Emmerich - 10 Zaparcie si? Piotra
Czytelnia - bl. Anna Katarzyna Emmerich

?ywot i Bolesna M?ka
Pana Naszego Jezusa Chrystusa
I Naj?wi?tszej Matki Jego Maryi

napisa?a Katarzyna Emmerich (ok. 1790)

Zaparcie si? Piotra

Gdy Jezus wyrzek? uroczy?cie: „Jam jest", i Kajfasz rozdar? sukni?, a wo?ania: „Winien jest ?mierci!" zmiesza?y si? z naigrywaniem i sza?em pospólstwa, gdy nad Jezusem otworzy?o si? Niebo sprawiedliwo?ci, gdy groby wypu?ci?y wi?zione duchy, a piek?o wyla?o ca?? sw? z?o??, nape?niaj?c dusze ludzkie trwog? i zgroz?, nie byli w stanie Piotr i Jan sta? tu d?u?ej bez s?owa skargi, bezczynnie, i ?ledzi? z niemym napr??eniem straszne m?ki Jezusa. Jan wyszed? wraz ze ?wiadkami i innymi i pospieszy? do Matki Jezusa, która bawi?a z ?w. niewiastami w mieszkaniu Marty, niedaleko naro?nej bramy miasta Jerozolimy, gdzie ?azarz posiada? okaza?y dom. Piotr nie mia? si?y odej?? od Jezusa, zanadto Go kocha?. Z wielkiej bole?ci i smutku nie móg? nawet zebra? my?li, p?aka? gorzko, ukrywaj?c jak móg?, swe ?zy. Nie chcia? d?u?ej tu sta? i patrze? na Jezusa, by si? nie zdradzi?; lecz i gdzie indziej nie móg? stan??, by nie wpa?? w oczy. Zbli?y? si? wi?c do ogniska w atrium, gdzie stali gromadkami ?o?nierze i pospólstwo; jedni odchodzili, by naigrywa? si? z Jezusa, drudzy wracali, sil?c si? na nikczemne docinki i szyderstwa z Jezusa. Piotr stan?? cicho na uboczu, lecz ju? jego wspó?udzia?, a przy tym wyraz g??bokiego smutku maluj?cy si? w obliczu, musia?y poda? go w podejrzenie u nieprzyjació? Jezusa. W?a?nie zbli?y?a si? do ognia od?wierna; wszyscy rozprawiali w?ród ?aja? o Jezusie i Jego uczniach, wi?c i ona wtr?ci?a si? ?mia?o do rozmowy, jak to zwyk?y ?mielsze kobiety, a po chwili, spojrzawszy na Piotra, rzek?a: „Ty tak?e jeste? jednym z uczniów Galilejczyka !" Piotr, zmieszany i zatrwo?ony, zl?k? si?, ?e i jego to pospólstwo zacznie czynnie zniewa?a?, wi?c rzek?: „Kobieto, nie znam Go; nie wiem i nie rozumiem, co chcesz powiedzie?." I zaraz wsta? i wyszed? z atrium, by zej?? im z oczu. A w?a?nie by? czas, kiedy kur pia? za miastem. Nie przypominam sobie, czy s?ysza?am to pianie, ale czu?am, ?e tak by?o. Gdy wychodzi?, ujrza?a go druga dziewka i rzek?a do stoj?cych w ko?o: „Ten tak?e by? z Jezusem z Nazaretu!" Obecni zbli?yli si? zaraz, pytaj?c podejrzliwie: „Mo?e i ty jeste? jednym z Jego uczniów?" Biedny Piotr jeszcze bardziej zmiesza? si? i zatrwo?y? i zacz?? zapewnia? uroczy?cie: „Zaprawd?! to nie ja by?em! Nie znam tego cz?owieka!" I zaraz wybieg? z pierwszego dziedzi?ca na zewn?trzny. Zap?akany by? i tak przej?ty trwog? o sobie i o Jezusa, i? nawet nie zastanowi? si? nad tym, ?e ju? dwa razy zapar? si? Jezusa. Na zewn?trznym dziedzi?cu by?o tak?e pe?no ludzi, mi?dzy nimi i przyjació? Jezusa, których nie wpuszczono dalej; wdrapywali si? wi?c na mury, by co? zobaczy? i us?ysze?. By?a


783

tu tak?e garstka uczniów Jezusa, których niepokój wyp?dzi? z grot na górze Hilnom, gdzie byli ukryci, wi?c wkradli si? tu po wiadomo?ci. Ujrzawszy Piotra, otoczyli go zaraz, p?acz?c, a on w tym gwa?townym smutku i trwodze, by si? nie zdradzi?, kilku tylko s?owy da? im pozna? gro??ce niebezpiecze?stwo i radzi?, by zaraz odeszli. Us?uchali go i odeszli zaraz do miasta, on za? b??ka? si? w ko?o, dr?czony g??bokim smutkiem. Wspomnianych uczniów by?o oko?o szesnastu, mi?dzy nimi Bart?omiej, Natanael, Saturnin, Judas Barsabas, Symeon, pó?niejszy biskup Jerozolimy, Zacheusz i Manahem, ów ?lepo urodzony, uzdrowiony przez Jezusa, obdarzony duchem proroczym. Piotr nie poszed? za nimi do miasta, bo mi?o?? ku Jezusowi trzyma?a go tu na uwi?zi; co? ci?gn??o go z powrotem na wewn?trzny dziedziniec. Wpuszczono go, dzi?ki poprzedniemu wstawiennictwu. Nikodema i Józefa z Arymatei. Nie poszed? jednak do atrium, jak przedtem, lecz zwróci? si? na prawo wzd?u? domu do drzwi owej okr?g?ej sali, po której w?a?nie, jak to wy?ej wspomnieli?my, w?óczono Jezusa z naigrywaniem. Drzwi obl??one by?y przez s?u?b? i ciekawych, przypatruj?cych si? okrutnemu widowisku. Piotr zbli?y? si? boja?liwie; pozna? zaraz, ?e podejrzliwie na? patrz?, ale trwoga o Jezusa przemog?a obaw? o siebie, wi?c przecisn?? si? przez drzwi. W?a?nie wleczono Jezusa w ko?o sali, ustrojonego w koron? s?omian?. Powa?nie i przestrzegaj?co spojrza? Jezus na Piotra, w którym walczy?y na przemian ogromna bole?? nad Jezusem i obawa o siebie; gdy jeszcze us?ysza? szepty ko?o siebie: „Co to za jeden", wybieg? znowu na dziedziniec i chodzi? chwiejnym krokiem, dr?czony wspó?czuciem i trwog?. Lecz i tu zwraca? na Siebie uwag?, wi?c wszed? znowu do atrium, przybli?y? si? do ognia i siedzia? tam dobr? chwil?. Wtem przysz?o kilku, co widzieli go w sali na dworze i zauwa?yli jego zmieszanie, wi?c zaraz opadli go; najpierw zacz?li l?y? Jezusa i pot?pia? Jego dzia?anie, a? wreszcie jeden rzek? do Piotra: „Zaprawd? i ty nale?ysz do Jego stronnictwa; jeste?Galilejczykiem, pozna? to po mowie." Piotr zacz?? si? wymawia? i chcia? odej??, lecz wtem zast?pi? mu drog? brat Malchusa i rzek?: „Jak-to? Czy? nie widzia?em ci? z nimi w Ogrodzie oliwnym? Czy? nie ty zrani?e? ucho brata mego?" Piotr w tym k?opocie straci? prawie zmys?y, wyrwa? si? im i jak to on by? pr?dki, zacz?? zaklina? si? i przysi?ga?, ?e nie zna zupe?nie tego cz?owieka, poczym wybieg? z atrium na dziedziniec. W?a?nie zapia? kur, a Jezusa prowadzono z okr?g?ej sali przez dziedziniec do wi?zienia, znajduj?cego si? pod sal?. Jezus przechodz?c zwróci? si? w stron? Piotra i spojrza? na? wzrokiem ?a?osnym, rozdzieraj?cym; i zaraz jak uderzenie gromu przypomnia?y si? Piotrowi s?owa Jezusa: „Nim kur dwakro? zapieje, trzykro? si? Mnie zaprzesz." Zmo?ony trwog? i trosk?, zapomnia? zupe?nie swego che?pliwego przyrzeczenia na Górze oliwnej, ?e pr?dzej umrze ze swym Mistrzem, ni? si? Go zaprze, — i Jego ostrzegaj?cego upomnienia; teraz jedno spojrzenie Jezusa przywiod?o mu to w pami?? i da?o mu odczu? ca?y ci??ar pope?nionej winy. Pozna?, ?e zgrzeszy?, a zgrzeszy? wzgl?dem swego Zbawiciela udr?czonego, niewinnie os?dzonego, w milczeniu znosz?cego najstraszniejsze katusze, wzgl?dem Mistrza, który z takim przywi?zaniem Go ostrzega?. Odchodz?c od zmys?ów z ?alu, zap?aka? gorzko, a zakrywszy twarz, wybieg? na dziedziniec zewn?trzny. Ju? teraz nie troszczy? si? o to, czy go kto zaczepi, ka?demu by?by wyzna?, kim jest i jak wielka wina na nim ci??y. Któ? móg?by zar?czy? o sobie, ?e przy takim dziecinnym, a zarazem zapalnym usposobieniu okaza?by si? stalszym od Piotra, gdyby jeszcze tak jak on znajdowa? si? w takim niebezpiecze?stwie, trwodze, ucisku i pomieszaniu, w takim rozdwojeniu i rozterce mi?dzy obaw? a mi?o?ci?, znu?ony, strudzony, niewyspany, odchodz?cy od zmys?ów z bole?ci nad smutnymi wypadkami tej strasznej nocy? Pan pozostawi? go jego w?asnym si?om; wi?c okaza? si? s?abym,


784

jak wszyscy, którzy zapominaj? o s?owach: „Czuwajcie i módlcie si?, aby?cie nie weszli w pokuszenie!"

Maryja ko?o domu Kajfasza

Naj?wi?tsza Panna, wspó? cierpi?c wci?? z Chrystusem, widzia?a i odczuwa?a wszystkie Jego m?ki; wraz te? z Nim modli?a si? wci?? za Jego katów. Ale by?a przede wszystkim matk?, wi?c macierzy?skie serce Jej wo?a?o ustawicznie do Boga, by nie dopu?ci?, pope?nienia tych grzechów, by raczy? odwróci? te m?ki od jej Naj?w. Syna. Zarazem par?o J? nieprzezwyci??one pragnienie by? w pobli?u Swego biednego, udr?czonego Syna. W?a?nie nadszed? Jan, który zaraz po owym strasznym okrzyku: „Winien jest ?mierci" wybieg? ze s?du. Ten z ca?? ogl?dno?ci? zda? Jej spraw? z okropnych m?k, jakie ponosi? Jezus, i jako ostatecznie Go winnym ?mierci uznano. Wprawdzie Maryja widzia?a duchem bezmiar tych cierpie?, ale gdy teraz otrzyma?a z ust Jana potwierdzenie tego, nie mog?a opanowa? d?u?ej Swej t?sknoty i za??da?a, by zaprowadzono J? w pobli?e cierpi?cego Jezusa; to? pragnienie objawi?a Magdalena, odchodz?ca prawie od zmys?ów z bole?ci, i kilka innych ?wi?tych niewiast. Jan, który tylko dlatego odszed? od swego Boskiego Mistrza, by pocieszy? t?, która po Jezusie by?a mu najbli?sz?, ofiarowa? si? zaraz z gotowo?ci? zaprowadzenia ich. Zas?oniwszy twarze, wysz?y w towarzystwie Jana na ulic?, zalan? ?wiat?em ksi??ycowym. Magdalena sz?a obok innych chwiejnym krokiem, za?amuj?c r?ce. Na ulicy ruch by? do?? znaczny, bo powracano w?a?nie z Syjonu od Kajfasza. Skupiona ta gromadka niewiast, wybuchaj?ca od czasu do czasu lamentem, zwraca?a na siebie uwag? przechodniów. Domy?liwano si?, kto to jest, wi?c wrogowie Jezusa, przechodz?c mimo nich, umy?lnie ich mijaj?c, l?yli g?o?no Jezusa, powi?kszaj?c i odnawiaj?c bole?? ?w. niewiast. Naj?w. Panna najwi?cej smutkiem strapiona, cierpia?a wewn?trznie wraz z Jezusem, ale jak On milcza?a i ukrywa?a troskliwie bole?? w Swym sercu. Sz?a teraz cicha, zbola?a, podtrzymywana r?koma ?w. niewiast. Pod jedn? z bram ?ródmie?cia, któr?dy wiod?a je droga, napotka?y kilku ?yczliwych, którzy z narzekaniem wracali z s?du do domu. Zbli?ywszy si? do ?w. niewiast, poznali Matk? Jezusa, wi?c zatrzymali si? na chwil?, witaj?c j? z serdecznym wspó?czuciem: „O najnieszcz??liwsza Matko! Matko najsmutniejsza! Bole?ciwa Matko Naj?wi?tszego z Izraela!" Wdzi?cznym sercem przyj??a Maryja ich wspó?czucie, lecz czas nagli?, wi?c spiesznie posz?y niewiasty dalej do celu swej smutnej pielgrzymki. Id?c t? drog?, zbli?y?y si? do domu Kajfasza od ty?u, gdzie tylko jeden mur otacza? dom, podczas gdy z przodu przechodzi?o si? przez dwa podwórza. Tu nowa bole?? czeka?a Matk? Jezusa i Jej towarzyszki; musia?y przechodzi? obok podwy?szonego placu, na którym przy ?wietle pochodni obrabiano pod lekkim namiotem krzy? dla Chrystusa. Wrogowie Jezusa kazali przygotowa? krzy? dla Niego zaraz po zdradzie Judasza, by w razie pojmania Jezusa, Pi?at nie móg? si? niczym wymówi? od wydania wyroku. Umy?lili bowiem zaraz raniutko zawie?? mu Pana do os?dzenia, nie spodziewaj?c si?, ?e to tak d?ugo si? przeci?gnie. Krzy?e dla obu ?otrów mieli ju? Rzymianie gotowe, a dla Jezusa przygotowywano teraz krzy? z po?piechem I na to musia?a patrze? Naj?w. Panna. Ka?de uderzenie siekiery rani?o Jej macierzy?skie serce, mieczem bole?ci przenika?y J? przekle?stwa i szyderstwa robotników, z?ych, ?e musz? z powodu Jezusa pracowa? w nocy; mimo to modli?a si? Maryja za tych za?lepionych, którzy w?ród przekle?stw przygotowywali narz?dzie ?mierci m?cze?skiej Jej Syna, b?d?ce zarazem narz?dziem ich odkupienia. Obszed?szy dom w ko?o, wesz?y niewiasty z Janem na zewn?trzne podwórze i


