed? Szymon ze s?u??cym po Jezusa, ?azarza i Aposto?ów. Przybrani byli w suknie ?wi?teczne; Szymon mia? d?ug? sukni?, przepasan? pasem, tkanym w ró?ne figury, na ramieniu przewieszony mia? d?ugi manipularz, do?em bramowany fr?dzlami. S?uga mia? kaftan bez r?kawów. Szymon szed? z Jezusem, a s?uga z Aposto?ami. Nie weszli do domu drzwiami od ulicy, lecz obszed?szy dom, weszli z ty?u przez ogród wprost do sali jadalnej. W ca?ej Betanii rojno dzi? by?o i gwarno; by?o i dosy? obcych, którzy pragn?li bardzo ogl?da? wskrzeszonego ?azarza, wi?c wreszcie a? zgie?k powsta?. I to bowiem podpada?o ludziom, ?e Szymon, zakupiwszy tyle ró?nych rzeczy, zamkn?? dzi? dom szczelnie, cho? zwykle jako do publicznej gospody dost?p by? wolny dla wszystkich. S?owem, wszyscy ciekawi byli i niespokojni. Podczas uczty wdrapywali si? ciekawsi prawie na mury, by zobaczy?, co si? wewn?trz dzieje. Nie przypominam sobie, czy przy wej?ciu umywano Jezusowi i Aposto?om nogi; zdaje mi si?, ?e by?o tylko krótkie oczyszczenie. Na stole sta?y rz?dem wielkie kubki, a mi?dzy nimi po dwa mniejsze. Napój by? trojaki; zielonkawy, czerwony i ?ó?ty; jeden zdawa? mi si? podobny do soku gruszkowego. Z potraw wniesiono najpierw jagni?, rozci?gni?te na pod?u?nej misie, z pyszczkiem, opartym na przednich nogach. Postawiono je na stole, zwrócone g?ow? ku Jezusowi. Jezus wzi?? w r?k? bia?y nó? ko?ciany, czy te? kamienny, wbi? go w kark jagni?cia i naci?? szyj? najpierw z jednej strony potem z drugiej; nast?pnie zrobi? d?ugie ci?cie wzd?u? g?owy i ca?ego grzbietu; mimo woli przywiod?y mi linie tych ci?? krzy? na pami??. Odci?te trzy kawa?ki po?o?y? Jezus Janowi, Piotrowi i Sobie. Wtedy Szymon, jako gospodarz, pokraja? do reszty na poprzek i roznosi? po porz?dku na prawo i na lewo, Aposto?om i ?azarzowi. Niewiasty, a by?o ich siedem czy dziewi??, obsiad?y w ko?o swój stó?; Magdalena, wci?? teraz zap?akana siedzia?a naprzeciw Naj?w. Panny. I tu sta?o na stole pieczone jagni?, ale mniejsze i nie tak wyci?gni?te na misie, jak tamto. G?ow? zwrócon? mia?o ku Matce Bo?ej; ona te? pokraja?a je i rozdzieli?a na cz??ci. Po jagni?ciu podano ryby, mi?dzy nimi trzy wielkie. Wielkie ryby le?a?y brzuchami na dó? w jakim? bia?ym, skrzep?ym sosie, jak gdyby p?ywa?y. Dalej podano ciasta pieczone w postaci jagni?t i ptaków z rozpostartymi skrzyd?ami. Nast?pnie przysz?y na stó? plastry miodu, ziele podobne do sa?aty i jaki? sos, w którym to ziele maczano; zdaje mi si?, ?e to by?a oliwa. Wreszcie podano owoce, wygl?daj?ce na gruszki; w ?rodku by? jeden wielki owoc podobny do dyni, a w niego powtykane by?y szypu?kami inne, jakby winne grona. Niektóre misy polewane by?y bia?o, niektóre ?ó?to, jedne by?y g??bokie, drugie p?ytkie, stosownie do rodzaju podawanych potraw. Przez ca?y czas trwania uczty naucza? Jezus. W?a?nie pod koniec uczty mówi? co? Jezus bardzo zajmuj?cego i wa?nego, wi?c Aposto?owie s?uchali z wielk? uwag?, z rozwartymi ustami; Szymon tak?e, który dotychczas us?ugiwa?, siedzia? teraz bez ruchu i przys?uchiwa? si? wraz z innymi. W?a?nie w tej chwili wsta?a Magdalena po cichu od sto?u. Mia?a dzi? na sobie cienki delikatny p?aszcz bia?o niebieski, podobny zupe?nie do okrycia ?w. Trzech


729

Królów; rozpuszczone w?osy przykryte mia?a zas?on?. Trzymaj?c w fa?dach p?aszcza kupione wonno?ci, wesz?a podsieniem do sali poza miejscem, gdzie Jezus siedzia?. Zbli?y?a si?, p?acz?c gorzko, a upad?szy Mu do nóg, sk?oni?a sw? twarz na Jego nog? spoczywaj?c? na ?o?u; drug? nog?, spuszczon? ku ziemi, poda? jej Pan sam. Wtedy Magdalena zdj??a Mu z nóg sanda?y, nama?ci?a nogi z wierzchu i pod podeszw?, poczym uj?wszy w obie r?ce swe w?osy okryte zas?on?, otar?a nimi namaszczone nogi Jezusa i w?o?y?a Mu na powrót sanda?y. Czynno?? ta spowodowa?a przerw? w mowie Pana. Jezus zauwa?y? obecno?? Magdaleny zaraz, jak tylko wesz?a, ale inni teraz dopiero spostrzegli j?, gdy Jezus nagle umilk?. Niech?tni byli, ?e kto? tam przeszkadza w nauce, lecz Jezus rzek?: „Nie gorszcie si? t? niewiast?!" poczym zacz?? co? cicho mówi? do niej. Magdalena za?, za?atwiwszy si? z zak?adaniem sanda?ów, stan??a za Jezusem i wyla?a Mu na g?ow? flaszeczk? wonnego olejku tak obficie, ?e a? sp?ywa? poza sukni?, poczym jeszcze nabrawszy na r?k? kosztownej ma?ci, potar?a Mu ni? g?ow? od ciemienia w ty? g?owy. Przyjemna wo? rozesz?a si? po ca?ej sali. Aposto?owie zacz?li szepta? i mrucze?, Piotr nawet okazywa? niech?? z powodu tej przerwy w nauce. Magdalena, p?acz?c ci?gle, spu?ci?a zas?on? na twarz i zwróci?a si? do odej?cia. Gdy, id?c poza sto?em, przechodzi?a ko?o Judasza, zagrodzi? jej ten?e drog? r?k? tak, ?e musia?a si? zatrzyma?, i zacz?? jej wyrzuca? marnotrawstwo, mówi?c, ?e lepiej by?o obróci? to na wsparcie dla ubogich. Magdalena sta?a w milczeniu, p?acz?c gorzko. Dopiero Jezus uj?? si? za ni? mówi?c: „Dozwólcie jej odej?? spokojnie. Nama?ci?a Mnie teraz na ?mier? i ju? wi?cej tego uczyni? nie b?dzie mog?a. Zaprawd?, powiadam wam, gdziekolwiek g?oszona b?dzie kiedy? Ewangelia, tam tak?e wzmianka b?dzie o jej czynie i waszym szemraniu!" Smutna wysz?a Magdalena z sali. Uczta te? nie przeci?ga?a si? d?u?ej, szemranie bowiem Aposto?ów i nagana, udzielona im przez Jezusa, zmieni?y nastrój biesiadników. Podniesiono si? te? zaraz od sto?u i wszyscy poszli na powrót do ?azarza. Judasz, sk?piec rozz?oszczony do ?ywego post?pkiem Magdaleny, postanowi? sobie w duchu, ?e ju? nie zniesie d?u?ej takiej gospodarki. Nie da? jednak nic pozna? po sobie, zdj?? sukni? godow?, i oddali? si? pod pozorem, ?e musi dopilnowa? w jadalni zebrania resztek potraw dla ubogich. Zamiast jednak tam pój??, pobieg? p?dem do Jerozolimy. Przez ca?? drog? widzia?am przy nim diab?a smuk?ego, spiczastego, czerwonego. By? on raz przed nim, to znowu za nim, jak gdyby mu przy?wieca?, i rzeczywi?cie, chocia? ciemno by?o, bieg? Judasz pewnie, bezpiecznie, nie potkn?wszy si? ani razu. Przybywszy do Jerozolimy, pospieszy? do domu, w którym pó?niej wyszydzano Jezusa. Faryzeusze i arcykap?ani zebrani jeszcze byli na naradzie. Judasz nie poszed? do zebranych, tylko dwóch Faryzeuszów zesz?o do niego na podwórze i tu si? roz mówili. Nie posiadali si? z rado?ci, gdy Judasz ofiarowa? si? im wyda? Jezusa. Zdrajca zapyta? jednak zaraz, ile gotowi s? da? mu za to, wi?c po krótkiej wspólnej naradzie zeszed? jeden i ofiarowa? mu 30 srebrników. Judasz przysta? bez wahania i chcia?, by mu zaraz t? sum? wyliczono, Faryzeusze jednak obawiali si?, by ich nie oszuka?, bo przedtem tak?e by? u nich, a pó?niej tak d?ugo si? nie pokazywa?; kazali mu wi?c najpierw zrobi? swoje, a potem obiecali zap?aci?. Widzia?am, jak nawzajem uderzali w d?onie na znak zgody i naddzierali troch? suknie, Chcieli oni tak?e, by Judasz d?u?ej zosta? i obja?ni? ich bli?ej, kiedy i jak zamierza urz?dzi? wszystko, lecz, on spieszy? si? bardzo, by nie wzbudza? podejrzenia; rzek? tylko, ?e musi jeszcze wszystko dok?adniej si? wywiedzie?, a wtenczas mo?na b?dzie to jutro doprowadzi? do skutku bez zbytniego rozg?osu. Przez ca?y ten czas diabe? wci?? by? przy nim. Spiesznie powróci? Judasz znowu do Betanii ubra? si? w sw? sukni? i jakby nic nie zasz?o przy??czy? si? do innych. Jezus pozosta? na noc w domu ?azarza, podczas gdy uczniowie rozeszli si? do


730

swych gospód. W nocy jeszcze powróci? Nikodem z Jerozolimy, a ?azarz towarzyszy? mu kawa?ek drogi.

Ostatnia wieczerza

Wczoraj jeszcze zapytywali uczniowie Jezusa, gdzie zechce po?ywa? z nimi baranka wielkanocnego. Dzi?, ju? przed ?witem zawo?a? Jezus do Siebie Piotra i Jana i umówi? z nimi wszystko, co mieli przysposobi? i urz?dzi? do uczty paschalnej w Jerozolimie. Powiedzia? im, by poszli do Jerozolimy, a tam id?c pod gór? Syjon, napotkaj? m??a z dzbankiem wody, znanego im, bo ju? poprzedniej Wielkanocy by? on w Betanii gospodarzem Jezusa przy uczcie paschalnej; za nim mieli i?? a? do domu i rzec mu tak: „Mistrz kaza? ci powiedzie?, ?e zbli?a si? czas Jego i ?e chce obchodzi? u ciebie Wielkanoc." Potem mieli ??da?, aby im pokaza? wieczernik ju? urz?dzony i tam przysposobi? wszystko, co potrzeba. Nieco pó?niej widzia?am obu Aposto?ów ju? w Jerozolimie; w?wozem, biegn?cym na po?udnie od ?wi?tyni wst?powali powoli na pó?nocny stok góry Syjon. Na po?udniowej stronie wzgórza ?wi?tyni sta?y jeszcze rz?dy domów. Nieco dalej p?yn?? w g??bi w?wozu potok, a po drugim jego brzegu wiod?a pod gór? droga; t?dy to szli Aposto?owie. Po uci??liwym marszu znale?li si? na wy?szym poziomie, ni? szczyt wzgórza ?wi?tyni. Przeszli teraz na po?udniowy stok Syjonu i tu na wolnym, pochy?ym nieco placu, w pobli?u starego budynku, otoczonego dziedzi?cami, ujrzeli cz?owieka, którego mieli spotka?. Poszli za nim i blisko domu ju? oznajmili mu to, co Jezus kaza? powiedzie?. Cz?owiek ów ucieszy? si? bardzo nimi i ich s?owy; oznajmi? im, ?e ju? zamówiono u niego uczt? (zapewne uczyni? to Nikodem), lecz on nie wiedzia? dla kogo; cieszy si? wi?c bardzo, ?e w?a?nie Jezusa go?ci? dzi? b?dzie. M?? ten zwa? si? Heli, a by? szwagrem Zachariasza z Hebron; w jego to domu w Hebron oznajmi? Jezus zesz?ego roku po szabacie o ?mierci Jana Chrzciciela. Mia? on pi?? córek jeszcze niezam??nych i syna jedynaka, który by? Lewit? i przyjacielem ?ukasza, zanim jeszcze ten?e zosta? wyznawc? Chrystusa. Corocznie chodzi? Heli ze s?ugami na ?wi?ta do Jerozolimy, najmowa? tu sal? paschaln? i przyrz?dza? baranka wielkanocnego dla takich, którzy nie mieli swego gospodarza. Na tegoroczne ?wi?ta naj?? sal? w staro?ytnym obszernym budynku, nale??cym do Nikodema i Józefa z Arymatei. Budynek ten sta? na po?udniowym stoku góry Syjon, niedaleko od zamku Dawida, a tak?e od rynku, dochodz?cego od strony wschodniej do zamku. W ko?o domu rozci?ga? si? obszerny dziedziniec, otoczony grubymi murami. Ocienia?y go szpalery drzew. Na dziedzi?cu, na prawo i na lewo od bramy, sta?o przy murach kilka mniejszych budynków. W jednym z nich spo?ywa?a uczt? paschaln? Naj?w. Panna z reszt? ?wi?tych niewiast, tu te? nieraz przebywa?a z nimi po ukrzy?owaniu Chrystusa. G?ówny budynek z sal? naj?t? przez Helego wznosi? si? w ?rodku dziedzi?ca, ale nieco ku ty?owi. W tym to domu za czasów króla Dawida ?wiczyli si? dzielni bohaterowie i dowódcy wojsk w kunszcie wojennym. Przed wybudowaniem ?wi?tyni sta?a tu przez jaki? czas arka przymierza; w jednej z podziemnych piwnic by?y jeszcze ?lady o tym ?wiadcz?ce. W piwnicach tutejszych kry? si? swego czasu prorok Malachiasz, tu pisa? swe proroctwa o Naj?wi?tszym Sakramencie i o ofierze nowego przymierza. Salomon mia? ten dom w wielkim poszanowaniu; zachodzi? tu nawet jaki? figuralny zwi?zek, ale nie pami?tam ju?, jaki. Gdy Babilo?czycy zburzyli wi?ksz? cz??? Jerozolimy, dom ten dziwnym trafem ocala?. Obecnie by? w posiadaniu Nikodema i Józefa z Arymatei; ci przekszta?cili odpowiednio g?ówny budynek na dom godowy dla go?ci wielkanocnych i wynajmowali go zwykle na ?wi?ta. Zreszt? za? przez ca?y rok u?ywali ca?ego domostwa na sk?ad kamieni budowlanych i


731

nagrobków; tu mie?ci?a si? tak?e pracownia kamieniarska. Józef z Arymatei posiada? w swym miejscu rodzinnym ?omy kamienia pierwszej jako?ci; wydobyty kamie? sprowadzano tu, obrabiano pod jego nadzorem na nagrobki, gzymsy i kolumny, i tym prowadzi? Józef handel. Nikodem równie? prowadzi? ró?ne interesy budowlane, a przy tym dla rozrywki, z amatorstwa zajmowa? si? rze?biarstwem. Wyj?wszy czasy ?wi?teczne, rze?bi? nieraz pos?gi w tej sali, czasem znów w piwnicy pod ni?. To jego zaj?cie by?o po cz??ci przyczyn? ?cis?ej przyja?ni z Józefem z Arymatei jako te? wspólnych podejmowa? si? ró?nych przedsi?biorstw. G?ówny budynek, w?a?ciwy wieczernik, zbudowany by? w pod?u?ny czworobok, otoczony w ko?o ni?szym od niego kru?gankiem, który mo?na by?o po??czy? w jedn? ca?o?? ze ?rodkow? wysok? sal?; ca?y bowiem budynek nie ma w?a?ciwie ?cian, tylko wspiera si? na kolumnach i filarach ale odst?py mi?dzy kolumnami zas?oni?te s? zwykle ruchomymi ?cianami. ?wiat?o wpada?o do sali przez okr?g?e otwory, umieszczone w ?cianach powy?ej kru?ganka. Przed w?a?ciw? sal? by? jeszcze z przodu przedsionek o trzech wej?ciach; z niego dopiero wchodzi?o si? do wysokiej sali, zaopatrzonej w kilka lamp, wy?o?onej pi?knymi p?ytami. W czasie ?wi?t i uroczysto?ci obijano ?ciany do polowy wysoko?ci matami i kobiercami, odmykano otwór w suficie, zwykle zas?oni?ty, i przes?aniano go przezroczyst?, b??kitn?, po?yskuj?c? gaz?. W drugim ko?cu sali zwiesza si? od sufitu zas?ona z podobnego materia?u; za zas?on? tworzy si? wi?c w ten sposób jakby osobna ma?a komnata. Sala, podzielona w ten sposób na trzy cz??ci, ma pewne podobie?stwo ze ?wi?tyni?, obejmuje bowiem przedsionek, „Miejsce ?wi?te" i „Miejsce naj?wi?tsze." W ostatniej cz??ci, oddzielonej zas?on?, sk?adano zwykle po bokach suknie i ró?ne sprz?ty, w ?rodku za? sta? rodzaj o?tarza, który niebawem opisz?. Ponad trzema schodami wystawa?a ze ?ciany kamienna ?aweczka w kszta?cie trójk?ta prostok?tnego, którego ostry koniec ?ci?ty by? mniej wi?cej w po?owie obu boków. Musia?a ona stanowi? górn? cz??? pieca, w którym pieczono baranka wielkanocnego, bo dzi? np. by?y schody ca?kiem ciep?e. Z boku by?y drzwiczki, prowadz?ce do sali tu? za ?cian?, st?d mo?na by?o zej?? na dó? do miejsca, gdzie rozpalano ogie?, a dalej do innych sklepów i piwnic, ci?gn?cych si? pod sal?. Na wystaj?cej ?aweczce, czy te? o?tarzu, porobione by?y ró?ne skrzynki i szuflady daj?ce si? wysuwa?, dalej u góry jakie? otwory, jakby ruszty, osobne miejsca do rozniecania ognia i osobne do gaszenia go. Nie da si? to zreszt? w ca?o?ci dobrze opisa?. Wygl?da?o to na ognisko lub piec do pieczenia placków wielkanocnych i innego pieczywa, a tak?e do palenia kadzid?a; w ?wi?ta palono tu zapewne resztki i okruchy z uczty; by?a to wi?c niejako kuchnia wielkanocna. Nad tym stercza?a ze ?ciany niszowata skrzynka w kszta?cie daszku z krokwi, opatrzona u góry otworem z klap?, zapewne do wypuszczania dymu. Przed t? nisz? zwiesza?a si? od góry figurka baranka wielkanocnego; baranek mia? wbity nó? w gard?o, a zdawa?o si?, ?e krew sp?ywa z niego na o?tarz; jak to jednak by?o urz?dzone, nie wiem ju? dok?adnie. W niszy przy ?cianie by?y trzy barwne szafeczki, otwieraj?ce si? i zamykaj?ce przez obracanie, jak nasze tabernakulum; tu sk?adano ró?ne naczynia wielkanocne i nieckowe czarki, a pó?niej przechowywano w nich Naj?wi?tszy Sakrament. W bocznych salach ko?o wieczernika sta?y tu i ówdzie murowane ?o?a, a na nich le?a?y zwini?te grube ko?dry. — Pod ca?ym budynkiem ci?gn??y si? pi?kne piwnice. Arka przymierza sta?a swego czasu od ty?u pod tym miejscem, gdzie teraz kuchnia wielkanocna stoi. Pi?? kana?ów pod domem sprowadza w dó? góry wszelkie nieczysto?ci i zlewy, dom bowiem wysoko jest po?o?ony. Ju? dawniej widzia?am, jak Jezus naucza? w tym domu i uzdrawia? chorych. Raz, jak ju? wspomina?am, nocowali tu


732

tak?e uczniowie w bocznych komnatach. Podczas gdy Piotr i Jan rozmawiali z Helim, znajdowa? si? Nikodem w jednym z bocznych budynków na podwórzu, dok?d uprz?tano kamienie, roz?o?one ko?o wieczernika. Ju? przed tygodniem widzia?am, jak uprz?tano podwórze i przyrz?dzano wieczernik na uroczysto?? wielkanocn?. Mi?dzy innymi znajdowa?o si? tam tak?e kilku uczniów. Pomówiwszy z Piotrem i Janem, powróci? Heli przez dziedziniec domu; oni za?, zwróciwszy si? na prawo, zeszli w dó? pó?nocnym stokiem Syjonu, poszli mostem przez w?wóz i drug? jego stron? doszli po ?cie?kach, obsadzonych krzewami, do owego szeregu domów, stoj?cych od po?udniowej strony ?wi?tyni. Tu sta? dom starego Symeona, zamieszka?y obecnie przez jego synów, tajemnych uczniów Jezusa. Najstarszy z nich, wysoki brunet, zwa? si? Obed, a by? s?ug? przy ?wi?tyni; tego to wywo?ali Aposto?owie i poszli z nim najpierw na wschód od ?wi?tyni przez t? cz??? wsi Ofel, któr?dy szed? Jezus do Jerozolimy w niedziel? Palmow?; tu skr?ciwszy do miasta, obeszli pó?nocn? stron? ?wi?tyni i przybyli na rynek byd?a. W po?udniowej cz??ci rynku by?y ogrodzone pi?kne trawniki, jakby ma?e ogródki, gdzie pas?y si? baranki. Przy wje?dzie Jezusa do Jerozolimy my?la?am, ?e to umy?lnie tak urz?dzono na t? uroczysto??, tymczasem przekona?am si?, ?e tu zawsze w czasie ?wi?t sprzedawano baranki wielkanocne. Do jednego takiego ogrodzenia wszed? Obed. Baranki obtoczy?y go zaraz i potr?ca?y g?ówkami, jako kogo? dobrze znajomego; on za? wybra? cztery z pomi?dzy nich i te odniesiono do wieczernika. Po po?udniu widzia?am, jak Obed pomaga? w wieczerniku baranka wielkanocnego przyrz?dzi?. Piotr i Jan chodzili jeszcze d?ugo po mie?cie za ró?nymi sprawunkami. Pó?niej widzia?am ich w gospodzie, stoj?cej przed bram? na pó?noc od Kalwarii w pó?nocno zachodniej stronie miasta, gdzie go?ci?o wielu uczniów. By?a to w?a?ciwa gospoda uczniów przed Jerozolim?, i zarz?dza?a ni? Weronika, której w?a?ciwe imi? by?o Serafia. St?d poszli obaj do domu Weroniki, bo i tu mieli niejedno do za?atwienia. M?? jej, radny miasta, bawi? przewa?nie poza domem, oddany swym zaj?ciom, a chocia? i by? w domu, to trzyma? si? z dala od niej. Weronika by?a mniej wi?cej w wieku Naj?w. Panny. Z Naj?w. Rodzin? z dawna ?y?a w znajomo?ci; jeszcze gdy Jezus jako ch?opiec pozosta? na ?wi?ta w ?wi?tyni jerozolimskiej, ona posy?a?a Mu tam po?ywienie. Aposto?owie otrzymali tu ró?ne naczynia, które po cz??ci uczniowie zanie?li do wieczernika w nakrytych koszach; wzi?li st?d równie? kielich, którym Jezus si? pos?ugiwa? przy ustanowieniu Naj?w. Sakramentu. Wspomniany kielich by? dziwnym naczyniem, tajemniczego pochodzenia. Przez d?ugi czas spoczywa? w ?wi?tyni mi?dzy innymi staro?ytnymi, a cennymi naczyniami, których cel i pocz?tek dawno uleg? zapomnieniu, podobnie jak i teraz niejeden staro?ytny, ?wi?ty klejnot, z up?ywem wieków i zmian? okoliczno?ci, poszed? w niepami??. Od czasu do czasu wybierano w ?wi?tyni przestarza?e, nieznane z u?ytku naczynia i klejnoty, sprzedawano je, lub dawano przerabia? inaczej, stosownie do potrzeby. I to naj?wi?tsze naczynie chciano nieraz przerobi?, ale kielich, zrobiony z jakiego? nieznanego kruszcu, nie da? si? stopi? w ogniu, wi?c go zarzucono. Za zrz?dzeniem Bo?ym znale?li go raz m?odzi kap?ani w skarbcu ?wi?tyni, porzucony wraz z jakim? rupieciami w skrzyni i jako stary, zapomniany sprz?t ofiarowali na sprzeda? mi?o?nikom staro?ytno?ci. Ca?y garnitur, tj. kielich z wszystkimi dodatkami, kupi?a wtenczas Weronika i ju? nieraz s?u?y? on Jezusowi przy ucztach ?wi?tecznych, a od ostatniej wieczerzy przeszed? w sta?e posiadanie gminy wyznawców Chrystusa. Do kielicha nale?a? ca?y garnitur przeno?ny, sporz?dzony stosownie do celu, jaki mia? spe?ni?, tj. do ustanowienia Naj?w. Sakramentu. Dawniej oczywi?cie nie by?o go, ale nie pami?tam ju?, kiedy, i czy nie z polecenia samego Pana dodatek ten zrobiono.


733

Ca?e urz?dzenie przedstawia?o si? tak: Na p?askiej p?ycie sta? wielki kielich, a w ko?o niego sze?? ma?ych kubków. W p?ycie tej znajdowa? si? wysuwany rodzaj szufladki, ale nie pami?tam ju?, czy zawiera? on ?wi?to??, czy nie. W samym kielichu sta?o drugie, mniejsze naczynie, na kielichu le?a? talerzyk, przykryty sklepion? kopu?k?. W podstawce kielicha by? umy?lny schowek na ma?? ?y?eczk?. Wszystkie naczynia os?oni?te by?y cieniutk? tkanin? i przykryte zwykle wielk? wydr??on? pó?kul?, jakby parasolem, zrobion? — zdaje si? — ze skóry, a opatrzon? u góry ga?eczk?. Kielich sk?ada? si? z w?a?ciwego kubka na wino i z podstawki, pó?niej zapewne dodanej; podstawka by?a bowiem z innego materia?u, a sam kielich z jakiej? brunatnej masy, g?adkiej jak szyba zwierciad?a. Kszta?t mia? gruszkowaty, po bokach dwa uszka do podnoszenia, bo ci??ar jego by? do?? znaczny. Ca?y by? poz?acany czy te? wy?o?ony z?otem. Podstawka wyrobiona by?a sztucznie z ciemnej z?otej rudy. W ko?o obejmowa? j? z tego? materia?u w?? i latoro?l winna, a prócz tego wysadzona by?a drogimi kamieniami. W podstawie, jak ju? wspomnia?am, by? schowek dla ma?ej ?y?eczki. Kielich sam przechowywa? pó?niej Jakób M?odszy przy ko?ciele jerozolimskim. Wiem, ?e dotychczas znajduje si? on gdzie? w bezpiecznym ukryciu i kiedy? znowu wyjdzie na jaw w stosownym czasie, jak i teraz do ostatniej wieczerzy. Mniejsze kubki przesz?y w posiadanie innych ko?cio?ów, i tak jeden by? w Antiochii, inny znów w Efezie; w ogóle naczynia te dosta?y si? siedmiu ko?cio?om. Kubki te nale?a?y kiedy? do Patriarchów, którzy pili z nich pe?en tajemnic napój, gdy odbierali lub udzielali b?ogos?awie?stwa, jak to w swoim czasie widzia?am i opowiada?am. Pocz?tek wielkiego kielicha ginie w pomroce wieków. Posiada? go ju? Noe i w czasie potopu ustawi? go w arce na samej górze. Melchizedek przyniós? go z sob? z kraju Semiramidy, gdzie by? zarzucony, do Kanaanu, gdy zak?ada? osady w Jerozolimie; w nim sk?ada? wobec Abrahama ofiar? chleba i wina, i potem mu go pozostawi?. Pó?niej widzia?am go u Moj?esza. Masa, z której by? zrobiony, by?a tak zbit?, jak masa dzwonu. Nie zdawa? si? by? wykuty r?k? ludzk?, lecz jak gdyby przyroda sama go ukszta?towa?a i jakoby wytworzy? si? z ?ona ziemi. Kiedy powsta? i z czego, to by?o wiadomym tylko samemu Jezusowi. Ja przewidzia?am go. Nie wiadomo, czy ?wi?tobliwa Katarzyna chcia?a przez to wyrazi?, ?e kielich by? przezroczysty, czy te?, ?e przewidzia?a go, lub odgad?a w widzeniu duchem swoim. Podczas gdy obaj Aposto?owie zaj?ci byli w Jerozolimie przysposobieniem uczty baranka wielkanocnego, w Betanii ?egna? si? Jezus czule z ?azarzem, ?wi?tymi niewiastami i Matk? Sw?. Naucza? jeszcze na ostatek i udziela? wszystkim stosownych upomnie?. Z Naj?w. Matk? Sw? mia? Jezus na osobno?ci rozmow?, z której przypominam sobie niektóre szczegó?y. I tak mówi?, ?e na przyrz?dzenie paschy pos?a? do Jerozolimy Piotra, jako uosobienie wiary, i Jana, uosobienie mi?o?ci. O Magdalenie, która w ostatnich czasach odchodzi?a prawie od siebie z ci?g?ego smutku, rzek?: „Mi?uje ona niewypowiedzianie, ale mi?o?? jej nie wyzwoli?a si? jeszcze zupe?nie z p?t cielesnych, wi?c te? od zmys?ów b?dzie odchodzi? z bole?ci nad m?k? Moj?." Wspomina? tak?e o zdradzieckich zamys?ach Judasza, a najdobrotliwsza Matka Bo?a wstawia?a si? jeszcze za nim. Dowiedziawszy si? od Jezusa, co czeka Go w najbli?szej przysz?o?ci, prosi?a Go Naj?w. Panna tak czule, by mog?a umrze? z Nim razem; Jezus jednak poleca? Jej, by spokojniej znosi?a Sw? bole??, ni? inne niewiasty, a zarazem oznajmi?, ?e zmartwychwstanie po trzech dniach, i gdzie si? Jej pojawi. Zaraz te? uspokoi?a si? Naj?w. Panna; nie p?aka?a ju? tak bardzo, ale z twarzy Jej bi? smutek bezmierny i bole?? wstrz?saj?ca do g??bi. Jako dobry, wdzi?czny syn, dzi?kowa? Jej Jezus za wszelk? okazywan? Mu mi?o??, obj?? J? na po?egnanie praw? r?k? i


734

czule przycisn?? do serca. Obieca? jej, ?e w duchu spo?yje z Ni? ostatni? wieczerz? i nawet oznaczy? godzin?, w której stanie si? Jej uczestniczk?. Ze wszystkimi ?egna? si? Jezus bardzo rzewnie, a naucza? przy tym a? do ostatniej chwili. Judasz tymczasem pobieg? znowu do Jerozolimy pod pozorem, ?e ma ró?ne sprawunki do za?atwienia i do zap?acenia. Obliczy? on zawsze czas jak najdok?adniej, ?eby móc si? usprawiedliwi? ze swej nieobecno?ci. Jezus pyta? si? o niego pozosta?ych Aposto?ów, chocia? wiedzia? dok?adnie o ka?dym jego kroku. On tymczasem uwija? si? przez ca?y dzie? po Faryzeuszach i wszystko z nimi umawia?. Pokazano mu nawet ?o?daków, którzy mieli pojma? Pana. Dopiero na chwil? przed rozpocz?ciem si? ostatniej wieczerzy powróci? Judasz do Jezusa. Ja odczytywa?am duchem wszystkie jego plany i zamys?y. Podczas gdy Jezus rozmawia? z Maryj? o nim, otrzyma?am wiele nowych obja?nie? co do jego charakteru. By? on czynny, rzutny i us?u?ny, lecz przy tym pe?en sk?pstwa, fa?szywej ambicji, pychy i zazdro?ci, a co gorsza wcale nie stara? si? zwalcza? tych na?ogów. A móg? przecie? zaspokoi? ju? sw? pych?, bo na równi z innymi Aposto?ami dzia?a? cuda i w nieobecno?ci Jezusa uzdrawia? chorych. Oko?o po?udnia uda? si? Jezus z dziewi?ciu Aposto?ami do Jerozolimy ; za Nim posz?o tam równie? siedmiu uczniów, pochodz?cych g?ównie z Jerozolimy i z okolicy, oprócz Natanaela i Sylasa. Pami?tam, ?e by? mi?dzy nimi Jan Marek i niedawno przyj?ty syn biednej wdowy, która to z?o?y?a w ofierze ostatni grosz, gdy Jezus naucza? w ?wi?tyni przy skarbonie; ?w. niewiasty wybra?y si? dopiero pó?niej w drog?. Jezus nie poszed? z Aposto?ami wprost do Jerozolimy, lecz chodzi? z nimi d?ugo w ko?o Góry Oliwnej, po dolinie Jozafata nawet a? ku Górze Kalwarii, a przy tym naucza? wci?? bez przerwy. Mi?dzy innymi rzek? Aposto?om, ?e dotychczas dawa? im Swój chleb i wino, ale dzisiaj ma zamiar odda? im w?asne cia?o i krew, a wi?c zostawi im w spu?ci?nie wszystko co ma. Tak?e przy tych s?owach wzruszanie malowa?o si? na twarzy Pana, jak gdyby usycha? z pragnienia mi?osnego oddania si? im jak najpr?dzej, jakby wn?trze Swe w?asne chcia? w nich przela?. Aposto?owie nie zrozumieli znaczenia tych s?ów; my?leli, ?e Jezus ma na my?li baranka wielkanocnego. Niepodobna wypowiedzie?, jak niezmierna mi?o?? i cierpliwo?? cechowa?a ostatnie nauki Jego w Betanii i tu. Owych siedmiu uczniów nie towarzyszy?o Jezusowi wraz z Aposto?ami; udali si? oni wprost do Jerozolimy, nios?c pakunki z liturgicznymi szatami paschalnymi, w które wed?ug przepisu trzeba si? by?o ubiera?. Przybywszy do wieczernika, z?o?yli je w przedsionku, poczym udali si? do domu Jana Marka. Tu równie? przyby?y pó?niej ?w. niewiasty. Inni uczniowie poznosili tak?e ró?ne stroje i przybory. Gdy Piotr i Jan przybyli od Serafii do wieczernika, by?o ju? wszystko z?o?one w przysionku, z kielichem. Go?e ?ciany sali obwieszono kobiercami, odsuni?to otwory w suficie i przygotowano trzy wisz?ce lampy. Teraz dopiero poszli Piotr i Jan w dolin? Jozafata; by zawo?a? Pana i reszt? Aposto?ów. Pó?niej od nich poschodzili si? uczniowie i przyjaciele, którzy mieli wspólnie z Jezusem po?ywa? w wieczerniku baranka, wielkanocnego. Do wieczerzy podzielono si? na trzy kó?ka, z których ka?de mia?o swego osobnego gospodarza. Jezus zasiad? z dwunastu Aposto?ami w g?ównej sali wieczernika. Osobno w salach bocznych zasiedli do sto?u Natanael, jako gospodarz, z dwunastu najstarszymi uczniami, a tak samo z 12 innymi Eliachim, syn Kleofasa i Marii Helego, a brat Maryi Kleofasowej; by? on przedtem uczniem Jana Chrzciciela. W jednym z bocznych budynków u wej?cia na dziedziniec zastawiona by?a wieczerza dla ?w. niewiast. W ?wi?tyni zabito na t? wieczerz? trzy baranki i przelano ich krew; czwartego za? zabito, wylewaj?c krew, w wieczerniku, i tego spo?y? Jezus z Aposto?ami. Nie