785

stan??y w k?tku pod bram? drugiego dziedzi?ca. Naj?w. Panna, dusz? b?d?ca przy Jezusie, pragn??a i cia?em by? bli?ej Niego, a wiedzia?a, ?e On tam siedzi w wi?zieniu pod domem i ?e tylko ta brama oddziela J? od Niego. My?la?a, ?e mo?e za po?rednictwem Jana otworz? im bram? i puszcz? do ?rodka. Wtem otwiera si? brama, a z niej wypada przed innymi Piotr z zakryt? g?ow?, p?acz?c rzewnie i zas?aniaj?c twarz r?koma. Przy ?wietle ksi??yca i pochodni pozna? zaraz Jana i Naj?w. Pann?. Dopiero oto Syn Jej Swym spojrzeniem wzbudzi? w nim, wyrzuty sumienia, a teraz znów Ona stawa?aprzed nim przypominaj?c mu tym ca?? jego win?. Ach! Jak?e bole?nie przenika?y dusz? biednego Piotra s?owa Maryi: „Szymonie! jak stoi sprawa z Jezusem, Synem Moim?" Czuj?c sw? win?, nie móg? znie?? Jej wzroku, nie móg? s?owa przemówi?, tylko odwróci? si?, ?ami?c r?ce. Lecz Maryja najdobrotliwsza podesz?a sama ku niemu i zapyta?a jeszcze raz bole?ciwie: „Szymonie, synu Kefasa, nic mi nie odpowiadasz?" A Piotr w poczuciu w?asnej n?dzy, widzia? si? niegodnym by? w pobli?u Matki Jezusa i rozmawia? z Ni?, wi?c g?osem dr??cym z bólu i rozpaczy, zawo?a?: „O Matko, nie mów nawet do mnie! Syn Twój cierpi nadludzkie m?ki. Nie mów do mnie, bom niegodzien tego! Oni skazali Syna Twego na ?mier?, a ja trzykro? podle zapar?em si? Go!" Jan jeszcze zbli?y? si? do niego i chcia? z nim pomówi?, ale Piotr, odchodz?c od siebie ze smutku, wybieg? z dziedzi?ca i pobieg? za miasto do owej groty na Górze oliwnej, w której by?y na kamieniu odciski r?k modl?cego si? Jezusa; tu zacz?? gorzko op?akiwa? grzech swój. W tej samej grocie pokutowa? pierwszy nasz rodzic Adam, gdy po raz pierwszy zst?pi? z raju na ziemi? obci??on? przekle?stwem. Naj?w. Panna równie z Jezusem odczu?a bole?nie to nowe Jego cierpienie, ?e zapar? Go si? ten sam ucze?, który najpierwszy uzna? Go Synem Boga ?ywego. Us?yszawszy s?owa Piotra, osun??a si? przy filarze bramy na kamie?, na którym zaraz odcisn??y si? ?lady Jej r?ki, czy te? nogi. Kamie? ten istnieje w tym stanie dotychczas, widzia?am go nawet, ale gdzie, nie przypominam ju? sobie. Wnet podnios?a si? Naj?w. Panna, ujrzawszy, ?e bramy pozostawiono otwarte, nie spodziewaj?c si? ju? zbytniego nat?oku po zamkni?ciu Jezusa w wi?zieniu. Na jej ??danie podprowadzi? Jan Matk? Bo?? i niewiasty a? pod wi?zienie Jezusa. Wiedzia?a Maryja, ?e Jezus tam jest i cierpi, i Jezus przeczuwa? jej blisko??, ale najwierniejsza ta matka chcia?a tak?e zmys?ami cia?a swego s?ysze? bolesne westchnienia Syna swego. Us?ysza?a je rzeczywi?cie, ale zarazem us?ysza?a naigrywania otaczaj?cych Go siepaczy. Nie mog?y tu d?ugo sta? niewiasty bez zwrócenia na siebie uwagi. Magdalena nie by?a w stanie st?umi? w sobie gwa?townej bole?ci; Naj?w. Panna nawet w najwy?szej bole?ci umia?a zachowa? w swej ?wi?tej postaci umiarkowanie i spokój, bi?a z Niej nadziemska powaga i godno??, ale mimo to J? niezawodnie poznano, bo uszu Jej dochodzi?y bolesne dla Niej s?owa: „Czy nie jest to Matka Galilejczyka? Jej Syn musi pój?? na krzy?; ale zapewne nie przed Pasch?, chyba ?e to ju? jest jaki ostatni z?oczy?ca." Wewn?trzn? wskazówk? kierowana, zwróci?a si? teraz Maryja do atrium, a za Ni? Jej otoczenie. Podesz?a do ogniska, przy którym kr?ci?o si? jeszcze kilku z pospólstwa. Rozgl?dn?wszy si? po wstr?tnym budynku, uprzytomni?a Sobie, co si? tu dzia?o niedawno. Tu wyzna? Jezus, ?e jest Synem Bo?ym, tu wo?a?o na? plemi? szata?skie: „Winien jest ?mierci! Wi?c bole?? ow?adn??a Ni? tak dalece, ?e podobn? by?a raczej do konaj?cej, ni? do ?ywej. Wnet jednak opami?ta?a si? troch? i da?a si? prowadzi? z powrotem do domu. Pospólstwo nik?o i rozst?powa?o si?, jakby ol?nione Jej widokiem. Zdawa?o si?, ?e to duch czysty, nieskalany, przechodzi przez czelu?cie piekielne. Wracano t? sam? drog?, wi?c znowu musia?a Maryja przechodzi? ko?o tego smutnego dla Niej miejsca, gdzie przygotowywano krzy? dla Jezusa. — Jak


786

s?dziowie z os?dzeniem Jezusa, tak robotnicy nie mogli sobie da? rady ze sporz?dzeniem krzy?a. Coraz to musieli znosi? nowy materia?, bo ten lub ów kawa?ek popsu? im si? lub z?ama?, a? wreszcie z?o?yli go z ró?norakich kawa?ków drzewa, jakim mia? by? ze zrz?dzenia Bo?ego. Mia?am co do tego ró?ne widzenia, uwa?a?am nawet, jakoby anio?owie przeszkadzali w robocie, dopóki nie wyko?czono krzy?a wed?ug woli Bo?ej; poniewa? jednak nie przypominam sobie tego dok?adnie, wi?c ograniczam si? na tym, co ju? wspomnia?am.

Jezus w wi?zieniu

Wi?zienie Jezusa by?a to ma?a, sklepiona piwniczka pod sal? s?dow?; cz??? jego dotychczas si? dochowa?a. Przy Jezusie pozosta?o tylko dwóch oprawców, zmieniali si? jednak co krótki czas, Jezusowi nie oddano Jego sukien; ubrany by? tylko w ów oszpecony p?aszcz szyderski, a r?ce mia? zwi?zane. Wchodz?c do wi?zienia, wzniós? Jezus mod?y do Ojca Swego niebieskiego, by wszystkie te udr?czenia i naigrywania, jakie poniós? dotychczas i jeszcze mia? ponie??, raczy? przyj?? jako ofiar? przeb?agaln? za Jego dr?czycieli i za wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek zgrzesz? niecierpliwo?ci? i gniewem w znoszeniu cierpie?. I w wi?zieniu nie dali dr?czyciele Jezusowi spokoju, Przywi?zali Go do s?upa, wbitego w ?rodku wi?zienia a nie dali Mu si? oprze? o niego, cho? Jezus ledwo trzyma? si? na nogach znu?onych, nabrzmia?ych i poranionych od upadania i od uderze? ?a?cucha, spadaj?cego a? do kolan. Nie zaprzestawali tak?e na chwil? naigrawa? swych i katowa?; gdy ci siepacze si? zm?czyli, zast?powa?o ich dwóch innych i znowu nowe udr?czenia musia? Jezus znosi?. Niemo?liwym jest odda? i opisa? nale?ycie t? z?o?? ich i okrucie?stwo, wywierane na najczystszym, naj?wi?tszym Zbawicielu; patrz?c na to, sama by?am chora i prawie konaj?ca ze wspó?czucia. Jaki? to wstyd dla nas, ?e ze zniewie?cia?o?ci i wstr?tu przed cierpieniami, nie potrafimy nawet opowiedzie?, ani wys?ucha? opisu tych udr?cze? niezliczonych, jakie niewinny Odkupiciel cierpliwie znosi? za nas. Ogarnia nas przy tym zgroza podobnie jak morderc?, który ma dotkn?? si? ran zamordowanego przez siebie cz?owieka. Jezus znosi? wszystko, nie otworzywszy nawet ust; a przecie? to ludzie, grzesznicy, sro?yli si? tak przeciw bratu, swemu Odkupicielowi, swemu Bogu, I ja jestem biedn? grzesznic? i za mnie musia? Jezus tak cierpie?. W dzie? s?du wszystko wyjdzie na jaw; wtenczas zobaczymy, jak to i o ile przyczynili?my si? naszymi grzechami do m?k Syna Bo?ego, gdy w czasie sta? si? Synem cz?owieczym; a grzechy te pope?niamy wci?? na nowo, wi?c zachowaniem si? swym dajemy niejako zezwolenie na te udr?czenia Jezusa przez szata?sk? rot? i zatwierdzamy je. Ach! gdyby?my to dobrze rozwa?yli, to z wi?kszym o wiele zastanowieniem i powag? wymawialiby?my to s?owa, zachodz?ce w wielu modlitwach pokutnych: „Panie, dopu?? mi raczej umrze?, ni?bym Ci? mia? powtórnie przez grzech obrazi?!" Stoj?c w wi?zieniu, modli? si? Jezus bez przestanku za swoich dr?czycieli; ci za? zm?czeni w ko?cu, odst?pili nieco, by wypocz??. Wtem, gdy tak Jezus sta?, wsparty o s?up, pad?o ?wiat?o na Niego, gdy? dzie? za?wita?. A mia? to by? dzie? Jego niesko?czonych m?k i zadosy?uczynienia, dzie? naszego odkupienia. ?wiat?o dzienne wkrada?o si? l?kliwie przez ma?e okienko, umieszczone w górze wi?zienia i obejmowa?o swymi promieniami ?wi?tego, udr?czonego Baranka wielkanocnego, który wzi?? na siebie grzechy ca?ego ?wiata, A Jezus w niesko?czonej dobroci wzniós? skr?powane r?ce, witaj?c powstaj?cy dzie? i rozpocz?? g?o?no, wyra?nie, wzruszaj?c? modlitw? do swego Ojca niebieskiego, dzi?kuj?c Mu za zes?anie tego dnia, za którym t?sknili tak dawno Patriarchowie,


787

za którym i On od czasu zst?pienia na ziemi? wzdycha? z ut?sknieniem, mówi?c: „Musz? by? chrztem ochrzczony, a serce Moje spragnione jest, by si? ten chrzest wype?ni?." Z wzruszeniem dzi?kowa? Jezus za ten dzie?, który mia? dokona? naszego zbawienia, celu Jego ?ycia, mia? otworzy? Niebo, zwyci??y? piek?o, otworzy? ludziom skarbnic? ?ask i b?ogos?awie?stwa i spe?ni? wol? Ojca Jego. Odmawia?am wspólnie z Jezusem t? modlitw?, ale nie potrafi? jej powtórzy?, tak by?am wzruszona, zbola?a i przej?ta wspó?czuciem dla Niego. ?zy rzewne la?y mi si? z oczu, gdy widzia?am, ?e Zbawiciel dzi?kuje jeszcze za te straszne m?ki, jakie mia? dzi? ponie??; wi?c wo?a?am do Niego z g??bi serca: „Ach, daj mi te cierpienia, podziel je ze mn?, ono s? moje, za moje grzechy zes?ane s? na Ciebie!" Dzie? nastawa?, a Jezus wita? go modlitw? dzi?kczynn?, ja za?, przybita do g??bi tym ogromem mi?o?ci i wspó?czucia, powtarza?am jak dziecko Jego s?owa. Widok to by? nieopisanie smutny a wdzi?czny, gro?ny a ?wi?ty, gdy Jezus sta? tak w ?rodku szczup?ego wi?zienia, wsparty o s?up, ja?niej?cy, witaj?cy z podzi?k? pierwszy promie? wielkiego dnia ofiarnego. Zdawa?o si?, ?e to kat przychodzi do wi?zienia skaza?ca, by wpierw pojedna? si? z nim, przeb?aga? go za spe?nienie przykrego obowi?zku; a Jezus tak mile dzi?kowa? mu za te odwiedziny. Siepacze, zdrzemn?wszy si? nieco, przebudzili si? teraz i zdumienie ich ogarn??o. Nie przeszkadzali Mu, bo przej?? ich strach i zdumienie. Czuli, ?e chwila to wa?na dla ca?ego ?wiata i po wszystkie wieki. — Ca?y pobyt Jezusa w wi?zieniu trwa? mniej wi?cej przesz?o godzin?.

Judasz w pobli?u s?du

Judasz b??dzi? d?ugo po skalistej dolinie Hinnom na po?udnie od Jerozolimy, pe?nej ?mieci, odpadków i nieczysto?ci. Szatan opanowawszy go, nie da? mu spoczynku, a rozpacz rozsiad?a si? w jego sercu. Gnany niepokojem, podszed? w pobli?e domu Kajfasza, w?a?nie gdy Jezus by? w wi?zieniu. L?kliwie skrada? si? ko?o zabudowania, maj?c przy sobie u pasa p?k zwi?zanych srebrników, zap?at? swej zdrady. W budynku s?dowym panowa?a cisza, wida? by?o tylko pilnuj?ce stra?e. Zbli?y? si? Judasz i nie poznany przez nich, zapyta? jednego ?o?nierza, co te? zamierzaj? zrobi? z Galilejczykiem. Odpowiedziano mu, ?e ju? skazany na ?mier? i ?e dzi? b?dzie ukrzy?owany. Podszed?szy dalej, us?ysza? znów ?o?nierzy rozmawiaj?cych mi?dzy sob?, jak okrutnie obchodzono si? z Jezusem i jak cierpliwie On to wszystko znosi?. Z rozmowy dowiedzia? si? dalej Judasz, ?e z brzaskiem dnia stawi? znowu Jezusa przed Wielk? Rad?, by uroczy?cie i prawomocnie wyda? na? wyrok. Chciwie, a zarazem z udr?czeniem zbiera? Judasz te wiadomo?ci, lecz tymczasem zacz??o ?wita?, a w domu i ko?o domu ruch zrobi? si? wi?kszy, Judasz przeto cofn?? si? na ty? domu, by nie by? widzianym; podobnie jak Kain ucieka? przed lud?mi, a zw?tpienie opanowywa?o go coraz wi?cej. Lecz, oto, co napotka?! Natrafi? w?a?nie na miejsce, gdzie obrabiano krzy?; pojedyncze kawa?ki le?a?y w porz?dku ko?o siebie a robotnicy spali otuleni w koce; nad Gór? oliwn? tymczasem niebo zacz??o blask rzuca?, a ?wiat?o zdawa?o si? niby wzdryga? pa?? na narz?dzie naszego odkupienia. Przera?enie ogarn??o Judasza na widok tego krzy?a, na którym mia? zawisn?? Mistrz przeze? zaprzedany. Uciek? czym pr?dzej, ale nie zbyt daleko, bo chcia? tu w ukryciu oczekiwa? wyniku rannego s?du.


788

S?d ranny nad Jezusem.

Gdy si? rozja?ni?o, zebrali si? znowu w sali s?dowej Kajfasz, Annasz, najstarsi i uczeni zakonni na w?a?ciw?, prawomocn? rozpraw?; rozprawa bowiem w nocy przeprowadzona, nie by?a wa?na, mog?a tylko uchodzi? za przedwst?pne przes?uchanie ?wiadków je?li — tak, jak teraz w?a?nie — trzeba si? by?o spieszy? z powodu zachodz?cych; ?wi?t. Wi?ksza cz??? cz?onków Rady przep?dzi?a noc w domu Kajfasza w sypialniach bocznych lub te? nad sal? s?dow?. Inni, a tak?e Nikodem i Józef z Arymatei zeszli si? rano. Zebrano si? licznie bardzo i z po?piechem przyst?piono do za?atwienia sprawy; naturalnie zacz?li zaraz wrogowie Jezusa przemy?liwa? nad tym, jakby wyda? na Pana wyrok pot?piaj?cy. Wyst?pili przeciw temu Nikodem, Józef z Arymatei i kilku ?yczliwszych, i za??dali, by ca?? spraw? od?o?ono na pó?niej, gdy? najpierw w czasie ?wi?t mo?e powsta? rozruch, a po wtóre, nie mo?na wyda? sprawiedliwego wyroku na podstawie dot?d zebranych zarzutów, bo ?wiadkowie ogó?em z?o?yli sprzeczne zeznania, na których nie mo?na si? oprze?. Rozgniewa?a ta opozycja arcykap?anów i ich stronnictwo, wi?c rzekli z przek?sem: „A, wierzymy, ?e nie na r?k? wam ta rozprawa, obwiniaj?ca po?rednio i was samych, bo i wy, jak si? zdaje, zawik?ani jeste?cie w te nowo?ci Galilejczyka. Zreszt? komu si? nie podoba, niech si? usunie od udzia?u." I rzeczywi?cie wykluczono od obrad wszystkich ?yczliwych Jezusowi. Wykluczeni o?wiadczyli uroczy?cie, ?e nie chc? by? odpowiedzialni za nic, co tu b?dzie postanowione; zaraz te? opu?cili sal? obrad i udali si? do ?wi?tyni; nie bior?c od tego czasu ju? ani razu udzia?u w posiedzeniach „Wielkiej Rady." Pozbywszy si? w ten sposób przeciwników, kaza? Kajfasz przyprowadzi? z wi?zienia biednego, udr?czonego Jezusa, i to tak, by zaraz po zapadni?ciu wyroku mo?na Go by?o zaprowadzi? do Pi?ata. Skoczyli pacho?cy z ha?asem do wi?zienia, zaraz na wst?pie obrzucili Jezusa obelgami, rozwi?zali Mu r?ce, zdarli Mu z ramion ów p?aszcz obdarty i kazali Mu przywdzia? Sw?, d?ug?, tkan? tunik?, tak zawalan? jak by?a, bij?c Go przy tym i szturchaj?c. Nast?pnie zwi?zali Go znowu w pasie powrozami i tak wyprowadzili z wi?zienia; a wszystko to odbywa?o si? z po?piechem gwa?townym, z oburzaj?c? brutalno?ci?. Z wi?zienia wiedli Go siepacze do sali ?rodkiem szeregu ?o?daków, zebranych przed domem, jak biedne zwierz? ofiarne, pop?dzaj?c Go biciem i szyderstwami. Tak strasznie zmieniony przez skatowanie, plugawienie i znu?enie, stan?? Jezus przed „Rad?", nie maj?c na Sobie, tylko t? zniszczon? tunik?, a oni, patrz?c ze wstr?tem na Jego zeszpecon? posta?, jeszcze bardziej utrwalali si? w z?o?ci. Bo lito?? zamar?a ju? by?a w tych zatwardzia?ych sercach ?ydowskich. Kajfasz z sercem przepe?nionym szydercz? z?o?ci?, rzek? do stoj?cego przed nim wyn?dznia?ego Jezusa: „Powiedz nam prawdziwie, czy? Ty jest pomaza?cem Pa?skim, Mesjaszem!" A Jezus, podniós?szy g?ow?, rzek? z ?wi?t? cierpliwo?ci? i uroczyst? powag?: „Je?li wam powiem, nie uwierzycie Mi, je?li za? zadam wam o to pytanie, to ani nie odpowiecie Mi, ani nie pu?cicie Mnie wolno; lecz zaprawd?; od dzi? b?dzie Syn cz?owieczy siedzia? po prawicy Mocy Bo?ej." S?dziowie spojrzeli po sobie i rzekli z pogard? i u?miechem szyderczym do Jezusa: „A wi?c Ty! Ty jeste? Synem Bo?ym?" Na co zawo?a? Jezus g?osem wiecznej prawdy: „Tak! jako?cie rzekli, Jam jest!" Tego te? oni tylko czekali, wi?c zaraz pocz?li wo?a?: „Jakich ?e jeszcze dowodów mamy ??da?? Z w?asnych ust Jego s?yszeli?my blu?nierstwo." I zaraz powstali wszyscy, zasypuj?c gradem obelg Jezusa „tego — jak mówili — biednego przyb??d?, n?dznego, bezsilnego cz?owieka z niskiego stanu, który chcia? by? Ich Mesjaszem i siedzie? po prawicy Boga." Oprawcom rozkazano zwi?za? Go na nowo i jako skazanemu na ?mier?, za?o?y? ?a?cuch na szyj?. Ju?


789

przedtem pos?ali ?ydzi do Pi?ata, by przygotowa? si?, zaraz rano os?dzi? zbrodniarza, gdy? z powodu ?wi?ta zniewoleni s? si? spieszy?. Swoj? drog? szemrali na to mi?dzy sob?, ?e musz? i?? jeszcze do rzymskiego starosty, jednak?e wed?ug prawa rzymskiego nie wolno im by?o wydawa? wyroków ?mierci w sprawach wychodz?cych poza obr?b ich praw. zakonnych. Poniewa? za?, dla lepszego upozorowania s?uszno?ci wyroku na Jezusa, chcieli przedstawi? Go tak?e jako przest?pc? przeciw cesarzowi, wi?c w?a?ciwe prawo s?dzenia Jezusa przypada?o w udziale rzymskiemu staro?cie. Do niego przeto wyruszono teraz z Jezusem. Przez ca?e atrium a? do bramy stali szeregiem ?o?nierze, przed domem za? zebrali si? ju? t?umnie nieprzyjaciele ludu i rzesze pospólstwa. Przodem szli arcykap?ani i cz??? cz?onków "Wielkiej Rady", za nimi szed? biedny Zbawiciel w?ród siepaczy, otoczony orszakiem zbrojnych; pochód zamyka? mot?och uliczny. Tak ci?gn?li ze Syjonu w dó? miasta do pa?acu Pi?ata. Cz??? zebranych tu dotychczas kap?anów uda?a si? do ?wi?tyni, gdzie dzi? mnóstwo mieli zatrudnie?.

Rozpacz Judasza

Judasz w pobli?u si? ukrywa?, wi?c s?ysza? gwar, jaki powsta? przy wyprowadzaniu Jezusa; do uszu jego dochodzi?y urywki rozmowy tych, którzy, opó?niwszy si?, doganiali pochód. S?ysza?, jak mówili: „Teraz prowadz? Go do Pi?ata; „Wielka Rada" skaza?a Galilejczyka na ?mier?, musi pój?? na krzy?. Przy ?yciu przecie nie zostanie; obeszli si? z Nim ju? i tak dobrze. Cierpliwy jest, nad miar?; nic nie mówi?, tylko powiedzia?, ?e jest Mesjaszem i ?e b?dzie siedzia? po prawicy Boga; wi?cej nie chcia? si? nic t?umaczy? i dlatego musi i?? na krzy?. Gdyby by? tego nie powiedzia?, nie mogliby Mu udowodni?, ?e zas?u?y? na kar? ?mierci, a tak ju? przepad?o. Ten ?otr, który Go zaprzeda?, by? Jego uczniem i na krótki czas przedtem po?ywa? z Nim baranka wielkanocnego. Nie chcia?bym macza? r?ki w tej sprawie. B?d? co b?d? jaki jest Galilejczyk, ale ?adnego przyjaciela nie wyda? na ?mier? za pieni?dze. Zaprawd?, ten niecnota zas?uguje tak?e na szubienic?." S?ysza? to wszystko Judasz, widzia?, ?e ju? Jezus zgubiony jest bez ratunku, wi?c dusz? jego ow?adn??a czarna trwoga, spó?niona skrucha i rozpacz. Dr?czony przez szatana, pu?ci? si? cwa?em. Trzos srebrników, uwieszony u pasa pod p?aszczem, by? mu bod?cem piekielnym i o?cieniem. Uj?? go w r?k?, by uderzaj?c mu obok, nie sprawia? zbytniego chrz?stu i bieg? na o?lep przed siebie; ale nie pobieg? za Jezusem, by rzuci? Mu si? do nóg, by b?aga? Go o lito?? i przebaczenie i umrze? z Nim razem; nie poszed? wyzna? ze skruch? sw? win? przed Bogiem, lecz chcia? przed lud?mi zrzuci? z siebie win? i pozby? si? zap?aty za zdrad?. Pobieg? wi?c jak szalony do ?wi?tyni, gdzie po os?dzeniu Jezusa zebra?o si? wielu starszych cz?onków „Rady", którzy byli prze?o?onymi nad kap?anami, pe?ni?cymi s?u?b?. Gdy Judasz, zmieniony na twarzy, zrozpaczony, stan?? przed nimi, spojrzeli najpierw ze zdziwieniem po sobie, a potem z szyderczym u?miechem utkwili w Judasza dumne spojrzenia. On za? wyrwa? z za pasa trzos srebrników, wyci?gn?? je ku nim i rzek?, gwa?townie wzruszony: „Odbierzcie te pieni?dze, którymi skusili?cie mnie do wydania Sprawiedliwego! Odbierzcie te pieni?dze, a pu??cie Jezusa. Rozwi?zuj? nasza umow?; zgrzeszy?em ci??ko, zdradziwszy krew niewinn?." Lecz kap?ani teraz dopiero dali mu odczu? ca?? swa pogard? dla niego. Wyci?gn?li r?ce, niby odpychaj?c podawane srebrniki, jak gdyby nie chcieli si? zanieczyszcza? przez dotkni?cie nagrody za zdrad?, i rzekli: „Co nas to obchodzi, ?e ty zgrzeszy?e?? Je?li mniemasz, ?e? sprzeda? niewinn? krew, to ju? twoja rzecz. My wiemy, co?my kupili od ciebie i znale?li?my Go winnym ?mierci. Pieni?dze sobie schowaj, nie chcemy si? ich nawet dotyka?!" Tak mówili pr?dko i z roztargnieniem, jak ludzie,


790

którzy, zaj?ci interesami, chc? okaza? natr?tnemu, ?e radziby si? go pozby?; wreszcie z pogard? odwrócili si? od niego. Jego za? z?o?? porwa?a i rozpacz, przyprawiaj?ca go prawie o utrat? zmys?ów; w?osy zje?y?y mu si? na g?owie. Rozerwa? obiema r?kami ?a?cuszek, na którym nanizane by?y srebrniki, rzuci? im je pod nogi, ?e a? rozsypa?y si? po ca?ej ?wi?tyni i wybieg? jak szalony za miasto. I znowu b??dzi? na o?lep po dolinie Hinnom, a szatan w strasznej postaci trzyma? si? wci?? jego boku i szepta? mu do ucha wszystkie przekle?stwa Proroków, wypowiedziane o tej dolinie, na której ?ydzi niegdy? ofiarowali ba?wanom w?asne dzieci; chcia? go w ten sposób przywie?? do ostatecznej rozpaczy. Zdawa?o si? Judaszowi, ?e prorok palcem wskazuje na niego, mówi?c te s?owa: „Wyjd? i b?d? ogl?da? zw?oki tych, którzy zgrzeszyli przeciw Mnie, a robak ich nie umrze, a ogie? ich nie wyga?nie." To znowu brzmia?o mu w uszach: „Kainie, gdzie jest Abel, brat twój? Co uczyni?e? ? Krew jego wo?a o pomst? do Mnie. Przekl?ty b?dziesz na ziemi, b??ka? si? b?dziesz i ucieka? od widoku ludzi!" B??dz?c tak, przyby? Judasz nad potok Cedron i spogl?da? ku Górze oliwnej, lecz w tej chwili odwróci? si? ze zgroz?. Wszak niedawno s?ysza? tam s?owa: „Przyjacielu, po co przyszed?e?? Judaszu, poca?owaniem zdradzasz Syna cz?owieczego!" Straszne przera?enie przej??o dusz? Judasza, gdy to wspomnia?, zmys?y odmawia?y mu s?u?by, jednej my?li nie móg? zebra?, a czarny, wróg szepta? mu wci?? do uszu: „Tu, przez Cedron ucieka? Dawid przed Absalonem; Absalon obwiesi? si? na drzewie i tak zgin??. O tobie to zarazem prorokowa? Dawid, gdy mówi?: „Z?em odp?acili dobre, b?dzie mia? surowego s?dziego, szatan stanie po jego prawicy, wszelki s?d go pot?pi, krótkie b?d? dni jego ?ycia; urz?d jego obejmie kto inny, Pan zawsze mie? b?dzie w pami?ci z?o?liwo?? jego przodków, i grzechy matki jego, bo bez lito?ci prze?ladowa? ubogich, zabi? zasmuconego. Lubowa? si? w przekle?stwach, niech wi?c b?dzie przekl?ty; i oto wzi?? na siebie przekle?stwo jak szat?, jak woda wcisn??o si? ono w jego wn?trzno?ci, jak oliwa wesz?o w jego golenie, odzia?a go kl?twa jak szata, jak pas, który go opasuje na wieki." Poznawa? Judasz, jak na jot? stosuje si? to wszystko do niego, a sumienie dr?czy?o go strasznie, gorzej ni? m?ki cielesne. W?a?nie zab??dzi? w miejsce bagniste, pe?ne rumowisk i nieczysto?ci, na po?udniowy wschód od Jerozolimy u stóp góry Zgorszenia, gdzie go nikt nie móg? widzie?. Ale sumienie dr?czy?o go coraz wi?cej, a z miasta dolatywa? do? g?o?ny zgie?k, szatan za? szepta? mu do ucha s?owa: Oto prowadz? Go na ?mier?! Ty Go zaprzeda?e?! A wiesz ty, ?e napisano jest w Zakonie: „Kto sprzeda jedne dusz? z braci swoich z dzieci Izraela i we?mie za ni? zap?at?, ?mierci? ma umrze?. Zrób raz koniec, n?dzniku! Zrób koniec!" A Judasz, pod wp?ywem tych podszeptów, odda? si? zupe?nie rozpaczy; zdj?wszy pas, obwiesi? si? na drzewie o wielu rozga??zieniach, wyrastaj?cym z zag??bienia ziemi. A gdy ju? wisia?, rozp?k?o si? jego cia?o i wn?trzno?ci wylecia?y na ziemi?.