735

wiedzia? o tym Judasz, bo wymy?liwszy sobie ró?ne sprawunki, mota? coraz bardziej Jezusa w sie? zdrady; a ?e musia? w tym celu by? w niejednym miejscu, wi?c nie by? przy zabijaniu baranka. Przyby? dopiero na chwil? przedtem, nim rozpocz??o si? spo?ywanie baranka wielkanocnego. Z niezwyk?ym wzruszeniem patrza?am, jak zabijano baranka dla Jezusa i Aposto?ów. Odbywa?o si? to w przedsionku wieczernika, a pomaga? przy tym syn Symeona, Lewita. Obecni Aposto?owie i uczniowie, zebrani w ko?o, ?piewali Psalm 118. Jezus przypomnia?, ?e zbli?a si? teraz nowy czas, w którym spe?ni si? ofiara Moj?esza i znaczenie baranka wielkanocnego; dlatego te? musi to jagni? by? tak zabite, jak niegdy? w Egipcie, bo teraz zbli?a si? za? rzeczywistego wyj?cia z niewoli egipskiej. Naczynia i wszelkie przybory by?y ju? pod r?k?. Przyniesiono pi?knego baranka z wiankiem na szyi; wianek zdj??o zaraz i odes?ano Naj?w, Pannie, znajduj?cej si? w gronie innych niewiast. Baranka przywi?zano przez ?rodek cia?a grzbietem do deszczu?ki, przy czym przyszed? mi na my?l Jezus, przywi?zany przy biczowaniu do s?upa. Syn Symeona przytrzyma? w gór? g?ow? baranka, Jezus natomiast przebi? no?em szyj? i odda? go zaraz Obedowi do dalszego sporz?dzenia. Wida? by?o, ?e Jezus jakby z l?kiem i bole?ci? przyst?powa? do zadania ciosu barankowi; szybko za?atwi? si? z tym, a ka?dy ruch Jego nacechowany by? wielk? powag?. Krew ?ciekaj?c? z baranka, zebrano w miednic?. Jezus kaza? sobie przynie?? ga??zk? hizopu, umacza? j? we krwi, podszed? ku drzwiom sali i pomaza? krwi? podwoje drzwi i zamek, poczym zatkn?? t? krwaw? ga??zk? nad górnym progiem, przy tym tak mi?dzy innymi rzek? uroczy?cie: „Przejdzie t?dy mimo anio? ?mierci. Lecz wy spokojnie i bezpiecznie módlcie si? tu, gdy zabij? Mnie, prawdziwego Baranka wielkanocnego. Wiedzcie, ?e odt?d zacznie si? nowa epoka i nowa ofiara, i trwa? b?dzie a? do sko?czenia ?wiata." Potem poszli wszyscy do owej kuchni wielkanocnej, umieszczonej na ko?cu sali, gdzie niegdy? sta?a arka przymierza. Ogie? by? ju? rozniecony. Jezus pokropi? ognisko krwi? baranka i po?wi?ci? je w ten sposób na o?tarz; reszt? krwi i t?uszcz wrzucono w ogie?, p?on?cy pod o?tarzem. Tak samo ca?y wieczernik po?wi?ci? Jezus na now? ?wi?tyni?, obchodz?c go w ko?o z Aposto?ami, w?ród ?piewu psalmów. W czasie tym drzwi wszystkie by?y zamkni?te. Tymczasem sko?czy? syn Szymona przyprawianie baranka. Zatkn?? go na ro?en, przednie nogi rozkrzy?owa? na poprzecznym drewienku, a tylne przymocowa? do ro?na. Teraz wygl?da? baranek zupe?nie jak Jezus na krzy?u. Wzi?to teraz i inne trzy baranki zabite w ?wi?tyni i wszystkie cztery wstawiono w piec, by si? upiek?y. Wszystkie baranki wielkanocne ?ydów zabijano na dziedzi?cu ?wi?tyni, a mianowicie w trzech miejscach: osobno dla znakomitych, osobno dla ubo?szych i osobno dla zamiejscowych. Jezus o tyle tylko zmieni? ten porz?dek, ?e baranka Swego nie kaza? zabija? w ?wi?tyni, zreszt? post?pi? ?ci?le wed?ug przepisów zakonnych. Baranek ten by? tylko wyobra?eniem. Jezus za? sam sta? si? na drugi dzie? prawdziwym Barankiem wielkanocnym. Przed wieczerz? jeszcze naucza? Jezus o baranku wielkanocnym i t?umaczy?, ?e jest on tylko wyobra?eniem, a prawdziwy Baranek wielkanocny spe?ni teraz Sw? ofiar?. Wreszcie gdy ju? przyszed? Judasz i czas wieczerzy nadszed?, przygotowano i zastawiono sto?y. Biesiadnicy na?o?yli na siebie znajduj?ce si? w przedsionku suknie podró?ne, jak to przepisywa?a ceremonia: a wi?c bia?? tunik?, jak koszul?, na to p?aszcz z przodu krótszy, a z ty?u d?u?szy; równie? na?o?yli na nogi nowe sanda?y. Suknie by?y podpasane, to? samo szerokie r?kawy. Tak przystroiwszy si?, posz?a ka?da grupa do swego sto?u, tj. uczniowie podzieleni na dwie cz??ci, do sal bocznych, Jezus za? z Aposto?ami do sali wieczernika. Z


736

laskami w r?kach poszli parami do sto?u, a stan?wszy ka?dy na swym miejscu, oparli laski na ramionach i wznie?li r?ce w gór?. Jezus otrzyma? od gospodarza dwie ma?e laski nieco w górze zakrzywione, podobne zupe?nie do krótkich kijów pasterskich; ka?da mia?a z jednej strony jakby haczyk, jak to wida? u odci?tej ga??zi. Laski te zatkn?? Jezus z przodu za pas na krzy?, i wspar? na nich r?ce wzniesione do modlitwy. Wzruszaj?cy to by? widok, gdy wsparty tak, porusza? si? i zdawa?o si?, ?e wspiera Swe r?ce na krzy?u, który wkrótce mia? d?wiga? na Swych barkach. Od?piewano psalmy: „B?ogos?awiony Pan Bóg Izraela," dalej „Chwa?a niech b?dzie Panu" itd. Po sko?czonych mod?ach odda? Jezus jedn? Sw? lask? Piotrowi, a drug? Janowi; oni za?, nie pami?tam ju? dobrze, czy zaraz je od?o?yli na bok, czy te? oddali je innym Aposto?om, by obesz?y w ko?o z r?k do r?k. Stó? biesiadny by? w?ski, mniej wi?cej tak wysoki, ?e m??owi stoj?cemu si?ga? na pó? stopy nad kolana, kszta?t za? mia? wycinka ko?owego o ?ci?tym ?ukowo ko?cu. Od strony wewn?trznej, wkl?s?ej, naprzeciw siedzenia Jezusa by?o wolne miejsce, k?dy wnoszono potrawy. Je?li sobie dobrze przypominam, to po prawej r?ce Jezusa stali Jan, Jakób Starszy i Jakób M?odszy, dalej u prawego w?skiego boku sta? Bart?omiej. Obok niego przy wewn?trznej wkl?s?ej stronie sta? Tomasz i Judasz Iskariot. Po lewej r?ce Jezusa sta? Piotr, dalej Andrzej i Tadeusz, przy lewym w?skim boku sta? Szymon, dalej przy stronie wkl?s?ej Mateusz i Filip. Na ?rodku sto?u sta?a misa z barankiem wielkanocnym; g?owa jego wsparta by?a na skrzy?owanych ?apkach przednich, tylne nó?ki wyci?gni?te by?y wzd?u?. Baranek u?o?ony by? w ko?o czosnkiem. Dalej sta?a misa z pieczywem wielkanocnym; po jednej jej stronie by?a misa z zielem, ustawionym prosto i g?sto, tak jak ro?nie, z drugiej strony sta?a znów misa z ma?ymi wi?zankami gorzkiego ziela, podobnego do zió?, u?ywanych przy balsamowaniu. Przed Jezusem jeszcze sta?a czara z jakim? zielem ?ó?tozielonym i druga z brunatnym sosem. Jako talerze s?u?y?y okr?g?e, wkl?s?e placki. No?y u?ywano ko?cianych. Po mod?ach po?o?y? gospodarz przed Jezusem nó? do rozebrania baranka wielkanocnego, postawi? te? przed Nim kubek wina i nala? z konwi wina do sze?ciu kubków, stoj?cych na stole, przeznaczonych po jednym dla dwóch Aposto?ów. Jezus pob?ogos?awi? wino i wypi? Swój kubek i Aposto?owie pili po dwóch z jednego kubka. Jezus rozebra? na cz??ci baranka; Aposto?owie podawali Mu za pomoc? pewnego rodzaju szczypców swe placki, Jezus k?ad? na nie ka?demu jego porcj? a oni pr?dko spo?yli, oskrobuj?c mi?so ko?cianymi no?ami. Pó?niej ko?ci spalono. Potem zjedli jeszcze pr?dko cokolwiek czosnku i ziela, maczanego w sosie. Baranka spo?ywali stoj?co, tylko wspierali si? nieco na por?czach siedze?. Nast?pnie po?ama? Jezus jeden placek wielkanocny, kawa?ek schowa? pod nakrycie, a reszt? rozdzieli?. Gdy zjedli i to, przyniesiono znowu dla Jezusa kubek wina, lecz Jezus, podzi?kowawszy, odsun?? wino i rzek?: „We?cie to wino i rozdzielcie mi?dzy siebie; odt?d nie b?d? ju? wi?cej pi? wina, dopóki nie przyjdzie królestwo Bo?e." Wypiwszy po dwóch z jednego kubka wino, za?piewali Aposto?owie, potem Jezus pomodli? si?, czy te? mia? krótk? nauk?, nast?pi?o jeszcze ogólne mycie r?k, poczym biesiadnicy spocz?li na swych siedzeniach. Dotychczas bowiem stali wszyscy, przy ko?cu tylko opierali si? nieco o por?cze, a wszystko odbywa?o si? o ile mo?no?ci jak najszybciej. Jezus rozebra? równie? na cz??ci baranka, przeznaczonego dla ?w. niewiast, spo?ywaj?cych wieczerz? w bocznym budynku. Jedzono jeszcze troch? zió? i sa?aty z sosem. Jezus serdeczny by? dzi? i weso?y, jak Go nigdy jeszcze nie widzia?am; przedstawia? te? i Aposto?om, by na teraz zapomnieli o wszelkich troskach. I Naj?w. Panna z weso?o?ci? pe?ni?a urz?d gospodyni przy stole ?w. niewiast. Nieraz przyst?powa?a do niej która z nich i szarpa?a j? lekko za zas?on?, by jej co? powiedzie?, a ona


737

natychmiast z nieopisan? prostot? zwraca?a si? w t? stron?. Widok ten mnie bardzo wzrusza?. Podczas gdy Aposto?owie spo?ywali zio?a, rozmawia? Jezus z nimi mile i serdecznie. Powoli jednak spowa?nia? i posmutnia?, wreszcie rzek?: "Jeden z pomi?dzy was zdradzi Mnie, ten, którego r?ka spoczywa z moj? r?k? na jednym stole." Pan w?a?nie rozdziela? ziele, a mianowicie sa?at? (?oczyg?) której tylko jedna misa stal? na stole; Sam rozdziela? po Swej stronie, a Judaszowi, siedz?cemu na ukos naprzeciw, poleci? uczyni? to samo po drugiej stronie sto?u. Wszystkich strach zdj??, gdy Jezus wspomnia? o zdrajcy. Jezus nie wyjawi? przez to zdrady Judasza przed innymi, gdy mówi?: „Zdradzi Mnie ten, którego r?ka spoczywa z moj? na stole," lub „który macza ze Mn? r?k? w misie," co tyle znaczy jak: "jeden z dwunastu, którzy ze Mn? jedz? i pij?, z którymi dziel? Mój chleb;" s?owa bowiem: „macza? z kim? r?k? w misie" by?y wyra?eniem ogólnym na okre?lenie ?cis?ego, najpoufniejszego obcowania z kim?. Lecz zarazem chcia? Jezus tak?e przestrzec Judasza, bo rzeczywi?cie, mówi?c powy?sze s?owa, umacza? równocze?nie z nim r?k? w misie. A dalej tak mówi?: „Idzie teraz na ?mier? Syn cz?owieczy, jak o Nim napisano jest w Pi?mie, biada jednak cz?owiekowi, przez którego Syn cz?owieczy b?dzie wydany! By?oby dla niego lepiej, gdyby si? by? wcale nie narodzi?." Aposto?owie wszyscy os?upieli i na wy?cigi dopytywali si?: „Panie, czy to ja jestem?" sami bowiem musieli przyzna?, ?e nie rozumiej? dobrze Jezusa. Piotr za? pochyli? si? poza Jezusa ku Janowi i da? mu znak, by spyta? si? Pana, kto jest tym zdrajc?; sum bowiem tyle ju? nagan otrzyma? od Pana, wi?c obawia? si?, czy przypadkiem jego nie ma Pan na my?li. Jan spoczywa? po prawej r?ce Jezusa; a poniewa? wszyscy tak le?eli przy stole, ?e opierali si? na lewym ramieniu, a praw? r?k? jedli, wi?c Jan mia? g?ow? tu? przy piersi Jezusa. Przysun?wszy si? teraz jeszcze bli?ej piersi, zapyta?: „Panie, kto to jest?" Nie s?ysza?am, czy Jezus powiedzia? Janowi g?o?no: „Ten, któremu podam umaczany k?s," nie wiem tak?e, czy mu to szepn?? po cichu; wzi?? tylko k?s chleba, owini?ty w ?oczyg?, umacza? w sosie i z wielk? serdeczno?ci? poda? Judaszowi, a w tej chwili g?os jaki? wewn?trzny powiedzia? Janowi, ?e Jezus ma Judasza na my?li. Judasz pyta? si? w?a?nie tak?e: "Panie, czy to mo?e ja?" Lecz Jezus spojrza? tylko na niego mile i da? jak?? ogólnikow? odpowiedz. Podanie komu? chleba, zamaczanego w misie, by?o zwyk?? oznak? mi?o?ci i zaufania, i Jezus uczyni? te? to, powodowany szczer? mi?o?ci?, by przestrzec Judasza, a nie zdradzi? go przed innymi; mimo to z?o?? nape?ni?a zaraz serce Judasza. Przez ca?y czas trwania wieczerzy, widzia?am u nóg Judasza jaki? ma?y, szkaradny potwór, który czasami spina? mu si?, a? do serca. Nie zauwa?y?am ju?, czy Jan oznajmi? Piotrowi to, czego si? dowiedzia?; spojrza? jednak ku niemu i da? mu znak uspakajaj?cy.

Umywanie nóg

Wstawszy od wieczerzy ubrali biesiadnicy znów zwyk?e swe ubranie i uporz?dkowali je tak, jak zwykle czynili to przy uroczystych mod?ach. Wtedy wszed? do sali gospodarz z dwoma s?ugami, by sprz?tn?? ze sto?u i wysun?? go z po?ród rozstawionych w ko?o siedze?. Gdy to ju? za?atwi?, poleci? mu Jezus przynie?? wody do przedsionka, wi?c zaraz wyszed?, by spe?ni? polecenie. Jezus tymczasem stan?? w gronie Aposto?ów i d?ug? chwil? przemawia? do nich z wielkim namaszczeniem. Tyle ju? dotychczas s?ysza?am i widzia?am, ?e niemo?liwym mi jest, powtórzy? dok?adnie tre?ci tej nauki Jezusa, — niektóre jednak urywki pami?tam. I tak mówi? Jezus o królestwie Swym, o tym, ?e wnet odejdzie do Ojca, a przedtem pozostawi im wszystko, co ma. Dalej naucza? o


738

pokucie, o uznaniu swej winy i wyznaniu jej, o skrusze i oczyszczeniu si?. Czu?am, ?e to wszystko odnosi si? do maj?cego nast?pi? umycia nóg i ?e wszyscy uznawali w duchu swe grzechy i ?a?owali za nie, z wyj?tkiem Judasza. Mowa ca?a d?uga by?a i uroczysta. Po sko?czeniu jej pos?a? Jezus Jana i Jakóba M?odszego do przedsionka po zamówion? wod?, Aposto?om za? kaza? ustawi? siedzenia w pó?kole. Potem sam wyszed? do przedsionka, zdj?? p?aszcz, pod pasa? si? i owin?? chust?, której d?u?szy koniec zwiesza? si? ku ziemi. Tymczasem rozpocz??a si? mi?dzy Aposto?ami ?ywa sprzeczka o to, kto zajmie mi?dzy nimi pierwsze miejsce. Jezus bowiem mówi? z tak? pewno?ci?, ?e ich opu?ci i ?e zbli?a si? Jego królestwo, wi?c to utwierdzi?o ich na nowo w przekonaniu, ?e ma oparcie w jakiej? tajemnej mocy, ?e w ukryciu przygotowuje jaki? ?wietny tryumf dla swych stronników. W przedsionku kaza? Jezus Janowi wzi?? do r?k miednic?, Jakóbowi M?odszemu za? kaza? trzyma? przed sob? worek z wod?; od worka sz?a rura przez rami?, któr? wyp?ywa?a woda. Nalawszy wody na miednic?, kaza? im Jezus i?? za Sob? do sali, gdzie ju? na ?rodku ustawi? gospodarz obszerne pró?ne naczynie. Wszed?szy do sali zaraz na wst?pie zgani? Jezus Aposto?om ich sprzeczk? niewielu s?owy, a wreszcie rzek?: „Ja sam jestem teraz waszym s?ug?. Usadówcie si? dogodnie, bym móg? umy? wam nogi." Wszyscy usadowili si? na oparcia siedze? w tym samym porz?dku, w jakim siedzieli przy stole, a bose nogi oparli na poduszkach siedze?. Jezus szed? od jednego, do drugiego, czerpa? r?k? wod? z miednicy, podtrzymywanej przez Jana, i polewa? nogi, podstawiane po kolei przez Aposto?ów. Nast?pnie ujmowa? w obie r?ce d?ugi koniec chusty, któr? by? przepasany, ociera? ni? lekko nogi i zaraz szed? z Jakóbem do nast?pnego. Jan za? za ka?dym razem wylewa? u?yt? wod? do naczynia, stoj?cego na ?rodku sali, i wraca? znowu z miednic?. Wtedy Jezus poprzez nogi aposto?a nalewa? znowu wody z wora, trzymanego przez Jakóba, i tak sz?o dalej t? sam? kolej?. Jak w czasie ca?ej wieczerzy tak i teraz przebija?a si? w zachowaniu Jezusa niezwyk?a czu?o??, uprzejmo?? i serdeczno??. Upokarzaj?ce zaj?cie umywania nóg spe?nia? z sercem, przepe?nionym mi?o?ci?, nie spe?nia? go, jako czcz? ceremoni?, lecz jako ?wi?t? przys?ug? mi?osn?, wywn?trza? przed nimi ca?e Swe serce, wynurza? i wylewa? przed nimi ca?? Sw? mi?o??. Po kolei przyszed? Jezus do Piotra, by umy? mu nogi, lecz on z pokory nie chcia? na to pozwoli?, mówi?c: „Panie, Ty mnie masz nogi my?!" A Jezus rzek?: „Co Ja czyni?, ty nie rozumiesz teraz, ale pó?niej si? dowiesz." Zdaje mi si?, ?e prócz tego powiedzia? po cichu do niego: „Szymonie, zas?u?y?e? na to, by dowiedzie? si? od Ojca Mego, kto Ja jestem, sk?d przychodz? i dok?d id?; ty jeden pozna?e? to i da?e? o tym ?wiadectwo; na tobie zbuduj? Mój ko?ció?, a bramy piekielne nie zwyci??? go. Moc Moja zostanie przy twoich nast?pcach a? do sko?czenia ?wiata." Potem za? rzek? do wszystkich, wskazuj?c na niego, ?e gdy odejdzie od nich, to Piotr ma zast?pi? Jego miejsce w rz?dach ko?cio?em i w rozsy?aniu uczniów. Piotr jeszcze rzek?: „W ?aden sposób nie b?dziesz mi, Panie, my? nóg;" na co Jezus mu odrzek?: „Je?li nie umyj? ci nóg, nie b?dziesz mia? cz?stki ze Mn?." Wtedy dopiero zawo?a? Piotr: „Panie, je?li tak, to umyj mi nie tylko nogi; ale tak?e r?ce i g?ow?!" Lecz Jezus powstrzyma? jego zapa?, mówi?c: „Kto jest umyty, ten jest czysty i potrzebuje tylko umy? nogi. Wy tak?e jeste?cie czy?ci, ale nie wszyscy." Przy ostatnich s?owach mia? Jezus na my?li Judasza. W nauce Swej rozumia? Jezus przez umycie nóg oczyszczenie si? z grzechów powszednich, bo nogi, przy chodzie wci?? stykaj?ce si? z ziemi?, zawsze na nowo si? brudz?; wi?c te? Jezus mia? tu tak?e na my?li obmycie duchowe, rodzaj rozgrzeszenia. Piotr za? w swej gorliwo?ci bra? rzecz tylko materialnie i widzia? w tej czynno?ci tylko zbytnie upokorzenie si? swego Mistrza. Nie przeczuwa?, ?e


739

Jezus, by go zbawi?, upokorzy si? jutro z mi?o?ci a? do haniebnej ?mierci na krzy?u. Myj?c nogi Judaszowi, okazywa? mu Jezus wi?ksz? jeszcze czu?o?? i uprzejmo??, ni? innym; pomimo, i? zdrada Judasza bola?a Jezusa najwi?cej ze wszystkich Jego m?k, a przy?o?ywszy twarz do jego nóg, rzek? cicho: „Namy?l si? jeszcze. Rok ju? nosisz w sercu zdrad? i niewierno??." Judasz zdawa? si? nie s?ysze? tego i umy?lnie mówi? co? do Jana. Widz?c to Piotr, krzykn?? rozgniewany: „Judaszu! Mistrz mówi do ciebie." Teraz dopiero zwróci? si? Judasz do Jezusa i da? jak?? ogólnikow?, wymijaj?c? odpowied?, co? jakby: „Panie, uchowaj ! Inni nie s?yszeli s?ów Jezusa, wyrzeczonych do Judasza; Jezus bowiem mówi? cicho, a zreszt? nie zwracali na to uwagi, zaj?ci nak?adaniem sanda?ów. Umy? jeszcze Jezus nogi Janowi i Jakóbowi; najpierw usiad? Jakób, a Piotr potrzyma? wór z wod?, potem siad? Jan, a Jakób tymczasem trzyma? miednic?. Jezus naucza? jeszcze o upokarzaniu si?; mówi?, jak to us?uguj?cy jest najwi?kszym, i ?e na przysz?o?? maj? sobie tak?e my? nawzajem nogi w pokorze; dalej poruszy? jeszcze spraw? niedawnej sprzeczki, kto jest mi?dzy nimi najwi?kszy, jak to napisano jest w ewangelii. Jezus przebra? si? potem, z powrotem w Swe suknie; i Aposto?owie rozpu?cili znowu swobodnie suknie, które przy spo?ywaniu baranka wielkanocnego mieli podpasane.

Ustanowienie Naj?wi?tszego Sakramentu

Na rozkaz Pana przysposobi? gospodarz znowu stó?; podwy?szy? go nieco, nakry? kobiercem, na wierzch rozpostar? najpierw czerwon? serwet?, na tej za? bia??, przejrzyst?, potem wsun?? go znów na ?rodek sali; pod sto?em postawi? dzbanek z wod?, a drugi z winem. Wtedy Piotr i Jan poszli do owej tylnej komnaty, gdzie by?o ognisko wielkanocne, po kielich, który otrzymali od Weroniki. Nie?li go obaj na r?kach wraz z przyborami i kopu?owatym nakryciem, a wygl?da?o to, jak gdyby nie?li tabernakulum. Postawili go na stole przed Jezusem. Obok sta? talerz z cienkimi, bia?ymi, ??obkowatymi plackami prza?nymi; le?a? tu tak?e ów kawa?ek placka, roz?amanego przy wieczerzy, który Jezus schowa? wtenczas. Talerz by? nakryty. Dalej sta?y dwa naczynia z winem i wod?, trzy puszki, jedna pró?na, je¬dna z g?stym olejem i trzecia z rzadkim i ?opatka. Spe?niwszy to, kaza? Jezus Piotrowi i Janowi pola? Sobie wod? r?ce nad talerzem, na którym le?a?y placki prza?ne, nabra? tej?e samej wody ?y?eczk?, wyj?t? z podstawki kielicha, i nawzajem pola? im r?ce; potem kaza? poda? talerz w ko?o, by wszyscy r?ce sobie umyli. Nie mog? na pewno powiedzie?, czy zupe?nie tak wszystko si? odbywa?o, jak mówi?; z wielkim rozczuleniem przypatrywa?am si? wszystkim tym czynno?ciom, przypominaj?cym mi bardzo Msz? ?wi?t?. Coraz wi?ksze skupienie, coraz wi?¬ksza czu?o?? malowa?y si? w?ród tego na twarzy Jezusa. Wreszcie rzek?: „Chc? wam teraz da? wszystko, co mam, tj. samego Siebie." Zdawa?o si? przy tych s?owach, ?e z mi?o?ci niezmiernej rozp?ywa si? zupe?nie; cia?o Jego zrobi?o si? przejrzyste, podobne do ?wietlistego cienia. Modl?c si? wci?? w wielkim skupieniu, ?ama? Jezus placki tak, jak poznaczone by?y karbami, i k?ad? je jeden na drugim na tack?; z pierwszego kawa?ka u?ama? ko?cami palców ma?? cz?stk? i wpu?ci? j? do kielicha. W tej chwili, gdy to czyni?, mia?am widzenie, jakoby Matka Bo?a przyjmowa?a Naj?w. Sakrament, chocia? przedtem nie by?o Jej tu w sali. Zdawa?o mi si?, ?e widz? J?, jak siedzi naprzeciw Jezusa od strony wej?cia i po?ywa Naj?w. Sakrament Za chwil? ju? znik?a mi z oczu,


740

Jezus modli? si? wci?? i naucza? jeszcze; zdawa?o si?, ?e ka?de s?owo wychodzi widzialnie z ust Jego jako ogie? i ?wiat?o i wchodzi we wszystkich Aposto?ów z wyj?tkiem Judasza. Wreszcie wzi?? Jezus tack? z kawa?kami placków, ale ju? nie wiem dok?adnie, czy postawi? j? na kielich, — i rzek?: „Bierzcie i jedzcie, to jest Cia?o Moje, które za was b?dzie wydane." Przy tym zrobi? prawic? ruch nad tack?, jak gdyby b?ogos?awi?. W tej?e chwili blask uderzy? od Niego, s?owa jakby ogniem wychodzi?y z ust Jego, chleb tak?e zaja?nia? i tak ?wiec?c wszed? w usta Aposto?ów, jakby niejako sam Jezus w nich wp?ywa?; wszystkich te? jasno?? przenikn??a, tylko Judasz pozosta? ciemny. Najpierw poda? Jezus konsekrowany chleb Piotrowi, drugiemu za? Janowi*) *) Widzenie o tym mia?a b?og. Katarzyna kilka razy i myli?a si? troch? w oznaczeniu porz?dku, w jakim Aposto?owie przyjmowali Cia?o Chrystusa. Raz zdawa?o si? jej, ?e Jan na ostatku przyjmowa? Naj?w. Sakrament ; potem skin?? na Judasza, siedz?cego w ukos naprzeciw Niego, by si? przybli?y?, i jemu trzeciemu poda? Naj?w. Sakrament. Ale zdawa?o mi si?, ?e s?owo cofa si? od ust zdrajcy. Przerazi?o mnie to, wi?c nie umiem okre?li? dok?adnie uczu?, w tej chwili doznawanych. Jezus rzek? teraz do niego: „Co masz czyni?, czy? rych?o." Potem zacz?? rozdziela? Naj?w. Sakrament innym Aposto?om; zbli?ali si? parami, jeden drugiemu podtrzymywa? pod brod? ma?? sztywn? nakrywk?, w ko?o z?bkowan?, która le?a?a przedtem na kielichu. ?amanie i rozdzielanie chleba i picie ze wspólnego kielicha przy ko?cu wieczerzy by?o bowiem ju? od zamierzch?ych czasów zwyk?? oznak? zbratania si? i mi?o?ci, okazywan? przy powitaniu i po?egnaniu. S?dz?, ?e i w Pi?mie ?w. musi by? o tym wzmianka. Dotychczas by?a to zwyk?a czynno?? figuralna, Jezus za? podniós? j? dzi? do godno?ci Naj?w. Sakramentu. Nie darmo te?, przez zdrad? Judasza miedzy innymi zarzutami, stawianymi Jezusowi u Kajfasza by? i ten, ?e do zwyczajów paschalnych doda? jak?? nowo?? dotychczas nieu?ywan?. Nikodem natomiast udowodni? jasno z ksi?g pisma, ze zwyczaj ten po?egnalny z dawna ju? by? w u?yciu. Drzwi by?y zamkni?te, wszystko odbywa?o si? z nastrojem uroczystym, tajemniczym. Jezus siedzia? mi?dzy Piotrem i Janem. Gdy zdj?to nakrycie z kielicha i odniesiono na powrót do tylnej komnaty, pomodli? si? Jezus i rozpocz?? uroczyst? przemow?. Jak zrozumia?am, t?umaczy? im Jezus znaczenie Wieczerzy Pa?skiej i czynno?ci jej ustanowienia; wygl?da?o to tak, jak gdyby jeden kap?an uczy? drugiego odprawiania Mszy ?wi?tej. Sko?czywszy przemow?, wyci?gn?? Jezus z podstawy, na której sta? kielich z przyborami, ow? wysuwan? p?ytk? i przykry? j? bia?? chust?, przewieszon? dotychczas na kielichu (dzia?o si? to za? jeszcze przed wspomnianym myciem r?k). Nast?pnie zdj?? z kielicha okr?g?? tack? i postawi? j? na p?ytk?, na tack? za? z?o?y? placki, le??ce dotychczas na talerzu pod przykryciem; placki te czworoboczne, pod?u?ne, wystawa?y po obu stronach tacki, a z boku zakrywa? je wystaj?cy zaokr?glony brzeg tacki. Kielich przysun?? Jezus bli?ej do Siebie, wyj?? stoj?cy w nim mniejszy kubek, a po obu stronach kielicha ustawi? po trzy owe sze?? ma?ych kubków. Pob?ogos?awiwszy placki prza?ne i, jak mi si? zdaje, tak?e stoj?ce obok oleje, wzi?? p?ytk? z plackami w obie r?ce, podniós? do góry, a wzniós?szy oczy w niebo, pomodli? si? i ofiarowa? Bogu, poczym postawi? na powrót na podstawce i przykry?. Nast?pnie, wzi?wszy kielich, kaza? Piotrowi nala? do? wina, a Janowi wody, któr? wpierw pob?ogos?awi?, i sam jeszcze nala? ma?? ?y?eczk? troszk? wody. Teraz pob?ogos?awi? kielich podniós? go w ofierze do góry, modl?c si?, i postawi? na powrót. Rozdzieliwszy potem Aposto?om Naj?w. Sakrament, w sposób ju? wy?ej opisany, podniós? Jezus kielich za oba ucha ku twarzy i nachylony, wymówi? we? s?owa


741

konsekracji. Przemieni? si? przy tym Jezus i prawie zupe?nie sta? si? przezroczysty, niejako uto?samia? si? z tym, co mia? da? Aposto?om. Trzymaj?c kielich w r?kach, da? si? ze? troch? napi? Piotrowi i Janowi, potem postawi? go na powrót; Jan czerpa? ma?? ?y?eczk? Krew ?w. z kielicha do kubków, Piotr podawa? je Aposto?om, a oni pili po dwóch z jednego kubka. I Judasz (czego jednak nie jestem pewna) pi? jeszcze z kielicha; nie powróci? ju? jednak na swoje miejsce, lecz zaraz wyszed? z wieczernika. Aposto?owie, s?ysz?c, co Jezus mówi? przedtem do niego, my?leli, ?e to Jezus poleci? mu jak?? spraw? do za?atwienia, wi?c nie zwrócili na to uwagi. Judasz wyszed?, nie odmówiwszy nawet modlitwy dzi?kczynnej; poznaj wi?c, mi?y czytelniku, jak z?e s? skutki, je?li si? zaniecha modlitwy dzi?kczynnej po spo?yciu chleba powszedniego i chleba ?ywota. Przez ca?y czas wieczerzy widzia?am u nóg Judasza ma?ego, czerwonego potworka, spinaj?cego si? mu czasami a? do serca; jedna jego noga wygl?da?a jak nagi piszczel szkieletu. Gdy Judasz wychodzi? za drzwi, widzia?am ko?o niego trzech czartów; jeden wpad? mu w usta, drugi popycha? go, trzeci bieg? przed nim. Noc ju? by?a, lecz diabli zdawali si? o?wieca? mu drog?: jak szalony pobieg? Judasz naprzód. Reszt? ?w. Krwi pozosta?ej w kielichu wla? Jezus do ma?ego kubka, który sta? przedtem w kielichu; potem, trzymaj?c palce nad kielichem, kaza? Piotrowi i Janowi pola? je Sobie wod? i winem. Op?ukawszy tym kielich, da? znowu im dwom napi? si? z kielicha, a reszt? zla? w kubki i roz da? do wypicia innym Aposto?om. Potem Jezus kielich wytar?, wstawi? do? kubek z reszt? ?w. krwi, na to postawi? tack? z reszt? konsekrowanych placków prza?nych i nakry? kielich naprzód przykrywk?, poczym znowu chust? i umie?ci? go jak pierwej na podstawce mi?dzy sze?cioma ma?ymi kubkami. Po zmartwychwstaniu Chrystusa po?ywali Aposto?owie ten chleb i wino, przez Niego konsekrowane. Nie przypominam sobie, czym widzia?a, by Jezus sam po?ywa? Cia?o i Krew Swoj?; chyba ?e usz?o to mej uwagi. Daj?c te dary Aposto?om, oddawa? samego Siebie, wi?c gdy patrza?am na Niego, zdawa?o mi si?, ?e wyniszczy? si? i z mi?o?ci wyda? z Siebie wszystk? Sw? istot?. Lecz nie da si? to opisa? s?owami. Tak?e gdy Melchizedek sk?ada? ofiar? chleba i wina, nie widzia?am, by sam z niej po?ywa?. Znana mi by?a dawniej przyczyna, dlaczego kap?ani przyjmuj? Sakrament, a Jezus Go nie przyjmowa?. Wypowiedziawszy te s?owa, obejrza?a si? nagle b?ogos?awiona Katarzyna, jakby nas?uchuj?c czego?; dane jej by?o bowiem obja?nienie tego, ale potrafi?a nam tyle tylko powtórzy?: „Gdyby anio?owie udzielali tego Sakramentu, to nie spo?ywaliby Go. Gdyby jednak?e kap?ani Go nie po?ywali, to dawno by ju? by? uleg? zatraceniu; tym wi?c utrzymuje si? ten Sakrament." Ka?da czynno??, ka?dy ruch Jezusa przy ustanawianiu Naj?w. Sakramentu nosi?y na sobie cech? uroczysto?ci i ?cis?ego okre?lonego porz?dku, a wszystko by?o g??boko pouczaj?ce; niektóre szczegó?y zapisywali sobie Aposto?owie znaczkami na ma?ych zwitkach, noszonych przy sobie. W ca?ym tym obrz?dzie pozna? mo?na by?o zacz?tek przysz?ej Mszy ?wi?tej. Ilekro? Jezus zwraca? si? na prawo, lub na lewo, czyni? to z uroczyst? powag?, jak zwykle przy obrz?dach religijnych. Aposto?owie te?, przyst?puj?c do Jezusa, lub przy innej sposobno?ci, oddawali sobie nawzajem uk?on, jak to zwykli czyni? kap?ani.

Ostatnie poufne nauki i po?wi?cenie Aposto?ów

Nie zaraz jeszcze opu?ci? Jezus wieczernik. W d?ugiej poufnej nauce, przeznaczonej tylko dla Aposto?ów, poucza? ich, jak to na Jego pami?tk? maj?