Jezus prowadzony do Pi?at

Do Pi?ata prowadzono Jezusa przez najwi?cej zaludnion? dzielnic? miasta, która dzi? szczególnie, wobec nap?ywu ludno?ci na ?wi?ta, roi?a si? przybyszami z ca?ej okolicy i z dalszych stron. Orszak zeszed? z Syjonu pó?nocnym stokiem, przeszed? w?sk? ulic?, prowadz?c? przez dolin? i posuwa? si? dalej przez dzielnic? Akra, ci?gn?c? si? wzd?u? zachodniego boku ?wi?tyni, a? do pa?acu i budynku s?dowego Pi?ata, po?o?onego przy pó?nocno — zachodnim naro?niku ?wi?tyni, naprzeciw wielkiego forum, czyli rynku. Pochód otwierali Kajfasz i Annasz w otoczeniu wielu cz?onków „Wielkiej Rady", w ubiorach ?wi?tecznych; za nimi niesiono zwoje pisma. Dalej szli uczeni Zakonni i


791

inni ?ydzi, jak np. fa?szywi ?wiadkowie i zjadliwi Faryzeusze, którzy najwi?cej okazali gorliwo?ci przy oskar?aniu Zbawiciela. Za tymi dopiero, w niewielkim odst?pie, pro-wadzili siepacze na powrozach Jezusa w otoczeniu oddzia?u ?o?daków i owych sze?ciu urz?dników, którzy ju? byli przy pojmaniu Jezusa. Mot?och uliczny nap?ywa? ze wszystkich stroni w?ród okrzyków szyderczych przy??cza? si? do pochodu. T?umy ludno?ci, zebranej na ulicach w zbitych gromadach przypatrywa?y si? pochodowi. Jezus mia? na Sobie tylko Sw? tkan? tunik?, pokryt? b?otem i plugastwem. Z szyi zwiesza? si? Mu do kolan d?ugi ?a?cuch o grubych ogniwach, bole?nie bij?cy Go w czasie chodu po kolanach. R?ce zwi?zane mia? jak wczoraj i ci sami prowadzili Go siepacze, na powrozach, uwi?zanych u pasa. Straszne katowania ca?onocne odbi?y si? ogromnie na Jego ca?ej postaci; z rozwianymi w?osami i brod?, z obliczem bladym, obrz?kiem i zsinia?ym od bicia, wygl?da? Jezus jak uosobienie bole?ci i niedoli. Szed? cichy, spokojny, w?ród coraz nowych udr?cze? i naigrywa?. ?ydzi podburzyli mot?och uliczny, by w dzisiejszym pochodzie wyszydzi? uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy w niedziel? Palmow?. T?uszcza wywo?ywa?a wi?c za Nim szyderczo ró?ne dostojne nazwy i tytu?y, rzucano Mu pod nogi kamienie, kije, klocki drzewa, brudne ?achmany, a w?ród pie?ni szyderczych i nawo?ywa? stawiano Mu przed oczy niedawny uroczysty wjazd. Siepacze za? szarpali Jezusa za powrozy umy?lnie tak, by potyka? si? na rzucanych Mu przedmiotach. S?owem, ca?a droga by?a dla Jezusa bezustannym udr?czeniem. Zaraz z pocz?tku, niedaleko domu Kajfasza czeka?a wspó?cierpi?ca Naj?w. Matka Jezusa, stoj?ca z Magdalen? i Janem w za?omie muru jakiego? budynku. Wprawdzie dusz? by?a wci?? przy Jezusie, ale niepokojona mi?o?ci? macierzy?sk?, pragn??a tak?e osobi?cie by? przy Nim jak najbli?ej, wi?c sz?a, na drogi, którymi mia? i??, wst?powa?a w Jego ?lady. Powróciwszy z nocnego pochodu do domu Kajfasza, krótki czas tylko bawi?a w wieczerniku pogr??ona w niemym smutku. Zaledwie uczu?a duchem, ?e Jezusa wyprowadzono z wi?zienia przed s?d poranny, zaraz wsta?a, zarzuci?a p?aszcz i zas?on?, i id?c naprzód, wezwa?a ze sob? Jana i Magdalen?, mówi?c: „Chod?my, odprowadzimy Syna mego do Pi?ata; chc? Go widzie? na w?asne oczy. Bocznymi drogami wyprzedzili pochód i zatrzymali si? tu wszyscy troje, czekaj?c nadej?cia orszaku. Naj?wi?tsza Panna wiedzia?a wprawdzie, co si? dzieje z jej Synem, w duszy mia?a Go wci?? przed Sob?, ale oczy Jej duszy nie mog?y przedstawi? Go Sobie tak zmienionego i skatowanego, jakim Go uczyni?a z?o?? ludzka. Widzia?a duchem ci?g?e a straszne Jego m?ki, ale promienne i z?agodzone ?wi?to?ci?, mi?o?ci? i cierpliwo?ci? Jego woli ofiarnej. A oto teraz mia?a Jej stan?? przed oczy straszliwa, brutalna rzeczywisto?? w ca?ej swej nago?ci. Najpierw przesun?li si? przed ni? pyszni, zjadliwi nieprzyjaciele Jezusa, arcykap?ani prawdziwego Boga, przyodziani w suknie ?wi?teczne, a w sercu pe?ni chytro?ci, k?amstwa, oszustwa, przekle?stwa, knuj?cy plany zbrodnicze przeciw Bogu. Kap?ani Boga stali si? kap?anami czarta; a? strach o tym pomy?le?! Potem odbi? si? o Jej uszy zgie?k, krzyk pospólstwa, wszystkich krzywoprzysi?skich wrogów i oskar?ycieli jej Syna, a? wreszcie — kogó? to widzi? Przeciera oczy, nie wierz?c sama Sobie. To nie-mo?liwe! Kogó? to widzi? Tak, to Jezus, Syn Bo?y, Syn cz?owieczy, Jej w?asny Syn, zeszpecony, skatowany, zbity, skr?powany; p?dz? Go z ty?u, wlok? Go siepacze na powrozach, a On wlecze si? raczej, ni? idzie, otoczony chmur? szyderstw i przekle?stw. Tak straszliwie zeszpeconego nie pozna?aby, tym bardziej, ?e mia? na Sobie tylko tunik?, z?o?liwie splugawion? przez oprawców; ale pozna?a Go, bo On by? jeden najbiedniejszy, najn?dzniejszy, On jedynie spokojny w?ród tego orkanu rozkie?znanego piek?a, modli? si? z mi?o?ci? za Swoich prze?ladowców.


792

Gdy si? zbli?y?, nie mog?o ludzkie Jej serce znie?? tego nawa?u cierpie?, wi?c zaj?cza?a bole?nie: „Biada mi! Czy? to ma by? mój Syn? Ach tak! To Syn mój! O Jezusie, Jezusie mój!" Lecz pochód min?? J? pr?dko a Jezus spojrza? ze wzruszeniem na Sw? matk?. Ona za? skupi?a si? zaraz w wewn?trznym rozpami?tywaniu Swej bole?ci i nie?wiadomie da?a si? odci?gn?? Janowi i Magdalenie; po chwili dopiero, och?on?wszy, poleci?a Janowi zaprowadzi? si? do pa?acu Pi?a-ta. W drodze tej musia? Jezus i tego u-dr?czenia do?wiadczy?, jak to przyjaciele zwykli opuszcza? nas w nieszcz??ciu. Mieszka?cy Ofel bowiem si? zebra-li w jednym miejscu przy drodze, by ujrze? Jezusa. Gdy jednak ujrzeli Go w takiej pogardzie i poni?eniu, prowadzonego przez siepaczy na powrozach, zacz?li i oni chwia? si? w wierze i przy-wi?zaniu do Niego. Nie mog?o im si? to w g?owie pomie?ci?, by Król, Prorok, Mesjasz, Syn Bo?y, móg? znajdowa? si? w podobnym stanie. A jeszcze do tego zacz?li Faryzeusze mimochodem przedrwiwa? ich przywi?zanie do Jezusa, mówi?c: „Oto macie waszego pi?knego Króla! Pozdrówcie Go! Có? to, d?sacie si? teraz, gdy On idzie na koronacj? i wkrótce zasi?dzie na tronie? Sko?czy?y si? Jego cuda. Arcykap?an pomiesza? Mu praktyki czarnoksi?skie." Biedacy ci doznali wiele cudownych uzdrowie? i ?ask od Jezusa, ale teraz, s?ysz?c to i patrz?c na tak straszne widowisko, za-chwiali si? w wierze tym bardziej, ?e jako przeciwników Jezusa widzieli po-?wi?cone osoby kraju, arcykap?anów i „Rad?." Lepsi i wytrwalsi cofn?li si? ze zw?tpieniem, gorsi przy??czyli si? zaraz do pochodu, naigrywaj?c si? z Jezusa na równi z innymi. Wzd?u? ca?ej drogi a? do domu Pi?ata ustawili Faryzeusze tu i ówdzie stra?e, by zapobiec mo?liwym rozruchom.

Pa?ac Pi?ata i jego otoczenie

U stóp pó?nocno zachodniej strony wzgórza, na którym wznosi si? ?wi?tynia, stoi ma znacznym podwy?szeniu pa?ac rzymskiego starosty, Pi?ata. Od wschodu jest taras, do którego wiod? wysokie schody marmurowe; wida? z niego le??cy naprzeciw, obszerny rynek. Rynek sam otoczony jest w ko?o kru?gankami, w których s? hale dla sprzedaj?cych. Z rynkiem ??cz? si? cztery g?ówne ulice od zachodu, pó?nocy, wschodu i po?udnia, a ?e rynek le?y wy?ej, wi?c ulice dochodz?c do?, wznosz? si? nieco pod gór?. Cztery te uj?cia ulic i pi?ty odwach przerywaj? jednostajne linie kru?ganków, okalaj?cych w ko?o rynek, zwany forum, a ci?gn?cy si? ku zachodowi a? poza pó?nocno zachodni róg ?wi?tyni; z tego miejsca wida? by?o gór? Syjon. Do zewn?trznych boków kru?ganków przytykaj? pojedyncze domy pobliskich ulic. — Pa?ac Pi?ata nie przytyka bezpo?rednio do forum, bo oddziela go ode? obszerny dziedziniec; zamyka go za? od wschodu brama ?ukowa, przez któr? wychodzi si? na ulic? wiod?c? do bramy Owczej, a st?d dalej na Gór? oliwn?. Taka? brama, zamyka dziedziniec od zachodu i t?dy przez dzielnic? Akra idzie si? na Syjon. Patrz?c z tarasu pa?acu Pi?ata na pó?noc, widzi si? poza dziedzi?cem forum. U wej?cia z dziedzi?ca na rynek jest kolumnada i kilka kamiennych ?aw, zwróconych ku dziedzi?cowi; dot?d zwykle, a nie dalej zbli?ali si? kap?ani ?ydowscy, gdy mieli jak? spraw? do za?atwienia u Pi?ata. By?a nawet dla nich umy?lnie w tym celu zakre?lona granica w bruku dziedzi?ca; nie przekraczali jej, by si? nie zanieczy?ci?. Przy zachodniej bramie dziedzi?ca, ju? w obr?bie rynku, sta? wielki odwach, ??cz?cy si? przez bram? z pretorium Pi?ata. (Pretorium zwa?a si? ta cz??? pa?acu Pi?ata, w której odbywa? s?dy). Odwach wi?c tworzy? niejako atrium, czyli przedsionek do pretorium. Otoczony by? kolumnad?; w ?rodku by? dziedziniec nie kryty, za? w podziemnych piwnicach znajdowa?y si? wi?zienia; tu w?a?nie siedzieli zamkni?ci dwaj ?otrzy. Odwach roi? si? zawsze od rzymskich ?o?nierzy. Nieopodal, tu? przed


793

kolumnad?, sta? na forum s?up, przy którym biczowano zbrodniarzy. S?upów takich by?o wi?cej w obr?bie forum; bli?sze s?u?y?y do wymierzania ch?osty, przy dalszych przywi?zywano byd?o, wyprowadzone na sprzeda?. Naprzeciw odwachu sta? na rynku pi?kny, równiutki taras z ?awkami kamiennymi, co? w rodzaju rusztowania dla skaza?ców; wchodzi?o si? na niego po schodach. Zwano go Gabbata i z niego to og?asza? Pi?at uroczyste wyroki s?dowe. Rozprawy przeprowadza? Pi?at w ten sposób, ?e sam siedzia? na otwartym tarasie swego pa?acu, a oskar?yciele siedzieli na owych ?awkach kamiennych u wej?cia na dziedziniec. G?o?no mówi?c, mo?na si? by?o ?atwo w ten sposób porozumiewa?. Poza pa?acem Pi?ata ci?g?y si? wy?ej jeszcze tarasy z ogrodami i altan?. Ogrody te ??cz? pa?ac z mieszkaniem ?ony jego, Klaudii Prokli. Ca?? budowl? oddziela rów Pi?ata. By?a nawet dla nich umy?lnie w tym celu zakre?lona granica w bruku dziedzi?ca; nie przekraczali jej, by si? nie zanieczy?ci?. Przy zachodniej bramie dziedzi?ca, ju? w obr?bie rynku, sta? wielki odwach, ??cz?cy si? przez bram? z pretorium Pi?ata. (Pretorium zwa?a si? ta cz??? pa?acu Pi?ata, w której odbywa? s?dy). Odwach wi?c tworzy? niejako atrium, czyli przedsionek do pretorium. Otoczony by? kolumnad?; w ?rodku by? dziedziniec nie kryty, za? w podziemnych piwnicach znajdowa?y si? wi?zienia; tu w?a?nie siedzieli zamkni?ci dwaj ?otrzy. Odwach roi? si? zawsze od rzymskich ?o?nierzy. Nieopodal, tu? przed kolumnad?, sta? na forum s?up, przy którym biczowano zbrodniarzy. S?upów takich by?o wi?cej w obr?bie forum; bli?sze s?u?y?y do wymierzania ch?osty, przy dalszych przywi?zywano byd?o, wyprowadzone na sprzeda?. Naprzeciw odwachu sta? na rynku pi?kny, równiutki taras z ?awkami kamiennymi, co? w rodzaju rusztowania dla skaza?ców; wchodzi?o si? na niego po schodach. Zwano go Gabbata i z niego to og?asza? Pi?at uroczyste wyroki s?dowe. Rozprawy przeprowadza? Pi?at w ten sposób, ?e sam siedzia? na otwartym tarasie swego pa?acu, a oskar?yciele siedzieli na owych ?awkach kamiennych u wej?cia na dziedziniec. G?o?no mówi?c, mo?na si? by?o ?atwo w ten sposób porozumiewa?. Poza pa?acem Pi?ata ci?g?y si? wy?ej jeszcze tarasy z ogrodami i altan?. Ogrody te ??cz? pa?ac z mieszkaniem ?ony jego, Klaudii Prokli. Ca?? budowl? oddziela rów od góry, na której si? znajdowa?a ?wi?tynia. Poza tym jeszcze s? mieszkania s?ug ?wi?tyni. Od wschodu przylega do pa?acu Pi?ata ów budynek obrad i posiedze? s?dowych starego Heroda, w którym ten?e w dziedzi?cu wewn?trznym kaza? wymordowa? tyle niewini?tek. Teraz zmieni?o si? tam wiele; wej?cie jest od strony wschodniej, a drugie osobne dla Pi?ata, z jego przedsionka. Z tej strony przecinaj? miasto od wschodu ku zachodowi cztery ulice; trzy biegn? ku pa?acowi Pi?ata i ku forum (rynek), czwarta prowadzi wzd?u? pó?nocnej ?ciany forum ku bramie, przez któr? idzie si? do Betsur. W ulicy tej, blisko bramy, stoi pi?kny budynek b?d?cy w?asno?ci? ?azarza. Marta ma tu tak?e osobne dla siebie mieszkanie. Jedna z tych ulic, najbli?sza ?wi?tyni, bierze pocz?tek od bramy Owczej. Wchodz?c w t? bram?, widzi si? po prawej r?ce Owcz? sadzawk?, tak blisko podchodz?c? pod mury, ?e sklepienia muru wisz? tu? nad wod?. Woda z sadzawki odp?ywa poza mury w dolin? Jozafata, i dlatego grunt tu jest troch? bagnisty. Sadzawk? otacza kilka budowli. W tej to sadzawce myje si? po raz pierwszy z grubszego baranki zanim si? je zaniesie w ofierze do ?wi?tyni; drugi raz jeszcze myje si? je ceremonialnie w sadzawce Betesda na po?udnie od ?wi?tyni. W drugiej ze wspomnianych czterech ulic znajduje si? dom z podwórzem, w?asno?? ?w. Anny, matki Maryi; tu zatrzymywa?a si? ona z rodzin? i umieszcza?a byd?o ofiarne, ilekro? przybyli na ?wi?ta do Jerozolimy. W tym domu, o ile sobie przypominam, obchodzono gody weselne Józefa i Maryi. Forum, jak powiedzia?am, le?y wy?ej ni? znajduj?ce si? w ko?o ulice; wzd?u? ulic


794

biegn? rynsztoki a? do sadzawki Owczej. Podobne forum, jak to rozci?ga si? na górze Syjon przed dawnym zamkiem Dawida. Wieczernik znajduje si? ode? na po?udniowy wschód a na pó?noc budynek s?dowy Annasza i Kajfasza. Zamek Dawida, niegdy? twierdza silna, jest teraz opustosza?y, zniszczony. Pustka panuje w dziedzi?cach, stajniach i izbach b?d?cych nieraz wynajmowanych na kwatery dla karawan, cudzoziemców i ich bydl?t jucznych. Zamek ju? dawno stoi pustk?; gdy? takim widzia?am go ju? przy Narodzeniu Chrystusa. W owym to czasie wprowadzono tu na gospod?, zaraz po przybyciu, orszak ?w. Trzech Królów z ca?? s?u?b? i zwierz?tami jucznymi.