742

sprawowa? ten Naj?w. Sakrament a? do sko?czenia ?wiata, poda? im g?ówne wskazówki i obja?nienia, co do sposobu sprawowania i udzielania innym tego Sakramentu, dalej co do sposobu stopniowego, a ostro?nego oznajmiana drugich z t? tajemnic?. Oznaczy? im czas, kiedy maj? spo?y? reszt? pozosta?? konsekrowanego chleba i wina, kiedy udzieli? Naj?w. Pannie i kiedy im samym ju? po zes?aniu Pocieszyciela wolno b?dzie konsekrowa?. W dalszym ci?gu mówi? Jezus o godno?ci kap?a?skiej, o namaszczaniu i przyrz?dzaniu krzy?ma i ?w. olejów* *) Dziwnym zbiegiem okoliczno?ci znalaz? autor potwierdzenie tego faktu przez tradycj? Ko?cio?a katolickiego. Mianowicie w kilka lat po wydaniu tego dzie?a wpad?a mu w r?ce odbitka ?aci?ska Katechizmu Rzymskiego (Moguncja u Müllera). Czytaj?c tam o Sakramencie Bierzmowania (str. 231 i nast.), dowiedzia? si?, ?e wed?ug tradycji ?w. papie?a Fabiana naucza? nale?y, ?e Chrystus przy ustanowieniu Naj?w. Sakramentu nauczy? tak?e Aposto?ów przyrz?dza? Krzy?mo ?w. Tak mianowicie mówi ów papie? w roz. 64-tym drugiego listu do biskupów Wschodu: Jak to nasi poprzednicy otrzymali w tradycji od ?w. Aposto?ów i nam do wiadomo?ci przekazali, naucza? Jezus Chrystus w owym dniu, w którym spo?y? z uczniami ostatni? wieczerz? i umy? im nogi, przyrz?dza? Krzy?mo ?wi?te." Ju? wspomnia?am przedtem, ?e na stole sta?y trzy puszki, jedna pró?na, dwie z ró?nymi balsamami i z olejem; obok le?a?o troch? waty. Puszki da?y si? ustawi? jedna na drugiej. Maj?c je pod r?k?, naucza? Jezus obszernie, jak sporz?dza? ma?ci i oleje, które cz??ci cia?a namaszcza? i w jakich okoliczno?ciach. Pami?tam, ?e mi?dzy innymi wspomnia? Jezus o takim wypadku, w którym nie b?dzie mo?na udzieli? Naj?w. Sakramentu. Nie wiem ju? dok?adnie, ale zapewne odnosi?o si? to do Sakramentu ostatniego namaszczenia. Mówi? jeszcze Jezus o rozmaitych rodzajach namaszczenia, tak?e o namaszczaniu królów; poucza?, ?e królowie, pomazani na w?adców narodu, cho?by nawet niesprawiedliwi, otrzymuj? przez to wewn?trzn? tajemnicz? sankcj?, stawiaj?c? ich wy?ej nad innych. Nast?pnie na?o?y? Jezus w pró?n? puszk? g?stej ma?ci i oleju i miesza? to dobrze. Nie mog? na pewno oznaczy?, czy Jezus dopiero teraz pob?ogos?awi? olej, czy uczyni? to ju? przy ofiarowaniu chleba. Potem nama?ci? Jezus przede wszystkim Piotra i Jana, których wyró?ni? ju? i przedtem przy ustanawianiu Naj?w Sakramentu, bo pola? ich r?ce wod? t? sam?, w której i sam obmywa? r?ce i da? im pi? z kielicha, który sam trzyma? w r?ku. Wyst?piwszy nieco od ?rodka sto?u na bok, w?o?y? Jezus Piotrowi i Janowi r?ce najpierw na ramiona, potem na g?ow?. Nast?pnie kaza? im z?o?y? r?ce jak do modlitwy, a wielkie palce u?o?y? na krzy?. Gdy spe?nili to polecenie i pochylili si? g??boko przed Nim, lub, nie wiem, mo?e ukl?kli, nama?ci? ka?demu wielki palec i wskazuj?cy, i t? ma?ci? naznaczy? im krzy? na g?owie. Rzek? im przy tym, ?e znak ten sakramentalny zostanie im a? do sko?czenia ?wiata. Tak namaszczenie jak i wk?adanie r?k odbywa?o si? z wielk? uroczysto?ci?. Równie? otrzymali ?wi?cenie Jakób M?odszy, Andrzej, Jakób Starszy i Bart?omiej. Pami?tam tak?e, ?e w?sk? chust?, któr? noszono na szyi, przepasa? Jezus Piotrowi na krzy? przez piersi, a innym na poprzek z prawego ramienia przez piersi pod lew? pach?, podobnie jak przepasuj? stu?? diakoni. Nie wiem ju? jednak na pewno, czy si? to sta?o przy ustanowieniu Naj?w. Sakramentu, czy dopiero teraz przy wy?wi?caniu. Widzia?am tak?e — w jaki sposób, to nie da si? opisa? — ?e przez namaszczenie otrzymali nowo wy?wi?ceni jak?? moc odr?bn?, istotn?, a nadnaturaln?. Jezus poleci? im, by dopiero po zst?pieniu Ducha ?wi?tego sami konsekrowali chleb i wino i wy?wi?cali innych Aposto?ów. Równocze?nie mia?am objawienie, jak to w Zielone ?wi?ta przed owym wielkim chrztem wk?adali Piotr i Jan r?ce na innych Aposto?ów a w osiem dni pó?niej przypu?cili do tej godno?ci wielu innych


743

uczniów. Jan udziela? po raz pierwszy Naj?w. Pannie Sakramentu O?tarza po zmartwychwstaniu Chrystusa. Fakt ten obchodzili Aposto?owie ?wi?tecznie; w Ko?ciele naszym nie istnieje ju? ?wi?to, ale wiem z objawienia, ?e obchodzi je dotychczas Ko?ció? tryumfuj?cy. W pierwszych dniach po Zielonych ?wi?tach konsekrowali chleb i wino tylko Piotr i Jan; pó?niej czynili to inni. Dzi? tak?e po?wi?ci? Jezus ogie?, p?on?cy w spi?owym kocio?ku; odt?d podtrzymywano ten ogie? zawsze, nawet w razie d?u?szej nieobecno?ci Aposto?ów. Trzymano go w jednej ze szafek nad owym ogniskiem wielkanocnym, niedaleko Naj?w. Sakramentu, i u?ywano go przy stosownych obrz?dach duchownych. Przy sporz?dzania i po?wi?caniu Krzy?ma ?w. czynili Aposto?owie ró?ne pos?ugi. Wszystkie czynno?ci tak przy ustanowieniu Naj?w. Sakramentu jak i przy wy?wi?caniu Aposto?ów odbywa?y si? w ?cis?ej tajemnicy, i w tajemnicy te? udzielano tych wiadomo?ci innym. Funkcje to pozosta?y do dzi? istotnym znamieniem naszego Ko?cio?a, tylko ?e stosownie do potrzeb rozszerzono je i pomno?ono za natchnieniem Ducha ?wi?tego. Czy Piotr i Jan obaj wy?wi?ceni zostali na biskupów, czy tylko Piotr na biskupa a Jan na kap?ana i jaki stopie? godno?ci urz?dowej otrzymali czterej inni Aposto?owie, zapomnia?a wspomnie? ?wi?tobliwa Katarzyna. Ró?ny sposób, w jaki Jezus przewi?zywa? ow? w?sk? chust? Piotrowi i innym Aposto?om, zdaje si? wskazywa? na ró?ny stopie? otrzymanej przez wy?wi?cenie godno?ci. Po uko?czeniu tych ?wi?tych obrz?¬dów przykryto kielich, przy którym umieszczono tak?e ?w. oleje, owym kopu?owatym nakryciem. Piotr i Jan odnie?li teraz tak?e Naj?w. Sakrament do owej tylnej komnaty, oddzielonej od sali zas?on?, otwieraj?c? si? w ?rodku. Sta? si? wi?c teraz ten zak?tek „Miejscem Naj?wi?tszym." Naj?w. Sakrament umieszczono z ty?u nad ogniskiem wielkanocnym, ale niezbyt wysoko. Józef z Arymatei i Nikodem mieli odt?d zawsze w razie nieobecno?ci Aposto?ów baczenie nad t? ?wi?to?ci? i nad ca?ym wieczernikiem. Przed odej?ciem mia? Jezus jeszcze raz d?ug? nauk?, a modli? si? przy tym cz?sto z wielkim skupieniem i namaszczeniem, jak gdyby rozmawia? z Ojcem Swym niebieskim; ca?y by? jakoby przepe?niony duchem mi?o?ci. Aposto?owie tak?e pod Jego wp?ywem przej?ci byli rado?ci? i zapa?em; wypytywali Go o wiele szczegó?ów, a Jezus dawa? im obszerne odpowiedzi. S?dz?, ?e o niejednym z tego jest wzmianka w Pi?mie ?wi?tym. Z niektórymi sprawami zwraca? si? Jezus wy??cznie do Piotra i Jana, siedz?cych przy Nim najbli?ej; oni dopiero pó?niej mieli podawa? to do wiadomo?ci innym Aposto?om, ci za? uczniom i ?wi?tym niewiastom, stosownie do tego, o ile uznaj? ich za dojrza?ych do poznania tych prawd. Z Janem znów osobno mówi? do?? d?ugo ale niewiele z tego pami?tam; przepowiedzia? mu Jezus, ?e d?u?ej ?y? b?dzie, ni? inni, dalej by?a rozmowa o siedmiu ko?cio?ach, o koronach, anio?ach i wielu innych symbolicznych obrazach g??bokiego znaczenia, którymi, jak mi si? zdaje, zaznacza? Jezus okresy jakiego? czasu. Reszta Aposto?ów patrzy?a troch? zazdrosnym okiem na te poufne rozmowy Jezusa z Piotrem i Janem. W ci?gu tego wspomina? Jezus kilkakro? o zdrajcy Swoim mówi?c: teraz czyni on to, teraz owo; a ja za ka?dym razem mia?am obraz tego, co Judasz w?a?nie robi?. Po jednym takim w?a?nie odezwaniu si? Jezusa zacz?? Piotr zapewnia? z wielk? gorliwo?ci?, ?e bez w?tpienia wytrwa wiernie przy Nim, lecz Jezus rzek? mu: „Szymonie, Szymonie! Szatan po??da was, by was przewia? jak pszenic?; lecz Ja prosi?em za tob?, by nie os?ab?a wiara twoja, a ty, nawrócony ju? ca?kiem, umacniaj braci twoich." Dalej mówi? Jezus, ?e tam, gdzie On pójdzie, nie mog? i?? za Nim, a gdy Piotr znowu zapewnia?, ?e pójdzie za Nim a? na ?mier?, rzek?


744

mu: „Zaprawd? powiadam ci, nim kur trzykro? zapieje, trzykro? si? Mi? zaprzesz." Nast?pnie, zwracaj?c im uwag? na przykre czasy, jakie nadejd?, zapyta?: „Czy cierpieli?cie kiedy niedostatek, gdym was wysy?a? w drog?, bez tobo?ków, sakw i obuwia:" — „Nie!" odrzekli, a wtedy powiedzia? im Jezus: „Teraz ma ka?dy wzi?? ze sob? mieszek i sakw?, je?li ma, a kto nic nie ma, niech sprzeda sukni?, a postara si? o miecz; gdy? i to musi si? spe?ni?, co napisano jest: „Policzony zosta? mi?dzy z?oczy?c?." Wszystko co o Mnie jest napisane, teraz spe?nia si?. S?owa te brali uczniowie w zupe?nie materialnym znaczeniu, Piotr nawet zaraz pokaza? Panu dwa miecze, które mieli w zapasie; by?y to krótkie szerokie miecze, podobne nieco do tasaków. —Jezus rzek? teraz: „Dosy? ju? tego, czas ju? st?d odej??!" Od?piewano wi?c jeszcze hymn pochwalny, usuni?to stó? na bok i wszyscy wyszli do przedsionka. Tu czeka?y ju? na Niego Matka Jego, Maria Kleofe i Magdalena; przyst?piwszy do?, b?aga?y Go gor?co, by nie szed? na Gór? Oliwn?, bo chodz? pog?oski, ?e Faryzeusze chc? Go dzi? pojma?. Jezus jednak pocieszywszy je kilku s?owy, wybra? si? z pomi?dzy nich zaraz w drog?, nie s?uchaj?c ich rady. By?a wtenczas mniej wi?cej 9 godzina. Szed? pr?dko z uczniami w dó? ku Górze oliwnej t? sam? drog?, któr?dy Piotr i Jan szli rano do wieczernika. Wprawdzie ju? kilkakro? widzia?am w objawieniu ostatni? wieczerz? i ustanowienie Naj?w. Sakramentu, ale zawsze poddawa?am si? ogarniaj?cemu mnie wzruszeniu tak, ?e tylko niektóre szczegó?y mog?am dobrze spami?ta?; teraz dok?adniej utkwi?o mi to w pami?ci. Mimo to z trudem nies?ychanym przychodzi mi opisa? wszystko dok?adnie. I nie dziw; podczas takiego objawienia czytam w sercu ka?dej widzianej osoby, widz? t? niezmiern? mi?o?? Pana i oddanie si? Jego dla wszystkich, wiem wszystko, co naprzód nast?pi, wi?c jak?e? wobec tego mo?liwym jest ?ledzi? jeszcze dok?adnie wszystkie najdrobniejsze, zewn?trzne czynno?ci. Cz?owiek patrz?c na to, rozp?ywa si? w podziwie, wdzi?czno?ci i mi?o?ci, nie mo?e poj??, gdy inni to ?le rozumiej?, czuje niewdzi?czno?? ca?ego ?wiata i ogrom w?asnych grzechów.—Jezus spo?ywa? baranka wielkanocnego szybko, i ?ci?le wed?ug przepisów Zakonu; Faryzeusze za? pododawali ró?ne obszerniejsze ceremonie.

Jezus na Górze oliwnej w Ogrójcu

Z 11 Aposto?ami opu?ci? Jezus wieczernik i poprowadzi? ich boczn? drog? przez dolin? Jozafata ku Górze oliwnej. Ksi??yc wychyla? w?a?nie sw? jasn? tarcz? z poza gór; a by?o to przed pe?ni?. Dusz? Jezusa ju? zaczyna? ogarnia? smutek, zwi?kszaj?cy coraz bardziej si?. Id?c przez dolin? Jozafata, rzek? Jezus do Aposto?ów: „Tutaj przyjd? kiedy? znowu, w owym ostatnim dniu, nie tak ubogi i opuszczony jak teraz, s?dzi? ca?y ?wiat; wtenczas to wielu wo?a? b?dzie w trwodze: góry przykryjcie nas!" Uczniowie nie rozumieli s?ów tych Jezusa, mniemali jak ju? nieraz tego wieczora — ?e Jezus z os?abienia i znu?enia mówi od rzeczy. Szli tak, przystaj?c cz?sto i wci?? rozmawiaj?c z Jezusem. Raz rzek? im Pan: „Wszyscy zgorszycie si? ze Mnie tej nocy, gdy? napisano jest: Uderz? pasterza a rozprosz? si? owce. Lecz gdy zmartwychwstan?, uprzedz? was do Galilei." Skutkiem przyj?cia Naj?w. Sakramentu, tudzie? serdecznej, a uroczystej przemowy Jezusa w wieczerniku, byli Aposto?owie pe?ni natchnienia, zapa?u i czu?o?ci. Tote? cisn?li si? teraz ko?o Jezusa, na ró?ny sposób okazuj?c Mu sw? mi?o?? i obiecywali nigdy Go nie opu?ci?. Gdy mimo to Jezus przepowiada? im, ?e tak si? stanie, Piotr, jak zwykle najgorliwszy, zawo?a?: „Cho?by nawet wszyscy si?. zgorszyli, to ja si? nie zgorsz?." Na co odrzek? mu Jezus: „Zaprawd?,


745

powiadam ci, w?a?nie ty zaprzesz si? Mnie trzykro? tej nocy, nim kur zapieje." Piotr nie chcia? nawet przypu?ci? co? podobnego, wi?c rzek? jeszcze: „Cho?bym na wet mia? na ?mier? pój?? z Tob?, to jeszcze nie zapr? si? Ciebie." Podobnie zapewniali i inni. Tak szli dalej, przystaj?c cz?sto, a Jezus czu? coraz wi?cej opadaj?c? Go t?sknot?. Aposto?owie starali si? wszelkimi si?ami wyt?umaczy? Mu ten smutek na sposób ludzki i zapewni? Go, ?e nie ma si? czego l?ka? i trwo?y?. Jednak, cho? z uporem trwali przy swoim, daremne by?y ich perswazje, wi?c zniech?ciwszy si?, zacz?li w?tpi? i ju? pokusa zaczyna?a si? wciska? do ich serc. Obchodz?c boczn? drog?, przeszli przez potok Cedron po innym mo?cie, nie po tym, któr?dy pó?niej wiedziono pojmanego Jezusa. Szli do Getsemane, oddalonego równe pó? godziny drogi od wieczernika; gdy? od wieczernika do bramy wiod?cej do doliny Jozafata, idzie si? kwadrans, a st?d do Getsemane tak?e tyle. W ostatnich dniach kilkakro? nocowa? tu Jezus z uczniami i naucza?. Miejscowo?? ca?a sk?ada si? z kilku otwartych gospód, stoj?cych pró?no, i z wielkiego oparkanionego ogrodu letniego, zasadzonego szlachetnymi krzewami i mnóstwem drzew owocowych. Tu by?o zwyczajne miejsce zabaw, a tak?e modlitwy. Po ogrodzie stoj? rozrzucone cieniste altany. Ogród by? zwykle zamkni?ty, lecz wielu mieszka?ców, a tak?e Aposto?owie mieli klucze do bramy. Mieszka?cy, nie maj?cy w?asnych ogrodów, urz?dzali tu nieraz uczty i zabawy. Ogród oliwny oddzielony jest drog? od ogrodu Getsemane i pnie si? wi?cej ku szczytowi góry. Jest to ustronny zak?tek górski, zasadzony drzewami oliwnymi, pe?en grot i tarasów; mniejszy od ogrodu getsema?skiego, nie jest zamkni?ty, tylko otoczony wa?em z ziemi. Z jednej strony jest wi?cej piel?gnowany; i tu s? utrzymane w porz?dku siedzenia, ?awki do wypoczynku, i obszerne, ch?odne groty. Ka?dy mo?e tu sobie obra? miejsce ustronne do modlitwy i rozmy?lania. Tam, gdzie Jezus poszed? si? modli?, jest ju? okolica dziksza. By?a mniej wi?cej godzina dziewi?ta, gdy Jezus przyby? z uczniami do Getsemane. Niebo zalane by?o ?wiat?em ksi??ycowym, ale tu w dole panowa? pos?pny mrok. Jezus te? smutnia? coraz bardziej, a i Aposto?ów zdj?? niepokój, gdy im oznajmi?, ?e zbli?a si? ju? chwila niebezpiecze?stwa. Zatrzymawszy si? w ogrodzie Getsema?skim, ko?o altanki z ga??zi, kaza? tu zosta? o?miu Aposto?om, mówi?c: „Pozosta?cie tu, a Ja pójd? na Moje miejsce, si? modli?." Wzi?wszy za? z Sob? Piotra, Jana i Jakuba Starszego, przeszed? przez drog?, oddzielaj?c? jeden ogród od drugiego, i szed? kilka minut nieco pod gór? w g??b Ogrodu oliwnego. Nieopisany smutek nape?nia? serce Jego; czu? zbli?aj?c? si? trwog? i pokusy. Zauwa?ywszy to Jan, zapyta? Go, jak mo?e tak trwo?y? si?, On, który dotychczas zawsze wszystkich pociesza?. A Jezus rzek? mu: „Smutna jest dusza Moja a? do ?mierci." Rozgl?dn?wszy si? w ko?o, ujrza? Jezus zbli?aj?ce si? ze wszech stron strachy i pokusy, jakby k??by chmur, pe?ne strasznych mar; wtedy to rzek? do trzech towarzyszów: Zosta?cie tu, czuwajcie ze Mn? i módlcie si?, aby?cie nie weszli w pokuszenie!" Aposto?owie pozostali, a Jezus poszed? nieco naprzód; lecz straszliwe mary tak dalece naciera?y na Niego, ?e w g??bokiej trwodze zboczy? na lewo od miejsca, gdzie zostawi? Aposto?ów. By?a tu pod wystaj?cym za?omem skalnym grota oko?o, sze?? stóp w g??b; Aposto?owie; pozostali od niej na prawo w naturalnym zag??bieniu gruntu. Ziemia zni?a?a si? ?agodnie ku grocie, wej?cie za? do groty os?oni?te by?o g?sto krzewami, zwieszaj?cymi si? z wystaj?cej z góry ska?y, wi?c wn?trze groty zas?oni?te by?o zupe?nie przed oczami innych. Gdy Jezus odszed? od Aposto?ów, zwi?ksza?o si? i ?cie?nia?o coraz bardziej t?umne ko?o straszliwych mar w ko?o Niego. Serce Pana nape?nia?o si? coraz bardziej smutkiem i trwog?. Z l?kiem cofn?? si? na modlitw? do groty, podobnie jak kto? szukaj?cy schronienia przed gwa?town?, nawa?nic?, lecz gro?ne straszyd?a posz?y za Nim i do wn?trza groty, przybieraj?c coraz wyra?niejsze kszta?ty. Zdawa?o si?,


746

?e szczup?a ta grota obejmuje w swym wn?trzu ohydne i straszne obrazy wszystkich grzechów, wszystkich ??dz i ich nast?pstw, i kar od upadku pierwszego cz?owieka a? do ko?ca ?wiata. I nie darmo obra?a na to opatrzno?? Bo?a t? grot?; tu bowiem wyp?dzeni z Raju Adam i Ewa po raz pierwszy zetkn?li si? z niego?cinn? ziemi?, tu w tej grocie op?akiwali grzech swój, z l?kiem patrzyli w przysz?o??. — A teraz Jezus przyjmowa? tu na Siebie grzechy ca?ego ?wiata, b?d?ce wynikiem tego jedynego grzechu pierworodnego. — ?ask? Bo?? o?wiecona, czu?am wyra?nie, ?e Jezus zgadzaj?c si? teraz na zniesienie czekaj?cych Go m?k, ofiarowuj?c Siebie samego na zadosy?uczynienie Boskiej sprawiedliwo?ci za grzechy ?wiata, Bosko?? Sw? niejako ?ci?lej po??czy? z Naj?w. Trójc?, by z niesko?czonej dla nas mi?o?ci, odda? si? za grzechy ?wiata ca?ej grozie i ogromowi smutku i cierpienia, g?ównie w swym najczystszym, najwra?liwszym cz?owiecze?stwie prawdziwym, a niewinnym, by tylko ogniem mi?o?ci serca Swego cz?owieczego uzbroi? si? przeciw czekaj?cym Go trwogom i cierpieniom. By zadosy?uczyni? za zacz?tek i rozwój wszystkich grzechów i z?ych ??dz, przyj?? najmi?osierniejszy Jezus z mi?o?ci ku nam grzesznikom w Swe serce pierwiastki wszelkiego oczyszczaj?cego pojednania i m?k zbawczych; dozwoli?, by Jego niesko?czone m?ki, stanowi?ce zadosy?uczynienie za nasze niesko?czone grzechy, przenikn??y i przeros?y jak drzewo bole?ci o tysi?cznych konarach, ka?dy cz?onek Jego ?wi?tego Cia?a, ka?d? cz?stk? Jego ?wi?tej duszy. Tak to, oddany samemu owemu Cz?owiecze?stwu, upad? Jezus twarz? na ziemi?, wznosz?c w Swym niesko?czonym smutku i trwodze gor?ce mod?y do Boga. Przed sob? widzia? w niezliczonych obrazach grzechy ca?ego ?wiata w ca?ej ich wewn?trznej ohydzie i przyjmowa? je wszystkie na siebie; w mod?ach Swych ofiarowa? si? zadosy?uczyni? przez Swe cierpienia sprawiedliwo?ci Ojca Niebieskiego za wszystkie te winy. Mnóstwo ich by?o niezliczone, a w?ród tego morza ohydy uwija? si? potworny szatan z piekielnym szyderstwem, z wzrastaj?c? z?o?ci? przesuwaj?c przed oczami duszy Jego coraz straszniejsze obrazy grzechów i za ka?dym razem odzywaj?c si? do cz?owiecze?stwa Jezusa: „Jak to! i to chcesz wzi?? na Siebie? I za to chcesz ponie?? kar?? Jak?e potrafisz za to wszystko zado??uczyni?? Wtem od strony nieba, w której znajduje si? s?o?ce, gdy wskazuje na s?oneczniku czas mi?dzy 10 — 11-t? godzin? rano, sp?yn?? ku Jezusowi w?ski pas ?wiat?a, a po nim spu?ci? si? ku Niemu szereg anio?ów, pokrzepiaj?c i umacniaj?c Jezusa upadaj?cego pod brzemieniem smutku i trwogi. Reszta groty wype?niona by?a ohydnymi a strasznymi obrazami grzechu, a z?e duchy napada?y ze wszech stron z szyderstwem i z?o?ci?. Jezus przyjmowa? wszystko na Siebie, cho? brzemi? to by?o olbrzymie. Serce Jego, jedyne ze wszystkich serc, przepe?nione by?o doskona?? mi?o?ci? Boga i ludzi, wi?c ta bezde? ohydy, ta obrzydliwo?? i ci??ar wszystkich grzechów przejmowa?y to serce przera?eniem i smutkiem bez miary. A by?o tam co widzie?; roku nie wystarczy?oby, gdybym chcia?a wszystko opowiedzie?. Gdy ju? ca?y ten bezmiar winy i grzechów ludzkich, i licznych jak morze ohydnych mar przesun?? si? przed dusz? Jezusa, a On za to wszystko zgodzi? si? by? ofiar? przeb?agaln? i sam b?aga? o zes?anie na Niego wszelkich m?k i kar, zacz?? szatan trapi? Go ró?nymi pokusami, jak niegdy? na puszczy. Co gorsza, podniós? nawet szereg zarzutów przeciw samemu najczystszemu Zbawicielowi. — „Jak-to? — mówi? do Niego — Ty chcesz wszystko bra? na Siebie, a sam nie jeste? czysty! Patrz tu i tu i tu!" I przy tym rozwija? ró?ne wymy?lone na Jezusa cyrografy i z piekieln? bezczelno?ci? podsuwa? Mu je przed oczy. Przypisywa? Mu wszystkie b??dy Jego uczniów, wszystkie zgorszenia, jakie innym dali, obwinia? Go o wywo?anie zamieszania i nieporz?dku przez wprowadzanie na ?wiat jakich?


747

nowo?ci i odst?powanie od starych, tradycj? u?wi?conych zwyczajów. Jak najwytrawniejszy, najpodst?pniejszy Faryzeusz umia? szatan wynajdywa? coraz nowe zarzuty, coraz ci??sze, rzekome przewinienia Jezusa. — „Ty — mówi? do Pana — by?e? przyczyn? wymordowania dzieci przez Heroda, Ty nara?a?e? rodziców Swoich w Egipcie na n?dz? i cierpienia, nie chcia?e? ratowa? Jana Chrzciciela od ?mierci, roz??czy?e? wiele rodzin, ochrania?e? wyrzutków spo?ecze?stwa, nie uzdrowi?e? niektórych chorych, skrzywdzi?e? Gergeze?czyków, bo dopu?ci?e? op?tanym wywróci? beczk? z napojem i spowodowa?e? utopienie si? trzody wieprzów w jeziorze, sta?e? si? wspó?winnym Maryi Magdaleny, bo nie przeszkodzi?e? powtórnemu jej upadkowi; zaniecha?e? staranie si? o sw? rodzin? i marnowa?e? „cudze mienie." S?owem, co tylko kusiciel mo?e zarzuci? przy skonaniu zwyk?emu cz?owiekowi, który bez wy?szego spowodowania podejmuje si? dokonania takich czynów publicznych, to szatan nasuwa? teraz chwiejnej trwog? duszy Jezusa, by zachwia? Jego wol?; zakryte to bowiem by?o przed nim, ?e Jezus jest Synem Boga, wi?c kusi? Go tylko, jako zwyk?ego cz?owieka, ale niepoj?cie sprawiedliwego. A Boski nasz Zbawiciel tak dalece uni?y? si? w Swym Naj?w. Cz?owiecze?stwie, ?e dopu?ci? na Siebie i t? pokus?, jakiej mo?e dozna? umieraj?cy ?wi?cie cz?owiek, zastanawiaj?c si? nad wewn?trzn? warto?ci? swych dobrych uczynków. By do dna wychyli? ten kielich przedwst?pnych cierpie?, dopu?ci? Jezus, by kusiciel, nie?wiadom Jego Bosko?ci, wytyka? Mu wszystkie dzie?a Jego dobroczynno?ci, jako zaci?gni?te a nie sp?acone jeszcze d?ugi ?aski Bo?ej. Podst?pny kusiciel zarzuca? Mu, ?e chce za innych g?adzi? winy, a Sam nie ma ?adnej zas?ugi i ma jeszcze obowi?zek zado??uczyni? Bogu za ?ask?, udzielon? do spe?nienia niektórych, tak zwanych dobrych uczynków. Bóstwo Jezusa dopu?ci?o, by chytry nieprzyjaciel kusi? Jego Naj?w. Cz?owiecze?stwo, jakby móg? by? kusi? cz?owieka, któryby dobrym swym uczynkom przypisywa?, samym w sobie warto?? istotn? bez wzgl?du na to, ?e ka?dy uczynek zyskuje warto?? jedyn? dopiero przez ??czno?? z zas?ugami ?mierci krzy?owej naszego Pana i Zbawiciela. Tak wi?c przedstawia? kusiciel Jezusowi, ?e wszystkie Jego dzie?a mi?o?ci nie maj? ?adnej zas?ugi, ?e owszem s? tylko d?ugiem zaci?gni?tym u Boga i ?e warto?? ich uprzedza niejako zas?ugi nie odbytej jeszcze m?ki Jezusa — której niesko?czonej ceny nie zna? jeszcze kusiciel — i dlatego trzeba jeszcze zadosy?uczyni? za ?ask?, otrzyman? do spe?nienia tych dzie?. Pokazywa? wi?c szatan Jezusowi spisane wszystkie d?ugi, zaci?gni?te u Boga za ?ask? spe?nienia dobrych uczynków, i wskazuj?c na nie, mówi?: „Za to jeszcze i za to nie wyp?aci?e? si? Bogu." Na ostatek jeden jeszcze grzech zarzuci? Jezusowi, ?e sum? otrzyman? ze sprzeda?y posiad?o?ci Marii Magdaleny w Magdalum, wzi?? od ?azarza i roztrwoni?; z bezczeln? zuchwa?o?ci? rzek? do Jezusa: „Jak ?mia?e? marnowa? cudz? w?asno?? i szkod? wyrz?dza? przez to rodzinie? — Widzia?am obrazy tych wszystkich grzechów, których zmazanie bra? Jezus na Siebie, czu?am wraz z Nim ci??ar wszystkich zarzutów, jakie stawia? Mu kusiciel; bo te? w tych grzechach ?wiata, które Zbawiciel bra? na Siebie, widzia?am i moje liczne grzechy, a s?ysz?c pokusy i zarzuty, stawiane Zbawicielowi, z trwog? odczuwa?am w duszy niedostatki w?asnych mych uczynków i spraw. Wspó?czuj?c z Boskim mym Oblubie?cem, wci?? spogl?da?am na Niego, modli?am si? z Nim i zwalcza?am pokusy i wraz z Nim czerpa?am pociech? od anio?ów. Ach, Zbawiciel nasz jak robak wi? si? pod ci??arem bezmiernego smutku, t?sknoty i trwogi. S?ysz?c oszczerstwa i zarzuty, stawiane przez szatana najczystszemu Zbawicielowi, z najwi?kszym tylko wysi?kiem wstrzymywa?am si?, by nie wybuchn?? gniewem; gdy jednak zarzuci? Jezusowi, ?e u?y? dla Siebie pieni?dzy za sprzedan? posiad?o?? Magdaleny, nie mog?am ju? d?u?ej powstrzyma? si? i zgromi?am go gwa?townie: „Jak mo?esz zarzuca? Jezusowi roztrwonienie tych


748

pieni?dzy? przecie? sama widzia?am, ?e ?azarz odda? Jezusowi t? sum? na cele dobroczynne, a Jezus wykupi? za ni? z wi?zienia w Tirzie dwudziestu siedmiu ubogich, opuszczonych ludzi, wi?zionych za d?ugi." Z pocz?tku kl?cza? Jezus spokojnie, pogr??ony w modlitwie, lecz powoli, na widok takiego mnóstwa i ohydy grzechów i niewdzi?czno?ci ludzi wzgl?dem Boga, l?ka? si? zacz??a dusza Jego, serce Jego p?ka?o prawie pod brzemieniem smutku i trwogi, a? wreszcie z dr?eniem i l?kiem wo?a? pocz?? do Boga: „Abba Ojcze! je?li to mo?liwe, niech ominie Mnie ten kielich goryczy! Mój Ojcze! Dla Ciebie wszystko jest mo?liwe. Oddal ten kielich ode mnie!? A och?on?wszy troch?, doda?: „Lecz Ojcze, nie Moja, ale Twoja niech si? stanie wola!" Wprawdzie wola Jego jedno by?a z wol? Ojca, ale ?e Jezus wi?cej czu? teraz cz?owiecze?stwem, dlatego te? jako cz?owiek dr?a? przed m?kami i ?mierci?. Grota tymczasem wci?? przepe?niona by?a strasznymi marami wszystkich grzechów, z?o?liwo?ci, zbrodni, m?k i niewdzi?czno?ci ludzkich, zwi?kszaj?c wci?? trwog? Jezusa. Zbit? mas? cisn??y si? do Niego i uderza?y na? blade strachy ?mierci w najstraszniejszych widziad?ach; Jezusa-cz?owieka przejmowa?a trwoga bezmierna przed ogromem m?k odkupienia. I dr?a? Pan na ca?ym ciele, a pot trwogi wyst?powa? na Niego; ?ami?c r?ce, chwia? si? na wszystkie strony, to znów podnosi? si?, ale kolana ugina?y si? pod Nim, nie daj?c Mu usta?. Zmieni? si? prawie nie do poznania, wargi mia? zsinia?e, a w?osy zje?one. By?o oko?o pó? do jedenastej, gdy wsta? ca?y sk?pany w pocie, i chwiej?c si? i potykaj?c ci?gle, wyczo?ga? si? raczej, ni? wyszed? z groty. Podszed? na lewo w gór? i ponad grot? zbli?y? si? do tarasu, na którym znajdowali si? trzej Aposto?owie. Ci u?o?yli si? na ziemi jeden ko?o drugiego tak, ?e plecami zwrócony by? ka?dy ku piersiom drugiego, i zasn?li w najlepsze ze znu?enia, troski i trwogi, by nie wej?? w pokuszenie. Jezus, w Swej trwodze ?miertelnej, szed? do nich jako do przyjació?, szuka? pociechy. Lecz by?a i inna przyczyna; jako dobry pasterz, który, chocia? sam dotkni?ty do g??bi, daje baczenie na trzod?, zagro?on? niebezpiecze?stwem, tak i Jezus szed? do Aposto?ów, wiedz?c, ?e i ich dr?cz? pokusy i trwoga. A straszliwe mary sz?y wsz?dzie za Nim, nie przestaj?c Go dr?czy?. Ujrzawszy Aposto?ów ?pi?cych, za?ama? Jezus r?ce, osun?? si? przy nich na ziemi? ze znu?enia i smutku i zawo?a?: „Szymonie, czy ?pisz?" Ockn?li si? na te s?owa ?pi?cy i zerwali z ziemi a Jezus, czuj?c to opuszczenie od wszystkich, rzek? im: „A wi?c nawet przez godzin? nie mogli?cie czuwa? ze Mn??" Teraz dopiero zauwa?yli Aposto?owie, jak okropnie Jezus jest zmieniony, blady, przemok?y potem, jak chwieje si? z os?abienia, dr?y na ca?ym ciele i ledwo g?osu mo?e doby?. Gdyby nie otacza?a Go znana im aureola ?wietlna, nie byliby Go poznali. Tak poznali Go wprawdzie, ale co si? z Nim dzieje, nie mogli poj??. Wreszcie Jan zapyta? Go: „Mistrzu! Co si? z Tob? dzieje ? Czy mam zawo?a? tamtych uczniów? Czy mamy ucieka??" Lecz Jezus odrzek? mu: „Gdybym nawet jeszcze drugich trzydzie?ci trzy lat ?y?, naucza? i uzdrawia?, za ma?o by to by?o, by zdzia?a? to, co musz? spe?ni? do jutra. Nie trzeba wo?a? tamtych o?miu. Pozostawi?em ich tam, bo widz?c Mnie w takiej n?dzy, musieliby zgorszy? si? ze Mnie; ulegliby pokusie, zapomnieliby dawnego i w?tpiliby o Mnie. Wy widzieli?cie Syna cz?owieczego przemienionego na górze Tabor, wi?c teraz mo?ecie widzie? Mnie w za?mieniu i zupe?nym opuszczeniu. Ale czuwajcie i módlcie si?, aby?cie nie weszli w pokuszenie; duch bowiem jest ochoczy ale cia?o md?e!" Ostatnie te s?owa stosowa?y si? i do Aposto?ów i do Niego samego; z jednej strony chcia? ich zach?ci? do wytrwa?o?ci, z drugiej strony chcia? im da? pozna?, ?e przyczyn? Jego obecnego stanu jest s?abo?? ludzkiej Jego natury, wzdrygaj?cej si? przed m?kami i ?mierci?. Kwadrans mniej wi?cej rozmawia? Jezus z Aposto?ami w?ród g??bokiego smutku, a potem wróci? do groty, coraz wi?ksz? trwog? miotany. Aposto?owie z p?aczem


749

wyci?gali za Nim r?ce, a padaj?c sobie w obj?cia, pytali si? z os?upieniem: „Co to jest? Co si? z Nim dzieje? Ca?kiem ju? jest opuszczony! Nie umieli da? sobie odpowiedzi na te pytania, wi?c zakrywszy g?owy, w smutku wielkim zacz?li si? modli?, ale ?e nieufno?? wkrad?a si? po troch? w ich serca, wi?c ?atwo ulegli pokusie i zasn?li znowu. Reszta Aposto?ów, pozosta?ych u wej?cia do ogrodu, nie spa?a wcale. Ze s?ów Jezusa i z ca?ego Jego zachowania si? tego wieczora odgadli niepokój Nim miotaj?cy, wi?c i sami zaniepokoili si? do najwy?szego stopnia; b??dzili w?ród mroku w ko?o Góry oliwnej, szukaj?c sobie jakich takich kryjówek. W Jerozolimie cicho by?o dosy? tego wieczora. ?ydzi siedzieli przewa?nie po domach, zaj?ci przygotowaniami do ?wi?t. Obozowiska dla przyby?ych z prowincji znajdowa?y si? do?? daleko od Góry oliwnej. Na ulicach wida? by?o tu i ówdzie uczniów i przyjació? Jezusa, rozmawiaj?cych z sob? z o?ywieniem; wygl?dali jacy? zaniepokojeni, wyczekuj?cy czego?. Matka Zbawiciela, Magdalena, Marta, Maria Kleofy, Maria Salome i Salome przysz?y z wieczernika do domu Marii Marka; zaniepokojone rozszerzanymi pog?oskami, wysz?y st?d znów za miasto z przyjació?kami, by zasi?gn?? wiadomo?ci o Jezusie. Tu spotka?y si? z ?azarzem, Nikodemem Józefem z Arymatei i kilku krewnymi z Hebron. Niektórzy z nich po?ywali dzi? wieczerz? w bocznych salach wieczernika i ci s?yszeli dzisiaj ze smutne przepowiednie Jezusa, cz??ci? za? dowiedzieli si? tak?e od uczniów, wi?c przeczuwali, na co si? zanosi; dlatego te? zasi?gn?li oni wie?ci u znajomych Faryzeuszów, ale nic si? nie dowiedzieli, by przedsi?wzi?to jakie kroki przeciw Jezusowi. Uspokajali zatem teraz strwo?one niewiasty, ?e niebezpiecze?stwo nie jest tak wielkie, bo tu? przed ?wi?tem nie zechce im si? targn?? na Jezusa. Nie, wiedzieli jednak wcale, ?e Judasz ju? zdrady dokona?. Maryja przeczuwa?a t? zdrad?, wi?c zwróci?a ich uwag? na to, jak to Judasz nie swój by? ostatnimi dniami, a dzi? tak nagle wyszed? z wieczernika, zapewne dla wykonania swych zdradzieckich zamiarów. Mówi?a, jak upomina?a go nieraz, ale niema ju? rady dla niego, bo na o?lep d??y do zguby. Tak to Naj?wi?tsza Panna przeczuwa?a niebezpiecze?stwo, gro??ce Jej Synowi, lecz rady nie by?o ?adnej, wi?c w ko?cu wróci?a z niewiastami do domu Maryi Marka. Wróciwszy do groty z nieodst?pnymi Swymi strachami i smutkami, upad? Jezus na twarz, rozkrzy?owa? r?ce i pogr??y? si? w modlitwie do Ojca niebieskiego. Lecz ju? zacz??a si? dla duszy Jego nowa walka, która trwa?a trzy kwadranse. Przyst?pili do? anio?owie, by przedstawi? Mu w mnogim szeregu widze? ca?y ogrom i m?k odkupienia. Ukazali Mu najpierw ca?? wspania?o?? i ?wietno?? cz?owieka, jako wizerunku Bo?ego przed upadkiem i ca?e jego zeszkaradzenie i spodlenie po upadku. Wykazali Mu pochodzenie ka?dego grzechu z grzechu pierworodnego, istot? i znaczenie wszystkich ??dz grzechowych, i ich straszny wp?yw na w?adze duszy i cz?onki cia?a, równie? istot? i znaczenie wszystkich karz?cych m?k, przeciwstawionych ??dzom grzechowym. Cierpienie zadosy?czyni?ce dwojako Mu przedstawili; najpierw jako cierpienie cia?a i duszy, przez Sw? m?k? równowa?ne zupe?nie z kar?, jakiej wymaga Boska sprawiedliwo?? za wszystkie grzeszne wyst?pki ca?ej ludzko?ci; po wtóre jako cierpienie, które, by sta? si? zado?? czyni?cym za winy ca?ej ludzko?ci, musia?o dotkn?? jedyne niewinne cz?owiecze?stwo, tj. Naj?w, cz?owiecze?stwo Syna Bo?ego, a Ten, bior?c z mi?o?ci ku nam wszelk? win? i kar? ludzi na Siebie, musia? tak?e wywalczy? zwyci?stwo nad oporem Swej ludzkiej natury przeciw cierpieniom i ?mierci. Wszystko to przedstawiali anio?owie Jezusowi szczegó? po szczególe; raz zjawia?y si? ich ca?e chóry z szeregiem obrazów, to znów pokazywali si? pojedynczo z g?ówniejszymi widzeniami. Patrz?c na nich, widzia?am zawsze, jak wskazywali palcem ku zjawiaj?cym si? obrazom i wiedzia?am, co mówili, nie s?ysz?c jednak ?adnego g?osu.


750

?aden j?zyk nie zdo?a wypowiedzie?, ile l?ku i bole?ci musia?a przej?? dusza Jezusa na widok tego ogromu m?k odkupienia. Jezus bowiem poznawa? nie tylko znaczenie wszystkich m?k zado?? czyni?cych, stosownie do odpowiednich ??dz grzechowych, lecz tak?e znaczenie i histori? wszystkich odno?nych narz?dzi m?cze?skich; wi?c nie tylko przera?a?a Go my?l o m?ce, jak? Mu to narz?dzie zada, lecz tak?e grzeszna zaciek?o?? tych, którzy je wymy?lili, zajad?o?? i z?o?? tych, którzy ich kiedykolwiek u?ywali, dalej niecierpliwo?? i narzekania tych wszystkich, których winnie, lub niewinnie nimi m?czono. Wszystko to odczuwa? Jezus, bo przyj?? na Siebie i odczuwa? grzechy ca?ego ?wiata. A gdy patrza? okiem ducha na tyle m?czar? i m?k, takie przera?enie Go przejmowa?o, ?e zacz?? si? poci? krwawym potem. Ten nadmiar bole?ci w Naj?w, cz?owiecze?stwie Chrystusa obudzi? wspó?czucie w anio?ach. Zaprzestali na chwil? nasuwa? Jezusowi nowe obrazy, wida? by?o, ?e pragn? gor?co udzieli? Mu pociechy; zdawa?o mi si?, ?e wstawiaj? si? za Jezusem przed tronem Bo?ym. I w tej chwili nasta?o jakby chwilowe mocowanie si? mi?dzy mi?osierdziem i sprawiedliwo?ci? Boga, a Mi?o?ci?, sk?adaj?c? Siebie w ofierze. Ujrza?am w widzeniu Boga, lecz nie jak zwykle na tronie, lecz jako posta? ?wietln? o niewyra?nych zarysach. Widzia?am, jakoby Boska natura Syna wciska?a si? niejako w pier? Boga Ojca, za? z nich wychodzi? i mi?dzy nimi wype?nia? przestrze? Duch ?wi?ty, a przecie? jeden tylko by? Bóg. Lecz któ? zdo?a to wypowiedzie?? przecie? to niezbadana tajemnica Trójcy Przenaj?wi?tszej. I ja te? nie tyle widzia?am postacie, ile raczej poznawa?am to przez formy, a zarazem otrzyma?am wskazówk?, jakoby Boska wola Chrystusa jednoczy?a si? ?ci?lej z wol? Boga Ojca, by dopu?ci? na Naj?w. Cz?owiecze?stwo Chrystusa wszystkie te cierpienia, o których z?agodzenie i odwrócenie prosi?a w?a?nie w?ród trwo?nej walki ludzka wola Chrystusa. Tak wi?c Bóstwo Chrystusa, zjednoczone z Bogiem Ojcem, potwierdza?o w?a?nie na Swe cz?owiecze?stwo wyrok, o którego odwrócenie ten Chrystus-Cz?owiek tak gor?co b?aga? Boga Ojca. Widzia?am to wszystko w chwili, gdy anio?owie wzruszeni pragn?li pocieszy? Jezusa; i rzeczywi?cie w tym momencie dozna? Jezus lekkiej ulgi. Lecz. wnet znik?y te widzenia, anio?owie opu?cili Pana, zabieraj?c z sob? pociech?, a na dusz? Jezusa spad? nowy nawa? strasznej trwogi i bole?ci. Gdy Zbawiciel na Górze oliwnej podda? si? jako prawdziwy, rzeczywisty cz?owiek pokusie ludzkiego wstr?tu przeciw cierpieniom i ?mierci, gdy przyj?? na Siebie wywalczenie pokona nia tego wstr?tu, b?d?cego istotn? cz??ci? ka?dego cierpienia, otrzyma? kusiciel pozwolenie post?pienia z Nim tak, jakby post?pi? z ka?dym cz?owiekiem, który chce uczyni? z siebie ofiar? za ?wi?to??. W pierwszej trwodze przedstawi? szatan naszemu Panu ze z?o?liwym szyderstwem wielko?? winy grzechowej, któr? Jezus chcia? wzi?? na Siebie, a posun?? sw? napa?? tak dalece, ?e nawet ?ycie Zbawiciela przedstawi? jako grzeszne. Nast?pnie w drugiej trwodze otrzyma? Jezus obraz wielko?ci wszystkich m?k odkupienia w ca?ej ich wewn?trznej grozie; sta?o si? to przez anio?ów, bo nie jest rzecz? szatana udowadnia? mo?liwo?? odkupienia. Ten szatan k?amstwa i rozpaczy nie mo?e by? objawicielem Boskiego mi?osierdzia. Gdy ju? Jezus zwyci?sko przeby? te wszystkie walki ze szczerym poddaniem si? woli Ojca swego niebieskiego, pojawi?y si? duszy Jego nowe straszne mary; obudzi?a si? w Nim mianowicie troska, jaka budzi si? w ka?dym sercu ludzkim przed z?o?eniem ofiary; zapytywa? sam Siebie: „Jaki b?dzie wynik, jaki plon tej ofiary?" A w odpowiedzi na to otoczy?y Go widziad?a tak strasznej przysz?o?ci, ?e serce Jego kochaj?ce na nowo ?cisn??o si? niezmiernym bólem i trwog?. Na pierwszego Adama spu?ci? Bóg sen, a otworzywszy mu bok, wyj?? jedno ?ebro; z ?ebra tego urobi? niewiast? Ew?, matk? wszystkich ?yj?cych, i


751

przyprowadzi? j? do Adama. Ten za? rzek?: „To ko?? z ko?ci mojej i cia?o z cia?a mego; m?? opu?ci ojca i matk? i pójdzie za ?on? swoj? i b?d? dwoje w jednym ciele."—Tak ustanowione by?o ma??e?stwo, o którym napisane jest: „Sakrament to wielki, powiadam jednak, i? w Chrystusie i w Ko?ciele." I tak si? rzecz mia?a; Chrystus bowiem, nowy Adam, mia? tak?e spu?ci? na Siebie sen, — sen ?mierci krzy?owej; z otworzonego Jego boku mia?a powsta? nowa Ewa, Jego dziewicza oblubienica, matka wszystkich ?yj?cych, tj. Ko?ció?. Jej chcia? Jezus, da? krew odkupienia, wod? oczyszczenia i Ducha Swego, trzy rzeczy, które ?wiadectwo daj? o Nim na ziemi. Chcia? da? jej ?wi?te Sakramenty, by by?a czyst?, niepokalan?, ?wi?t? Jego oblubienic?. On sam mia? by? jej g?ow?, a my cz?onkami, poddanymi g?owie, mieli?my by? ko?ci? z ko?ci Jego, cia?em z cia?a Jego. Przyjmuj?c cz?owiecze?stwo, ofiaruj?c si? umrze? za nas, opu?ci? Jezus tak?e Ojca i Matk?, a poszed? za oblubienic? Swoj?, Ko?cio?em, zjednoczy? si? z ni? w jedno cia?o, ?ywi?c j? Naj?w. Sakramentem O?tarza, w którym odbywa ustawicznie duchowe za?lubiny z nami; ofiarowa? si? przebywa? na ziemi ze Sw? oblubienic?, Ko?cio?em, dopóki my wszyscy w niej i z Nim nie zgromadzimy si? w Niebie. On te? powiedzia?: „Bramy piekielne nie przemog? go." Chc?c wprowadzi? w czyn t? mi?o?? niesko?czon? dla grzeszników, sta? si? Jezus sam cz?owiekiem, bratem grzeszników, by wzi?? na Siebie kar? za wszystkie winy. Upada? pod brzemieniem smutku na widok wielko?ci tej winy i ogromu m?k jednawczych, a jednak z rado?ci? podda? si? woli Ojca niebieskiego i zgodzi? si? by? ofiar? przeb?agaln?. A oto teraz przedstawi?y Mu si? przed oczy wszystkie cierpienia, walki i zniewagi, jakie mia? ponie?? przysz?y Ko?ció?, Jego oblubienica, któr? postanowi? odkupi? tak drog? cen? Krwi Swojej przenaj?wi?tszej. Musia? patrze? na najbole?niejsz? dla Niego niewdzi?czno?? ludzk?. Przed dusz? Jezusa stan??y jak ?ywe wszystkie przysz?e cierpienia Jego Aposto?ów, uczniów i przyjació?; widzia?, jak ma?ym b?dzie z pocz?tku Ko?ció?, jak pó?niej z Jego wzrostem pojawi? si? zaraz kacerstwa i schizmy, w których przez pych? i niepos?usze?stwo pod ró?nymi formami pró?no?ci i pozornej samoobrony powtórzy si? ca?a historia upadku grzechowego. Widzia? chytro??, przewrotno?? i z?o?? mnóstwa chrze?cijan, ró?ne rodzaje k?amstwa i oszuka?czych wykr?tów dumnych nauczycieli; widzia? wszystkie ?wi?tokradzkie zbrodnie wyst?pnych kap?anów i straszne nast?pstwa tego; widzia? ohydne spustoszenia w królestwie Bo?ym na ziemi, w tej ?wi?tnicy ludzko?ci niewdzi?cznej, któr? w?a?nie zamierza? odkupi? i umocni? w?asn? Krwi? i ?yciem w?ród m?k niewys?owionych. Tak przeci?ga?y przed dusz? bolej?cego Jezusa w niezliczonych rz?dach obrazów zgorszenia i wyst?pki wszystkich stuleci a? po nasze czasy i dalej a? do sko?czenia ?wiata, we wszystkich objawach chorobliwego ob??kania, pysznego fa?szu, zaciek?ego zagorzalstwa, fa?szywego proroctwa, heretyckiej zatwardzia?o?ci i z?o?liwo?ci. Wszyscy odszczepie?cy, samozwa?cy, fa?szywi nauczyciele, ob?udni naprawcy, uwodziciele i uwiedzeni, wszyscy szydzili ze? i dr?czyli Go, ?e nie jest przybity do krzy?a odpowiednio i dogodnie dla ich po??dliwo?ci i wyt?umaczenia ich pychy; wi?c darli i rozdzierali mi?dzy siebie ca?odzian? szat? Ko?cio?a Jego. T?umy ich zniewala?y Go, wyszydza?y i zapiera?y si? Go. T?umy znów przechodzi?y mimo Niego, dumnie wzruszaj?c ramionami i wstrz?saj?c g?ow?, chocia? wyci?ga? ku nim zbawcze ramiona, i sz?y prosto ku przepa?ci ich poch?aniaj?cej. Mnóstwo wreszcie by?o takich, którzy nie ?mieli jawnie zaprze? si? Go, ale ze wstr?tem niewie?ciuchów milczkiem pomijali rany Ko?cio?a, które sami pomagali rozdziera?, omijali Ko?ció?, jak Lewita owego nieszcz??liwego, który wpad? mi?dzy zbójców. Od??czali si? od Jego poranionej


752

oblubienicy, Ko?cio?a, jak niewierne, tchórzliwe dzieci opuszczaj? w nocy matk?, napadni?t? przez zbójców i morderców, którzy weszli przez wrota, nie przez nich nale?ycie strze?one. I musia? z bólem patrze? Jezus, ?e zamiast broni? t? matk?, Jego oblubienic?, szli za opryszkami, unosz?cymi zdobycz na puszcz?, za z?otymi naczyniami i porozrywanymi klejnotami. Patrza? z bólem, jak od- dzieleni od prawdziwej winnicy chronili si? pod dzikie latoro?le. Jak b??dne owce, oddane na pastw? wilków, b??kali si? po lichym pastwisku, gnani przez najemników, a nie chcieli wej?? do owczarni dobrego pasterza, który da? ?ycie za owce swoje. B??dzili bez ojczyzny i schronienia, a umy?lnie nie chcieli widzie? miasta Jego, po?o?onego na wysokiej górze tak, ?e musi by? wszystkim widzialne. Rozproszeni, bez ??czno?ci, dali si? miota? zmiennym wichrom na piaskach pustyni, a nie chcieli widzie? domu Jego oblubienicy, Ko?cio?a Jego zbudowanego na opoce, przy którym przyrzek? by? a? do ko?ca dni i którego nie przemog? bramy piekielne. Nie chcieli wej?? przez w?sk? bram?, by nie potrzebowali zgina? karku. Woleli i?? za tymi, którzy k?dy, indziej, a nie drzwiami weszli do owczarni. Budowali ró?norakie chwiejne domki na piasku bez o?tarza i ofiary, z wietrznikami na dachu, do których stosowali sw? nauk?. St?d te? we wszystkim sprzeciwiali si? sobie, nie mogli si? zrozumie?, i nie mieli trwa?ego miejsca. Chatki swe chwiejne walili cz?sto, a zwaliska rozbijali do reszty o niewzruszony kamie? w?gielny Ko?cio?a. Ciemno?ci panowa?y w ich chatkach, a nie szli do ?wiat?a zatkni?tego na ?wieczniku w domu oblubienicy; b??kali si? na zewn?trz z zamkni?tymi oczyma naoko?o zamkni?tego ogrodu Ko?cio?a, którego wo? jedynie utrzymywa?a ich przy ?yciu. Wyci?gali r?ce ku mg?awicom i urojeniom, szli za b??dnymi ognikami, prowadz?cymi ich do bezwodnych studzien; stoj?c tu nad brzeg mi rowów, nie s?uchali g?osu nawo?uj?cej oblubienicy, z dumnym u?miechem na ustach przymierali g?odem, wywo?uj?c lito?? s?ug i pos?a?ców, którzy zapraszali ich na gody weselne. Nie chcieli wej?? do ogrodu, bo l?kali si? cierni ogrodzenia, wi?c oszo?omiwszy si? sami, gin?li, marli z g?odu, nie maj?c pszenicy, i z pragnienia, nie maj?c wina; za?lepieni ?wiat?em w?asnego rozumu nazywali Ko?ció? S?owa, które sta?o si? cia?em, niewidzialnym. Widzia? Jezus to wszystko, smuci? si? i gotów by? cierpie? za wszystkich, wi?c i za tych, którzy nie chcieli Go widzie?, nie chcieli nie?? za Nim krzy?a w Ko?ciele, Jego oblubienicy, której On sam odda? si? w Naj?wi?tszym Sakramencie, w mie?cie Jego, zbudowanym na górze, które nie mo?e zosta? w ukryciu, w Jego ko?ciele, zbudowanym na opoce, którego nie zdo?aj? przemóc bramy piekielne. Wszystkie te niezliczone obrazy niewdzi?czno?ci ludzkiej i z?ego korzystania z gorzkiej ?mierci przeb?agalnej mego niebieskiego Oblubie?ca przesuwa?y si? przed Jego oczyma, ju?to zmieniaj?c si? ci?gle, ju?to powtarzaj?c si? po kilkakro?, by zwi?kszy? jeszcze bole?? Jego. Szatan za? w postaci ró?nych straszyde?, w Jego oczach porywa? i dusi? ludzi, odkupionych krwi? Jego, a nawet pomazanych Jego Sakramentem. Widzia? Jezus i op?akiwa? wszystk? niewdzi?czno??, wszystko zepsucie dawniejszego, tera?niejszego i przysz?ego chrze?cija?stwa. Wszystkie te widziad?a, jakby ?ywe istoty, pe?ne ohydy i szyderstwa, a powtarzaj?ce si? ci?gle, zdawa?y si? obci??a? dusz? Jezusa brzemieniem nie do zniesienia, i trwoga niewys?owiona ogarn??a Jego naj?wi?tsz? ludzk? natur?, a fa?szywy g?os kusiciela podszeptywa? wci?? Jego cz?owiecze?stwu: „Patrz! za tyle niewdzi?czno?ci musisz ponosi? takie cierpienia!" Wi?c Chrystus, Syn cz?owieczy, wi? si? z bólu i ?ama? r?ce, jakby pchany niewidzialn? si?? pada? na kolana i znów si? podnosi?. Ludzka Jego wola straszn? toczy?a walk? ze wstr?tem, budz?cym si? w Nim przeciw niewys?owionym m?kom, jakie mia? ponie?? za tak niewdzi?czne plemi?. Walka ta wewn?trzna sta?a si? dla Niego tak ci??k?, ?e grube krople krwawego potu sp?ywa?y z Niego


753

strumieniami na ziemi?. W ucisku tym bezmiernym spogl?da? Jezus wko?o szukaj?c pomocy, jakby chcia? Niebo, ziemi? i ?wiat?a firmamentu wezwa? na ?wiadków Swych cierpie?. Zdawa?o mi si?, ?e s?ysz?, jak wo?a: „Ach, czy mo?liwym jest znie?? takie brzemi? niewdzi?czno?ci? Dajcie ?wiadectwo o Moim ucisku!? I rzeczywi?cie zdawa?o si?, ?e ksi??yc i gwiazdy ruszaj? si? ze swych posad i zbli?aj? si? ku grocie; równocze?nie uczu?am, ?e ja?niej zrobi?o si? w grocie. Teraz po raz pierwszy zwróci?am uwag? na ksi??yc, czego dotychczas nie uczyni?am. Wyda? mi si? zupe?nie inny, ni? zwykle. Nie by?a to jeszcze pe?nia, ale mimo to wygl?da? o wiele wi?kszy ni? u nas. W ?rodku jego tarczy wida? by?o czarn? plam?, wygl?daj?c? jak kr??ek, le??cy na p?ask przed nim, a przez otwór w ?rodku tego kr??ka pada?o ?wiat?o na jeszcze niewype?nion? cz??? tarczy. Czarna ta plama by?a jakoby gór?. W ko?o ksi??yca by?o ?wietliste ko?o, podobne do t?czy. W czasie tej ci??kiej walki pocz?? Jezus g?o?no utyskiwa?. G?os ten doszed? do uszu trzech Aposto?ów, wi?c zerwali si? z przestrachem i nas?uchiwali chwil? z wzniesionymi r?koma, wreszcie chcieli pospieszy? do groty. Piotr wtenczas odsun?? Jakuba i Jana i rzek?: „Pozosta?cie! ja pójd? sam." Wszed?szy do groty, zapyta?: „Mistrzu co si? z Tob? dzieje?" Lecz zaraz wstrzyma? si? z wahaniem, ujrzawszy Pana w takim strachu, ca?ego oblanego krwi?, a widz?c, ?e Jezus nie odpowiada, i nawet zdaje si? go nie widzie?, powróci? do tamtych dwóch i oznajmi? im, ?e Jezus wci?? tylko j?czy i wzdycha, a nawet mu nie odpowiedzia?. Smutek ich przeto zwi?kszy? si? jeszcze; zakrywszy g?owy, usiedli i modlili si? w?ród ?ez. Tymczasem zwróci?am znów uwag? na mego Oblubie?ca, zostaj?cego w tak ci??kiej trwodze. Ohydne obrazy niewdzi?czno?ci i nadu?ycia przysz?ych ludzi, których win? przyj?? na Siebie i za których ofiarowa? si? ponie?? kar?, nap?ywa?y coraz gwa?towniej ku Nie-mu. Walka mi?dzy wol? Jego a wstr?tem ludzkiej natury przed cierpieniami, nie ustawa?a jeszcze. Kilkakrotnie s?ysza?am, jak wo?a?: „Ojcze, czy mo?liwym jest wycierpie? za tych wszystkich ? O Ojcze, je?li nie mo?e omin?? Mnie ten kielich, niech si? stanie wola Twoja!" W?ród t?umnych tych przeobra?e? ?le u?ytego Boskiego mi?osierdzia, uwija? si? wci?? szatan w rozmaitych obrzydliwych postaciach, uosabiaj?cych zbrodnie. Raz zjawi? si? jako olbrzym o ciemnej skórze, to znów jako tygrys, lis, wilk, smok lub gad; nie by?y to wprawdzie wiernie oddane postacie tych zwierz?t, tylko g?ówne, istotne zarysy, pomieszane z jakimi? innymi obrzydliwymi formami. ?adne z tych zwierz?t nie by?o w?a?ciwie doskona?ym zwierz?ciem, bo zohydza?y je karykatury, wyobra?aj?ce rozk?ad, ohyd?, przera?enie, opór, grzech, s?owem kszta?ty diabelskie; wszystkie za? te postacie diabelskie nap?dza?y, uwodzi?y, dusi?y i rozrywa?y wobec Jezusa ca?e t?umy ludzi, dla których odkupienia z mocy szatana, w?a?nie Jezus wst?pi? na drog? gorzkiej ?mierci krzy?owej. W?? z pocz?tku rzadko si? pojawiaj za to na ostatku pojawi? si? w olbrzymiej postaci z koron? na g?owie, otoczony ze wszystkich stron t?umami wszelkiego stanu i p?ci, i ca?a ta chmara zaciek?ych zbirów run??a na Jezusa. Wszyscy uzbrojeni byli w najrozmaitsze narz?dzia katuszy i tortur i or??y wszelkiego rodzaju; chwilami bili si? mi?dzy sob?, to znów z podwójn? w?ciek?o?ci? rzucali si? wspólnie na Jezusa. Straszny to by? widok. Wszyscy na wy?cigi szydzili, przeklinali, pluli, lali plugastwa ró?ne, miotali pociski, k?uli i ci?li Jezusa. Ich bronie, miecze i w?ócznie podnosi?y si? i opada?y jak cepy na ogromnym boisku, a wszystko dyba?o z w?ciek?o?ci? na to niebia?skie ziarnko pszeniczne, które dosta?o si? do ziemi i w niej umar?o, by w tysi?ckrotnym owocu ?ywi? wszystkich wiecznie chlebem ?ywota. Widzia?am w?ród tych t?umów rozjuszonych mar, z których niejedna


754

wydawa?a mi si? ?lep?, Jezusa dr??cego, przera?onego, jak gdyby bro? ich rzeczywi?cie Go dosi?ga?a, we? godzi?a i zadawa?a Mu rany. Chwia? si? na wszystkie strony, to si? podnosi?, to znów upada?. A w??, uwijaj?cy si? w po?ród tej hordy, wci?? szczwa? ich na nowo do w?ciek?o?ci, bi? ogonem na wszystkie strony, a kogo obali? lub chwyci? w swe sploty, zaraz d?awi?, rozdziera? i po?era?. Zdziwiona tym wszystkim, otrzyma?am obja?nienie, ?e te t?umy niezliczone, dr?cz?ce Jezusa, s? to wszyscy ci, którzy w jakikolwiek sposób zniewa?aj? Zbawiciela, ukrytego prawdziwie, rzeczywi?cie i istotnie w Naj?w. Sakramencie z bóstwem i cz?owiecze?stwem, z cia?em, krwi? i dusz?, pod postaciami chleba i wina. Rozpozna?am w?ród tych wrogów Jego, wszelkiego rodzaju zniewa?ycieli Naj?wi?tszego Sakramentu, tego ?ywego zadatku Jego nieprzerwanej, osobistej obecno?ci w Ko?ciele katolickim. W uosobionych tych marach widzia?am najrozmaitsze rodzaje zniewa?ania Naj?w. Sakramentu, pocz?wszy od zaniedbania, nieuszanowania i opuszczenia, a? do wyra?nej pogardy, nadu?ycia i najohydniejszego ?wi?tokradztwa; pocz?wszy od zwrócenia si? ku bo?yszczom ?wiatowym, ku pysze i fa?szywej wiedzy, a? do b??dnych nauk, niewiary, zaciek?ego fanatyzmu, nienawi?ci i krwawych prze?ladowa?. W t?umie tym znale?? by?o mo?na wszelkiego rodzaju osobniki, i to: ?lepych, chromych, g?uchych, niemych, a nawet dzieci nieletnie. ?lepych, którzy nie chcieli widzie? prawdy; chromych, którzy, widz?c j?, nie chcieli przez lenistwo i?? za ni?; g?uchych, którzy nie chcieli s?ucha? przestróg Pana i gró?b Jego; niemych, którzy nawet mieczem s?owa nie chcieli walczy? za Niego; wreszcie dzieci w towarzystwie ?wiatowych, zapominaj?cych o Bogu rodziców i nauczycieli, przesyconych rozkoszami ?wiata, otumanionych czczym m?drkowaniem, ze wstr?tem odwracaj?cych si? od rzeczy Boskich, a gin?cych na zawsze z powodu ich braku. Widok dzieci w tym t?umie najwi?ksz? mi sprawia? przykro??, bo przecie? Jezus dzieci tak kocha?. Mi?dzy nimi najwi?cej by?o ?le wychowanych i pouczonych, nieuczciwych ministrantów do Mszy ?w., którzy nie czcili nale?ycie Jezusa w Naj?w. Sakramencie. Wina ich spada?a po cz??ci na nauczycieli i niebacznych zarz?dców ?wi?ty?. Wreszcie z przera?eniem ujrza?am, ?e do zniewa?ania Jezusa w Naj?w. Sakramencie przyczynia?o si? tak?e wielu kap?anów rozmaitych stopni hierarchii ko?cielnej nawet takich, którzy sami mieli si? za wierz?cych i pobo?nych. Z wielu tych nieszcz??liwców wspomn? jeden tylko rodzaj. Byli to tacy, którzy wierzyli w obecno?? ?ywego Boga w Naj?w; Sakramencie, czcili Go i stosownie do tego nauczali lud, lecz z tej obecno?ci Boga na o?tarzu niewiele sobie robili a mianowicie nie starali si? i nie dbali o pa?ac, tron, namiot, siedzib? i strój królewski tego Króla Nieba i ziemi, tj. nie starali si? utrzyma? w porz?dku i schludno?ci ko?cio?a, o?tarza, tabernakulum, monstrancji ?ywego Boga; dalej, wszystkich naczy?, sprz?tów, ozdób, strojów, wszystkich w ogóle przyborów i rzeczy ko?cio?a, domu Bo?ego. Wszystko to pozostawiali ci kap?ani w opuszczeniu na pastw? py?u, rdzy, zbutwienia i wieloletniego niechlujstwa, a s?u?b? Bo??, tj. obrz?dy religijne odprawiali od niechcenia, opieszale, wi?c cho? jeszcze nie pope?niali istotnego ?wi?tokradztwa, ale pozbawiali je zewn?trznej godno?ci i blasku Bo?ego. Nie by?o to za? przyczyn? rzeczywistego ubóstwa, tylko ospa?o?ci uczu?, gnu?no?ci, niedbalstwa, oddania si? marnym rzeczom doczesnym, nieraz tak?e samolubstwa i wewn?trznej ?mierci duchownej; a zaniedbanie takie widzia?am nawet w ko?cio?ach zamo?nych i dostatnich. Owszem, wielu by?o takich, którzy zami?owani w okaza?o?ci ?wiatowej, pousuwali najwspanialsze i najczcigodniejsze pami?tki dawnych pobo?niejszych czasów, a zast?pili je czczym blichtrem. A to, co robili bogaci przez zbytek che?pliwo?ci i pychy, na?ladowali nierozumnie ubo?si z braku prostoty i pokory. Przyszed? mi zaraz na my?l nasz biedny ko?ció?ek klasztorny,