Jezus przed Pi?atem

Wed?ug naszego czasu by?a godzina mniej wi?cej szósta rano, gdy orszak ze skatowanym strasznie Jezusem stan?? przed pa?acem Pi?ata. Arcykap?ani, Annasz i Kajfasz, tudzie? cz?onkowie „Rady", zaj?li zaraz miejsca na siedzeniach u wej?cia na dziedziniec, Jezusa za? poci?gn?li siepacze na powrozach a? ku schodom, wiod?cym na taras. Pi?at spoczywa? w?a?nie na pewnego rodzaju sofie; przed nim sta? ma?y trójno?ny stolik, a na nim le?a?y odznaki urz?dowe i kilka drobiazgów, ju? nie pami?tam jakich. Otacza?o go grono oficerów i ?o?nierzy. Dalej wida? by?o ustawione oznaki i god?a rzymskiego pa?stwa. Us?yszawszy wrzaw? i zgie?k, spojrza? Pi?at w t? stron? i ujrza? spiesznie nadci?gaj?cy orszak z Jezusem w po?rodku. Gdy ju? ?ydzi usadowili si? u wej?cia na dziedziniec (bo dalej nie wolno im by?o i?? wed?ug prawa Moj?eszowego, by si? nie zanieczy?ci?) i gdy przyprowadzono Jezusa przed schody, powsta? Pi?at i odezwa? si? do nich szyderczo takim tonem, jakby np. przemówi? jaki dumny marsza?ek Francji do deputowanych z ma?ego ubogiego miasteczka: „Có? was tu znowu tak rano przygna?o? Ale?cie te? oporz?dzili tego biedaka! Ju? od samego rana zaczynacie ?upi? i zabija?." ?ydzi za?, kazawszy siepaczom zaci?gn?? Jezusa do pretorium, zwrócili, si? do Pi?ata ze s?owami: „Wys?uchaj, panie, naszego oskar?enia przeciw temu z?oczy?cy! My sami nie mo?emy wej?? do domu s?dowego, bo wiesz, ?e wed?ug Zakonu zanieczy?ciliby?my si?." Po tych g?o?no wyrzeczonych s?owach, da? si? nagle s?ysze? w?ród t?umu gromki g?os: „O tak, nie mo?ecie wej?? do domu s?dowego, bo u?wi?cony jest on krwi? niewinn?! Tylko Jezus mo?e tam wej??, On jeden jest mi?dzy ?ydami czysty, jak owe niewini?tka!" S?owa te wymówi? cz?owiek krzepki, barczysty, który za innymi docisn?? si? na forum. By? to m?? czcigodny, a zamo?ny, stryj m??a Serafii, zwanej Weronik?; on sam zwa? si? Zadoch. Dwóch jego synków zamordowano swego czasu wraz z innymi niemowl?tami na rozkaz starego Heroda. Od tego czasu usun?? si? on zupe?nie od ?ycia publicznego, i jak Esse?czyk ?y? z Sw? ?on? we wstrzemi??liwo?ci. Raz tylko widzia? Jezusa u ?azarza, i s?ysza? Jego nauk?. I oto teraz, gdy widzia?, jak siepacze ci?gn? niewinnego Jezusa bezlito?nie po schodach, wzruszy?o go bolesne wspomnienie pomordowanych dziatek, g?o?no wobec ca?ego t?umu da? Jezusowi ?wiadectwo niewinno?ci. Wypowiedziawszy g?o?no powy?sze s?owa, wmiesza? si? w t?um i znik? z oczu. Oskar?yciele Jezusa niewielk? zwrócili na to uwag?, bo najpierw spieszyli si? bardzo, a przy tym z?o?ci?o ich zachowanie si? Pi?ata i podrz?dne stanowisko, jakie musieli zaj?? wobec niego. Siepacze wywlekli Jezusa po schodach marmurowych a? na taras, tutaj stan?? Pan cicho w g??bi tarasu, a tymczasem Pi?at porozumiewa? si? z oskar?ycielami. O uszy Pi?ata obija?y si? ju? nieraz ró?ne wie?ci o Jezusie, a dzi? raniutko dali mu zna? ?ydowscy kap?ani i radni, ?e przyprowadz? mu do os?dzenia Jezusa z Nazaretu, który winien jest ?mierci. Teraz ujrzawszy Jezusa tak skatowanego, a


795

przy tym z dziwnym, niezatartym wyrazem godno?ci niezwyk?ej w obliczu, uczu? Pi?at rosn?cy w sobie wstr?t i pogard? dla ?ydowskich kap?anów i radnych, wi?c da? im pozna?, ?e nie wyda pot?piaj?cego wyroku na Jezusa bez dowiedzenia Mu oczywistej i pewnej winy. Zaraz te? dumnie i szyderczo, zagadn?? arcykap?anów: "Jak?? win? w tym cz?owieku macie mi przed?o?y??" — A oni odrzekli z tajon? z?o?ci?: „Gdyby?my Go nie poznali jako zbrodniarza, nie byliby?my przyprowadzili Go do ciebie."—„Wi?c we?cie Go sobie i os?d?cie wed?ug waszego prawa" — rzek? Pi?at. Lecz oni odparli: „Ty wiesz przecie, ?e nie przys?uguje nam nieograniczone prawo wydawania i wykonywania wyroków ?mierci." Z?o?? wrogów Jezusa ros?a coraz bardziej. Naglili gwa?townie, i spieszyli si? ze wszystkim, by za?atwi? si? z Jezusem przed oznaczonym prawnie czasem ?wi?tecznym, by w swoim czasie móc zabi? i spo?y? baranka wielka-nocnego, nie przeczuwaj?c, ?e Jezus jest w?a?nie prawdziwym Barankiem wielkanocnym. Sami bali si? przest?pi? granic? pretorium, by si? nie zanieczy?ci? i móc spo?ywa? baranka swego, a oto nie wahali si? wprowadzi? do pretorium poga?skiego ba?wochwalcy, prawdziwego, najczystszego Baranka wielkanocnego. Na ??danie starosty rozpocz?li ?ydzi wywód oskar?enia. Trzy g?ówne skargi wnie?li na Jezusa, a na udowodnienie ka?dej postawili po dziesi?ciu ?wiadków. Obmy?lili za? te skargi tak, by przedstawi? Jezusa jako zbrodniarza, wyst?puj?cego przeciw cesarzowi, i by przez to Pi?at by? niejako zmuszony wyda? wyrok pot?piaj?cy; oni bowiem sami mogli decydowa? tylko w sprawach dotycz?cych ?wi?tyni i praw religijnych. Najpierw wi?c wnie?li skarg?, ?e Jezus jest uwodzicielem ludu, ?e zak?óca spokój i wichrzy w kraju; przytaczali zaraz na to poszczególne dowody, poparte zeznaniami ?wiadków. I tak, mówili, ?e Jezus w?óczy si? po kraju, ?e zwo?uje liczne zgromadzenia, gwa?ci szabat i uzdrawia w szabat. Tu przerwa? im Pi?at, mówi?c szyderczo: „Wida?, ?e?cie zdrowi na wskro?, bo inaczej nie gorszyliby?cie si? tak Jego uzdrawianiem." Dalej oskar?ali ?ydzi Jezusa, "?e zwodzi lud jakimi? ohydnymi naukami; mówi bowiem, ?e kto chce mie? ?ywot wieczny, musi po?ywa? Jego Cia?o i Krew." Pi?ata gniewa?a ta zajadliwo??, z jak? rzucali ?ydzi oskar?enia na Jezusa; nie zdradza? si? jednak z tym, tylko u?miecha? znacz?co do swoich oficerów, a od czasu do czasu docina? Faryzeuszom ostro. Tak np. rzek? im:„Zdaje mi si? zupe?nie, ?e i wy wyznajecie nauk? Jego i chcecie mie? ?ywot wieczny; tak si? zachowujecie, jakby?cie chcieli ?ywcem je?? cia?o Jego i pi? Jego krew." Tre?ci? drugiej skargi by?o, ?e Jezus podburza lud, by nie p?aci? cesarzowi podatków. Tu ju? uniós? si? Pi?at gniewem. Uwa?a? na takie rzeczy, nale?a?o do zakresu jego w?adzy, wi?c pewien siebie zawo?a?: „Jest to pod?e k?amstwo; o tym ja wiedzia?bym pr?dzej, ni? wy." A ?ydzi, widz?c to, wnie?li zaraz trzeci? skarg?. „Niech b?dzie i tak — krzyczeli — ale w ka?dym razie jest On wrogiem cesarza i pa?stwa. Cz?owiek ten, niskiego a w?a?ciwie niepewnego, podejrzanego pochodzenia, zdo?a? sobie pozyska? mnóstwo stronników i rzuca? kl?twy na Jerozolim?; On tak?e rozszerza w?ród t?umów dwuznaczne przypowie?ci jak np. o królu, który sprawia gody swemu synowi. Ju? i tak raz t?uszcze, zebrane licznie na górze, chcia?y Go obra? królem; ale Jemu wyda?o si? to za wcze?nie, wi?c ukry? si? wtenczas. Za to w ostatnich dniach pozwoli? ju? Sobie na wi?cej. Oto urz?dzi? ha?a?liwy, uroczysty wjazd do Jerozolimy, kaza? oddawa? Sobie honory królewskie i wznosi? na Sw? cze?? okrzyki: Hosanna Synowi Dawidowemu, chwa?a niech b?dzie królestwu naszego ojca Dawida, nadchodz?cemu teraz!" Sam naucza?, ?e jest Chrystusem, pomaza?cem Pana, Mesjaszem, obiecanym królem ?ydowskim, i tak te? kaza? si? nazywa?. Czy? nie jest to wrogiem wyst?powaniem przeciw cesarzowi?" Pod?e te skargi poparli Faryzeusze znowu zeznaniami dziesi?ciu ?wiadków.


796

Us?yszawszy, ?e Jezus ka?e si? nazywa? Chrystusem, królem ?ydowskim, zastanowi? si? nieco Pi?at. Po namy?le poszed? do przyleg?ej izby s?dowej, rzuciwszy mimochodem baczne spojrzenie na Jezusa, i kaza? stra?om przyprowadzi? Go do siebie. I có? to tak nagle da?o do my?lenia Pi?atowi? Oto by? on poganinem zabobonnym, zmiennym, w którego g?owie miesza?y si? ró?ne wyobra?enia. Z religii swej mia? niejasne jakie? poj?cia o potomkach swoich bogów, którzy podobno kiedy? ?yli na ziemi. Wiedzia? dalej, ?e Prorocy ?ydowscy przepowiadali od dawna przyj?cie pomaza?ca Bo?ego, odkupiciela, oswobodziciela, króla ?ydowskiego i ?e szerokie warstwy ludno?ci oczekiwa?y Go w?a?nie w tym czasie. Nie by?o mu równie? obcym, ?e niegdy? do starego Heroda przybyli królowie z dalekiego Wschodu i dopytywali si? o jakiego? nowonarodzonego króla ?ydowskiego, by odda? mu cze?? i ?e Herod, z obawy przed tym królem, kaza? wymordowa? mnóstwo niemowl?t. Zna? wi?c Pi?at te podania o Mesjaszu i królu ?ydowskim, ale jako gorliwy ba?wochwalca nie wierzy? w nie, jak równie? nie móg? sobie wyobrazi?, jaki by to mia? by? ten król. Co najwy?ej móg? pod tym wzgl?dem podziela? zapatrywanie wielu wykszta?conych, wolno my?l?cych ?ydów i Herodian, którzy wyobra?ali sobie Mesjasza, jako pot??nego, zwyci?skiego w?adc?, tym ?mieszniejszym wyda?o mu si? wi?c oskar?enie, ?e ten Jezus, stoj?cy przed nim, tak n?dzny, biedny, sponiewierany, ma si? podawa? za tego pomaza?ca Bo?ego i króla! Poniewa? jednak nieprzyjaciele Jezusa po?o?yli nacisk na to, i? jest to naruszeniem praw cesarskich, wi?c Pi?at kaza? wezwa? Jezusa do izby, by Go przes?ucha?. Gdy Jezus wszed?, Pi?at spojrza? na Niego ze zdziwieniem i zapyta?: „Wi?c to Ty jeste? tym królem ?ydowskim?" Jezus, nie odpowiadaj?c wprost, zapyta? Go nawzajem: „Czy mówisz to z w?asnego przekonania, czy te? inni powiedzieli ci to o Mnie?" Urazi? si? troch? Pi?at, i? Jezus ma go za tak nierozs?dnego, by z w?asnego pop?du pyta? si? biednego n?dzarza, czy jest królem, rzek? wi?c ?ywo mniej wi?cej: „Czy? jestem ?ydem, bym mia? wiedzie? o takich marno?ciach? To twój lud i wasi kap?ani oskar?yli Ci? oto oddali mi ci? do os?dzenia, jako winnego ?mierci. Powiedz, co? Ty w?a?ciwie zrobi??" Wtedy Jezus powiedzia? g?osem uroczystym: „Królestwo Moje nie jest z tego ?wiata; gdyby by?o z tego ?wiata, z pewno?ci? znalaz?bym s?ugi i poddanych, którzy stan?liby w Mojej obronie i nie daliby Mnie wyda? ?ydom. Ale, jak mówi?, królestwo Moje nie jest st?d." —„A wi?c jednak jeste? królem!"— rzek? do niego Pi?at. A Jezus odrzek? mu: „Tak jest, jak mówisz: Jestem królem. Urodzi?em si? i przyszed?em na ten ?wiat, by da? ?wiadectwo prawdzie; a ka?dy kto z prawdy jest, s?ów Moich s?ucha." Spojrza? na? Pi?at przeci?gle i wstaj?c, zapyta?: „Prawda? A có? jest prawda?" Rozmawiali jeszcze chwil?, ale ju? nie pami?tam dok?adnie tre?ci. Nie zrozumiawszy Jezusa, wyszed? Pi?at znowu na taras. Tyle jednak przekona? si?, ?e chocia?by Jezus by? królem, to nie takim, który mo?e za-szkodzi? cesarzowi, i ?e nie ro?ci Sobie prawa do ?adnego królestwa na tej ziemi; a królestwo z innego ?wiata nie obchodzi wcale cesarza. Rzek? wi?c arcykap?anom: „Nie znaj-duj? ?adnej winy w tym cz?owieku." Rozj?trzy?o to wrogów Jezusa i po-budzi?o do obrzucenia Go nowym gra-dem zarzutów i oskar?e?. Jezus sta? wci?? milcz?cy i tylko modli? si? w duchu za tych biednych, nie wiedz?cych, co czyni?. Milcza? nawet i wtenczas, gdy Pi?at zwróci? si? do Niego z zapytaniem, co ma do odpowiedzenia na te zarzuty. Starosta, zdziwiony tym do najwy?szego stopnia, rzek?: „Poznaj?, ?e oni same k?amstwa wyszukuj? przeciw Tobie!" (U?y? tu Pi?at na k?amstwo odr?bnego wyra?enia, które jednak zapomnia?am.) Oskar?yciele za?, ?li coraz bardziej, zacz?li teraz nastawa? na samego Pi?ata. „Jak to? — mówili — ?adnej winy w Nim nie