755

w którym tak?e stary pi?kny o?tarz z kamienia przykryto drzewem, na?laduj?cym marmur, co mnie zawsze bardzo smuci?o. Zniewagi te Jezusa w Naj?w. Sakramencie zwi?ksza?o jeszcze wielu zarz?dców ko?cio?a, którym brak?o na tyle poczucia sprawiedliwo?ci i obowi?zku, ?e ze Zbawicielem obecnym na o?tarzu trzeba przynajmniej dzieli? si? tym, co si? ma, bo przecie? On przez ?mier? odda? si? za nas ca?y, i ca?y pozostawi? nam Siebie w Sakramencie O?tarza. Widzia?am nieraz, ?e pod tym wzgl?dem wygl?da?o lepiej w mieszkaniach najubo?szych, ni? w ko?ciele, przybytku Pana Nieba i ziemi. Jak?e gorzko smuci?a Jezusa ta niego?cinno?? i nieu?yto??, który Siebie samego da? nam za pokarm? Jakie? udr?czenie sprawiali Mu tu w Ogrójcu ci wszyscy niedbali Jego s?udzy! Przecie? nie potrzeba na to bogactwa, by ugo?ci? Tego, który wynagradza tysi?ckrotnie nawet kubek zimnej wody, podanej pragn?cemu. A On sam jak?e spragniony jest za nami! Wi?c jak?e nie ma narzeka?, je?li kubek, podany Mu, jest brudny, a woda — pe?na robactwa. Taka opiesza?o?? sta?a si? nieraz powodem zgorszenia dla s?abych na duchu, przez to ulega?y nieraz ?wi?tynie zniewa?eniu, a ko?cio?y sta?y pustk?; kap?ani tacy popadali w pogard?, wi?c wnet te? i w sercach wiernych Ko?cio?a zagnie?d?a? si? brud i opiesza?o??. Widz?c, w jakim zaniedbaniu pozostawiaj? kap?ani tabernakulum na o?tarzu, i oni nie oczyszczali z brudu przybytku serca swego na przyj?cie we? Boga ?ywego. Ci wi?c niedbali, nierozumni kap?ani byli przyczyn?, ?e Chrystus musia? wchodzi? do brudnych, grzechem ska?onych serc. Gdy chodzi?o o przypochlebienie si? ksi???tom i dostojnikom ?wiata, o zaspokojenie ich zachcianek i ?wiatowych planów, to tacy kap?ani znale?li zawsze czas zaj?? si? tym gorliwie, a tymczasem Król Nieba i ziemi le?a? jak ?azarz przed drzwiami, ?akn?c nadaremnie okruchów mi?o?ci, bo i tego Mu nie podano. Rany, które?my Mu zadali, przychodzi?y liza? psy, tj. wci?? upadaj?cy grzesznicy, którzy podobnie jak psy ?ar?oczne wyrzucaj? z siebie spo?yty pokarm i znowu chciwie wracaj? do ?eru. Gdybym ca?y rok opowiada?a, nie sko?czy?abym wylicza? tych wszystkich zniewag, jakie zadano i zadawa? miano Jezusowi w Naj?w. Sakramencie. Jaka? wi?c bole?? przejmowa?a Jezusa, gdy widzia? to wszystko, gdy poznawa? jasno, jak ludzie odwdzi?cz? Mu Jego oddanie si? dla nas i za nas. A wszystkie te t?umy przysz?ych Jego zniewa?ycieli, stosownie do rodzaju przewinienia ró?n? opatrzone broni?, rzuca?y si? teraz na zn?kanego, strwo?onego Jezusa, przygniataj?c Go do ziemi. Widzia?am mi?dzy nimi niegodne s?ugi Ko?cio?a wszystkich stuleci, lekkomy?lnych, grzesznych kap?anów, niegodnie sprawuj?cych Msz? ?wi?t? i udzielaj?cych Naj?w. Sakramentu, a zarazem t?umy takich, którzy oboj?tnie, lub niegodnie przyjmowali Naj?w. Sakrament. Mnóstwo by?o takich, dla których ?ród?o wszelkiego b?ogos?awie?stwa, tajemnica Boga ?ywego, sta?a si? s?owem przysi?gi, lub przekle?stwa w z?o?ci. Byli dalej zaciekli ?o?dacy i s?udzy szatana, którzy rozsypywali Naj?wi?tsze dobro, zanieczyszczali ?wi?te naczynia, poniewierali haniebnie, a nawet bezcze?cili w strasznej szata?skiej s?u?bie bo?yszcz. Obok tych nies?ychanych, brutalnych zniewag, by?y tu uosobione zniewagi Jezusa wi?cej wyrafinowane, przebieg?e, a nie mniej ohydne. By?o wi?c wielu takich, którzy przez z?y przyk?ad i zdradliwe nauki stracili wiar? w obietnic? obecno?ci Jezusa w Naj?w Sakramencie, wi?c te? przestali czci? z pokor? obecnego tam Zbawiciela. Mi?dzy nimi sporo widzia?am grzesznych nauczycieli, zb??kanych z drogi prawdy. Walczyli oni z pocz?tku z sob?, lecz w ko?cu wspólnymi si?ami uderzyli na Jezusa w Naj?w. Sakramencie Ko?cio?a Chrystusowego, Widzia?am, jak heretycy, ci naczelnicy sekt, pogard? obrzucali kap?a?stwo Ko?cio?a, stawiali w w?tpliwo?? i zaprzeczali obecno?? Jezusa w tajemnicy Naj?w. Sakramentu tak, jak On j? sam poda? Ko?cio?owi, a Ko?ció? wiernie przechowa?. A przez swe kr?tackie wywody odrywali od serca Jezusa


756

mnóstwo ludzi, za których przela? krew Sw?. Ach! straszny to by? widok! Przed oczyma mia?am Ko?ció? jako cia?o Jezusa, którego pojedyncze cz?onki z??czone by?y gorzkimi Jego cierpieniami. A od cia?a tego ?ywego odrywa?y si? ca?e kawa?y, bole?nie poranione i po?wiartowane; by?y to wszystkie owe kacerskie sekty i rodziny i ich potomstwo, odpad?e od spo?eczno?ci Ko?cio?a. Z jak?? bole?ci? niezmiern? spogl?da? za tymi odpad?ymi cz?onkami Swego cia?a ?wi?tego i biada? nad nimi! On, który Siebie samego odda? jako pokarm w Naj?w. Sakramencie, by rozproszon? i rozpad?? na niezliczone cz?stki ludzko?? zebra? w jedno cia?o Ko?cio?a, Swej oblubienicy, widzia? si? teraz w tym ciele oblubienicy rozpad?ym i rozszarpanym przez z?e owoce drzewa rozdwojenia. Stó? zjednoczenia w Naj?w. Sakramencie, najwy?sze dzie?o Jego mi?o?ci, w którym na wieki chcia? pozosta? w?ród ludzi, sta? si? przez fa?szywych nauczycieli kamieniem granicznym, oddzielaj?cym ludzi, i tu, przy ?wi?tym stole, gdzie ?ywy Bóg sam jest pokarmem i gdzie jedynie mog? si? wszyscy ??czy? w jedno ku zbawieniu, musia?y si? dzieci Jego oddziela? od niewiernych i zb??kanych, by nie sta? si? winnymi cudzych grzechów. — W ten sposób ca?e narody odrywa?y Si? od serca Jezusa, trac?c uczestnictwo w ca?ej skarbnicy ?ask, pozostawionych Ko?cio?owi. Jak?e przykro by?o patrze?, jak najpierw nieliczne jednostki oddziela?y si? od Cia?a Jezusa i sz?y precz, a potem wraca?y, wzmocnione ju? jako ca?e narody; wszyscy ci odpadli od Ko?cio?a, zdziczeni i rozw?cieczeni w niewierze, zabobonach, b??dnych zasadach, pysze i fa?szywej umiej?tno?ci ?wiatowej, poró?nieni w naj?wi?tszych uczuciach, stawali zrazu wrogo naprzeciw siebie, lecz wnet, z??czeni w nieprzejrzane hordy, rzucali si? z sza?em na Ko?ció?; a w?ród nich uwija? si? w??, pobudza? do nowej w?ciek?o?ci i mi?dzy nimi samymi szerzy? spustoszenie. Jezus za? odczuwa? to tak bole?nie, jakby w?asne Jego cia?o darto w niezliczone strz?pki. Widzia? i czu? w tym ucisku ca?e jadowite drzewo odszczepie?stwa, ze wszystkimi ga??zkami i owocami, mno??cymi si? wci?? a? do ko?ca dni, kiedy to pszenic? zbierze si? do stodo?y, a plewy rzuci w ogie?. Widok ten by? czym? tak potwornym, okropnym, ?e podczas jego trwania posta? mego niebieskiego Oblubie?ca po?o?y?a mi r?k? na piersi, mówi?c: „Nikt jeszcze tego nie widzia?, a i twoje serce p?k?oby z przera?enia, gdybym go nie trzyma?." I na Jezusa samego strasznie oddzia?a? ten widok. Krew sp?ywa?a Mu w grubych, ciemnych kroplach po bladym obliczu, w?osy, zwykle g?adko przyczesane, pozlepia?y si? krwi?, naje?y?y i powik?a?y, a broda tak?e by?a pokrwawiona i potargana. Po ostatnim obrazie, w którym dzikie hordy tak rozdziera?y cia?o Jego, wyszed? z jaskini, jakby szukaj?c schronienia i poszed? ku trzem Aposto?om. Lito?? bra?a patrze? na Niego. Szed? chwiejnie, zataczaj?c si?, jakby przywalony olbrzymim ci??arem; zdawa?o si?, ?e lada chwila upadnie. Aposto?owie nie le?eli na ziemi, jak za pierwszym razem, lecz siedzieli, opar?szy zakryte g?owy na kolanach, Jak to wedle krajowego zwyczaju zwykli siedzie? ludzie w ?a?obie, lub na modlitwie; ale i teraz zdrzemn?li si?, pokonani smutkiem, trwog? i znu?eniem. Gdy jednak Jezus dr??c i st?kaj?c zbli?y? si? ku nim, pozrywali si? z ziemi. Ujrzawszy Go w bladym ?wietle ksi??yca, zgi?tego, z zapadni?t? piersi?, z krwawym, bladym obliczem i pogmatwanymi w?osami, w postawie ku nim pochylonej, nie poznali Go w pierwszej chwili, — tak strasznie by? zmieniony. Dopiero gdy za?ama? r?ce, skoczyli ku Niemu i z mi?o?ci? wielk? podparli Go, by nie upad?. A Jezus, w smutku wielkim oznajmi? im, ?e jutro b?dzie zabity, ?e za godzin? ju? Go pojm?, zawlok? przed s?d, b?d? dr?czy?, wyszydza?, biczowa?, a wreszcie w okrutny sposób zabij?. Opowiedzia? im wszystko, co musi wycierpie? do jutra wieczora, zarazem poleci? im pocieszy? w smutku Naj?w. Pann? i Magdalen?. W ten sposób rozmawia? z nimi kilka minut, a w?a?ciwie Sam mówi?, Aposto?owie bowiem, ze smutku i przera?enia nad Jego wygl?dem i s?owami, nie


757

wiedzieli, co mówi? i my?le?. Przypuszczali nawet, ?e mo?e postrada? zmys?y. Chc?c wróci? do groty, nie mia? ju? Jezus tyle si?, wi?c Jan i Jakub Go tam odprowadzili i wrócili zaraz na swoje miejsce. By?o to mniej wi?cej kwadrans po jedenastej. Tymczasem Naj?w. Panna bawi?a w domu Marii Marka, zdj?ta tak?e wielk?, trwog? i smutkiem. Wyszed?szy z Magdalen? i Mari? Marka doogrodu, upad?a tu na kolana na p?ycie kamiennej, a skupiwszy si? w sobie i zapomniawszy o ca?ym otoczeniu, widzia?a tylko i czu?a cierpienia Swego Boskiego Syna. Ju? przedtem wys?a?a by?a ludzi dla zasi?gni?cia wiadomo?ci o Nim, lecz nie mog?c si? ich doczeka?, wysz?a teraz sama z Magdalen? i Salome, i w trwodze wielkiej chodzi?a po dolinie Jozafata. Na twarzy mia?a zas?on?, co chwil? wyci?gaj?c r?ce ku Górze oliwnej; widzia?a bowiem w duchu Jezusa krwi? si? poc?cego ze smutku i trwogi, wi?c chcia?a niejako otrze? Mu oblicze r?kami swymi. Dusza Jej rwa?a si? gwa?townie ku ukochanemu Synowi, a On odczuwa? t? Jej trosk?, bo w chwilach takich tak?e spogl?da? w t? stron?, jakby szukaj?c u Niej ratunku w dusznej Swej trwodze. ??czno?? ta ich duchowa przedstawia?a mi si? w widzeniu pod postaci? promieni, które te dwie umi?owane dusze posy?a?y sobie nawzajem. I o Magdalenie pami?ta? Jezus, odczuwa? jej bole??, wi?c i do niej duchem si? nieraz zwraca?; wiedzia?, ?e po Matce kocha Go ona najwi?cej, i dlatego poleci? Aposto?om j? pocieszy?. Jako Bóg widzia? On, jakie cierpienia czekaj? j? jeszcze i ?e ju? do swej ?mierci nie obrazi go ?adnym grzechem. W tym samym czasie, mniej wi?cej kwadrans po jedenastej, zebra?a si? reszta Aposto?ów, tj. owych o?miu, znowu w altanie ogrodu Getsema?skiego. Wzruszeni byli bardzo i zal?knieni i ci??ko walczyli z opadaj?cymi ich pokusami. Ka?dy z nich obmy?liwa? dla siebie jak?? kryjówk?, a w duchu zadawa? sobie z trosk? pytanie: „Co poczniemy, gdy Jego zabij?? Oto wyrzekli?my si? naszego mienia, opu?cili?my wszystko, a teraz, biedacy, wystawieni jeste?my na po?miewisko ?wiata. Spu?cili?my si? ca?kiem na Niego, a On teraz Sam jest taki bezsilny i przygn?biony, ?e daremnie szuka? u Niego jakiejkolwiek pociechy!" Usiad?szy w altanie, rozmawiali d?ugo, a? wreszcie sen ich zmorzy?. Inni uczniowie b??dzili tak?e po okolicy i dopiero zasi?gn?wszy wie?ci o ostatnich przepowiedniach Jezusa co do gro??cego niebezpiecze?stwa, cofn?li si? prawie wszyscy do Betfage. Jezus, powróciwszy do groty, rozpocz?? na nowo mod?y. Przezwyci??y? ju? odraz? Swej natury ludzkiej do m?k, ale znu?ony bardzo walk? i strwo?ony, tak si? modli?: „Ojcze Mój, je?li jest wola Twoja, oddal ten kielich ode mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech si? stanie!" Wtem rozst?pi?a si? przed Nim ziemia, w której g??b po smudze ?wietlistej wiod?y schody do otch?ani. W niej ukazali Mu si? Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i sprawiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z ut?sknieniem Jego przybycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, mi?o?ci? gorej?ce, wzmocni?o si? i pokrzepi?o tym widokiem, gdy? On to przecie mia? tym duszom, t?skni?cym za Niebem, otworzy? je przez Sw? ?mier?. On mia? je wyprowadzi? z wi?zienia t?sknoty do wiecznej szcz??liwo?ci. Po tych nieba dziedzicach Starego Zakonu, którym Jezus si? przyjrza? z prawdziwym wzruszeniem, przeprowadzili przed Nim anio?owie orszak wszystkich przysz?ych b?ogos?awionych, którzy, ??cz?c swe walki duchowe z zas?ugami m?k Chrystusa, przez Niego mieli po??czy? si? z Ojcem niebieskim. By? to nieopisanie pi?kny, pokrzepiaj?cy na duchu widok, przywodz?cy Jezusowi na pami?? najskrytsz? a niewyczerpan? moc zbawcz? i u?wi?caj?c? czekaj?cej Go ?mierci odkupienia. Wszyscy chodzili przed Jezusem, podzieleni na grupy, stosownie do rodzaju i godno?ci, strojni w cierpienia i dobre dzie?a, dokonane za ?ycia. Szli wi?c


758

Aposto?owie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszyscy m?czennicy, pustelnicy i wyznawcy, papie?e i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli by? zbawieni. Przystrojeni byli oni w zwyci?skie wie?ce swych cierpie? i umartwie?; rozmaito?? kwiatów w wie?cach, kszta?t tych?e, barwa, zapach i si?a wynika?a z ró?no?ci ich cierpie? i walk zwyci?skich za ?ycia, w których zdobyli sobie chwa?? niebiesk?. Lecz wszystko ich ?ycie i dzia?alno??, ca?e znaczenie i si?a ich walk i zwyci?stw, ca?y blask i ?wietno?? ich tryumfu, opiera?y si? jedynie na po??czeniu ich zas?ug z zas?ugami Jezusa Chrystusa. Wszystkich cz?onków tego t?umnego orszaku ??czy?o wzajemne oddzia?ywanie, jaka? ??czno?? ?cis?a panowa?a mi?dzy nimi, a wszyscy czerpali z jedynej krynicy ?ycia, z Naj?w. Sakramentu i m?ki Zbawiciela. Zjawisko to by?o dziwne i niewypowiedziane. Nic tam nie by?o przypadkowego; ka?da najdrobniejsza czynno??, wygl?d i strój, m?cze?stwo i zwyci?stwo, wszystko na pozór tak ró?norodne, ??czy?o si? w jedn? niesko?czon? harmoni?, w jeden zgodny akord. A jedno?? ta wszystkich najró?norodniejszych rzeczy wyp?ywa?a z barwnych promieni ?wietlnych jedynego s?o?ca, z m?ki Chrystusa Pana, wcielonego S?owa, w którym jest ?ycie, a ?ycie jest ?wiat?em ludzi — ?wiec?cym w ciem¬no?ciach, które nie mog? Go ogarn??. Tak z jednej strony patrza? Jezus na dusze sprawiedliwych w otch?ani, z drugiej przesuwa? si? przed oczyma Jego duszy ca?y Ko?ció? przysz?ych ?wi?tych; z jednej strony widzia? t?sknot? Patriarchów, z drugiej zwyci?ski pochód przysz?ych b?ogos?awionych, a oba te widzenia uzupe?nia?y si? nawzajem i wyrównywa?y, otaczaj?c jakby jedn? wielk? koron? zwyci?sk? tchn?ce mi?o?ci? Serce Zbawiciela. Dusza Jezusa, przyj?wszy na Siebie wszelkie ludzkie cierpienia, czerpa?a z tego wzruszaj?cego widoku moc i po-krzepienie. Ach! tak dalece mi?owa? Jezus Swych braci, Swe stworzenia, ?e za cen? jednej jedynej duszy by?by ch?tnie ca?? m?k? wycierpia?! — Obrazy te przedstawia?y si? jako przysz?e, unosz?c si? ponad ziemi?. Lecz znik?o w ko?cu to pocieszaj?ce widzenie, a nowe katusze zacz??y si? dla Jezusa. W grocie pojawi?a si? wielka liczba anio?ów i ci zacz?li Mu przedstawia? ca?? Jego m?k?, pocz?wszy od poca?unku Judasza a? do ostatniego s?owa na krzy?u. Przesuwali obrazy nisko nad ziemi?, bo te? i m?ka mia?a si? ju? nied?ugo zacz??, a ka?dy tu? przed Nim, by mo?na by?o widzie? go wyra?nie. By?o tam przedstawione wszystko, co widzia?am nieraz w rozmy?laniach m?ki Pa?skiej. A wi?c zdrada Judasza, ucieczka uczniów, szyderstwa i zniewagi przed Annaszem i Kajfaszem, zaparcie si? Piotra, wyrok Pi?ata, wyszydzenie przez Heroda, biczowanie i cierniem ukoronowanie, wyrok ?mierci, upadki pod ci??arem krzy?a, spotkanie Naj?w. Panny i Jej omdlenie, wyszydzenie Jej przez oprawców, okrutne przybicie do krzy?a, podniesienie krzy?a, szyderstwa Faryzeuszów, bole?? Maryi Magdaleny i Jana, przebicie boku, s?owem wszystko, wszystko przesuwa?o si? przed dusz? Jezusa jasno i wyra?nie z wszystkimi szczegó?ami. Z l?kiem i wzruszeniem widzia? Jezus wszystkie najmniejsze ruchy, s?ysza? wymawiane s?owa i odczuwa? wszystko. Bra? jednak ch?tnie te m?ki na Siebie, poddawa? si? im ch?tnie z mi?o?ci ku ludziom. Najbardziej zasmuca?a Go konieczno?? sromotnego obna?enia na krzy?u, by zmaza? nieczysto?ci ludzi. B?aga?, by mog?o Go to omin??, a przynajmniej, by pozostawiono Mu opask? na biodrach. Rzeczywi?cie mia? pod tym wzgl?dem otrzyma? pomoc, nie od krzy?uj?cych Go, lecz od pewnego poczciwego cz?owieka. Tymczasem Naj?w. Panna chodzi?a wci?? jeszcze z dwiema ?w. niewiastami po dolinie Jozafata, wespó? odczuwaj?c w duchu ?ywo trwog? i smutek Syna Swego w Ogrójcu. A Jezus nawzajem widzia? i czu? t? bole?? i smutek Matki Swej naj?wi?tszej. Po uko?czeniu przedstawiania m?ki, znikli anio?owie, znik?y i obrazy, a Jezus


759

upad? jak konaj?cy na twarz. Krwawy pot gwa?towniej jeszcze ni? przedtem sp?ywa? z Niego, przeciekaj?c nawet w niektórych miejscach przez ?ó?t? szat?, w któr? by? ubrany. W grocie panowa?a teraz ciemno??. Wtem sp?yn?? w powietrzu ku Jezusowi anio?, wi?kszy, o wyra?niejszych kszta?tach i wi?cej do zwyk?ego cz?owieka podobny, ni? anio?owie poprzedni. Ubrany by? w d?ug?, powiewn? sukni? kap?a?sk?, ozdobion? fr?dzlami, przed sob? trzyma? w r?kach ma?e naczynie, podobne kszta?tem do kielicha u?ywanego przy udzielaniu Komunii ?w. We wn?trzu tego kielicha unosi? si? ma?y, cienki, czerwonawo b?yszcz?cy k?sek owalnego kszta?tu, wielko?ci mniej wi?cej ziarnka bobu. Unosz?c si? przed Jezusem w postawie poziomej, wyci?gn?? anio? ku Niemu praw? r?k?, a gdy Jezus si? podniós?, poda? Mu do ust ów b?yszcz?cy k?sek i da? Mu si? napi? z ?wietlistego kielicha, poczym zaraz znikn??. Jezus wi?c wychyli? dobrowolnie kielich Swych cierpie? i otrzyma? wzmocnienie na duchu, poczym pozo-sta? jeszcze kilka minut w grocie na modlitwie dzi?kczynnej. Smutny by? wprawdzie, ale ju? tak dalece nadnaturalnie wzmocniony, ?e bez trwogi i niepokoju móg? ?mia?ym krokiem pój?? do uczniów. Blady by? jeszcze i mizerny, ale postawa by?a ju? prosta, krok pewny. Chustk? od potu osuszy? Jezus twarz i otar? ni? g?ow?; w?osy mokre jeszcze by?y od potu i krwi, i pozlepiane w kosmyki. Wreszcie opu?ci? Jezus grot?. Na ksi??ycu zna? jeszcze by?o jak przedtem owe dziwne plamy i kó?ko, ale ?wiat?o ksi??yca i gwiazd wydawa?o si? ju? teraz naturalniejsze, nie takie jak przedtem, kiedy Jezus prze?ywa? w grocie te straszne trwogi. Zbli?ywszy si? do Aposto?ów, zasta? ich Jezus jak pierwszy raz ?pi?cych na tarasie; spali w najlepszej, pozakrywawszy g?owy. Wtedy rzek? Jezus do nich: „Nie czas teraz spa?; wsta?cie i módlcie si?, gdy? zbli?a si? godzina, w której Syn cz?owieczy wydany b?dzie w r?ce grzeszników. Wsta?cie i chod?my naprzeciw! Patrzcie, zbli?a si? zdrajca. O, lepiej by?oby dla niego, gdyby si? by? wcale nie urodzi?!" Aposto?owie zerwali si? zerwali si? i trwo?nie si? wko?o rozgl?dali; a po chwilowym namy?le zawo?a? Piotr gwa?townie: „Mistrzu, zawo?am reszt? naszych i b?dziemy Ci? broni?!" Wstrzyma? go Jezus, natomiast pokaza? im w pewnym oddaleniu w dolinie, jeszcze po tamtej stronie potoku Cedron, gromad? zbrojnych ?o?daków, zbli?aj?cych si? z pochodniami, i powtórzy? raz jeszcze, ?e jeden z nich zdradzi Go, co Aposto?owie oczywi?cie uwa?ali za niemo?liwe. Spokojnie mówi? Jezus jeszcze chwil? z Aposto?ami, powtórnie poleci? im pocieszy? Naj?w. Pann?, a wreszcie rzek?: „Czas ju? i?? naprzeciw; chc? bez oporu odda? si? w r?ce nieprzyjació?." Zaraz te? wyszli wszyscy czterej z Ogrodu oliwnego naprzeciw siepaczy, na drog?, oddzielaj?c? Ogrójec od ogrodu Getsema?skiego. Naj?w. Panna powróci?a z doliny Jozafata do domu Maryi Marka z Magdalen? i Salome; towarzyszy?o im kilku uczniów, którzy widzieli ju? orszak zbrojnych ?o?daków i przybyli o tym Maryj? powiadomi?. ?o?dacy, wys?ani na pojmanie Jezusa, szli krótsz? drog?, nie t?, któr? Jezus szed? z wieczernika. Grota, w której Jezus dzi? takie m?ki przebywa?, nie by?a zwyk?ym miejscem modlitwy Jego na Górze oliwnej. By?a nim dalsza nieco grota, w której to w owym dniu, gdy przekl?? drzewo figowe, modli? si? w takim smutku z wyci?gni?tymi r?koma, wsparty o ska??. Na tym kamieniu pozosta?y odci?ni?te ?lady Jego postaci i r?k, którym to ?ladom oddawano pó?niej cze??, ale nie wiedziano ju? na pewno, w?ród jakich okoliczno?ci powsta?y. Ju? nieraz widzia?am takie odci?ni?cia w kamieniu pochodz?ce od proroków Starego Testamentu, Jezusa, Maryi, niektórych Aposto?ów, cia?a ?w. Katarzyny Aleksandryjskiej na górze Synaj i kilku innych ?wi?tych. ?lady takie nie s? nigdy g??bokie, troszk? niewyra?ne, podobnie jak gdy naci?nie si? czym? twarde ciasto.


760

Judasz i siepacze. Drzewo krzy?a

Judasz oczekiwa? w?a?ciwie innego obrotu swej zdrady. Chcia? zdoby? sobie nagrod? pieni??n? i przypodoba? si? Faryzeuszom, wydaj?c w ich r?ce Jezusa, ale nie my?la?, ?e Jezus mo?e by? os?dzony i ukrzy?owany, i to nie by?o w jego planach. Sprzykrzy?o mu si? to uci??liwe, w?drowne ?ycie, pe?ne przykro?ci i prze?ladowa?, wi?c ju? od d?u?szego czasu wszed? w stosunki z kilku szpieguj?cymi Jezusa Faryzeuszami i Saduceuszami, którzy pochlebstwami wci?gn?li go zr?cznie do zdrady. Z?ym pop?dom swym da? folg? ju? w ostatnich miesi?cach, kradn?c, co si? da?o, z ja?mu?n, przeznaczonych dla ubogich; sk?p? jego natur? obruszy?a do reszty hojno?? Magdaleny przy namaszczeniu Jezusa, sk?pstwo te? popchn??o go wreszcie do ostateczno?ci. Zawsze mia? Judasz widoki na doczesne królestwo Jezusa i nadziej?, ?e dostanie mu si? w nim ?wietne i zyskowne stanowisko; gdy jednak ani s?ychu nie by?o o tym, umy?li? sam zdoby? sobie maj?tek. Widzia? przy tym, jak wzmaga?y si? zewsz?d przeciwno?ci i prze?ladowania, wi?c rozumia?, ?e lepiej na wszelki wypadek nawi?za? dobre stosunki z pot??nymi a znakomitymi nieprzyjació?mi Jezusa. Jezus jako? nie my?la? zosta? obiecanym królem; z drugiej strony arcykap?ani i znakomici m??owie przy ?wi?tyni cieszyli si? w oczach Judasza wielk? powag?, wi?c coraz ?ci?lejsze zawi?zywa? stosunki z owymi po?rednikami, a ci pochlebiali mu we wszystkim i prawdopodobnie dla uspokojenia go zapewniali, ?e w ka?dym razie Jezus nie d?ugo si? ju? utrzyma. Niedawno szukali za nim znowu w Betanii, a tak zdrada dojrzewa?a z dniem ka?dym i Judasz coraz g??biej popada? w przepa?? zguby grzechowej. W ostatnich dniach nie czu? prawie nóg, tak biega? po arcykap?anach i kap?anach, by sk?oni? ich do ostatecznego kroku. Ci jednak traktowali go z wielk? pogard?, a co do czynu wahali si?, bardzo. Mówili, ?e czas ju? za krótki przed pasch?, ?e wywo?a si? tylko przez to przeszkod? i zamieszanie w czasie ?wi?t; Rada jedynie przychyla?a si? nieco ku wnioskowi Judasza. Przyj?wszy ?wi?tokradzko Naj?w. Sakrament, popad? Judasz do reszty w moc szatana i zaraz te? poszed? dokona? tej ohydnej zbrodni. Najpierw wyszuka? owych po?redników, którzy dotychczas stale mu schlebiali, a i teraz przyj?li go z ob?udn? uprzejmo?ci?. Powoli zeszli si? i inni Faryzeusze, tak?e Kajfasz i Annasz, ale ci ostatni szyderczo i wzgardliwie si? z nim obchodzili. Zacz??a si? burzliwa, niezdecydowana narada, nie wierzono w dobry wynik sprawy i Judaszowi zdawano si? nie ufa?. Równocze?nie mia?am widzenie, ?e i w pa?stwie piekielnym nie by?o jedno?ci. Szatan pragn??, by ?ydzi stali si? winnymi tej zbrodni, wydaj?c na ?mier? najniewinniejszego z ludzi; pragn?? ?mierci Jezusa, bo nienawidzi? Go za nawracanie grzeszników, ?wi?t? nauk?, uzdrawianie i sprawiedliwo??. Z drugiej strony za? czu? jak?? trwog? wewn?trzn? na my?l o niewinnej ?mierci Jezusa, który jej nie unika? i nie chcia? si? ratowa?; zazdro?ci? Mu, ?e niewinnie b?dzie cierpia? i zaskarbi sobie przez to zas?ugi. Tak wi?c kusiciel z jednej strony roz?arza? z?o?? i nienawi?? nieprzyjació? Jezusa, zebranych w ko?o zdrajcy, z drugiej strony podsuwa? niektórym z nich my?li, ?e Judasz — to nikczemny ?otr, ?e przed ?wi?tami nie da si? za?atwi? sprawa osadzenia Jezusa i nie b?dzie mo?na ?ci?gn?? potrzebna ilo?? ?wiadków przeciw Jezusowi. Tak tedy zwalczali Faryzeusze nawzajem swe zdania i nie mogli powzi?? postanowienia. Zapytywali tak?e Judasza, czy mo?na b?dzie pojma? Jezusa, czy nie ma On ko?o Siebie jakiej zbrojnej gwardii. Nikczemny zdrajca odpowiedzia? im na to: „Bro? Bo?e! Ma tylko jedenastu uczniów, boja?liwych co si? zowie, a i Sam upad? zupe?nie na duchu. Teraz musicie pojma? Jezusa, albo nigdy; innym razem nie b?d? Go móg? wam wyda?, bo ju? nie chc? Mu si? pokazywa? na oczy. I tak


761

ju? ostatnimi dniami a szczególnie dzi? i Jezus sam i inni uczniowie pó?s?ówkami przytyki i docinki mi ró?ne czynili, daj?c do poznania, ?e odgaduj? moje zamiary; gdybym wi?c teraz znowu do nich powróci?, niechybnie by mnie zamordowali. Zreszt? je?li teraz nie pojmiecie Jezusa, to wymknie si? wam, powróci pó?niej z liczn? rzesz? stronników i ka?e si? obwo?a? królem." Takimi argumentami Judasz ich wreszcie przekona?; zgodzono si? na jego wniosek, by pojma? Jezusa stosownie do jego wskazówek, poczym mu zaraz wyp?acono trzydzie?ci srebrników, jako nagrod? za zdrad?. By?o to trzydzie?ci sztuk srebrnej blachy w formie j?zyczków, pospajanych kó?eczkami na ?a?cuszku w jeden p?k. Na blaszkach wybite by?y jakie? znaki. Teraz ju?, czuj?c t? ci?g?? nieufno?? i pogard? Faryzeuszów, da? si? Judasz unie?? pysze i che?pliwo?ci, by si? pokaza? przed nimi jako m?? sprawiedliwy i bezinteresowny, i ofiarowa? si? odda? otrzymane pieni?dze na ?wi?tyni?. Odrzucono jednak t? ofiar?, która, jako zap?ata krwi, nie mog?a by? przyj?ta. Judasz, cho? mo?e poniek?d zadowolony z tego, pozna? tym bardziej g??bok? pogard?, jak? ?ywiono ku niemu, wi?c z?o?? wielka chwyci?a go za serce; nie tego si? spodziewa?. Owoce zdrady, jeszcze nawet nie spe?nionej, ju? napawa?y go gorycz?; ale zanadto ju? zapl?ta? si? z Faryzeuszami i by? w ich r?kach, wi?c wycofa? si? by?o za pó?no. Zreszt? zwracano na niego baczn? u-wag? i nie spuszczano go z oka, dopóki nie u?o?y? ca?ego planu pojmania Jezusa. Trzej Faryzeusze zaprowadzili nast?pnie zdrajc? na dó? do sali, zajmowanej przez ?o?nierzy, zostaj?cych na ?o?dzie przy ?wi?tyni; nale?eli do nich nie tylko ?ydzi, ale i przedstawiciele innych narodowo?ci. Gdy ju? wszystko umówiono i zebrano potrzebn? ilo?? ?o?nierzy, pobieg? Judasz w towarzystwie jednego s?ugi Faryzeuszów, najpierw do wieczernika, by da? im zna?, czy Jezus tam jest jeszcze, bo tu ?atwo mogliby Go pojma?, obsadziwszy bramy. Mia? im o tym da? zna? przez pos?a?ca. Ju? przedtem, zaraz gdy wyp?acono Judaszowi nagrod? zeszed? jeden z Faryzeuszów na dó? i wys?a? siedmiu niewolników, by sprowadzili drzewo na krzy? Chrystusa i zaraz je obrobili na wypadek, gdyby Jezus zosta? skazanym, bo jutro wobec zachodz?cej Paschy nie by?oby ju? na to czasu. Drzewo to le?a?o wraz z innym materia?em nale??cym do budowy ?wi?tyni na placu budowlanym wzd?u? d?ugiego wysokiego muru o kwadrans drogi st?d; wys?ani niewolnicy przywlekli je na plac poza budynkiem s?dowym Kajfasza. Pie? ten, jako ?ywe drzewo, sta? niegdy? w dolinie Jozafata nad potokiem Cedron, pó?niej obalony przez wiatry, tworzy? jakby naturalny most przez potok. Gdy Nehemiasz chowa? w sadzawce Betesda ?wi?ty ogie? i ?wi?te naczynia, u?y? do zawalenia kryjówki oprócz innych pniaków i tego drzewa; pó?niej wydobyto je i odrzucono na bok mi?dzy materia? budulcowy. Cz??ci?, by wyszydzi? Jezusa jako króla, cz??ci? z pozornego przypadku, a w?a?ciwie za zrz?dzeniem Bo?ym, sporz?dzono krzy? dla Jezusa w inny — ni? zwykle — sposób. — Oprócz tablicy z napisem sk?ada? si? krzy? z pi?ciu ró?nych gatunków drzewa. Mia?am objawione ró?ne jeszcze w?a?ciwo?ci i znaczenia, zwi?zane z krzy?em, ale obecnie pami?tam tylko tyle, co opowiedzia?am. Judasz, powróciwszy, oznajmi? Faryzeuszom, ?e Jezusa nie ma ju? w wieczerniku, lecz musi by? zapewne w Swej zwyk?ej modlitewni na Górze oliwnej. Nalega? teraz na to, by dodano mu niewielk? tylko garstk? ?o?nierzy, by nie zwraca? uwagi uczniów, czuwaj?cych wsz?dy, i nie wzbudzi? jakiego rozruchu. Za to trzystu ?o?nierzami miano obsadzi? bramy i ulice dzielnicy Ofel, le??cej na po?udnie od ?wi?tyni i doliny Milo a? do domu Annasza na Syjonie, by powracaj?cemu z Jezusem orszakowi mo?na w razie potrzeby zd??y? na pomoc; wiedziano bowiem, ?e mieszka?cy Ofel s?, gorliwymi stronnikami Jezusa. Dawa?