797

znajdujesz? Czy? to nie jest ?adna wina? On podburza wszystek lud i rozszerza Sw? nauk? po ca?ym kraju od Galilei a? tutaj." Zastanowi? si? Pi?at, us?yszawszy s?owo „Galilea", i zapyta? zaraz: „Czy cz?owiek ten jest mo?e z Galilei, pod-dany Heroda?" Odpowiedziano mu, ?e rzeczywi?cie rodzice Jego mieszkali w Nazarecie a Jego sta?ym miejscem pobytu jest Kafarnaum. „A, kiedy tak — zawo?a? Pi?at — to jako Galilejczyk jest poddanym Heroda. Herod jest tu na ?wi?tach, prowad?cie wi?c Jezusa do niego, niech Go os?dzi." Zaraz te?, kaza? Jezusa sprowadzi? na dó? i odda? w r?ce ?ydów, a swoj? drog? wys?a? jednego z oficerów do Heroda z oznajmieniem, ?e przysy?a mu do os?dzenia Galilejczyka, Jezusa z Nazaretu, jego poddanego. Zadowolony by? Pi?at bardzo, ?e unikn?? w ten sposób konieczno?ci s?dzenia Jezusa, bo ca?a ta sprawa wydawa?a mu si? jako? dziwn?; a mia? zarazem na oku i cel polityczny. Herod zawsze by? ??dny pozna? Jezusa, wi?c Pi?at wiedzia?, ?e posy?aj?c mu Go, zrobi Herodowi wielk? przyjemno??; ?e za? dotychczas stosunki mi?dzy nimi by?y napr??one wi?c s?dzi?, ?e to u?atwi wzajemne zbli?enie si?. Wrogowie Jezusa, oburzeni do najwy?szego stopnia, ?e tak wobec wszego ludu dostali od Pi?ata odpraw? i mu-sieli i?? dalej, starali si? na Jezusie wywrze? sw? z?o??. Otoczyli Go zaraz wko?o, kazali pacho?kom zwi?za? Go na nowo i ze wznowion? zaciek?o?ci? dr?czyli Go, bili, popychali; tak z po?piechem ogromnym p?dzili Go przez rynek, nabity ludem, i przez jedn? ulic? do pobliskiego pa?acu Heroda. Orszakowi towarzyszyli tak?e rzymscy ?o?nierze. Na chwil? przed wyprawieniem Jezusa do Heroda, przys?a?a ?ona Pi?ata, Klaudia Prokla, s?u??cego do m??a i kaza?a mu powiedzie?, ?e pilnie bardzo pragnie z nim mówi?. Teraz za? sta?a w ukryciu na jednej z wy?szych galerii pa?acu i ze smutkiem wielkim i trwog? przypatrywa?a si?, jak Jezusa ci?gni?to przez forum do Heroda.

Pocz?tek nabo?e?stwa drogi krzy?owej

Ukryta z Magdalen? i Janem w zak?tku jednej z hal na forum, przypatrywa?a si? Naj?w. Panna ca?ej rozprawie przed Pi?atem, s?ysza?a te dzikie okrzyki i wrzaw? i bola?a niewypowiedzianie. Gdy teraz prowadzono Go do Heroda, nie mia?a ju? si?y i?? dalej, lecz prosi?a Jana i Magdalen?, by oprowadzili j? przez ca?? te drog? cierpie?, któr? odby? jej Boski Syn, pocz?wszy od pojmania Go wczoraj wieczór. Poszli wi?c najpierw drog? do budynku s?dowego Kajfasza, dalej do pa?acu Annasza, stad przez Ofel do Getsemane i na Gór? oliwn?. Na wielu miejscach, gdzie Jezus najwi?cej znosi? katuszy i udr?cze?, przystawali, pogr??aj?c si? w smutku nad Jego cierpieniami. W miejscach, gdzie Jezus upada?, pada?a tak?e Matka Naj?wi?tsza na kolana i ca?owa?a ziemi?, której dotyka?o si? Jego ?wi?te cia?o. Magdalena ?ama?a r?ce z bole?ci, Jan tak?e p?aka? rzewnie, ale troskliwie podnosi? z ziemi smutkiem przepe?nion? Matk? i znowu szli dalej. To by? pocz?tek rozpowszechnionego pó?niej w Ko?ciele nabo?e?stwa „Drogi krzy?owej", pocz?tek bolesnego rozpami?tywania gorzkiej m?ki naszego Boskiego Odkupiciela, jeszcze nim dokona? zupe?nie tego dzie?a odkupienia. Dopiero by? Jezus w po?owie tej bolesnej drogi m?cze?skiej, a ju? Matka Jego niepokalana, dziel?ca z Nim w niesko?czonej Swej mi?o?ci wszystkie cielesne i duchowe cierpienia, odszukiwa?a ?lady swego Syna i Boga, id?cego za nas na ?mier?, by je uczci?, op?aka? i ofiarowa? Ojcu niebieskiemu za zbawienie ?wiata. Tak*) zbiera?a na ca?ej tej drodze ze wszystkich ?ladów Naj?w. Odkupiciela, Jego niesko?czone zas?ugi, uzyskane dla nas; a zbiera?a je w Swe najczystsze, wspó? cierpi?ce serce, t? jedynie godn? skarbnic? wszystkich dóbr zbawienia, z której i przez któr? jedynie wed?ug odwiecznego wyroku Boga, w Trójcy jedynego, mo?e


798

korzysta? upad?a ludzko?? z owoców i skutków tajemnicy odkupienia, dokonanej w pe?ni czasu. Bo przecie? z najczystszej krwi tego naj?wi?tszego serca uformowa? Duch ?wi?ty cia?o, które dzi? wylewa za nasz tysi?ca ran krew nieocenion?, jako cen? odkupienia. Dziewi?? miesi?cy spoczywa? Zbawiciel pod tym sercem, pe?nym ?aski; jako nienaruszona dziewica porodzi?a Go Maryja, chowa?a Go, strzeg?a, karmi?a Swymi piersiami, by Go dzi? odda? za nas na drzewo krzy?a na ?mier? najokrutniejsz?. Jak odwieczny Ojciec nie oszcz?dzi? Swego jednorodzonego Syna, tylko odda? Go za nas, tak i Matka naj?wi?tsza, Bogarodzica, nie oszcz?dzi?a b?ogos?awionego owocu ?ywota Swego, lecz zezwoli?a, by ofiarowa? si? za nas na krzy?u, jako prawdziwy Baranek wielkanocny. Tak wi?c jest Maryja w swoim Synu i zaraz po Nim, wspó?-przyczyn? naszego zbawienia, nasz? wspó?odkupicielk?, nasz? po?redniczk? i najpot??niejsz? or?downiczk? u Boga, matk? ?aski i mi?osierdzia. Wszyscy sprawiedliwi Starego Zakonu, pocz?wszy od pokutuj?cych pierwszych rodziców, a? do najm?odszego, z potomków Abrahama, odbywali dzi? t? drog?, smucili si?, modlili i ofiarowali j? w naj?wi?tszym sercu Matki Bo?ej, królowej Patriarchów i Proroków. Lecz tak?e i na przysz?o?? po wszystkie czasy tylko tym, którzy ?ywi? dzieci?c? mi?o?? dla Maryi, dane jest odprawia? to nabo?e?stwo przez Ni? sam? zacz?te i Ko?cio?owi przekazane; tym dane jest przez to nabo?e?stwo, pe?ne b?ogos?awie?stwa i mi?e Bogu, wzrasta? we wierze i mi?o?ci dla naj?wi?tszego Odkupiciela. Jest to przykrym wprawdzie, ale niestety stwierdzonym i znacz?cym faktem, ?e wsz?dzie, gdzie ch?odnie mi?o?? ku Maryi i zanika nabo?e?stwo do tajemnic ró?a?cowych, tam idzie tak?e w zapomnienie nabo?e?stwo ?w. Drogi krzy?owej a nawet niknie wiara w niesko?czon? warto?? tej najkosztowniejszej, najcenniejszej Krwi. Magdalena odchodzi?a prawie od zmys?ów z bole?ci; niezmiern?, jak jej mi?o??, by?a tak?e jej ?a?o?? i skrucha. Ilekro? z mi?o?ci ku Jezusowi chcia?a z?o?y? Mu u nóg sw? dusz?, jak nie-gdy? wyla?a na? olejek nardowy, zaraz spostrzega?a mi?dzy sob? a Zbawicielem otch?a? swej winy; a bole?? skruszonego serca przypomina?a jej zaraz ca?? gorzko?? tej winy. Ilekro? chcia?a wznie?? ku Odkupicielowi, jak ob?ok kadzid?a, podzi?k? z g??bi serca za otrzymane odpuszczenie grzechów, zaraz zjawia? si? On jej oczom, prowadzony na ?mier? w?ród m?k strasznych i udr?cze?; a ona w smutku niewypowiedzianym czu?a, ?e przyczynia si? do tego i jej wina, któr? Zbawiciel przyj?? na Siebie, by zmaza? j? krwi? Swoj?. I tak wci?? opada?a w otch?a? bolesnej skruchy za grzechy. Dusza jej rozp?yn??a si? niejako w wdzi?czno?ci i mi?o?ci, bole?ci i gorzko?ci, w smutku i ?a?o?ci; bo jeszcze do tego widzia?a i czu?a ca?? niewdzi?czno?? i krwaw? ?wi?tokradzk? win? swego narodu, który Zbawiciela swego wyda? na najhaniebniejsz? ?mier? krzy?ow?. Wszystkie te wstrz?saj?ce, bolesne wra?enia, przebija?y si? w ca?ej jej postaci, we wszystkich s?owach i ruchach. Jan cierpia? i kocha? nie mniej od Magdaleny. Ale nie zam?cona nie-winno?? jego serca najczystszego pozwala?a mu znosi? t? bole?? z wi?kszym spokojem.

Pi?at i jego ?ona

Wspomina?am ju?, ?e ?on? Pi?ata dr?czy?y tej nocy bardzo niespokojne sny. W?a?ciwie nie by?y to sny, lecz raczej widzenia, natchnione Duchem Bo?ym. Widzia?a we ?nie zwiastowanie Maryi, narodzenie Chrystusa, ho?d oddany Mu przez pasterzy i królów, proroctwa Symeona i Anny, ucieczk? do Egiptu, rze? niemowl?t, kuszenie na puszczy i inne szczegó?y z ?ycia Jezusa, którego nigdy nie widzia?a i nie zna?a wcale. Jezus przedstawia? jej si? przy tym otoczony


799

zawsze ?wiat?o?ci?, a przy Nim widzia?a straszne mary przedstawiaj?ce z?o?? i chytro?? Jego nieprzyjació?. Poznawa?a ?wi?to?? i bole?? niezmiern? Jego Matki, jak równie? Jego w?asne niesko?czone cierpienia, znoszone z tak? mi?o?ci? i cierpliwo?ci?. Bole?? niewypowiedziana i smutek przejmowa?y j? na widok tego wszystkiego, bo obrazy te przedstawia?y si? jej niezmiernie ?ywo i przekonywaj?co opanowywa?y ca?? jej dusz?, uchyla?y przed ni? zas?ony w nowy jaki? nieznany, a tajemniczy ?wiat. Niektóre obrazy jak np. rze? niewini?tek, proroctwo Symeona w ?wi?tyni, przedstawia?y si? jej tak, jak si? w rzeczywisto?ci spe?ni?y, tj. w pobli?u jej domu. Rano wyrwa?y j? ze snu wrzawa i okrzyki t?uszczy. Przestraszona, wyjrza?a na forum i oto w skr?powanym, udr?czonym Jezusie pozna?a Tego, który by? przedmiotem jej snów i widze? nocnych; pozna?a, ?e tkwi w tym wskazówka wy?szej Opatrzno?ci, ?e nie trzeba dopu?ci? do pot?pienia Go. Z bole?ci? przypatrywa?a si?, w?ród jakich udr?cze? prowadzono Jezusa do Heroda przez forum i zaraz w trwodze wielkiej pos?a?a do Pi?ata, prosz?c go do siebie. Oczekiwa?a go w letnim domku, stoj?cym na jednym z tarasów ogrodowych poza pa?acem Pi?ata, wzruszona bardzo i niespokojna. By?a to s?uszna, kszta?tnie zbudowana niewiasta. Z ty?u zarzucony mia?a welon, z pod którego wygl?da?y bujne sploty w?osów, przystrojonych kilku klejnotami; klejnoty równie? zdobi?y jej uszy i szyj?. D?ug?, fa?dzist? sukni? spina?a na piersiach kosztowna klamra. Twarz jej pokrywa?a blado?? matowa, wynik wzruszenia wewn?trznego. Doczekawszy si? przybycia Pi?ata, opowiedzia?a mu zaraz niektóre szczegó?y a swych nocnych widze?, o ile sama mog?a sobie zda? z nich spraw?. Sko?czywszy opowiadanie, przedstawia mu, jakie jest jej zdanie o tym, i prosi?a go gor?co, zaklinaj?c na wszystko, co mu, jest ?wi?tym, by nie szkodzi? prorokowi Jezusowi, Naj?wi?tszemu ze ?wi?tych. Czule tuli?a si? do niego, by tylko zechcia? j? wys?ucha?. Pi?ata zadziwi?a bardzo i poruszy?a ta opowie?? ?ony. Porównywa? opowiadanie ?ony z tym, co s?ysza? o Jezusie, przywodzi? sobie na pami?? zajad?o?? ?ydów, milczenie Jezusa, nie chc?cego nic mówi? na Sw? obron?, i Jego stanowcze, a dziwne odpowiedzi na swoje pytania. Zachwia?o go to i zaniepokoi?o, lecz wkrótce uleg? przedstawieniom swej ?ony i rzek?: "I tak ju? o?wiadczy?em ?ydom, ?e nie znajduj? ?adnej winy w Jezusie, wi?c nie pot?pi? Go, bo pozna?em dobrze ca?? z?o?? i przewrotno?? Jego wrogów." — Powtórzy? jeszcze ?onie niektóre s?owa Jezusa i uspokoi? j?, ?e stanie si? wed?ug jej ?yczenia, a nawet na znak, ?e nie zas?dzi Jezusa, da? jej w zak?ad jaki? klejnot; nie wiem ju?, co to by?o, czy pier?cie?, czy piecz?tka. Z tym rozstali si? oboje. Lecz na obietnicy Pi?ata nie mo?na by?o zbytecznie polega?. By? to cz?owiek samolubny i dumny, a przy tym niskiego, chwiejnego charakteru. Gdy chodzi?o o jego korzy??, zapomina? o wszelkiej wy?szej boja?ni Bo?ej, a z drugiej strony, gdy by? w jakim k?opocie, stawa? si? nikczemnym tchórzem, ucieka? si? do zabobonnego ba?wochwalstwa i wieszczbiarstwa. Tak i teraz, nie wiedz?c co pocz??, zwróci? si? do swoich bo?ków, pali? im kadzid?a w ukrytym zak?tku domu i oczekiwa? od nich jakich? znaków i obja?nie?. Patrza? nawet zabobonnie, jak kury dzi? jedz?, by z tego co? wywnioskowa?, a szatan podszeptywa? mu to to, to owo. To mniema?, ?e trzeba koniecznie wypu?ci? Jezusa, jako niewinnego, to znów ba? si?, ?e zemszcz?, si? na nim jego bogowie, gdy zachowa przy ?yciu Jezusa, który tak osobliwe przekonanie ma sam o Sobie, jakoby by? pewnego rodzaju pó?bogiem; wi?c mo?e Jezus móg?by zaszkodzi? w czym jego bo?kom. — Mo?e — my?la? — jest On zaprawd? pewnego rodzaju bogiem ?ydów. Tyle jest proroctw o Królu ?ydowskim, który ma panowa? nad wszystkimi; królowie gwiazdochwalców ze Wschodu szukali ju? raz takiego króla w tym kraju. A mo?e


800

On wzniesie si? ponad moich bogów i mego cesarza; jaka? wielka odpowiedzialno?? ci??y?aby na mnie ?em Go nie skaza? na ?mier?. Mo?e ?mier? Jego ma by? triumfem moich bogów." Lecz znowu przysz?y mu na my?l te cudownej nocne widzenia jego ?ony, tym dziwniejsze, ?e nigdy przedtem Jezusa nie widzia?a. Ten ostatni wzgl?d przewa?y? na szali chwiejne rozumowania Pi?ata na korzy?? Jezusa. Zdawa? si? ju? teraz by? stanowczo zdecydowanym na uwolnienie Pana. Jak sam sobie mówi?, chcia? przede wszystkim dzia?a? w imi? sprawiedliwo?ci. Lecz nie wytrwa? w tym postanowieniu, podobnie jak przedtem nie czeka?, co Jezus odpowie na jego zapytanie: „Co to jest prawda?"

Jezus przed Herodem

Przed stra?nic?, ko?o swego pa?acu kaza? Pi?at postawi? silny oddzia? ?o?nierzy, równie? porozstawia? ?o?nierzy w wielu wa?niejszych punktach miasta. Z orszakiem, prowadz?cym Jezusa, szed? znów osobny oddzia? ?o?nierzy, pochodz?cych z kraju mi?dzy Szwajcari? a W?ochami. Nie by?y zbyteczne te ?rodki ostro?no?ci, bo coraz wi?ksze t?umy ludu gromadzi?y si? na forum i na ulicach, którymi prowadzono Jezusa do Heroda, trzymaj?c si? razom, stosownie do okolicy, z której przybyli na ?wi?ta. Z tego korzystali zajadli Faryzeusze, wi?c ka?dy wyszukiwa? swoich ziomków, zebranych w jedn? gromad?, i stara? si? ich chwiejne umys?y zbuntowa? przeciw Jezusowi. A tymczasem Jezus szed? skatowany, otoczony Swymi wrogami, którzy ?li, ?e musz? si? z Nim tak w?óczy?, na Nim wywierali sw? z?o??; l?yli Go wi?c, co tylko mogli pod?egali siepaczy, by coraz sro?ej z Nim si? obchodzili. ?e siepacze stosowali si? ch?tnie do tego, nie trzeba nawet mówi?. Pa?ac Heroda le?a? nie bardzo daleko w nowej dzielnicy miasta, na pó?noc od forum. Pos?aniec Pi?ata przyby? tam pierwej ni? ?ydzi, wi?c Herod wiedzia? ju?, o co chodzi i oczekiwa? Jezusa w wielkiej sali swego pa?acu, siedz?c na wezg?owiach w krze?le tronowym; otacza? go zast?p dworzan i ?o?daków. Arcykap?ani weszli pierwsi przez kru?ganek i ustawili si? po obu stronach; Jezus sta? u wej?cia. Herodowi pochlebi?o to bardzo, ?e Pi?at przyzna? mu publicznie przed arcykap?anami prawo s?dzenia Galilejczyka, wi?c siedzia? napuszony i niby to bardzo zaj?ty powierzon? mu spraw?; cieszy?o go tak?e, ?e ten Jezus, który zawsze tak wzgardliwie unika? sposobno?ci pokazania si? mu, stoi teraz przed nim w tak pokornej postawie. Sam s?ysza?, ?e Jan tak uroczy?cie przemawia? o Jezusie, szpiedzy i donosiciele tyle mu opowiadali o Nim, wi?c zaciekawiony wielce, pragn?? pozna? Go bli?ej. Mia? wielk? ochot? przeprowadzi? wobec arcykap?anów szumn? rozpraw? s?dow? z Jezusem i pokaza? obu stronom, jak dobrze zna swoj? rzecz, lecz z drugiej strony wiedzia? od pos?a?ca, ?e Pi?at nie znalaz? w Jezusie ?adnej winy; by?o to wi?c dla niego, lubi?cego si? p?aszczy?, wskazówk?, ?e nale?y pow?ci?gliwie traktowa? skar??cych i ostro?nie przyjmowa? ich zarzuty. Tak te? zrobi?, co do wi?kszej jeszcze z?o?ci doprowadza?o arcykap?anów i Faryzeuszów. Natarczywie zacz?li przedk?ada? swe skargi, zaraz jak tylko weszli. Herod tymczasem ciekawie spojrza? na Jezusa, który sta? u wej?cia, n?dzny, skatowany, w zanieczyszczonej sukni, z w?osem zburzonym, z Obliczem poranionym, pokrytym b?otem i krwi?. Na ten widok, wstr?t, pomieszany z iskr? wspó?czucia, zdj?? t?go króla zniewie?cia?ego, oddanego rozkoszom. Wykrzykn?? jakie? imi? Boga, zdaje mi si? „Jehowa", odwróci? ze wstr?tem twarz i zawo?a? na kap?anów: „We?cie Go! Jak mogli?cie stawi? mi przed oczy takiego splugawionego, skatowanego cz?owieka?" Zaraz poci?gli pacho?cy Jezusa do przedsionka; przyniesiono wody w misie i szmat?, i zacz?to Go obmywa? w?ród nowych udr?cze?. Nie zwa?aj?c, ?e ma


801

oblicze poranione, tarli Mu je pacho?cy szmat?, otwieraj?c na nowo przysch?e rany. Herod tymczasem gani? kap?anów za to barbarzy?stwo; zdawa?o si? nawet, ?e chce na?ladowa? post?powanie Pi?ata, bo podobnie jak on, rzek? do nich: „Jezus wygl?da tak, jak gdyby dosta? si? w r?ce rze?ników; co? za wcze?nie dzi? zaczynacie." Lecz arcykap?ani, nie zwa?aj?c na to, z po?piechem wywodzili swe skargi i zarzuty przeciw Jezusowi. Wprowadzono na powrót Jezusa, a Herod, chc?c okaza? si? us?u?nym wzgl?dem Niego, kaza? Mu przynie?? kubek wina dla pokrzepienia wycie?czonych si?. Jezus potrz?sn?? tylko g?ow? i nie przyj?? podanego napoju. Herod chcia? koniecznie wydoby? co? z Jezusa; rozgada? si? bardzo, powtarza? wszystko, co s?ysza? o Nim, a nawet u?ywa? pochlebstw. Wypytywa? si? Go o ró?ne rzeczy, ??da?, by uczyni? przed nim jaki znak. Lecz Jezus sta? cicho ze spuszczonymi oczyma i nie wyrzek? ani s?ówka. Herod rozgniewa? si? w duchu, bo wstyd mu by?o przed obecnymi, nie da? jednak nie pozna? po sobie i znowu zacz?? przemawia? do Jezusa i zarzuca? Go mnóstwem pyta?. — „Przykro mi bardzo — mówi? — ?e widz? Ci? tu pod zarzutem tak ci??kiej winy; s?ysza?em wiele o Tobie. Pami?tasz, raz w Tirze zanadto ?mia?o wdar?e? si? w moje prawa, uwalniaj?c bez mego zezwolenia wi??niów, których ja tam osadzi?em. Ale mo?e czyni?e? to w dobrych zamiarach. Teraz wyda? Ci? w moje r?ce rzymski starosta, bym Ci? os?dzi?. Co mówisz na te wszystkie skargi? — Milczysz? — Mówiono mi wiele o Twoich nadzwyczaj m?drych przemowach i naukach; pragn? s?ysze?, jak b?dziesz odpiera? zarzuty Twych oskar?y-cieli.— Co mówisz? — Czy to prawda, ?e jeste? królem ?ydów ? — Czy jeste? Synem Bo?ym? — Kto? Ty ? — S?ysza?em, ?e czyni?e? wielkie cuda, dowied? tego przede mn?, daj mi znak! — Ode mnie zale?y uwolni? Ci?. — Czy to prawda, ?e przywróci?e? wzrok ?lepo narodzonemu? Czy Ty wskrzesi?e? ?azarza? nakarmi?e? kilka tysi?cy ludzi kilkoma chlebami? — Dlaczego nie odpowiadasz? — Zaklinam Ci?, uczy? cho? jeden cud! — B?dzie to z po?ytkiem dla Ciebie." — Jezus milcza? wci??, a Herod mówi? tym gwa?towniej: „Kto? Ty?" Co to ma znaczy?? Kto da? Ci w?adz? czynienia takich rzeczy? Dlaczego teraz nie potrafisz zdzia?a? cudu? Czy Ty jeste? tym, o którego narodzeniu takie dziwne wie?ci chodz?? Przyszli to raz ze Wschodu królowie do ojca mego i wypytywali si? o jakiego? nowo narodzonego króla ?ydowskiego, któremu chcieli odda? cze??; mówi?, ?e to Ty jeste? tym dzieci?ciem. Prawda. to? Uszed?e? wtenczas ?mierci, gdy wymordowano tyle niemowl?t? Jakim to sposobem? Dlaczego tak d?ugo nic nie mówiono o Tobie? A mo?e tylko umy?lnie tak mówi? o Tobie, by ?atwiej obra? Ci? królem? Wyt?umacz si?! Co? Ty za król? Zaprawd?, nie wida? w Tobie nic królewskiego. Jak s?ysza?em, urz?dzono Ci niedawno pochód tryumfalny do ?wi?tyni. Co to mia?o znaczy?? Mów! Jak to si? sta?o, ?e sprawa Twoja tak n?dzny wzi??a obrót?" Jezus ani jednym s?owem nie odpowiedzia? na zapytania Heroda. Duchem Bo?ym otrzyma?am obja?nienie, ?e dlatego nie chcia? z nim Jezus mówi?, bo Herod by? pod kl?tw? za nieprawy swój zwi?zek z Herodiad? i za zamordowanie Jana Chrzciciela. Zniecierpliwi?o troch? i rozgniewa?o Heroda to uporczywe milczenie Jezusa; zauwa?yli to Annasz i Kajfasz, wi?c wyzyskuj?c t? sposobno??, znowu natarli na? ze skargami na Jezusa. Mi?dzy innymi podnie?li i te zarzuty, ?e Jezus nazywa? Heroda chytrym lisem, ?e ju? od dawna pracowa? nad zag?ad? ca?ej jego rodziny; dalej, ?e zaprowadza now? religi? i ?e wbrew przepisom ju? wczoraj po?ywa? pasch?. Ostatni ten zarzut podnoszono przeciw Jezusowi ju? wczoraj u Kajfasza, ale przyjaciele Pana udowodnili z ksi?g, ?e zarzut jest niewa?ny. Herod, chocia? rozgniewany bardzo zachowaniem si? Jezusa, nie odst?pi? jednak od u?o?onego planu post?powania. Nie chcia? zas?dzi? Jezusa z trojakiego wzgl?du: najpierw odczuwa? po trochu jaki? tajemny strach przed Nim i ju? od