762

tak?e nikczemny zdrajca rady, jak trzeba si? zabezpieczy?, by Jezus si? nie wymkn??, jak ju? nieraz na wzgórzach nagle znika? Swemu otoczeniu i stawa? si? niewidzialny przy pomocy sztuk tajemnych. Radzi? te?, by przy pojmaniu zwi?zano Jezusa ?a?cuchem, u?ywaj?c przy tym pewnych magicznych ?rodków, a?eby Jezus wi?zów nie móg? rozerwa?. ?ydzi jednak z pogard? odrzucili ten wniosek, mówi?c: „Nie mydlij nam tu oczu! Ju? my damy sobie z Nim rad?, gdy Go raz dostaniemy w r?ce." Judasz umówi? si? z ?o?nierzami, ?e wejdzie przed nimi do ogrodu, uca?uje i pozdrowi Jezusa, jak gdyby by? wci?? jeszcze Jego uczniem i przyjacielem i teraz wraca? po za?atwieniu interesów; wtedy dopiero mieli ?o?nierze otoczy? i pojma? Jezusa. Judasz sam mia? si? przy tym zachowa? tak, jak gdyby pojawienie si? ?o?nierzy nast?pi?o przypadkowo tylko, tu? po jego przybyciu; mia? niby to uciec wraz z innymi uczniami, jakoby nic nie by? winien. Przychodzi?o te? Judaszowi na my?l, ?e by? mo?e powstanie jaki? rozruch, Aposto?owie b?d? si? broni? i Jezus wymknie si?, jak to ju? nieraz by?o. By?by mo?e i zadowolony z tego, nie, jakoby ?a?owa? swego czynu, lub litowa? si? nad Jezusem, bo szatan ju? ow?adn?? nim zupe?nie, lecz z?o?ci?a go pogarda i nieufno??, jak? mu okazywali nieprzyjaciele Jezusa. Judasz ??da? tak?e, by ?o?nierze, id?cy z nim, nie nie?li ?adnych wi?zów ani powrozów i w ogóle by nie dodawano mu ?adnych pod?ych siepaczy. Pozornie zgodzono si? na to, a w rzeczywisto?ci post?piono z nim tak, jak zwykle obchodzi si? z nikczemnym zdrajc?, któremu si? nie ufa i którego si? odrzuca po wyzyskaniu jego zdrady. Dali wi?c Faryzeusze ?o?nierzom szczegó?owe polecenie, by dawali pilne baczenie na Judasza i nie spuszczali go z oka, dopóki Jezusa nie pojm?, gdy? jak mówili, nale?y si? obawia? tego, ?e ?otr ten umknie z otrzyman? zap?at?, a tak tej nocy wcale by nie schwytali Jezusa, lub te? pojmali kogo innego zamiast Niego, a wtedy z ca?ego tego przedsi?wzi?cia wynik?oby tylko zamieszanie, a mo?e i rozruch w czasie ?wi?t. — Oddzia?, który przeznaczono na pojmanie Jezusa, sk?ada? si? z dwudziestu ?o?nierzy, cz??ci? stra?aków przy ?wi?tyni, cz??ci? zbrojnych pacho?ków Annasza i Kajfasza. Umundurowani byli zupe?nie na sposób rzymski; od kaftanów zwiesza?y si? im na l?d?wie rzemienie, podobnie jak ?o?nierzom rzymskim, na g?owach za? mieli szyszaki. Ró?nili si? od nich g?ównie tym, ?e nosili brody, podczas gdy ?o?nierze rzymscy w Jerozolimie nosili tylko faworyty, a brody i w?sy golili. Wszyscy uzbrojeni byli w miecze, a kilku tylko mia?o w?ócznie. Nie?li z sob? na ?erdziach smolne pochodnie i ba?ki z paliwem, ale w ogrodzie jedne tylko z nich za?wiecili. — Pocz?tkowo miano wi?kszy orszak da? Judaszowi, lecz w ko?cu zgodzono si? na jego przedstawienia, ?e z Góry oliwnej wida? ca?? dolin?, i zbyt wielki oddzia? móg?by ?atwo zwróci? na siebie uwag?. Wi?ksza wi?c cz??? ?o?nierzy zosta?a w Ofel; równie? porozstawiano tu i ówdzie na bocznych drogach i w mie?cie czaty, by zapobiec zbiegowisku i usi?owaniom ratowania Jezusa. Gdy Judasz ju? wyruszy? w drog? z dwudziestu ?o?nierzami, pchni?to za nimi w pewnym oddaleniu czterech nikczemnych siepaczy, pospolitych oprawców z p?tami i powrozami, kilka za? kroków za nimi sz?o owych sze?ciu urz?dników, z którymi Judasz nawi?za? by? zdradzieckie stosunki. Byli to jeden znamienity kap?an i zausznik Annasza, drugi Kajfasza, dalej dwóch faryzejskich i dwóch saducejskich urz?dników, którzy to ostatni nale?eli zarazem do Herodian. Byli to wszyscy szpiedzy, ludzie podst?pni i podli pochlebcy Annasza i Kajfasza, a przy tym tajemni, najzaci?tsi nieprzyjaciele Zbawiciela. Wys?ani ?o?nierze obchodzili si? bardzo grzecznie z Judaszem, a? doszli do drogi, oddzielaj?cej ogród Getsema?ski od Oliwnego. Tu jednak zmienili swoje


763

zachowanie si?, nie chcieli pu?ci? samego naprzód, a gdy upiera? si? przy tym, rozpocz?li z nim brutalnie k?ótni?.

Pojmanie Pana

W?a?nie, gdy Jezus wyszed? z trzema Aposto?ami na drog? mi?dzy ogrodem Getsema?skim a Oliwnym, pojawili si? z drugiej strony na 20 mniej wi?cej kroków ?o?nierze z Judaszem, którzy z pocz?tku mo?e nawet nie zobaczyli Pana, tak zaj?ci byli k?ótni?. Judasz mianowicie chcia? sam bez ?o?nierzy przyst?pi? do Jezusa, niby jako przyjaciel, a oni mieli pó?niej jakby zupe?nie przypadkowo, wyskoczy? i pojma? tego, którego on poca?uje. Lecz ?o?nierze, przytrzymawszy go, zawo?ali: ?Poczekaj, bratku! nie pu?cimy ci? od nas, dopóki nie dostaniemy w r?ce Galilejczyka!" Wtem spostrzegli o?miu Aposto?ów, którzy, zwabieni ha?asem, nadeszli z ogrodu Getsema?skiego, wi?c zawo?ali na czterech id?cych z ty?u siepaczy, by wzmocni? swe si?y. Judasz, teraz dopiero spostrzeg?szy tych?e, chcia? ich odprawi? z powrotem i znowu rozpocz?? o to k?ótni?. Tymczasem trzej Aposto?owie rozpoznali przy ?wietle pochodni, co to za jedni, ta banda zbrojna, wi?c Piotr, zapytawszy jak zawsze, zawo?a?: ?Panie, owych o?miu z Getsemane s? tam na przedzie, zatem dalej, uderzymy na tych oprawców!" Jezus jednak kaza? mu spokojnie si? zachowa? i cofn?? si? z. nimi par? kroków za drog? na muraw?. Judasz, widz?c, jak mu pomieszano szyki, z?o?ci? si? ogromnie i sarka?. Na to wysz?o z ogrodu czterech uczniów i przyst?pili, pytaj?c, co ma znaczy? ta k?ótnia i zgie?k. Judasz wi?c zwróci? si? zaraz do nich, zacz?? ich zagadywa? i chcia? bardzo jako? si? wykr?ci? z tej ca?ej sprawy, ale stra? go nie puszcza?a. Czterej ci uczniowie byli to Jakub M?odszy, Filip, Tomasz i Natanael. Ten ostatni, dalej jeden z synów Symeona i wielu innych uczniów, przybyli tu, cz??ci? jako pos?owie od przyjació? Jezusa do o?miu Aposto?ów w ogrodzie Getsema?skim, cz??ci? sprowadzi?a ich trwoga i ciekawo??. Oprócz tych czterech kr??yli i inni w dali z oczekiwaniem, ka?dej chwili gotowi do ucieczki. Jezus tymczasem zbli?y? si? na kilka kroków do ?o?nierzy i zapyta? g?o?no i powa?nie: ?Kogo szukacie?" ? ?Jezusa z Nazaretu" ? zawo?ali przywódcy. A Jezus rzek?: ?Jam jest!" Zaledwie wyrzek? te s?owa, a ?o?dacy, jakby kurczem gwa?townym ogarni?ci, rzucili si? w ty? i upadli na ziemi?. Judasza, stoj?cego w pobli?u, zmiesza?o to jeszcze bardziej. Objawi? ch?? zbli?enia si? do Jezusa, lecz Pan podniós? r?k? i rzek?: ?Przyjacielu, po co przyszed?e??" Na co Judasz, zmieszany, zacz?? mówi? co? o za?atwionym interesie, lecz Jezus przerwa? mu i, zdaje mi si?, rzek?: ?O, lepiej by?oby dla ciebie nie narodzi? si? wcale." Nie przypominam sobie na pewno tych s?ów. Podczas tego podnie?li si? ?o?dacy z ziemi i oczekuj?c umówionego znaku zdrajcy, poca?unku, zbli?yli si? do Jezusa i Aposto?ów, a Piotr i inni obst?pili Judasza, powstaj?c na niego i nazywaj?c go z?odziejem i zdrajc?. Chcia? si? Judasz ?garstwem wywin??, ale nie uda?o mu si? to; sami bowiem ?o?nierze, bior?c go w obron? przed Aposto?ami, dali tym samym ?wiadectwo przeciw niemu. Na powtórne pytanie Jezusa, kogo szukaj?, odpowiedzieli ?o?dacy znowu: Jezusa z Nazaretu!" A Jezus rzek?: ?Jam jest! Powiedzia?em wam ju? to, wi?c je?li Mnie szukacie, zostawcie innych w spokoju." Na Jego s?owo: ?Jam jest" upadli powtórnie ?o?dacy na ziemi?, powykr?cani, jak cierpi?cy na padaczk?, a tymczasem Aposto?owie otoczyli znowu Judasza, rozgoryczeni przeciw niemu do najwy?szego stopnia. Jezus za? rzek? do le??cych ?o?nierzy: ?Wsta?cie!" I wstali zaraz, strachem przej?ci; lecz gdy Judasz nadal k?óci? si? z Aposto?ami, a ci i na stra? pocz?li naciska?, zwrócili si? ?o?nierze przeciw Aposto?om, a oswobodziwszy w ten sposób Judasza, gro?nie za??dali od niego, by da? im umówiony znak; mieli


764

bowiem surowy nakaz tego tylko pojma?, kogo on poca?uje. Judasz wi?c rad nie rad przyst?pi? do Jezusa, u?cisn?? Go i poca?owa?, mówi?c: ?B?d? pozdrowiony, Mistrzu!" A Jezus odrzek? mu: ?Judaszu, poca?owaniem zdradzasz Syna cz?owieczego!" W tej chwili jednak otoczyli Go w ko?o ?o?nierze, a siepacze Go pochwycili. ?Judasz chcia? ucieka?, lecz Aposto?owie przytrzymali go, a nacieraj?c na ?o?nierzy, zawo?ali: ?Panie, czy mamy wzi?? si? do mieczów?" Piotr za? w zapalczywo?ci, nie czekaj?c odpowiedzi, ci?? mieczem Malchusa, pacho?ka arcykap?ana, który chcia? ich odp?dzi? i odci?? mu kawa?ek ucha. Zraniony Malchus upad? na ziemi?, wi?c zamieszanie sta?o si? jeszcze wi?ksze. Po?o?enie ca?e przedstawia?o si? w tej chwili tak: Jezusa trzymali w?a?nie oprawcy, chc?c Go zwi?za?; dalej wko?o otaczali Go ?o?dacy, mi?dzy nimi Malchus, zraniony przez Piotra, Inni ?o?nierze zaj?ci byli wstrzymywaniem i ?ciganiem uczniów, to zbli?aj?cych si?, to znów uciekaj?cych. Czterech za? uczniów kr??y?o z daleka, pokazuj?c si? tylko od czasu do czasu. ?o?dacy bali si? zbyt ostro nast?powa? na uczniów, bo najpierw l?k ich troch? zbiera? na my?l owej mocy tajemnej, która rzuci?a ich o ziemi?, a zreszt? nie chcieli zbyt rozlu?nia? pier?cienia, otaczaj?cego Jezusa, by im si? nie wymkn??. Judasza, który zaraz po poca?unku zdradzieckim chcia? umkn??, zatrzyma?o kilku stoj?cych z dala uczniów i zacz?li Go l?y?, co si? da?o, lecz w?a?nie zbli?y?o si? owych sze?ciu urz?dników, i ci go z jego po?o?enia uwolnili. Oprawcy, jak mówi?am, trzymali ju? Jezusa, przygotowuj?c postronki i wi?zy, by Go skr?powa?. Tak wi?c mia?y si? rzeczy, gdy Jezus, widz?c zranienie Malchusa, rzek?: ?Piotrze! schowaj miecz do pochwy, bo kto mieczem wojuje, od miecza zginie. Albo? my?lisz, ?e nie móg?bym prosi? Ojca, by przys?a? Mi wi?cej ni? dwana?cie hufców anio?ów? Czy? nie mam wypi? kielicha, jaki Mi poda? Mój Ojciec? Jak?e? spe?ni?oby si? Pismo, gdyby nie musia?o si? tak sta??" ? A dalej rzek?: ?Pozwólcie, bym uzdrowi? cz?owieka!" Zbli?y? si? wi?c do Malchusa, dotkn?? ucha jego, a pomodliwszy si?, uzdrowi? je. ?o?dacy i oprawcy pilnowali Go wci??, a teraz, przyst?pili jeszcze urz?dnicy i szydz?c z Niego, mówili do otaczaj?cych: ?Z diab?em ma do czynienia; sztuk? czarodziejsk? zdawa?o si? ucho zranione i w taki sposób uzdrowi? je." Wtem odezwa? si? Jezus: ?Przyszli?cie tu z dzidami i dr?gami pojma? Mnie jak morderc?. A przecie? codziennie naucza?em w?ród was w ?wi?tyni, a nie odwa?yli?cie si? targn?? na Mnie; ale teraz nadesz?a wasza godzina, czas ciemno?ci." Oni za? kazali Go pr?dzej wi?za? i mówili z szyderstwem: ?Nas nie potrafi?e? rzuci? na ziemi? sw? moc? czarnoksi?sk?!" A oprawcy grozili: ?Ju? my Ci wyp?oszymy te twoje sztuczki!" Jezus odpowiedzia? co?, lecz nie pami?tam tego. Rzeczywi?cie tak si? rzecz mia?a, ?e sze?ciu Faryzeuszów i czterej siepacze nie upadli na ziemi?, jak ?o?nierze, gdy Jezus rzek?: Jam jest. Przyczyn? tego by?o, jak otrzyma?am obja?nienie, ?e byli ju? zupe?nie w p?tach szatana na równym stopniu z Judaszem, który tak?e nie upad? na ziemi?, chocia? sta? przy ?o?nierzach. Zreszt? ?o?nierze nie wiele przewinili, bo tylko pilnowali Jezusa, ale nie dotykali si? Go i nie krzywdzili; upadniecie to na ziemi? i powstanie by?o dla nich wyobra?eniem i zapowiedzi? nawrócenia si?, bo rzeczywi?cie pó?niej zostali wszyscy chrze?cijanami. Malchus zaraz po uzdrowieniu ju? si? prawie nawróci?; tylko jeszcze dla karno?ci pe?ni? sw? s?u?b?, ale ju? w par? godzin potem, gdy Chrystusa m?czono, biega? wci?? to do Maryi, to do przyjació? Jezusa i przynosi? im dok?adne wiadomo?ci, co si? dzieje z Jezusem. W?ród ci?g?ych bezczelnych szyderstw Faryzeuszów, oprawcy wi?zali Jezusa z ca?? brutalno?ci? i katowsk? wpraw?. Mali, kr?pi, zwinni, skór? mieli barwy brunatnej, lisowatej, jak egipscy niewolnicy. Szyj?, r?ce i nogi mieli go?e, w ko?o bioder przepask?, na piersiach mieli krótkie kaftaniki bez r?kawów, spi?te po


765

bokach rzemykami. W okrutny sposób zwi?zali Jezusowi r?ce na piersi, mianowicie przegub prawej r?ki przywi?zali do lewej poni?ej ?okcia, podobnie? przegub lewej r?ki do prawej w taki sam sposób, a u?yli do tego nowego, wrzynaj?cego si? sznura i kr?powali silnie, bez mi?osierdzia. Nast?pnie opasali Go szerokim pasem, nabijanym kolcami i przymocowali Mu jeszcze raz r?ce do pier?cieni z ?yka, czy te? z pr?tów, przyczepionych do pasa. Na szyj? za?o?yli Mu naszyjnik, tak?e nabijany z wewn?trz kolcami i innymi rani?cymi przedmiotami; od naszyjnika bieg?y dwa rzemienie, krzy?uj?ce si? na piersi jak stu?a; te, naci?gn?wszy mocno, przywi?zali tak?e do pasa. U pasa zadzierzgn?li w czterech miejscach cztery d?ugie powrozy, którymi mogli wed?ug upodobania okrutnie szarpa? Jezusa na wszystkie strony. Wszystkie te przybory by?y zupe?nie nowe; zdaje si?, ?e kazano je w tym celu umy?lnie sporz?dzi?, od kiedy powzi?to plan pojmania Jezusa. Zapalono wi?cej pochodni i okrutny orszak wyruszy? wreszcie w drog?. Otwiera?o pochód dziesi?ciu ?o?nierzy ze stra?y, za nimi szli oprawcy, ci?gn?c Jezusa na sznurach, dalej Faryzeusze, nie ustaj?cy w szyderstwach, a zamyka?o pochód drugich dziesi?ciu ?o?nierzy. Tu i ówdzie b??kali si? jeszcze z ?alu zawodz?cy uczniowie, odurzeni bole?ci?. Jan trzyma? si? bli?ej, tu? za tyln? stra??, wi?c Faryzeusze kazali wreszcie ?o?nierzom schwyta? i jego. Jan zdj?? swój p?aszcz i mia? na sobie tylko podkasan? tunik? bez r?kawów, by mu ?atwiej by?o uciec; szyj?, g?ow? i ramiona okryte mia? d?ug?, w?sk? chust?, jak? zwyczajnie nosili ?ydzi i u?ywali do ocierania potu. Gdy kilku ?o?nierzy pu?ci?o si? ku niemu, zacz?? Jan ucieka?. Jeden z nich dogoni? go i chwyci? za kark za ow? chust?, lecz Jan zostawi? mu j? w r?ku, a sam umkn??. Siepacze szarpali Jezusem i pastwili si? nad Nim w najokrutniejszy sposób; wykonywali na Nim ca?? swawol? i wyuzdanie, a to g?ównie z pod?ej ch?ci przypodobania si? i schlebiania owym sze?ciu urz?dnikom, pa?aj?cym niezmiern? z?o?ci? ku Jezusowi. Sami szli wygodnymi ?cie?kami, a Jezusa prowadzili na wyt??onych sznurach po do?ach, kamieniach i b?ocie; bolej?cy Jezus musia? i?? k?dy Go sznur ci?gn??. W r?kach mieli guzowate postronki i nimi pop?dzali Pana, jak rze?nik p?dz?cy byd?o do rzezalni, przy tym wci?? tak podle naigrywaj?c i szydz?c z Niego, ?e samo powtórzenie ich s?ów by?oby czym? oburzaj?cym. ? Musz? nadmieni?, ?e przy pojmaniu nie przed?o?ono Jezusowi ?adnego rozkazu, ?adnego wyroku na pi?mie. Post?piono z Nim jak z jakim w?ócz?g?, wyj?tym z pod wszelkiego prawa. Jezus by? bosy. Oprócz zwyk?ej bielizny mia? na Sobie we?nian?, tkan? tunik?, bez szwu i na to zarzucone okrycie. ? Uczniowie, jak w ogóle ?ydzi, nosili na go?ym ciele szkaplerz, z?o?ony z dwóch kawa?ków p?ótna, spi?tych na ramieniu rzemykami, z boku za? otwartych; szkaplerz taki okrywa? piersi i plecy. Brzuch przepasywali opask?, od której zwiesza?y si? cztery szmaty, które, owijaj?c nimi nogi, tworzy?y rodzaj spodni. Szybko posuwa? si? pochód naprzód. Przeszed?szy drog? mi?dzy Ogrodem oliwnym a Getsema?skim, zwrócono si? na prawo wzd?u? zachodniej strony ogrodu Getsema?skiego ku mostowi, wiod?cemu przez Cedron. Most to by? d?ugi, bo wiód? nie tylko przez Cedron, lecz i dalej przez nierówne wynios?o?ci doliny jako utorowana droga wyk?adana kamieniami. Id?c z Aposto?ami na Gór? oliwn?, nie szed? Jezus przez ten most, obchodzi? bowiem dolin? bocznymi drogami i przeszed? po innym mo?cie, wi?cej na po?udnie po?o?onym. ? Nim jeszcze doprowadzono Jezusa do mostu, upad? dwa razy na ziemi? skutkiem niemi?osiernego szarpania oprawców. Lecz nie dosy? tego by?o wyuzdanym siepaczom; przyprowadziwszy skr?powane go Jezusa do po?owy mostu, wysokiego w tym miejscu na ch?opa, str?cili Go w potok, trzymaj?c wci?? sznury w r?ku, wo?aj?c przy tym szyderczo: Teraz mo?e si? napi? do syta." Tylko przez


766

Bosk? Opatrzno?? nie pot?uk? si? Jezus ?miertelnie. Upad? na kolana i nast?pnie na twarz, i by?by porani? strasznie oblicze na g?azach, bo wody by?o ma?o co, gdyby nie by? zas?oni? twarzy zwi?zanymi r?koma. Wprawdzie r?ce mia? przedtem przymocowane do kó?ek u pasa, ale nie wiem, czy sami oprawcy rozlu?nili je przed str?ceniem, czy odwi?za?y si? same za Bosk? pomoc?. ?lady kolan Jego, nóg, ?okci i palców odcisn??y si? na skale, na któr? upad? i pó?niej otaczano je wielk? czci?. Teraz ju? zatraci?a si? wiara w takie rzeczy; a przecie? widzia?am nieraz w historycznych widzeniach odciski takie na kamieniu, nóg, kolan, lub r?k Patriarchów, Proroków, Jezusa, Naj?w. Panny i niektórych ?wi?tych. Ska?y okazywa?y si? mi?ksze i bardziej wierz?ce od serc ludzkich, daj?c w wa?nych chwilach ?wiadectwo, ?e nawet na nie czyni prawda wra?enie. Dotychczas nie widzia?am, by Jezus gasi? gdzie Swe gwa?towne pragnienie po przebyciu tak ci??kich chwil na Górze oliwnej. Teraz dopiero, str?cony do potoku, z trudem chwyta? wod? spieczonymi wargami; s?ysza?am, jak mówi? przy tym o spe?nieniu si? przepowiedni psalmisty: o piciu z potoku nad drog?. ( Psalm 109, wiersz 7). Siepaczom zbyt uci??liwym by?o wyci?ga? Jezusa na powrót na most; przez wod? prowadzi? Go nie mogli, bo drugi brzeg by? wysoko obmurowany, wi?c i tam nie móg?by si? Jezus wydosta?. Wrócili zatem na powrót, ci?gn?c Pana na powrozach przez wod?, poszli kawa?ek w dó? potoku i tu dopiero wyci?gn?li Go jak k?od? na brzeg. Teraz kln?c znowu, szydz?c, popychaj?c Go, bij?c, ci?gli Pana na powrozach po raz drugi przez most. D?uga we?niana suknia, namok?a wod?, poprzylepia?a si? Jezusowi do cia?a i tamowa?a Jego kroki. Przeszed?szy most, upad? Jezus znowu ze zm?czenia na ziemi?. Lecz siepacze poderwali Go zaraz, bij?c powrozami, po czym podpi?wszy Mu przemok?? sukni? u pasa, szydzili zjadliwie, ?miej?c si? z Niego, ?e podpasuje si? do spo?ycia baranka wielkanocnego itp. Pó?noc jeszcze nie wybi?a, gdy widzia?am siepaczy, id?cych po drugiej stronie Cedronu wygodnymi, bocznymi ?cie?kami, a Jezusa ci?gn?cych po szkaradnej, nierównej drodze, po ostrych kamieniach i z?omkach ska? przez ciernie i osty, przeklinaj?c przy tym wci??, szarpi?c Nim i Go bij?c. Z?o?liwi za? urz?dnicy faryzejscy, o ile droga pozwala?a, trzymali si? blisko Jezusa i wci?? popychali Go, k?uli i bili o?cieniami, które ka?dy z nich mia? w r?ku. Szydzili przy tym wci?? i docinali Mu, krwawi?c kochaj?ce serce Jego. Tak np. gdy siepacze ci?gn?li Jezusa po ostrych kamieniach i cierniach, rani?cych Jego bose nogi, mówili szyderczo: ?Tutaj Jan Chrzciciel, Twój przes?aniec, z?? przygotowa? Ci drog?!" albo: ?Tu nie spe?niaj? si? s?owa Malachiasza: ?Anio?a mego po?l? przed Tob?, by przygotowa? Ci drog?;" lub wreszcie: ?Dlaczego nie wskrzesisz sobie Jana Chrzciciela, by wyrówna? Ci drog??" Po ka?dym takim odezwaniu si? wybuchali ci n?dznicy ?miechem zjadliwym, a s?owa ich podnieca?y jeszcze siepaczy, by nowe okrucie?stwa wymy?la? dla udr?czenia biednego Jezusa. P?dz?c tak Pana ku miastu, zauwa?yli, ?e tu i ówdzie w oddali zbieraj? si? gromadki osób; byli to uczniowie, którzy na wie??, ?e Jezusa pojmano, nadbiegli z Betfage i z innych zak?tków, by ?ledzi?, co si? dzieje z ich Mistrzem. Zaniepokojeni tym nieprzyjaciele Jezusa, ?e mo?e napadn? ich i odbij? im je?ca, dawali okrzykami sygna?y na przedmie?cie Ofel, by przys?ano im umówione posi?ki. Orszak by? ju? tylko na kilka minut drogi oddalony od bramy, po?o?onej na po?udnie od ?wi?tyni, a wiod?cej przez ma?? dzielnic? Ofel na Gór? Syjon, gdzie mieszkali Kajfasz i Annasz, gdy wtem spostrzeg?am oddzia? ?o?nierzy, pó? setni, wychodz?cy w celu wzmocnienia konwoju Jezusa. Podzieleni byli na trzy gromadki; w pierwszej by?o wed?ug mego liczenia dziesi?ciu, w ostatniej pi?tnastu ?o?nierzy, a wi?c w ?rodkowej dwudziestu pi?ciu. Szli ?mia?o, zuchwale, z pochodniami w r?kach, a wykrzykiwali rado?nie, jakby chcieli zbli?aj?cym si?


767

g?osi?, ?e nadchodz?, i z?o?y? ?yczenia na pomy?lnie przeprowadzone przedsi?wzi?cie. W chwili, gdy pierwsza gromadka z??czy?a si? z konwojem Jezusa i przez to ruch powsta?, od??czy? si? potajemnie od orszaku z tylnej stra?y Malchus, a za nim kilku innych i cofn?li si? na Gór? oliwn?. Na widok tej nowej gromady ?o?nierzy, spiesz?cych z krzykiem, rozproszyli si? kr???cy w ko?o uczniowie. Naj?w. Panna w trwodze i smutku wysz?a ju? przedtem znowu na dolin? Jozafata w towarzystwie Marty, Magdaleny, Maryi Kleofy, Maryi Salome, Maryi Marka, Zuzanny, Joanny Chusa, Weroniki i Salomy. Znajdowa?y si? one na po?udnie od Getsemane naprzeciw tej strony Góry oliwnej, gdzie by?a druga zwyczajna modlitewnia Jezusa. Tu przynie?li im najnowsze wiadomo?ci ?azarz, Jan Marek, syn Weroniki i syn Symeona; ten ostatni by? z Natanaelem przy o?miu Aposto?ach w Getsemane, a wyrwawszy si? z tumultu, przybieg? tutaj. Wnet potem us?yszano okrzyki i ujrzano w dali migoc?ce pochodnie obu ??cz?cych si? gromad. Naj?w. Panna, widz?c wci?? duchem wszystkie m?ki Jezusa i odczuwaj?c je, tak?e cofn??a si? teraz z towarzyszkami nieco w ty?, by po przej?ciu gwarliwego orszaku powróci? do domu Marii Marka. Tymczasem trzy setnie ?o?nierzy obsadzi?y ju? wed?ug rady Judasza bramy i ulice ca?ej dzielnicy Ofel i st?d to wys?ano tak?e owych 50 ?o?nierzy na wzmocnienie konwoju, tu bowiem najwi?cej obawiano si? rozruchu na korzy?? Jezusa. Judasz zdrajca, zwraca? na to uwag? arcykap?anów, ?e Ofel zamieszkane jest przewa?nie przez ubogich rzemie?lników, wyrobników i woziwodów, zagorza?ych stronników Jezusa, którzy ?atwo mog? przyj?? Mu w odsiecz. Wiedzia? zdrajca, ?e Jezus tym biednym robotnikom, murarzom i cie?lom ?wiadczy? wiele dobrodziejstw, pociesza? ich, naucza?, uzdrawia? i dawa? im ja?mu?ny. Tu w Ofel bawi? tak?e Jezus, podró?uj?c z Betanii do Hebron, po zamordowaniu Jana Chrzciciela w Macherus, by pocieszy? przyjació? Jana. Wtenczas to uzdrowi? tylu pomocników i najemników, pot?uczonych przy zawaleniu si? wielkiej budowli i wie?y Siloe. Prawie wszyscy ci, byli jedni z pierwszych, którzy po zes?aniu Ducha ?w. przeszli do wyznawców Chrystusowych. Gdy nadszed? czas zupe?nego oddzielenia si? chrze?cijan od ?ydów i zak?adano ró?ne osady chrze?cija?skie, zabudowano i tu namiotami i chatami ca?? dolin? a? do Góry oliwnej. Wtenczas to i Szczepan bezpiecznie tam wyst?powa?. ? Ofel le?y na wzgórzu na po?udnie od ?wi?tyni, a otoczone jest osobnym murem; wygl?da ono nie wiele mniej?sze jak Dülmen. ? W ?rodku, w miejscu najwy?szym, na wolnym placu le?y stos belek ociosanych, jakby w jakiej ciesielni. Poczciwych mieszka?ców Ofel zbudzi?y ze snu krzyki obsadzaj?cych ulice ?o?nierzy. Powybiegali z domów, skupiali si? na ulicach i przy bramie, pytaj?c gor?czkowo ?o?nierzy, co si? sta?o, co to ma znaczy?, lecz ci, z?o?eni przewa?nie z pod?ego, wyuzdanego mot?ochu niewolniczego, zamiast odpowiedzi, szydzili z nich i w grubia?ski sposób wpychali ich na powrót do mieszka?. Dopiero gdy im wreszcie kto? obja?ni? ??e prowadz? pojmanego Jezusa, z?oczy?c? i fa?szywego proroka, dodaj?c szyderczo, ?e arcykap?an zajmie si? Nim gorliwie i przygotowa? ju? krzy? dla Niego", rozleg?y si? g?o?ne narzekania i j?ki rozbrzmia?y po ca?ej dzielnicy, zbudzonej ze snu. M??czy?ni i kobiety biegali w ko?o, zawodz?c, lub wzniós?szy r?ce, rzucali si? na kolana i wzywali na pomoc Nieba, wys?awiaj?c dobrodziejstwa Jezusa. A ?o?dacy bez najmniejszej lito?ci w sercu, popychali ich i bili, rozganiali na wszystkie strony i wp?dzali do domów. Przy tym i na Jezusa ciskali obelgi i wo?ali: ?Oto jasny dowód, ?e On jest podburzycielem ludu!" Lecz nie potrafili ca?kiem uspokoi? mieszka?ców, bo bali si? z drugiej strony, by gwa?tami swymi na prawd? nie wywo?a? rozruchu. Ograniczali si? zatem tylko na tym, by usun?? ich z drogi, któr? mia? przechodzi? orszak, prowadz?cy Jezusa. Tymczasem gro?ny ten orszak zbli?a? si? z udr?czonym Jezusem coraz to wi?cej


768

do bramy Ofel. Jezus ju? wielokrotnie upad? na ziemi? i wida? by?o, ?e nie mo?e i?? dalej. Korzystaj?c z tej sposobno?ci jaki? lito?ciwszy od innych ?o?nierz, rzek?: ?Widzicie przecie?, ?e nieszcz??liwy ten cz?owiek nie jest w stanie post?pi? kroku. Je?li mamy dostawi? Go ?ywego przed arcykap?anów, to przynajmniej rozlu?nijcie Mu nieco wi?zy na r?kach, by, upadaj?c, móg? si? nieco podeprze?." Podczas gdy pochód si? zatrzyma? i siepacze rozlu?niali wi?zy, skoczy? jaki? drugi mi?osierny ?o?nierz do pobliskiej studni, naczerpa? wody do tykwy z ?yka, jak? zwykli nosi? tutejsi ?o?nierze i w?drowcy, i da? Jezusowi si? napi?. Jezus wyrzek? kilka s?ów podzi?ki, a przy tym wspomnia? co? proroczo o ?napojeniu ?yw? wod?" i o ?zdroju ?ywej wody." Urz?dnicy faryzejscy jednak zaraz zacz?li szydzi? i ?aja? Go i obwinia? o che?pliwo?? i blu?nierstwo. ? ?Zaprzesta? ? mówili ? czczej gadaniny; ?adnego zwierz?cia ju? nie napoisz, a tym mniej cz?owieka." Jezus jednak mówi? prawd?; pozna?am, bowiem, i? tej samej chwili, w której rozlu?niono Jezusowi p?ta, o?wieci? Bóg serca obu mi?osiernych ?o?nierzy ?wiat?em prawdy. Jeszcze przed ?mierci? Jezusa nawrócili si?, a pó?niej jako uczniowie stali si? cz?onkami gminy Chrystusowej. Wiedzia?am i obecne ich imiona i pó?niejsze jako uczniów i ca?y ten przebieg rzeczy; ale na tyle szczegó?ów, które przesuwaj? si? przed oczami, niepodobna wszystko spami?ta?. W?ród ci?g?ego pastwienia si? nad Jezusem posuwa? si? orszak pod gór? i wszed? wreszcie w bram? Ofel; w tej chwili te? rozleg?o si? ze wszystkich stron rozdzieraj?ce serca narzekanie mieszka?ców, gdy ujrzeli w takim stanie Jezusa, do którego z wdzi?czno?ci przywi?zani byli ca?ym sercem. Tylko z wielkim trudem zdo?ali ?o?nierze powstrzyma? cisn?ce si? zewsz?d t?umy m??ów i kobiet, a wci?? nadbiegali nowi ze wszystkich stron, padali na kolana i wo?ali, wznosz?c d?onie: ?Oddajcie nam tego cz?owieka! Oddajcie nam dobroczy?c?! Kto b?dzie nam teraz dopomaga?? Kto nas w chorobie pocieszy i uzdrowi? Oddajcie Go nam !" ? Straszny to by? widok! Jezus blady, zmieniony nie do poznania, zbity, poraniony, z pogmatwanymi w?osami, w mokrej, brudnej, ?le podpi?tej sukni, szed? targany powrozami, bity kijami, a bezczelni, pó?nadzy siepacze ci?gn?li Go na sznurach jak biedne, ledwie ?ywe bydl? ofiarne. Wyuzdani ?o?dacy odganiali cisn?cy si? z obu stron t?um j?cz?cych z ?alu mieszka?ców, a ci narzekaj?c wyci?gali ku Niemu r?ce, którym przywróci? w?adz? ruchu, wo?ali za Nim ustami, którym przywróci? w?adz? mowy, wyp?akiwali za Nim oczy, którym przywróci? ?wiat?o. Ju? w dolinie Cedron przy??czy?a si? do konwoju Jezusa ró?nego rodzaju t?uszcza; ci tak?e nie szcz?dzili Jezusowi szyderstw i naigrawa?, ju?to o?mieleni przez ?o?nierzy, ju?to podmówieni przez stronników Annasza i Kajfasza i innych nieprzyjació? Jezusa. Teraz za? w Ofel pomagali ?o?nierzom odp?dza? mieszka?ców, ?aja? ich i l?y?. Gdy orszak ju? przeszed? Ofel i wyszed? drug? bram?, nieco z boku umieszczon? w murze, zamkni?to zaraz bram?, by wstrzyma? j?cz?cy t?um, a orszak z Jezusem posun?? si? nieco w dó?. Po prawej r?ce sta? tu wielki budynek, zdaje si?, pozosta?o?? z czasów Salomona, po lewej ? sadzawka Betesda. Prowadzono teraz Jezusa na zachód dolin?, zwan? Milo. Nast?pnie zwrócono si? nieco na po?udnie, gdzie wysokie schody wiod?y na Gór? Syjon do domu Annasza. Przez ca?? t? drog? nie ustawa?y szyderstwa i dr?czenie Jezusa, a z miasta coraz to liczniej zbiera? si? mot?och uliczny, podburzaj?c pod?ych siepaczy Jezusa do coraz bardziej wyuzdanych okrucie?stw. Od Góry oliwnej a? dot?d upad? Jezus siedem razy na ziemi?. Mieszka?cy Ofel nie och?on?li jeszcze z trwogi i smutku, gdy nowa okoliczno?? obudzi?a ich lito?? na nowo. Oto w otoczeniu ?w. niewiast i przyjació? ukaza?a si? Naj?w. Panna, któr? prowadzono przez Ofel z doliny Cedron do domu Maryi Marka, stoj?cego u stóp Syjonu. Poczciwi mieszka?cy, poznawszy J?, podnie?li


769

na nowo okrzyki ?a?o?ci i wspó?czucia i tak skupili si? w ko?o Maryi i Jej towarzyszek, ?e Matka Bo?a nie sz?a, ale raczej t?um J? unosi?, Maryja by?a z bole?ci jak oniemia?a; przybywszy do Marii Marka, nie przemówi?a ani s?owa, dopóki nie przyszed? Jan; wtedy dopiero zacz??a ze smutkiem wypytywa? si? go, a on opowiada? Jej wszystko, czego by? ?wiadkiem naocznym od czasu opuszczenia wieczernika, a? do tej chwili. Pó?niej zaprowadzono Naj?w. Pann? do domu Marty, stoj?cego w zachodniej stronie miasta, obok zamku ?azarza. Prowadzono J? jednak bocznymi drogami, unikaj?c dróg, którymi szed? Jezus, by Jej zbyt nie zakrwawi? serca. Piotr i Jan zd??ali z daleka za konwojem, prowadz?cym Jezusa. Gdy ju? pochód wszed? do miasta, obaj zwrócili si? w inn? stron?, bo umy?lili postara? si? o przyst?p do sali s?dowej, dok?d Jezusa prowadzono. Mia? tu Jan kilku dobrych znajomych mi?dzy s?u?b? arcykap?anów, co? w rodzaju wo?nych, do nich wi?c uda? si? z Piotrem. Ci w?a?nie otrzymali polecenie zbudzenia prze?o?onych wszystkich klas i innych znakomitszych m??ów i powo?ania ich na zgromadzenie s?dowe. Chcieli ch?tnie przys?u?y? si? Aposto?om i u?atwi? im wej?cie na sal? s?dow?, lecz nie mogli znale?? sposobu. Wreszcie jednak dowcipnie rozwi?zali trudno??; ubrali Piotra i Jana w urz?dowe p?aszcze wo?nych i kazali im wraz z nimi zaprasza? cz?onków s?du na posiedzenie, a tak potem w tych p?aszczach b?d? mogli bez przeszkody wej?? na sal? s?dow? u Kajfasza. Inaczej byliby si? nie dostali, bo nie dopuszczano tam nikogo, tylko przekupiony mot?och, ?o?nierzy i fa?szywych ?wiadków. Cz?onkami rady s?dowej, tzn. Wielkiej Rady, byli tak?e Nikodem, Józef z Arymatei i inni ?yczliwi Jezusowi ludzie. To te? obaj Aposto?owie do tych tylko poszli z zaproszeniem i tak zjednali Jezusowi w Radzie przychylne g?osy, bo Faryzeusze mo?e umy?lnie kazaliby byli pomin?? ich w zaproszeniu. ? Judasz przez ca?y ten czas b??dzi? po stromym stoku wzgórza, z po?udniowej strony od Jerozolimy, gdzie wyrzucano wszelkie nieczysto?ci. B??ka? si? szalony z?oczy?ca, a czart nie odst?powa? od jego boku.

Przygotowania nieprzyjació? Jezusa. Rzut oka na Jerozolim?

Annasz i Kajfasz natychmiast zostali uwiadomieni o pojmaniu Jezusa i zaraz te? rozpocz??a si? krz?tanina na wszystkie strony. O?wiecono dziedzi?ce s?dowe i ustawiono stra?e przy wszystkich wej?ciach; pos?a?cy urz?dowi biegali po ca?ym mie?cie, zwo?uj?c cz?onków Rady, uczonych zakonnych i wszystkich, którzy mieli jaki? g?os w s?dzie. Wielu z nich by?o ju? u Kajfasza, gdy Judasz umawia? si? o zdrad? Jezusa, wi?c zaraz te? zostali, by oczekiwa? wyniku sprawy. Powo?ano tak?e prze?o?onych trzech klas mieszcza?stwa. Z okazji ?wi?t zgromadzeni byli w Jerozolimie od kilku dni Faryzeusze, Saduceusze i Herodianie ze wszystkich stron kraju i wiedzieli o zamiarze pojmania Jezusa, bo nieraz rozprawiali nad tym mi?dzy sob? i w Wielkiej Radzie. Arcykap?ani mieli spis ich wszystkich, wi?c wybrali teraz z nich najzaci?tszych nieprzyjació? Jezusa i polecili im, by ka?dy w swoim kó?ku zebra? dowody i ?wiadków przeciw Jezusowi i stawi? si? z nimi do s?du. Wspomina?am ju?, ?e z okazji ?wi?t z ca?ego kraju ci?gn??a ludno?? do Jerozolimy. By?o zatem sporo nieprzyjació? Jezusa Faryzeuszów i innych wrogów z Nazaret, Kafarnaum, Tirzy, Gabary, Jotapaty, Silo i innych miejscowo?ci, których Jezus nieraz zawstydzi? wobec ludu, mówi?c im ?mia?o prawd? w oczy. Wszyscy ci, pa?aj?c ch?ci? zemsty, ucieszyli si?, ?e nadesz?a chwila odwetu. Ka?dy z nich wyszuka? mi?dzy przybyszami ze swych stron po kilku zbirów i przekupi? ich, by za pieni?dze krzyczeli i sk?adali fa?szywe zeznania przeciw Jezusowi. Lecz mimo najsilniejszych ch?ci, oprócz oczywistych k?amstw i obelg, nie mogli nic wynale?? takiego, co by rzeczywi?cie mog?o by? poczytane Jezusowi


770

za win?; chyba te stare oklepane zarzuty, które ju? Jezus tyle kro? zbija? w synagogach i zawsze wykaza? ich nico??. Schodzili si? wi?c teraz wszyscy powoli do s?dowego domu Kajfasza; szli tak?e wszyscy nieprzyjaciele Jezusa z pomi?dzy dumnych Faryzeuszów i uczonych zakonnych z samej Jerozolimy wraz z czered? pod?ych stronników; w?ród nich nie brak?o tak?e rozj?trzonych kramarzy, których Jezus wyp?dzi? z ?wi?tyni. Szli dalej nad?ci nauczyciele, których Jezus nieraz w ?wi?tyni wobec ludu zmusi? do milczenia; mo?e niejeden z nich nie móg? jeszcze darowa? Jezusowi, ?e w swej pierwszej nauce jako dwunastoletni ch?opiec ju? go zawstydzi? i prze¬kona?. Zebrali si? tak?e niepoprawni grzesznicy, których Jezus nie chcia? uzdrowi?, i uzdrowieni, którzy, zgrzeszywszy, na nowo popadli w chorob?; pró?ni m?odzie?cy, których Jezus nie przyj?? na uczniów; chytrzy spadkobiercy, ?li, ?e maj?tek, na który czyhali, dosta? si? za spraw? Jezusa biednym. Nie brak?o ?otrzyków, których towarzyszy Jezus nawróci?, rozpustników i cudzo?ó?ców, których wspólnice przywiód? Jezus na drog? cnoty; spadkobierców, z?ych na Jezusa, ?e uzdrowi? ich spadkodawców; wreszcie wszystkich tych, którzy dla przypodobania si? i korzy?ci gotowi byli do wszelkiej pod?o?ci, którzy jako narz?dzia szatana nienawidzili wszystkiego, co ?wi?te, a wi?c i Naj?wi?tszego ze ?wi?tych. Ca?a ta fala szumowin ?ydostwa miejscowego i zamiejscowego, poruszona przez g?ównych nieprzyjació? Jezusa, p?yn??a ze wszystkich stron ku pa?acowi Kajfasza, by obwinia? o wszystkie zbrodnie Tego niepokalanego Baranka Bo?ego, który d?wiga grzechy ?wiata, by obrzuci? skutkami tych grzechów tego, który rzeczywi?cie wzi?? je na Siebie, d?wiga? je i zg?adzi? w ko?cu ?mierci? Swoj?. Podczas, gdy ten stek plugastwa roi? si?, by splami? czystego Zbawiciela, b??kali si? ludzie bogobojni, przyjaciele Jezusa, nie znaj?cy w?a?ciwego stanu rzeczy, tu i ówdzie z trwog? i smutkiem w sercu; ka?dy krzywo na nich patrza?, a gdy chcieli si? przys?uchiwa?, lub odzywali si? ze skargami, odp?dzano ich. Inni ?yczliwi, lub mniej ?yczliwi, a s?absi na duchu stronnicy Jezusa, zgorszyli si? takim obrotem sprawy, a ulegaj?c pokusie, zaczynali si? ju? chwia?. Rozumnych, wytrwa?ych na duchu nie wielu by?o. By?o to tak, jak i u nas zwyk?o si? dzia?, gdzie niejeden tak d?ugo jest dobrym chrze?cijaninem, dopóki mu to na r?k?, ale niech tylko ?le na to patrz? ludzie, zaraz si? krzy?a wstydzi. Wielu znowu zaraz z pocz?tku ruszy?o sumienie, gdy widzieli bezprawne, nies?uszne, o pomst? do nieba wo?aj?ce post?powanie z Jezusem, to pod?e katowanie Go, a przy tym t? niebia?sk? cierpliwo?? Zbawiciela, z którego ust nie wysz?o s?owo skargi, wi?c cofali si? w milczeniu, cho? z trwog? w sercu. W olbrzymim, przeludnionym mie?cie i w rozleg?ych obozowiskach go?ci wielkanocnych panowa? ju? spokój, bo mieszka?cy po zaj?ciach domowych, po odprawieniu mod?ów i ceremonii przepisanych u?o?yli si? w?a?nie do snu, gdy wtem rozesz?a si? wiadomo?? o pojmaniu Jezusa. Ruch powsta? niezw?ocznie zarówno mi?dzy nieprzyjació?mi jak i przyjació?mi Jezusa. Z ró?nych stron miasta schodzili si? do s?du ci, których powo?ali s?udzy arcykap?anów. Jedni szli tylko przy ?wietle ksi??yca, inni przy?wiecali sobie pochodniami, a wszyscy spieszyli na Syjon, sk?d bi? blask licznych pochodni i dolatywa?a g?ucha wrzawa. Ulice miejskie s? o tej porze przewa?nie puste i niemi?e robi? wra?enie, tym bardziej, ?e okna i drzwi wielu domów wychodz? od ty?u na podwórza. Dzi? przerywaj? t? cisz? w wielu miejscach szmery i rozmowy. Tu i ówdzie puka kto? od dziedzi?ca do bramy i budzi ?pi?cych; drzwi otwieraj? si?, s?ycha? krótkie zapytania i odpowiedzi, i wnet zawezwany spieszy na Syjon. Za nim ci?gn? ciekawsi i s?udzy, by zda? pozosta?ym spraw?, co zasz?o. Gdzie niegdzie znów z ha?asem zasuwaj? rygle i zapory we wrotach; nie?wiadomi — s? w trwodze, czy nie wybuch? jaki rozruch. Tu i ówdzie stoj? ludzie we wrotach i zagaduj? przechodz?cych


771

znajomych o wiadomo?ci, albo te? przechodnie widz?c znajomych z swego stronnictwa, wst?puj? do nich na chwil?, cho? im spieszno. S?ycha? z?o?liwe uwagi i docinki, jak to i u nas zwyk?o si? dzia? w takich okoliczno?ciach. Oto urywki z tych rozmów: „Teraz przekona si? ?azarz wraz z siostrami swymi, z kim si? wdawa?. Za pó?no teraz b?d? ?a?owa? swego post?powania Joanna Chusa, Zuzanna, Maria — matka JanaMarka i Salome. Jakie to upokorzenie b?dzie dla Serafii wobec jej m??a Syracha, który jej tak cz?sto gani? to przestawanie z Galilejczykiem. — Wszyscy ci stronnicy tego wichrzyciela, marzyciela, spogl?dali zawsze na inaczej my?l?cych z politowaniem, a teraz niejeden nie b?dzie wiedzia?, gdzie si? ukry?; dobrze im tak! Nie znajdzie si? pewnie teraz taki, któryby Mu rzuca? pod nogi ga??zie palmowe, szaty i zas?ony. Dobrze si? sta?o tym ?wi?toszkom, którzy zawsze chcieli uchodzi? za lepszych, ?e i ich teraz wezm? na spytki; wszyscy oni bowiem uwik?ani s? mniej lub wi?cej w sprawki Galilejczyka. Sprawa ta g??bsze zapu?ci?a korzenie, ani?eli my?lano. Ciekawym, jak wobec tego zachowaj? si? Nikodem i Józef z Arymatei; ju? dawno podejrzewano ich o to. Trzymaj? oni z ?azarzem, tylko ?e s? ostro?niejsi; ale teraz musi si? wszystko wyja?ni?. Te i tym podobne rozmowy prowadza ci, którzy ?li s? na poszczególne rodziny, a g?ównie na te niewiasty, które s? zwolennikami Jezusa i niedawno w niedziel? Palmow? da?y o tym publiczne ?wiadectwo. W innych miejscach przyjmuj? t? nowin? z innym sercem. Niektórzy trwo?? si?, inni narzekaj? cicho, lub szukaj? skrycie bratniej duszy, by wywn?trzy? sw? trosk? przed przyjacielem. Niewielu o?miela si? wypowiedzie? swe wspó?czucie g?o?no, stanowczo. Jednak nie ca?e jeszcze miasto zerwa?o si? z nocnego spoczynku. Tylko tam, gdzie pos?a?cy przynie?li wezwanie ze s?du, lub gdzie Faryzeusze szukaj? fa?szywych ?wiadków, tam ruch wida? wi?kszy, a g?ównie na ulicach, ??cz?cych si? z drog?, wiod?c? na Syjon. Patrz?c na to, zdaje si?, jak gdyby w ró?nych punktach miasta zapala?y si? iskry z?o?ci i gniewu, p?yn?c przez ulice zabiera?y coraz nowe, i tak ??cz?c si? i wzrastaj?c w si??, p?yn??y wszystkie jak ponury potok ognisty do domu Kajfasza na Syjon. Ruch zaczyna si? powoli budzi? i w tych dzielnicach, w których dot?d panowa? spokój. Rzymscy ?o?nierze nie mieszaj? si? do niczego, ale placówki s? wzmocnione, oddzia?y ?ci?gni?te, w pogotowiu, daj?c baczn? uwag? na wszystko. Zreszt? tak zawsze zachowuj? si? w czasie ?wi?t Wielkanocnych wobec tak ogromnego nap?ywu t?umów; zachowuj? si? na pozór spokojnie, ale s? w pogotowiu na wszelki wypadek. ?ydzi, zmuszeni dzi? do przerwania nocnego spoczynku, unikaj? starannie miejsc, gdzie stoj? rzymskie placówki, gdy? skrupulatni Faryzeusze uwa?ali to sobie za obraz? i zgorszenie, gdyby rzymski ?o?nierz na nich zawo?a?. Arcykap?ani donie?li ju? niezawodnie Pi?atowi, dlaczego kazali obsadzi? ?o?dakami Ofel i cz??? Góry Syjon; ale oni nie ufaj? jemu, a on im nawzajem. Pi?at tak?e dzi? nie ?pi; przyjmuje ró?ne sprawozdania i wydaje rozkazy. ?ona za? jego le?y na ?o?u, pogr??ona w g??bokim a niespokojnym ?nie; wzdycha wci?? i p?acze, widocznie straszne i smutne ma sny. Lecz we ?nie wi?cej otrzymuje wiadomo?ci z woli Bo?ej, ni? Pi?at na jawie. Nigdzie jednak nie objawia si? tak g??bokie wspó?czucie dla Jezusa, jak w Ofel mi?dzy biednymi niewolnikami z ?wi?tyni i najemnikami. Strach, widok pope?nianego gwa?tu, wyrwa?y ich ze snu w?ród cichej nocy. I oto przesun?? si? przed nimi, jak straszno nocne widmo, ich ?wi?ty nauczyciel i dobroczy?ca, który ich uzdrawia? i ?ywi?, zbezczeszczony, zha?biony i skatowany. A w chwil? potem bole?? ich wybuch?a na nowo, otoczywszy wspó?czuciem Matk? swego Dobroczy?cy, przechodz?c? t?dy z towarzyszkami. Ach, jaki? to smutny widok, patrze? na targan? m?kami Matk? Jezusa i Jego przyjació?ki, zmuszone spieszy? o pó?nocy z jednego domu przyjacielskiego do drugiego, zmuszone przebiega?


772

trwo?nie ulice o tak niezwyk?ej dla nich godzinie. Nieraz musz? kry? si? w zau?kach przed gromad? zbyt zuchwa?ych przechodniów, nieraz doznaj? szyderczych zaczepek jakby jakie z?e niewiasty, to znów s?ysz? gorzkie dla nich, z?o?liwe rozmowy przechodniów, a rzadko tylko s?ówko mi?osierne w obronie Jezusa. Wreszcie, dopad?szy swego schronienia, upadaj? prawie nieprzytomne ze znu?enia, pl?cz? i ?ami? r?ce, nie widz?c z nik?d pociechy, padaj? sobie w obj?cia, lub siedz?, t?umi?c w sobie bole??, opar?szy zakryt? g?ow? na kolanach. Wtem s?ycha? w?ród ciszy pukanie do bramy, wi?c nas?uchuj? trwo?nie, kto to mo?e by?. Lecz pukanie jest ciche, niepewne; tak nie oznajmia si? wróg. Otwieraj? zatem ostro?nie i oto widz? które¬go? z przyjació? swego Pana i Mistrza, lub tego? s?ug?. Zarzucaj? go zaraz pytaniami, lecz dowiaduj? si? tylko o nowej jakiej? m?ce Jezusa. Trudno im wysiedzie? w mieszkaniu; wi?c znowu spiesz? na drogi, nas?uchuj? i z wznowion? bole?ci? powracaj? do domu. A tymczasem wi?ksza cz??? uczniów i Aposto?ów b??dzi trwo?nie po dolinach jerozolimskich i kryje si? w grotach Góry oliwnej. Spotkawszy si? z kim w ciemno?ci, odskakuj? od siebie z trwog? i dopiero poznawszy si?, wypytuj? cicho o nowiny, lecz zaraz milkn?, gdy us?ysz?, ?e znów kto? nadchodzi. Coraz zmieniaj? kryjówki, lub pojedynczo zbli?aj? si? do miasta. Niektórzy podkradaj? si? do obozowisk wielkanocnych do znajomych ze swych stron, by us?ysze? jakie nowiny, lub wys?a? kogo na zwiady do miasta. Niektórzy drapi? si? na Gór? oliwn?, z trwog? przys?uchuj? si? wrzawie, dochodz?cej z Syjonu, i ?ledz? za ?wiat?em pochodni, a ka?d? rzecz t?umacz? sobie w najrozmaitszy sposób. Potem spiesz? znowu w dolin?, by wywiedzie? si? co? pewniejszego. Cisz? nocy przerywa coraz cz??ciej zgie?k, panuj?cy w ko?o s?dowego domu Kajfasza. B?yszcz? tu wsz?dzie pochodnie i smolne kaga?ce, a przy ich ?wietle wida? niewyra?ne, ciemne postacie, spiesz?ce w g??b budynku. Od czasu do czasu wstrz?sa powietrzem ryk zwierz?t jucznych i ofiarnych, sprowadzonych przez przybyszów do obozowisk wielkanocnych. Lecz ryk przycicha i s?ycha? znów t?skne, niewinne beczenie mnóstwa potulnych baranków, maj?cych pa?? jutro w ?wi?tyni pod no?em na ofiar? Bogu. Serce przenika dziwna i rzewna t?sknota, bo oto jeden najczystszy Baranek ju? si? ofiarowa? z w?asnej woli i nie otwiera Swych ust na obron?, jak owca prowadzona do rzezalni, jak jagni? milkn?ce w r?kach postrzygacza. A Baranek ten wielkanocny czysty jest i niepokalany, bo to sam Bóg-cz?owiek — Jezus Chrystus. Nad tym wszystkim, hen w górze, rozpostar? si? strop niebieski, dziwnie ciemny i ponury; a po nim posuwa si? powoli ksi??yc gro?ny, niezwyk?ymi plamami przys?oni?ty, jakby schorza?y i wyl?kniony, jakby waha? si? zaokr?gli? sw? tarcz?, bo pe?nia — to czas ?mierci Jezusa. Za miastem za?, od po?udnia w skalistej dolinie Hinnom, w tym miejscu nieucz?szczanym, nieprzyjemnym, gdzie tylko s? bagna, nieczysto?ci i odpadki, b??ka si? zdrajca Judasz Iskariot. P?dzi go szatan i dr?czy w?asne sumienie, wi?c ucieka nawet przed swoim cieniem, a w sercu jego zagnie?d?a si? g?ucha rozpacz. — Piek?o ruszy?o si? dzi? w swych posadach, tysi?ce z?ych duchów b??ka si? po ?wi?tym mie?cie i kusz? ludzi do grzechu. A z?o?? szatana wci?? wzrasta, podwaja si?, miesza i wik?a. Niewinny Baranek wzi?? na Swe barki wszelki ci??ar, ale szatan nie tego chce, chce grzechu. A chocia? ten Sprawiedliwy nie zgrzeszy i daremnie kuszony nie upadnie, szatan stara si? przynajmniej, by nieprzyjaciele Jego zatwardzili si? w grzechu i stali si? zdobycz? piek?a. Anio?owie w Niebie wahaj? si? mi?dzy smutkiem i rado?ci?. Chcieliby zasy?a? b?agania przed tron Bo?y o pomoc dla Jezusa, zdo?aj? jednak tylko podziwia? cud Boskiej sprawiedliwo?ci i mi?osierdzia, który istnia? od wieków w Naj?wi?tszym Nieba, a teraz, w czasie, zacz?? si? spe?nia? na ziemi. Anio?owie bowiem wierz? tak?e w


773

Boga Ojca, wszechmog?cego Stworzyciela Nieba i ziemi i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który si? pocz?? z Ducha ?wi?tego, narodzi? si? z Maryi Panny, dzisiejszej nocy zaczyna cierpie? pod Ponckim Pi?atem, jutro b?dzie ukrzy?owany, umrze i pogrzebion b?dzie; który zst?pi do piekie?, a trzeciego dnia zmartwychwstanie; który wst?pi na niebiosa, siedzie? b?dzie na prawicy Boga Ojca wszechmog?cego, sk?d przyjdzie s?dzi? ?ywych i umar?ych; i oni wierz? w Ducha ?wi?tego, ?wi?ty Ko?ció? powszechny, ?wi?tych obcowanie, grzechów odpuszczenie, cia?a zmartwychwstanie, ?ywot wieczny! Amen. Wszystko to jest tylko nieudolnym wizerunkiem wra?e? i uczu?, nape?niaj?cych biedne, grzeszne serce cz?owieka trwog?, skruch?, trosk? i wspó?czuciem, gdy si? z rozpami?tywania jakby dla wytchnienia odwróci na kilka minut od okrutnej drogi krzy?owej naszego Zbawiciela i zwróci uwag? na dotoczenie. Tak wygl?da?a Jerozolima w owej najsmutniejszej pó?nocy doczesnego czasu, gdy niesko?czona Sprawiedliwo?? spotka?a si? z niesko?czonym Mi?osierdziem Bo?ym, ??cz?c si? i przenikaj?c nawzajem, by zacz?? naj?wi?tsze dzie?o Boskiej i ludzkiej mi?o?ci, by ukara? grzechy ludzkie na Bogu — Cz?owieku, by zmaza? je przez Boga — Cz?owieka. Tak by?o, gdy ukochanego Zbawiciela prowadzono do Annasza.

Jezus przed Annaszem

Oko?o pó?nocy wprowadzono Jezusa przez o?wietlony dziedziniec do wielkiej sali pa?acu Annasza, b?d?cej obj?to?ci ma?ego ko?cio?a. Naprzeciw wej?cia siedzia? Annasz w otoczeniu dwudziestu o?miu rajców na wywy?szeniu, pod którym mo?na by?o do?em przej??. Na wywy?szenie wiod?y z przodu schody, w kilku miejscach przerwane szerszymi tarasami. Na górze by? trybuna? Annasza; on sam wchodzi? wprost na wywy?szenie drzwiczkami od ty?u, wiod?cymi z dalszych komnat Jezus wszed? do sali, otoczony cz??ci? tych ?o?daków, którzy Go pojmali. Oprawcy poci?gn?li Go na powrozach a? prawie na gór? po schodach. Sal? wype?nili ?o?nierze, pozbierany mot?och, ?ydzi, l??cy Jezusa, s?udzy Annasza, i cz??? ?wiadków, których Annasz kaza? zebra?, a którzy pó?niej poszli st?d do Kajfasza. Annasz ledwo móg? si? doczeka? przybycia cierpi?cego Zbawiciela. Z twarzy jego tryska?a z?o?liwa rado??, chytro?? i szyderstwo. By? on obecnie naczelnikiem jakiego? s?du i siedzia? tu ze swym wydzia?em, z komisj?, która mia?a czuwa? nad czysto?ci? udzielanej nauki i wobec arcykap?ana sprawowa?a urz?d oskar?ycielski. Ze spuszczon? g?ow?, w milczeniu, sta? Jezus przed Annaszem, blady, skatowany, w mokrej, b?otem obrzuconej sukni, z skr?powanymi r?koma, trzymany na powrozach przez oprawców. A ten stary, chudy ?otr z rzadkim zarostem, pe?en szyderstwa i ch?odnej ?ydowskiej dumy, u?miechaj?c si?, uda?, ?e nie wie o niczym i zadziwi? si? niby to bardzo, ?e to Jezus jest tym wi??niem, o którym mu dano zna?. Nie potrafi? powtórzy? dok?adnie jego przemowy do Jezusa, ale mniej wi?cej brzmia?a ona tak: „O! patrzcie si?! Jezus z Nazaretu!. Ty to jeste?? Gdzie? s? Twoi uczniowie, Twoi liczni stronnicy? Gdzie Twe królestwo? Jako? wszystko inny obrót wzi??o ni? my?la?e?. Przyszed? koniec zel?ywo?ciom; patrzano, przez szpary, dopóki nie przebra?a si? miara blu?nierstw, ha?bienia kap?anów, gwa?cenia szabatu. Kto s? Twoi uczniowie? Gdzie s?? Milczysz? Mów! podburzycielu, uwodzicielu! Ju? spo?y?e? baranka Wielkanocnego w niew?a?ciwy sposób, w nieprzepisowym czasie, w miejscu nieodpowiednim! Chcesz zaprowadzi? now? nauk?? Kto ci da? prawo do nauczania? Gdzie naucza?e?? Mów! Jak? jest Twoja nauka wszystkich podburzaj?ca? Mów przecie! Jak? jest Twoja


774

nauka?" Wtedy Jezus podniós? powoli zn?kan? g?ow?, spojrza? z powag?, na Annasza i rzek?: „Naucza?em jawnie przed ca?ym ?wiatem, gdzie schodz? si? wszyscy ?ydzi. Nic nie mówi?em skrycie. Dlaczego Mnie pytasz? Pytaj tych, którzy s?yszeli, co mówi?em do nich. Oni wiedz?, jak i co naucza?em." Na te s?owa odbi?o si? w obliczu Annasza szyderstwo i z?o?? zarazem, co spostrzeg?szy jaki? pod?y lizus, pacho?ek, stoj?cy przy Jezusie, wymierzy? Panu silny policzek ca?? r?k?, uzbrojon? w ?elazn? r?kawic?, i rzek?: „Tak to odpowiadasz arcykap?anowi?" Jezus zachwia? si? pod gwa?townym uderzeniem, a ?e równocze?nie tr?cali Nim pacho?cy i szarpali powrozy, wi?c upad? na bok na schody, a krew pop?yn??a z Jego Naj?w. Oblicza. Szyderstwa, ?miechy, szmery i ?ajania rozbrzmia?y po sali. Oprawcy zaraz podnie?li Jezusa, dodaj?c nowe katusze, a On rzek? spokojnie: „Je?li nies?usznie mówi?em, wyka? to; je?li za? s?usznie, za co Mnie bijesz?" Spokój Jezusa doprowadza? Annasza do rozpaczy; wezwa? tedy obecnych, by, jak to sam Jezus za??da?, wyznali, co s?yszeli od Niego i jak? jest Jego nauka. Zaraz rozleg?o si? na wy?cigi l?enie i krzyki mot?ochu. Wszyscy wrzeszczeli naraz! przeszkadzaj?c jeden drugiemu. — „On — mówili — czyni si? królem i Boga podaje za Ojca swego, a Faryzeuszów nazywa cudzo?ó?cami; On podburza lud i uzdrawia w szabat moc? czarta. Ludzie z Ofel szalej? z przywi?zania do Niego, nazywaj? Go swym wybawc? i prorokiem. — On sam ka?e si? nazywa? Synem Bo?ym; mówi, ?e jest Boskim pos?a?cem, rzuca przekle?stwa na Jerozolim?, naucza o zag?adzie miasta, nie zachowuje postów, w?óczy si?, otoczony t?umami ludu w towarzystwie cudzo?o?nic i z?ych kobiet, jada z nieczystymi, z poganami, celnikami i grzesznikami. Ot i teraz powiedzia? przed bram? Ofel ?o?nierzowi, który Mu poda? wody, ?e da mu wod? wiecznego ?ywota, po której nie b?dzie czu? nigdy pragnienia. On uwodzi lud na manowce przez wieloznaczne s?owa. On trwoni cudze pieni?dze i mienie, mydli oczy ludziom ró?nymi wymys?ami o Swym królestwie itp. Takie to zarzuty stawiano Panu jeden przez drugi. Oskar?yciele wyst?powali przed Niego i ciskali Mu je w twarz wraz z obel?ywymi s?owami, a oprawcy szturchali Go przy tym zewsz?d, wo?aj?c: „Mów, odpowiadaj!" Annasz za? i cz?onkowie Rady rzucali w przerwach drwi?ce docinki, jak np.: „No, znamy ju? t? wyborow? nauk?; có? odpowiesz na to? To wi?c by?aby publiczna nauka. Ca?y kraj ma jej ju? a? do zbytku. Có?, nie potrafisz nic wydoby? z Siebie? Dlaczego nie rozkazujesz, królu? — i Boski pos?a?cze — poka? teraz Twe pos?annictwo!" Na ka?de takie odezwanie si? starszych prze?cigali si? siepacze i najbli?ej stoj?cy w szarpaniu, popychaniu i szydzeniu z Jezusa; wszyscy oni mieli ch?tk? pój?? za przyk?adem zuchwa?ego ?o?daka, który wymierzy? Jezusowi policzek. Dr?czony okrutnie, chwia? si? Jezus na wszystkie strony, a Annasz mówi? do Niego ch?odnym, drwi?cym tonem: „Kto ty jeste?? Jaki? król, lub pose?? My?la?em, ?e jeste? synem nieznanego cie?li; a mo?e Ty jeste? Eliaszem, który wzi?ty jest do Nieba na ognistym wozie? Mówi?, ?e ?yje jeszcze. Ty tak?e potrafisz si? czyni? niewidzialnym i nieraz ju? wymkn??e? si?. Mo?e nawet jeste? Malachiaszem? Tyle razy z che?pliwo?ci? przytacza?e? tego proroka i odnosi?e? jego proroctwa do siebie. O nim tak?e chodzi pog?oska, ?e nie mia? ojca, ?e by? anio?em i ?e wcale nie umar?. Pon?tna to sposobno?? dla oszusta, poda? si? za niego. Powiedz, jakim jeste? królem? Ty, co wi?cej znaczysz ni? Salomon, jak to sam powiedzia?e?. Dobrze, ja nie chc? Ci d?u?ej zabrania? u?ywania tytu?u Twego królestwa." Tu kaza? sobie Annasz poda? kartk? trzy ?wierci ?okcia d?ug?, a szerok? na trzy palce, rozpostar? j? na tablicy, trzymanej przed sob?, i piórem trzcinowym


775

wypisa? na niej rz?dem wielkie g?oski, z których ka?da zawiera?a osobne oskar?enie przeciw Panu. Kartk? t? w?o?y? zwini?t? w ma??, wydr??on? flaszeczk? arbuzow?, opatrzon? u góry czopkiem. Flaszeczk? umie?ci? na d?ugiej trzcinie, i kazawszy poda? to ber?o szydercze Jezusowi, rzek? do Niego z ch?odnym ur?ganiem: „Oto masz ber?o Twego pa?stwa; s? w nim zawarte wszystkie tytu?y, godno?ci i prawa. Zanie? je do arcykap?ana, by pozna? z niego Twoje pos?annictwo i Twe królestwo, i by obszed? si? z Tob? odpowiednio do Twej godno?ci. Zwi??cie Mu r?ce i zaprowad?cie tego króla przed arcykap?ana! Rozwi?zano bowiem Jezusowi r?ce, wprowadziwszy Go tu, teraz za? zwi?zano je na nowo na krzy? przez piersi, wetkn?wszy Mu w nie obel?ywe ber?o, zawieraj?ce akt Jego oskar?enia. Tak wyprowadzono Go z sali i poprowadzono do Kajfasza w?ród na?miewa?, krzyków szyderczych i udr?cze?.

Jezus prowadzony od Annasza do Kajfasza

Prowadzony do Annasza przechodzi? ju? Jezus ko?o domu Kajfasza, po?o?onego nieco w bok, st?d o 300 kroków; teraz poprowadzono Go tam na powrót lini? przek?tn?. Droga, wiod?ca g?ównie mi?dzy murami i pomniejszymi budynkami, nale??cymi do budynku s?dowego Kajfasza, o?wiecona by?a kaga?cami na s?upach, a nape?niona krzykliwym, rozszala?ym mot?ochem ?ydowskim. ?o?nierze eskortuj?cy, z trudem tylko powstrzymywali napór mot?ochu. Te sami zbiry, którzy u Annasza l?yli Jezusa, szli teraz za Nim do Kajfasza, powtarzaj?c dawne i wysilaj?c si? na nowe obelgi; siepacze znowu do??czali do obelg czynne zniewagi i tak dr?czono Jezusa przez ca?? drog?. Widzia?am sama, jak zbrojni pacho?cy s?dowi odp?dzali precz gromadki ludzi ?yczliwych, lituj?cych si? nad Jezusem, a natomiast tym, którzy prze?cigali si? w obelgach i zarzutach przeciw Panu, dawali pieni?dze i ch?tnie wpuszczali ich na dziedziniec s?dowy. Przypatrzmy si? teraz bli?ej budynkowi, w którym os?dzono Jezusa na ?mier?. Przez bram? wchodzi?o si? na obszerny dziedziniec zewn?trzny, a st?d znowu przez bram? na drugi dziedziniec, otoczony w ko?o domu murem. (B?dziemy go odt?d nazywa? dziedzi?cem wewn?trznym).? Dom sam by? dwa razy tak d?ugi jak szeroki. Przedni? cz??? tworzy?a wolna przestrze? bez dachu, wy?o?ona p?ytami kamiennymi, zwana podedworzem czyli atrium. Otacza?y j? z trzech stron kryte kru?ganki i z trzech te? stron by?y wej?cia. G?ówne wej?cie do atrium znajdowa?o si? w kru?ganku po prawej, d?u?szej stronie budynku. Wchodz?c tu, widzi si? na lewo pod go?ym niebem obmurowan? jam?, w której pali si? ogie?; zwróciwszy si? za? na prawo, ma si? przed sob? czwart? stron? atrium; nie ma tu tak?e ?ciany, tylko kilka kolumn, a min?wszy je, wchodzi si? po kilku schodach do wy?ej po?o?onej, krytej sali, tj. sali posiedze? Wielkiej Rady. Wzd?u? ?cian w pó?kole biegn? amfiteatralne siedzenia dla cz?onków Rady, w ?rodku na górze jest miejsce dla arcykap?ana. W ?rodku pó?kola w otoczeniu stra?y stoi zwykle oskar?ony, po obu za? stronach i za nim a? w dó? do atrium s? miejsca dla ?wiadków i oskar?ycieli. Poza wywy?szeniem dla s?dziów, w ?cianie tylnej, jest troje drzwi, wiod?cych do drugiej wi?kszej, tak?e pó?kolistej sali, w której równie? s? pod ?cianami amfiteatralne siedzenia; tu odbywaj? si? tajne posiedzenia s?dowe. Wchodz?c tu z pierwszej sali, widzi si? znowu na prawo i na lewo drzwi, którymi po d?ugich schodach wychodzi si? za dom na dziedziniec wewn?trzny, zaokr?glaj?cy si? tu tak?e, stosownie do kszta?tu budynku. Wyszed?szy tu prawymi drzwiami i zwróciwszy si? w podwórzu na lewo ku budynkowi, widzi si? drzwi do ciemnego podziemnego lochu, znajduj?cego si? pod sal? publicznych posiedze? s?dowych, która, jak powiedzieli?my, wy?ej jest po?o?ona ni? atrium, a zatem tworzy miejsce na wi?zienie. Jest tu wi?cej wi?zie?


776

w tej cz??ci dziedzi?ca; w jednym z nich widzia?am uwi?zionych po Zielonych ?wi?tach Jana i Piotra przez jedn? noc, kiedy to Piotr uzdrowi? chromego przy Pi?knej bramie ?wi?tyni. Ca?y budynek wewn?trz i zewn?trz o?wietlony by? rz?si?cie lampami i pochodniami; by?o tam jasno jak w dzie?. Wewn?trz atrium, jak wspomnia?am, pali? si? ogie? w owej wielkiej jamie. Jama te wygl?da?a jak piec wpuszczony w ziemi?, u góry otwarty, z góry te? wrzuca?o si? paliwo, jak mi si? zdaje, w?giel kamienny. Po bokach wystawa?y z jamy na wysoko?? cz?owieka jakby rogi; by?y to rury, odprowadzaj?ce dym; pal?cy si? ogie? by?o dobrze wida?. W ko?o ognia cisn?li si? ?o?nierze, pacho?cy sadowi i rozmaity mot?och, sk?adaj?cy si? z przekupionych ?wiadków. Wida? by?o i kobiety, mi?dzy nimi i zepsute ladacznice, które sprzedawa?y tu ?o?nierzom jaki? czerwony napitek i piek?y dla nich placki. Wsz?dzie by? ruch, gwar, krz?tanina, jakby w jaki wieczór zapustny. Wi?ksza cz??? powo?anych na posiedzenie zebra?a si? ju? na wywy?szeniu w ko?o Kajfasza; niektórzy schodzili si? jeszcze powoli. Oskar?yciele i fa?szywi ?wiadkowie nape?niali atrium zbitym t?umem; nowi wci?? nap?ywali, wi?c wydano rozkaz nie wpuszczania wi?cej nikogo. Na chwil? przed przyprowadzeniem Jezusa przybyli na zewn?trzny dziedziniec Piotr i Jan, ubrani w p?aszcze wo?nych. Jan , za wstawieniem si? znajomego mu s?ugi przedosta? si? jeszcze szcz??liwie przez bram? na wewn?trzny dziedziniec, ale zaraz zanim zamkni?to bram?, by powstrzyma? nap?yw t?umów. Piotr, spó?niwszy si? nieco w nat?oku, zasta? ju? bram? zamkni?t?, a od?wierna nie chcia?a go wpu?ci?. Jan, s?ysz?c z wewn?trz je go dobijanie si?, prosi? od?wiern?, by go wpu?ci?a, ale nie pomog?oby to, gdyby szcz??ciem nie nadeszli Nikodem i Józef z Arymatei i nie pomogli Piotrowi wej?? do ?rodka. Teraz oddali Piotr i Jan p?aszcze s?u??cym i spokojnie stan?li w?ród t?umu po prawej stronie atrium, sk?d wida? by?o trybun? s?dziowsk?. Kajfasz zaj?? ju? swe miejsce w ?rodku na górze, a w ko?o zasiad?o blisko 70 cz?onków Wielkiej Rady. Byli wi?c komisarze miejscy, prze?o?eni, uczeni zakonni, jedni stali, drudzy siedzieli po obu stronach, a w ko?o nich t?umy przekupionych ?wiadków i zbieraniny ulicznej. ?o?nierze stali szpalerem od podwy?szenia s?dziowskiego po kolumny wej?ciowe przez ca?e atrium a? do bramy, któr? miano wprowadzi? Jezusa; a nie by?a to brama przeciwleg?a sali s?dowej, lecz po lewej stronie atrium. Kajfasz, by? to uk?adny m?? o ponurym, p?omiennym obliczu. Mia? dzi? na sobie d?ugi purpurowy p?aszcz, przystrojony z?otymi kwiatami i fr?dzlami, pospinany na plecach i z przodu a? do do?u b?yszcz?cymi blaszkami. Na g?owie mia? czapk? podobn? do niskiej mitry biskupiej; sk?ada?a si? z dwóch cz??ci pa??kowato z??czonych, z bocznych otworów zwiesza?y si? kawa?ki tkaniny, a z obu boków opada?y na plecy dwa p?aty kosztownej materii. ? Kajfasz czeka? tu ju? d?ugo wraz z ca?ym zgromadzeniem Wielkiej Rady; wielu jej cz?onków czeka?o tu jeszcze od czasu, gdy wyprawiono ?o?nierzy z Judaszem na pojmanie Jezusa. Niecierpliwo?? i z?o?? ros?y w Kajfaszu coraz bardziej, wi?c czasem sam, w ca?ym swym stroju zbiega? z podwy?szenia do atrium i ?aja? i wypytywa?, kiedy te? ju? nadejd?. Wreszcie dano mu zna?, ?e orszak si? zbli?a, wi?c powróci? na swoje miejsce.

Jezus przed Kajfaszem

W?ród okrzyków szyderczych, popychany, bity i obrzucany plugastwem, doszed? Jezus do gmachu s?dowego. Wprowadzono Go do atrium, gdzie w miejsce krzyków gawiedzi przyj?to Go szmerem i pomrukiem d?ugo t?umionej z?o?ci. Od drzwi skierowa? si? orszak na prawo ku podwy?szeniu s?dziowskim. Przechodz?c


777

ko?o Piotra i Jana, spojrza? Jezus na nich mile, nie zwracaj?c jednak ku nim g?owy, by ich nie zdradzi?. Zaledwie stan?? Jezus przed Rad?, zaraz zakrzykn?? na? Kajfasz: „Jeste? tu? Ty ?wi?tokradco, który zak?ócasz nam spokój tej ?wi?tej nocy!" Zdj?to zaraz z ber?a Jezusowego ow? flaszeczk? z oskar?eniami, spisanymi przez Annasza; odczytawszy je g?o?no, zaraz zarzuci? Kajfasz Jezusa potokiem obelg i wymy?lonych zarzutów. A oprawcy i bli?ej stoj?cy ?o?nierze szarpali wci?? Pana i popychali. Mieli oni ?elazne pa?eczki z gruszkowat? ga?k? na ko?cu, nabit? gwo?dziami; tymi laseczkami szturchali Go wci??, wo?aj?c: „Odpowiadaj! Otwórz usta! Nie umiesz mówi??" Kajfasz rzuca? si? z wi?ksz? jeszcze z?o?ci? ni? Annasz, zasypywa? Jezusa mnóstwem pyta? natarczywych, lecz Jezus zbola?y, cichy, sta? spokojnie z oczyma utkwionymi przed Siebie, nie patrz?c nawet na Kajfasza. Wi?c oprawcy, chc?c Go zmusi? do odpowiedzi, bili Go po kr?gach, po bokach i r?kach, nawet k?uli Go szyd?ami; a jaki? okrutny cz?owiek przycisn?? Mu wielkim palcem doln? warg? do z?bów i zawo?a?: „No, k?saj tu!" Wobec uporczywego milczenia Jezusa zarz?dzi? Kajfasz przes?uchanie ?wiadków. Wi?c znowu podkupiony mot?och zacz?? krzycze? i ple?? na wy?cigi, co komu ?lina na j?zyk przynios?a; to znów wyst?powa?y z oskar?eniami pojedyncze partie najzaci?tszych nieprzyjació? Jezusa z pomi?dzy Faryzeuszów i Saduceuszów, zebranych na ?wi?ta z ca?ego kraju, których umy?lnie wyszukano i tu sprowadzono. Powtarzano wi?c znowu te stare zarzuty, które Jezus ju? mo?e po sto razy zbija?. Mówiono, ?e uzdrawia i wyp?dza czarty moc? diabelsk?, ?e gwa?ci szabat, ?amie posty, nazywa Faryzeuszów nasieniem jaszczurczym i cudzo?ó?cami, ?e podburza lud, przepowiada zag?ad? Jerozolimy, obcuje z poganami, celnikami, grzesznikami i podejrzanymi niewiastami, ?e uczniowie Jego nie umywaj? r?k wed?ug przepisu. Zarzucano Mu dalej, ?e w?óczy si? z t?umami, ka?e si? nazywa? królem, prorokiem, a nawet Synem Bo?ym i wci?? mówi o Swoim królestwie, ?e zaprzecza prawomocno?ci rozwodów i rzuca kl?twy na Jerozolim?. Przytaczano Jego s?owa, jako nazywa si? chlebem ?ywota i mówi nies?ychane rzeczy, ?e kto nie po?ywa Jego cia?a i nie pije krwi Jego, nie b?dzie b?ogos?awionym i zbawionym. Tak to przekr?cano i przewracano wszystkie Jego s?owa, nauki i przypowie?ci, przeplataj?c oskar?enia obelgami i czynnymi zniewagami. Lecz w wywodach tych swych wci?? pl?tali si? oskar?yciele i sprzeciwiali sobie nawzajem. Jeden mówi?: „On podaje si? za króla!" drugi zaraz poprawia?: „Nie! On ka?e si? tylko tak nazywa?, ale gdy Go chciano naprawd?, obra? królem, uciek?." To znów kto? krzykn??: „Ale On powiada, ?e jest Synem Bo?ym!" — Na co odrzek? inny: „Nie, to nie! On tylko mieni si? Synem, bo pe?ni wol? Ojca." Inni znów opowiadali, jak to Jezus uzdrowi? ich, a potem na nowo zachorowali, ?e wi?c wtym uzdrawianiu musi by? co? niew?a?ciwego. W ogóle najwi?cej ?wiadczono przeciw Jezusowi i obwiniano Go, ?e jest czarnoksi??nikiem. ?wiadczono tak?e fa?szywie o uzdrowieniu chorego przy sadzawce Betesda, k?amano przy tym i stawiano ro?ne sprzeczno?ci. Nast?pnie obwiniali Go Faryzeusze z Seforis, z którymi raz dyskutowa? o rozwodzie, ?e rozszerza fa?szyw? nauk?. Ów m?odzieniec z Nazaretu, którego Jezus nie chcia? przyj?? na ucznia, by? tak?e na tyle pod?ym, ?e wyst?pi? tu ?wiadczy? przeciw Jezusowi. Mi?dzy obwinieniami wspominano i to, jako Jezus uniewinni? w ?wi?tyni cudzo?o?nice, a pot?pi? natomiast Faryzeuszów. Mimo tych usilnych stara? nie mogli nieprzyjaciele Jezusa zdoby? si? na jakie? rzeczywiste, uzasadnione oskar?enie, mog?ce Jezusa pot?pi?. ?wiadkowie wyst?powali ca?ymi gro madami, l??c Pana wi?cej w oczy, ni? przeciw Niemu ?wiadcz?c. K?ócili si? tylko mi?dzy sob?, a nie udowodni? nie potrafili. Kajfasz za? i niektórzy cz?onkowie Rady wci?? rzucali na Jezusa obelgi, wci?? ?ajali Go i wykrzykiwali: „Có? Ty za król jeste?!


778

Poka? Tw? moc! Zwo?aj hufce anio?ów, o których mówi?e? w Ogrodzie oliwnym. Gdzie podzia?e? pieni?dze wdów i tych nierozs?dnych, którzy Ci je powierzyli? Roztrwoni?e? cale maj?tki. Co sta?o si? z tym wszystkim Odpowiadaj! Mów! Teraz, gdy masz odpowiada? s?dziom, zamilk?e?; lecz tam, gdzie lepiej by?o milcze?, wobec mot?ochu i kobiet, tam umia?e? mówi?" itd. A tymczasem siepacze wci?? bili, tr?cali i katowali Jezusa, chc?c Go zmusi? do odpowiedzi. Tylko przy Bo?ej pomocy by? Jezus w stanie wytrzyma? to wszystko i nie umrze?, by móg? d?wiga? grzechy ?wiata. Znalaz?o si? nawet kilku pod?ych ?wiadków, którzy zarzucili Jezusowi, ?e jest nie?lubnym synem, lecz zaraz drudzy sprzeciwili si? temu, mówi?c: „To ju? jest wymys?, przecie? Matka Jego by?a bogobojna dziewic? przy ?wi?tyni, a za?lubi?a si? równie? bardzo pobo?nemu m??owi, czego nawet byli?my ?wiadkami." I zaraz zacz??a si? k?ótnia o to, bo jedni nie chcieli drugim ust?pi?. Zarzucano tak?e Jezusowi i uczniom, ?e nie sk?adali ofiar w ?wi?tyni. Rzeczywi?cie nie widzia?am, by Jezus i Aposto?owie, odk?d byli przy Nim, sk?adali kiedy bydl?ta na ofiar? w ?wi?tyni, z wyj?tkiem baranków wielkanocnych. Przedtem sk?adali za Jezusa ofiary Józef i Anna, ale ostatecznie zarzut ten nie mia? podstawy ani warto?ci. Esse?czycy bowiem nie tak?e sk?adali ?adnych ofiar z bydl?t, a przecie? nikt nie mia? im tego za karygodne. — Cz?sto te? powtarzano oskar?enie o czarnoksi?stwo, a Kajfasz sam utrzymywa?, ?e ta niezgoda mi?dzy ?wiadkami i zamieszanie jest tak?e skutkiem czarnoksi?skich sztuczek Jezusa. Kilku ?wiadków wynalaz?o ten zarzut, ?e, Jezus spo?y? pasch? wbrew przepisom, ju? dzisiejszego szabatu i ?e zesz?ego roku tak?e nie zachowa? przepisanych prawem obrz?dów. Rozpocz??y si? przeto znowu ?ajania i obelgi, lecz wnet ?wiadkowie pomieszali si? i popl?tali w swych zeznaniach, wi?c ca?? Rad?, a g?ówni Kajfasza gryz? wstyd i z?o??, ?e nic nie mo?na wymy?li?, co by rzeczywi?cie obci??a?o Jezusa. Wreszcie wezwano Nikodema i Józefa z Arymatei, by si? usprawiedliwili, dlaczego, wiedz?c, ?e dzi? nie jest dzie? po?ywania paschy, wynaj?li Jezusowi wieczernik na Syjonie. Ci wyst?pili wi?c przed Kajfasza i wykazali z ksi?g, ?e wed?ug starego zwyczaju wolno Galilejczykom po?ywa? pasch? o jeden dzie? pierwej, zatem co do tego nie wykroczy? Jezus przeciw prawu, bo jest Galilejczykiem, a co do reszty to wszystko odby?o si? w porz?dku, gdy? byli przy tym obecni ludzie z ?wi?tyni. Ten ostatni szczegó? zmiesza? bardzo ?wiadków; w ogóle gniew nieprzyjació? Jezusa zwi?kszy? si? jeszcze, gdy Nikodem, kazawszy przynie?? ksi?gi, wykaza?, ?e rzeczywi?cie prawo takie dla Galilejczyków istnieje. By?o tam przytoczonych kilka powodów na uzasadnienie tego prawa; przypominam sobie z nich tylko ten, ?e je?liby wszyscy musieli w jednym dniu po?ywa? pasch?, to przy tak wielkim nap?ywie ludno?ci nie mo?na by si? za?atwi? w ?wi?tyni ze wszystkim w przepisanym czasie, a znów, gdyby wszyscy naraz, powracali do domu, nat?ok na drogach by?by zbyt wielki. Nie zawsze robili Galilejczycy u?ytek z tego prawa, ale prawo istnia?o i nie da?o si? zaprzeczy?, wi?c zarzut, wymierzony przeciw Jezusowi, upad? sam przez si?. Z?o?? Faryzeuszów wzros?a jeszcze do najwy?szego stopnia, gdy Nikodem tak zako?czy? swe dowodzenie: „Czuj?, jak? to musi by? obelg? dla ca?ej Rady, ?e zwo?ano nas tu w nocy przed najwi?kszym ?wi?tem, z takim po?piechem, by z takim pewnym siebie uprzedzeniem wnie?? skarg? na tego M??a, a tymczasem zeznania wszystkich ?wiadków s? najoczywi?ciej sprzeczne i nic nie mo?na Mu z?ego dowie??." Zjadliwie spojrza? ka?dy na Nikodema, s?ysz?c te s?owa, po czym tym spieszniej i bezwstydniej prowadzono dalej badania ?wiadków. Po wielu bezecnych, przewrotnych i k?amliwych zeznaniach wyst?pi?o wreszcie jeszcze dwóch ?wiadków i rzekli: „Ten oto Jezus powiedzia?, ?e obali ?wi?tyni?, zrobion? r?kami ludzkimi, i w trzech dniach wybuduje now?, która nie b?dzie dzie?em r?k


779

ludzkich." — Lecz i ci ?wiadkowie pok?ócili si? w ko?cu. Jeden z nich twierdzi?, ?e Jezus spo?ywa? pasch? inaczej ni? zwykle i w innym budynku, dlatego w?a?nie, by zaznaczy?, ?e tam ustanawia now? ?wi?tyni?, a star? obala. Drugi natomiast zaraz sprzeciwi? si?, rozumuj?c, ?e wieczernik zrobiony jest tak?e r?k? ludzk?, wi?c Jezus musia? mie? co innego na my?li. Kajfaszowi dokuczy?o to ju? do ?ywego. Katowanie Jezusa, sprzeczne zeznania ?wiadków i niepoj?ta cierpliwo?? oskar?onego robi?y na obecnych bardzo przykre wra?enie. Kilka razy po prostu wy?miano ?wiadków, s?ysz?c ich zeznania. Inni znowu, widz?c, jak Jezus uporczywie milczy, poczuli trwog? w duszy. Oko?o dziesi?ciu ?o?daków poczu?o wyrzuty sumienia i skruch?, wi?c pod pozorem zas?abni?cia wyszli. Przechodz?c ko?o Piotra i Jana, rzekli do nich: „To milczenie Jezusa Galilejczyka wobec tak bezecnego z Nim post?powania rozdziera nam serca. Zdaje si?, ?e cz?owieka ziemia poch?onie. Wska?cie nam, dok?d mamy si? zwróci??"— Aposto?owie mo?e nie zupe?nie ufali im i obawiali si? podst?pu z ich strony, a zreszt? bali si?, by stoj?cy w ko?o nie poznali ich jako uczniów Jezusa, wi?c patrz?c smutnie, odpowiedzieli ogólnikowo: „Skoro wzywa was prawda, to z ufno?ci? powierzcie si? jej przewodnictwu; reszta przyjdzie sama z siebie." Wyszli wi?c skruszeni ?o?nierze z domu i pospieszyli na miasto. Tam spotkali innych uczniów i za ich wskazówk? udali si? na drugi stok góry Syjonu, na po?udnie od Jerozolimy, gdzie w grotach ukrywali si? Aposto?owie. Ci przel?kli si? z pocz?tku na widok ?o?nierzy, lecz wnet poznali ich dobre zamiary, wi?c z rado?ci? ich przyj?li. Przez nich otrzymali wiadomo??, jak stoi sprawa z Jezusem i ?e im tak?e zagra?a niebezpiecze?stwo. Wi?c rozproszyli si? zaraz po innych kryjówkach. Kajfasz, rozz?oszczony do reszty sprzecznymi zeznaniami ostatnich dwóch ?wiadków, wsta? ze swego miejsca, zeszed? kilka stopni ku Jezusowi i zapyta?: „Có?, nie odpowiadasz nic na to zeznanie?" Pa?a? z?o?ci?, ?e Jezus nawet nie raczy spojrze? na niego. Wprawdzie siepacze poderwali Jezusowi g?ow? za w?osy do góry i jeszcze bili Go pi??ciami w brod?, lecz mimo to Jezus uporczywie spogl?da? w ziemi?. Wtedy Kajfasz podniós? gwa?townie r?ce do góry i dr??cym ze z?o?ci g?osem zawo?a?: „Przysi?gam Ci? na Boga ?ywego, powiedz, czy? Ty jest Chrystus, Mesjasz, Syn Boga Naj?wi?tszego?" W sali zrobi?a si? wielka cisza, a Jezus, wzmocniony przez Boga, g?osem wstrz?saj?cym, g?osem S?owa wiecznego, rzek? z niewypowiedzian? godno?ci?: „Jam jest! ty? powiedzia?! A zaprawd?, powiadam wam, wkrótce ujrzycie Syna cz?owieczego, siedz?cego po prawicy Majestatu Bo?ego, i zst?puj?cego w ob?okach niebieskich. " Przy tych s?owach rozja?ni?a si? posta? Jezusa, a nad Nim otworzy?o si? Niebo, w którym ujrza?am Boga Ojca wszechmog?cego, w postaci niewypowiedzianej, jak w?a?ciwie tego ju? nie potrafi? opisa?. Widzia?am, ?e anio?owie i sprawiedliwi modl? si? i wstawiaj? do Boga Ojca za Jezusem. Równocze?nie za? czu?am, jakoby Bóstwo Jezusa przemawia?o zarazem i z Ojca i z Jezusa: „Gdybym móg? cierpie?, cierpia?bym ch?tnie. Lecz jako Bóg nie mog?, wi?c z lito?ci przyj??em na si? cia?o w Synu, by Syn cz?owieczy cierpia?; jestem bowiem najsprawiedliwszy. I oto d?wiga Syn cz?owieczy na Sobie grzechy tych wszystkich, grzechy ca?ego ?wiata." Pod Kajfaszem za? ujrza?am otworzone ca?e piek?o, jako ponury ognisty kr?g, pe?en straszyde?. On sta? nad nim, jakby tylko cienk? przegrod? oddzielony, a z?o?? piek?a przenika?a jego istot?. W ogóle ca?y dom wyda? mi si? podobnym do piek?a, wyst?puj?cego nagle z ziemi. Jezus wypowiedzia? uroczy?cie, ?e jest Chrystusem, Synem Boga, wi?c piek?o zadr?a?o ze strachu przed Nim i nagle nape?ni?o dom ten ca?? sw? zjadliwo?ci? przeciw Niemu. Poniewa? wszystko przedstawia mi si? w widzeniu w widomych kszta?tach i obrazach, wi?c i teraz


780

widzia?am ?e ta trwoga i w?ciek?o?? piek?a wyst?puje niejako z ziemi na ró?nych miejscach w postaci mnóstwa obrzydliwych straszyde?. Przypominam sobie, ?e widzia?am mi?dzy nimi ca?e gromady ma?ych, czarnych postaci, podobnych do biegaj?cych psów o krótkich ?apach z d?ugimi pazurami. Pami?tam tylko ich kszta?t, ale nie wiem ju?, jaki rodzaj z?o?liwo?ci ludzkiej mia?y one uosabia?. Ma?e te straszyd?a w?lizgiwa?y si? do wn?trza wi?kszej cz??ci obecnych, wielu siada?y na g?owie lub barkach. Pe?no ich by?o wsz?dzie, a wraz z nimi wzrasta?a zawzi?to?? w z?ych sercach. Równocze?nie widzia?am, jak z drugiej strony Syjonu wyst?powa?y z grobów jakie? obrzydliwe postacie; by?y to zapewne z?e duchy. Tak?e w pobli?u ?wi?tyni wyst?powa?y z ziemi jakie? liczne zjawiska, niektóre z nich z okowami na r?kach i nogach, jakby wi??nie. Nie wiem, czy te ostatnie mary by?y tak?e z?ymi duchami, czy by?y to mo?e dusze, przywi?zane dotychczas do ziemi, a teraz d???ce mo?e do otch?ani, któr? im Pan otworzy? przez owe s?owa, ?ci?gaj?ce na Niego wyrok ?mierci. Rzeczy takie nie dadz? si? nigdy dobrze opowiedzie?, tym bardziej, by nie by? powodem zgorszenia dla nie?wiadomych; ale patrz?c na nie, odczuwa si? je w zupe?no?ci, i w?osy staj? z przera?enia na g?owie. Co? okropnego by?o w tym widoku. I Jan musia? z tego nieco widzie?, bo pó?niej wspomina? co? o tym. Inni zapewne nie widzieli tych zjawisk nadprzyrodzonych, ale wszyscy, przynajmniej nie ca?kiem jeszcze w z?em zatwardziali, czuli z przejmuj?cym dreszczem okropno?? tej chwili; ?li natomiast odczuli t? groz? przez gwa?towny wybuch swej dzikiej zajad?o?ci. Kajfasz, jakby w piekielnym natchnieniu, uchwyci? po powy?szych s?owach Jezusa, r?bek swego wspania?ego p?aszcza, nadci?? go no?em, rozdar? z szelestem i krzykn?? g?o?no: „Zblu?ni?! na có? jeszcze ?wiadków? S?yszeli?cie sami blu?nierstwo. Có? wam si? zdaje?" A obecni, powstawszy, zawo?ali strasznym g?osem: „Winien jest ?mierci! Winien jest ?mierci!" W czasie tych okrzyków dosz?o rozkie?znane ponurych mocy piekielnych do najwy?szego stopnia. Wrogowie Jezusa byli jakby oszo?omieni i otumanieni przez szatana, równie? ich s?u?alcy i rozw?cieczeni pacho?kowie. Zdawa?o si?, ?e ciemno?? og?asza swój tryumf nad ?wiat?o?ci?. Tych, w których tli?a jeszcze iskierka dobrego, dreszcz przej?? straszny, wi?c wielu z nich zakrywszy g?owy wymkn??o si? chy?kiem. Wnet te? opu?cili s?d znakomici ?wiadkowie z obci??onym sumieniem, widz?c, ?e ju? niepotrzebni. Podlejsi kr?cili si? ko?o ogniska w atrium, gdzie wyp?acano im pieni?dze; ?arli tu, co mogli, i zapijali si?. Kajfasz rzek? na odchodnym do siepaczy: „Wydaj? wam tego króla, oddajcie blu?niercy nale?n? cze??!" Zaraz te? zabra? si? ze swymi radnymi do okr?g?ej sali poza sal? s?dow?, gdzie nie mo?na ich by?o widzie?. Jan, w smutku g??bokim pogr??ony, wspomnia? na Naj?w. Pann?. Chodzi?o mu o to, by kto? nieprzyjazny nie udzieli? jej tej strasznej wie?ci w sposób jaskrawy, rani?cy bardziej Jej serce, wi?c spojrzawszy jeszcze raz na Naj?wi?tszego z ?wi?tych, rzek? w duchu: „Mistrzu, Ty wiesz dobrze, dlaczego odchodz?." I zaraz pospieszy? st?d do Naj?w. Panny, jak gdyby go sam Jezus posy?a? Piotr natomiast, oszo?omiony ca?kiem trwog? i bole?ci?, a przy tym ze znu?enia czuj?c dotkliwiej przy zbli?aj?cym si? poranku przenikliwe zimno, ukry? jak móg?, swój rozpaczliwy smutek i zbli?y? si? nie?mia?o do ogniska w atrium, przy którym grza? si? zebrany mot?och. Sam nie zdawa? sobie sprawy, co robi; ale nie mia? si?y oddali? si? od swego Mistrza.

Naigrywanie z Jezusa

Zaledwie Kajfasz, wydawszy Jezusa, opu?ci? z Rad? sal? s?dow?, rzuci?a si? ca?a rota obecnych tam ?otrzyków na naszego Pana, jak rój ós rozdra?nionych. Dotychczas trzyma?o wci?? Jezusa na powrozach dwóch oprawców; dwaj drudzy


781

odeszli przedtem ze s?du, by zast?pi? si? kim innym. Ju? podczas przes?uchania pluli ci siepacze i inni niegodziwcy na Jezusa, bili Go ustawicznie ku?akami i kolczastymi laskami i k?uli ig?ami, a nawet bezlito?nie wyrywali ca?e p?ki w?osów z brody i g?owy Jezusa. Przyjaciele Jezusa podj?li ukradkiem kilka takich zwojów z ziemi i wymkn?li si? z nimi; pó?niej gdzie? si? zapodzia?y. — Po wyj?ciu trybuna?u zacz?li ci niegodziwcy w nowy g?upi sposób zn?ca? si? nad naszym Zbawicielem. Wsadzali Mu na g?ow? coraz nowe korony, plecione ze s?omy lub ?yka najrozmaitszych kszta?tów i zaraz str?cali Mu je z g?owy, szydz?c z?o?liwie. Tak np. mówili: „Widzicie Syna Dawida w koronie ojca swego!" albo: „Patrzcie, ten wi?cej znaczy, jak Salomon!" lub: „To jest król, który sprawia gody swemu synowi!" I tak wydrwiwali te wieczne prawdy, które g?osi? dla zbawienia ludzi wprost, lub w porównaniach. Bili Go przy tym pi??ciami i kijami, tr?cali Nim na wszystkie strony i pluli na?. Wreszcie upletli jeszcze jedn? koron? z grubej s?omy pszenicznej, jaka tam w kraju ro?nie; wsadzili Mu na g?ow? wysok? czapk?, podobn? do naszej mitry biskupiej, na to w?o?yli ów wieniec ze s?omy, zdar?szy ze? przedtem ow? tkan? sukni?. Sta? wi?c cierpi?cy Jezus tylko w przepasce przez ?rodek cia?a i w szkaplerzu na piersiach i plecach; ale wnet zdarli i szkaplerz i nie oddali Mu ju? wi?cej. Teraz zarzucili Mu na barki stary, potargany p?aszcz, który z przodu nie okrywa? nawet kolan; na szyj? za? za?o?yli Mu d?ugi ?a?cuch ?elazny, spadaj?cy z ramion przez piersi jak stu?a a? do kolan. ?a?cuch zako?czony by? dwoma ci??kimi kolczastymi pier?cieniami, które, gdy Jezus szed? lub upada?, rani?y Mu bole?nie kolana. Nast?pnie skr?powali Mu na nowo r?ce na piersiach, wetkn?li w nie trzcin? i znów zacz?li plu? na Jego ?wi?te skatowane oblicze. Ca?a g?owa Jezusa, potargana broda, piersi i górna cz??? tego p?aszcza szyderczego pomazane by?y wszelkiego rodzaju plugastwem. Oczy przewi?zali Mu jakim? ?achem, po czym bili Go pi??ciami i kijami, wo?aj?c: „Wielki Proroku! zgadnij kto ci? uderzy??" Lecz Jezus milcza?, wzdycha? tylko i modli? si? w duchu za swych prze?ladowców, a oni, zakamieniali w z?o?ci, tym wi?cej Go bili. Wreszcie tak skatowanego, oszpeconego i splugawionego powlekli na ?a?cuchu do tylnej sali obrad; po drodze bili Go kijami i kopali nogami, wo?aj?c szyderczo: „Naprzód z tym królem s?omianym! Musimy pokaza? Radzie, jak? to cze?? wielk? Mu oddali?my." W sali znajdowa? si? jeszcze Kajfasz i wielu cz?onków Rady. Gdy wprowadzono Jezusa, rozpocz??y si? na nowo naigrywania, pe?ne p?askich dowcipów i ci?g?ego ?wi?tokradzkiego gwa?cenia ?wi?tych zwyczajów i czynno?ci. Jak przedtem, pluj?c na? i obrzucaj?c plugastwem, wo?ali: „Oto twe namaszczenie na króla i proroka!" — tak teraz naigrywali si? z namaszcze? Magdaleny i ze chrztu. — „Jak-to — wo?ali szyderczo — taki nieczysty chcesz stawa? przed Wysok? Rad?? Innych zawsze oczyszczasz, a sam nie jeste? czysty. Czekaj, my sami Ci? oczy?cimy." Przynie?li wi?c zaraz mis?, pe?n? brudnej m?tnej cieczy, w której le?a?a gruba szmata. Zacz??y si? nowe popychania, naigrywania, ?ajania, pomieszane z szyderczymi uk?onami i powitaniami, jedni pokazywali Mu j?zyk, inni obracali si? do Niego ty?em, a tymczasem jeden ociera? Mu oblicze i barki t? mokr?, lepk? szmat?, niby obmywaj?c Go, a w?a?ciwie jeszcze wi?cej Go wala?. Wreszcie wylali Mu niegodziwcy wszystk? t? nieczysto?? z misy na twarz, wo?aj?c z ur?ganiem: „Oto masz kosztown? ma??, oto woda nardowa za trzysta denarów; oto Twój chrzest w sadzawce Betesda!" To ostatnie szyderstwo wbrew ich zamiarom upodobni?o Jezusa z barankiem wielkanocnym; gdy? baranki ofiarne, przeznaczone na dzi? na rze?, myto najpierw z grubszego w stawie ko?o bramy Owczej, a potem pokrapiano je jeszcze ceremonialnie wod? w sadzawce Betesda na po?udniowy zachód od ?wi?tyni, zanim zar?ni?to je w ?wi?tyni na pasch?. Siepacze chcieli w?a?ciwie powy?szymi s?owy wytkn?? Jezusowi uzdrowienie paralityka przy sadzawce


782

Betesda, chorego od 38 lat, bo uwa?ali wtenczas, ?e jego tak?e myto, czy te? chrzczono. Mówi? „myto lub chrzczono", bo nie pami?tam ju? tego dobrze w tej chwili. Bij?c i potr?caj?c Jezusa, w?óczyli Go siepacze po sali w oczach Rady, nie ?a?uj?cej tak?e szyderstw i obelg. Obraz to by? ponury, dreszczem wstrz?saj?cy; widzia?am, jak ka?dy z tych z?oczy?ców opanowany by? przez jak?? straszn? mar? piekieln?. Udr?czonego Jezusa otacza? jednak?e co chwil? blask i ?wiat?o, szczególnie odk?d wyzna?, ?e jest Synem Bo?ym. Wielu z obecnych zdawa?o si? mniej lub wi?cej przeczuwa? to wewn?trznie, serca ich nape?nia?y si? trwo?nym przekonaniem, ?e wszystkie te obelgi i szyderstwa nie potrafi? Jezusa obra? z tej niewypowiedzianej nieziemskiej godno?ci. Za?lepieni nieprzyjaciele Jezusa nie widzieli wprawdzie oczyma tej glorii, odczuwali j? chyba tylko przez silniejszy wybuch i nap?yw z?o?ci. Mnie jednak wydawa? si? ten blask ogromnie bij?cym w oczy, wi?c przychodzi?o mi na my?l, ?e dlatego zas?onili siepacze Jezusowi oczy, bo od czasu, gdy Jezus wyrzek? s?owa: „Jam jest", nie móg? arcykap?an znie?? Jego wzroku.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po ?acinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

NaszÄ… witrynÄ™ przeglÄ…da teraz 37 goĹ›ci