802

czasu zamordowania Jana Chrzciciela dziwny nim nieraz targa? niepokój; po wtóre, chcia? przez to dokuczy? nienawistnym arcykap?anom, którzy tak?e nie pu?cili mu p?azem wiaro?omstwa ma??e?skiego, a nawet skutkiem tego wykluczyli go od ofiar. G?ówn? jednak pobudk? by?o to, ?e nie chcia? pot?pi? tego, w którym Pi?at nie znalaz? ?adnej winy. By?o to jego politycznym manewrem, by pochlebi? Pi?atowi wobec arcykap?anów i pospólstwa. Wi?c te? zadowoli? si? tylko tym, ?e obrzuci? Jezusa obel?ywymi s?owy i rzek? do dworzan i gwardii przybocznej, której kilkadziesi?t mia? przy sobie: „We?cie tego g?upca i oddajcie b?aze?skiemu królowi cze??, jaka Mu si? nale?y. To jest raczej b?azen, ni? z?oczy?ca." Nie trzeba by?o tego dwa razy powtarza?. Wyprowadzono Jezusa na wielki dziedziniec, otoczony skrzyd?ami gmachu pa?acowego, i tu zacz?to si? pastwi? nad Nim w najokrutniejszy sposób. Herod przypatrywa? si? temu d?u?szy czas, stoj?c na p?askim dachu; Annasz za? i Kajfasz, nie daj?c jeszcze za wygran?, wci?? trzymali si? tu? za nim i wszelkimi sposobami starali si? go nak?oni?, by wyda? na Jezusa wyrok pot?piaj?cy. Lecz Herod nie da? si? namówi?, a wreszcie rzek? tak, by s?yszeli go i Rzymianie: „Pope?ni?bym najci??szy grzech, gdybym zas?dzi? tego cz?owieka." W?a?ciwie chcia? Herod przez to powiedzie?, ?e by?oby to najwi?kszym wykroczeniem przeciw wyrokowi Pi?ata, który by? na tyle grzecznym, ?e przys?a? mu Jezusa. Widz?c arcykap?ani i wrogowie Jezusa, ?e Herod w ?aden sposób nie zmieni swego postanowienia, zabrali si? w inny sposób do rzeczy. Kilku z pomi?dzy siebie wys?ali z pieni?dzmi do dzielnicy Akra, gdzie obecnie prze-bywa?o najwi?cej Faryzeuszów; tych kazali wszystkich zawezwa?, by sta-wili si? ze swymi ziomkami w pobli?u pa?acu Pi?ata. Równie? polecili rozdzieli? przez Faryzeuszów sporo grosza mi?dzy lud, by natarczywie domaga? si? ?mierci Jezusa. Najemnicy Faryzeuszów rozszerzali mi?dzy ludem gro?ne wie?ci, ?e naród ?ci?gnie na siebie s?d Bo?y, je?li nie za??da ?mierci tego blu?niercy, ?e Jezus uwolniony, po??czy si? z Rzymianami, i to b?dzie Jego królestwem, o którym wci?? mówi?, a które przyniesie ?ydom zag?ad?. Puszczano tak?e pog?oski, ?e Herod wyda? ju? wyrok na Jezusa, ale lud musi da? jeszcze swe potwierdzenie, bo zachodzi obawa, by stronnicy Jezusa nie wywo?ali rozruchów, a je?li Jezus wyjdzie wolny, to ?wi?ta krwawy wezm? przebieg, bo stronnicy Jezusa, w po??czeniu z Rzymianami, straszn? wywr? zemst?. Tak to biega?y po ca?ym mie?cie pogmatwane, niepokoj?ce pog?oski mniej lub wi?cej prawdopodobne, budz?c rozgoryczenie i oburzenie w pospólstwie. Równocze?nie kazali Faryzeusze rozdziela? pieni?dze mi?dzy ?o?nierzy Heroda, by, nie ogl?daj?c si? na nic, jak najokrutniej katowali Jezusa. ?ywili bowiem w duchu nadziej?, ?e mo?e Jezus, nie zdo?aj?c znie?? tych katuszy, umrze, zanim Pi?at wyda wyrok Go uwalniaj?cy. Przep?aceni ?o?dacy, nie maj?cy Boga w sercu, zacz?li te? w najpodlejszy sposób naigrywa? si? z Jezusa i Go dr?czy?. Jeden z nich wyniós? z izdebki od?wiernego wielki bia?y worek, w którym dawniej zapakowana by?a bawe?na. Wykrojono w dnie worka dziur? i w?ród wybuchów ?miechu zarzucono go Jezusowi przez g?ow? jako szat? b?aze?sk?; worek by? d?ugi, wi?c ci?gn?? si? po ziemi, pl?taj?c Jezusowi nogi. Kto? inny zarzuci? znowu Jezusowi w ko?o szyi czerwon? szmat?, niby ko?nierz. Tak ustrojonemu oddawali ?o?dacy szydercze pok?ony, l?yli Go, popychali na wszystkie strony, pluli na Niego i bili Go po twarzy za to, ?e nie chcia? odpowiada? ich królowi. W?ród szyderczych oznak czci i ho?du obrzucali Go b?otem, szarpali Nim jak do ta?ca, popychali Go, a gdy zapl?tawszy si? w d?ugi obszerny worek, upad? na ziemi?, wlekli Go rynsztokiem, biegn?cym w ko?o dziedzi?ca wzd?u? ?cian, tak, ?e ?wi?ta Jego g?owa uderza?a o kolumny i naro?niki domu, to znów poderwali Go z ziemi i w?ród wrzawy ogólnej na nowo


803

zacz?li Go dr?czy?. ?o?dacy ci i dworzanie Heroda — by?a to zbieranina z najrozmaitszych okolic, a co najgorsi z nich wymy?lali najokrutniejsze sposoby dr?czenia Jezusa i uwa?ali to za chlub? dla siebie i swych ziomków, ?e mog? si? tym przed Herodem poszczyci?. Wi?c na wy?cigi z gwa?townym po?piechem wymy?lano coraz nowe udr?czenia, a towarzyszy?y temu wrzaski i ?miechy szydercze. Ci, którzy otrzymali pieni?dze od Faryzeuszów, w nat?oku ogólnym bili Jezusa kijami pog?owie, stosuj?c si? do ich wskazówek. A Jezus patrza? tylko na nich mi?osiernie, wzdycha? i j?cza? bole?nie, oni za? w zatwardzia?o?ci swej na?ladowali szyderczo Jego j?ki i po ka?dej katuszy wybuchali ?miechem bezczelnym. W niczyim sercu nie obudzi?a si? iskierka lito?ci. Krew sp?ywa?a z Naj?w. G?owy Jezusa; trzykro? upada? na ziemi? pod razami rozbestwionych ?o?daków, wtedy jednak, niewidzialni dla innych, pojawiali si? przy Jezusie p?acz?cy anio?owie i namaszczali Mu g?ow?. Otrzyma?am Duchem Bo?ym obja?nienie, ?e bez tej pomocy Bo?ej, rany zadane Jezusowi, by?yby ?miertelne. Okrucie?stwo i rozpasanie tych ?o?daków nie da si? opisa?. Nie tak okrutnymi byli wzgl?dem ?lepego Samsona Filistynowie, gdy gnali go po arenie wy?cigowej, um?czaj?c prawie na ?mier?. Lecz czas up?ywa? i wnet trzeba by?o arcykap?anom i?? do ?wi?tyni gdy wi?c otrzymali uwiadomienie, ?e spe?niono ich polecenia, jeszcze raz zarzucili Heroda pro?bami, by Jezusa zas?dzi?. Herod jednak, nie wiele z nich sobie robi?c, a bacz?c tylko na Pi?ata, odes?a? Jezusa w tej sukni nikczemnej na powrót do niego.

Jezus wraca od Heroda do Pi?ata

Z wznowion? z?o?ci? w sercu poprowadzili ?ydzi Jezusa na powrót do Pi?ata; wstyd ich by?o, ?e nie uzyskawszy wyroku na Niego, musieli Go prowadzi? na powrót tam, gdzie ju? uznano Go za niewinnego. Obrano teraz inn?, dalsz? drog?, by i innym dzielnicom pokaza? Jezusa w takim poni?eniu, a tak?e, by tym d?u?ej dr?czy? Jezusa po drodze i by wys?anym pod?egaczom da? czas do pozyskania zebranych t?umów dla swych planów. Droga ta by?a o wiele bardziej nierówna i gorzej utrzymana, wi?c tym bole?niej odczuwa? Jezus szarpania i popychania prowadz?cych Go siepaczy. D?ugi worek wlók? si? po b?ocie i przeszkadza? Jezusowi w chodzeniu. Kilka razy upad? Pan na ziemi?, zapl?tawszy Sobie w nim nogi, lecz siepacze rzucili si? zaraz na Niego, bili Go po g?owie, kopali nogami i zmuszali do powstania, szarpi?c za powrozy. Niewypowiedziane naigrywania i udr?czenia musia? Jezus znosi? przez ca?? drog? ze strony siepaczy i mot?ochu; a On, w mi?osierdziu niesko?czonym, modli? si? tylko, by nie umar?, dopóki nie dokona wszystkich m?k za nas. By?a godzina kwadrans na dziewi?t?, gdy pochód z udr?czonym Jezusem nadszed? znowu przez forum do pa?acu Pi?ata, ale z innej strony (prawdopodobnie wschodniej). W ko?o pa?acu zebrane ju? by?y ogromne t?umy ludu, podzielonego na gromady, stosownie do okolicy i miejscowo?ci, z której pochodzili, a w?ród nich uwijali si? Faryzeusze, podburzaj?c oboj?tnych przeciw Jezusowi. Pi?at, pami?tny rzezi galilejskich krzykaczy podczas zesz?orocznej paschy, przedsi?wzi?? na wszelki wypadek ?rodki ostro?no?ci. Na jego polecenie ?ci?gni?to oko?o tysi?c ?o?nierzy, obsadzono nimi pretorium, ca?y pa?ac i wszystkie wej?cia na forum. ?wiadkami dalszej m?ki Jezusa by?y Naj?w. Panna, Jej siostra Maria Helego, córka tej ostatniej, Maria Kleofy, Magdalena i oko?o 16 ?wi?¬tych niewiast. Sta?y one w hali na forum, z której mo?na by?o wszystko s?ysze?, lub podchodzi?y to tu, to tam. Z pocz?tku by? i Jan przy nich. Przybrany w ów wór bia?y, szed? Jezus ?rodkiem rozst?puj?cego si? t?umu;


804

witany szyderczym ?miechami i okrzykami. Najzuchwalszych i najbezczelniejszych wysuwali sami Faryzeusze naprzód, by przy??czywszy si? do pochodu, naigrywali si? z Jezusa. Tymczasem dworzanin Heroda, wys?any ju? naprzód, oznajmi? Pi?atowi, ?e król wdzi?czny mu jest bardzo za t? grzeczno??. Przekonawszy si? jednak, ?e s?awny ten; m?dry Galilejczyk, jest tylko niemym b?aznem, post?pi? z Nim odpowiednio i teraz odsy?a Go tu na powrót. Ucieszy? si? Pi?at, ?e Herod nie uczyni? mu na przekór i nie za s?dzi? Jezusa, wi?c nawzajem kaza? mu przes?a? serdeczne pozdrowienie. Pi?at gniewa? si? dotychczas z Herodem od czasu zawalenia si? owego wodoci?gu, ale od dzi? pojednali si? i pozostali przyjació?mi. Przybywszy do pretorium, poprowadzili siepacze Jezusa znowu po schodach na taras. Ale ?e szarpali Nim wci?? okrutnie, wi?c zaraz z pocz?tku zapl?ta? si? Jezus w d?ugi worek i upad? tak silnie na marmurowe schody, ?e krew z g?owy Jego naj?wi?tszej obryzga?a obficie kamienie. Upadek Jego wzbudzi? tylko ?miech szyderczy w kap?anach, Faryzeuszach i pod?ym mot?ochu, a siepacze poderwali Go zaraz i kopi?c nielito?ciwie, wypchali po schodach na taras. Pi?at spoczywa?, jak przedtem, na swym siedzeniu, a raczej sofie, obok której sta? stolik. Otacza?o go kilku oficerów i jacy? m??owie z ksi?gami pod pach?. Gdy przyprowadzono Jezusa, podszed? Pi?at na przód tarasu, sk?d zwyk? by? rozmawia? z ludem, i rzek? do oskar?ycieli Jezusa: „Wydali?cie mi tego cz?owieka jako podburzyciela ludu. Przes?ucha?em Go wobec was i nie znalaz?em winnym tego, o co Go oskar?acie. Odes?a?em was z Nim do Heroda, ale i on nie znalaz? w Nim winy, zas?uguj?cej na kar? ?mierci. Có? wi?c? Ka?? Go wych?osta? i pu?ci? na wolno??." Lecz zaraz da?o si? s?ysze? na te s?owa mruczenie i wrzawa mi?dzy Faryzeuszami, daj?cymi pozna?, ?e nie zgadzaj? si? na to i tym gorliwiej zacz?li mot?och podburza? i przekupywa? pieni?dzmi. Pi?at, przej?ty g??bok? ku nim pogard?, ostro powsta? przeciw nim, mówi?c mi?dzy innym: „Czy? nie dosy? ogl?da? b?dziecie dzi? niewinnej krwi przy zarzynaniu baranków wielkanocnych?" By? w Jerozolimie starodawny zwyczaj, ?e przed Wielkanoc? wypuszczano na ??danie ludu jednego z wi??niów, a odbywa?o si? to w?a?nie w dniu dzisiejszym. Dlatego to wys?ali Faryzeusze z pa?acu Heroda swych zauszników w dzielnic? Akra, na zachód od ?wi?tyni, by przekupi? zebrane tam t?umy, aby nie ??dali wypuszczenia Jezusa na wolno??, tylko ukrzy?owania Go. Pi?at natomiast mia? nadziej?, ?e lud b?dzie ??da? uwolnienia Jezusa; dla wi?kszej pewno?ci umy?li? da? im do wyboru obok Jezusa pewnego strasznego z?oczy?c?, który ju? skazany by? na ?mier?, spodziewa? si? bowiem, ?e nikt nie przeniesie go nad Jezusa. Zbrodniarza tego, imieniem Barabasza, przekl?li ju? wszyscy za jego sprawki. W czasie rozruchów mordowa? on ludzi niewinnych, trudni? si? czarnoksi?stwem i dla swych celów rozrzyna? ?ywoty niewiastom brzemiennym. S?owem, pope?ni? mnóstwo zbrodni, a niejedno ja sama widzia?am w objawieniu. W?a?nie teraz po ostatnich s?owach Pi?ata ruch powsta? w?ród t?umu, wreszcie gromadka ludzi z mówcami na czele przepcha?a si? naprzód, i ci, jako przedstawiciele ludu, zawo?ali g?o?no na Pi?ata, stoj?cego na tarasie: „Pi?acie! Spe?nij nam to, co wed?ug zwyczaju nam co rok czynisz na ?wi?ta!" Na to te? czeka? tylko Pi?at, wi?c rzek? zaraz: „Zwyczaj jest, ?e wypuszczam wam na ?wi?ta jednego wi??nia. Którego mam wam teraz wypu?ci?, Barabasza, czy Jezusa, Króla ?ydowskiego, Jezusa, który ma by? Pomaza?cem Pa?skim?" W jakim znaczeniu nadawa? Pi?at te tytu?y Jezusowi, tego on sam nie umia?by powiedzie?. Po cz??ci nazy¬wa? Jezusa Królem ?ydowskim, bo jako dumny Rzymianin chcia? im okaza? pogard?, ?e maj? tak n?dznego króla, którego wraz z zbrodniarzem postawi? im do wyboru; po cz??ci kierowa? si? jakim? wewn?trznym przeczuciem, ?e mo?e naprawd? Jezus jest tym cudownie obiecanym Królem


805

?ydowskim, tym Pomaza?cem Pa?skim, tym Mesjaszem. Ale i tym bezwiednym przeczuciem prawdy powodowa? si? tylko pozornie; najpr?dzej dlatego tylko wymienia? tytu?y Jezusa, bo czu?, ?e g?ówn? spr??yn? wyst?powania arcykap?anów przeciw Jezusowi, którego on uwa?a? za niewinnego, jest zawi??. Maryja, Magdalena, ?wi?te niewiasty i Jan stali tymczasem w zak?tku przedsionka, p?acz?c i dr??c w niepokoju. Matka Bo?a wiedzia?a wprawdzie, ?e tylko ?mier? Jezusa mo?e wyratowa? ?wiat z przepa?ci grzechowej, ale jako Matka tego naj?wi?tszego Syna, trwo?y?a si? o Niego i t?skni?a za utrzymaniem Go przy ?yciu. Podobnie jak Jezus, chocia? dobrowolnie wcieli? si? na ?mier? krzy?ow?, ale zupe?nie jak zwyk?y cz?owiek odczuwa? wszystkie m?ki i udr?czenia cz?owieka katowanego strasznie i niewinnie prowadzonego na ?mier?, — tak te? i Maryja odczuwa?a wszystkie udr?cze¬nia i m?ki matki, której dzieci? naj?wi?tsze doznaje takich cierpie? ze strony w?asnego najniewdzi?czniejszego ludu. W trwodze i niepewno?ci waha?y si? biedne niewiasty mi?dzy obaw? a nadziej?, niepewne, kogo lud za??da od Pi?ata. Jan podchodzi? to tu; to tam, pods?uchiwa?, staraj?c si? dosta? gdzie jak? dobr? wiadomo??. A Maryja wznosi?a mod?y do Boga, by nie dopu?ci? temu ludowi spe?ni? tak strasznego grzechu; jak Jezus na Górze oliwnej, tak i Ona mówi?a teraz: „Je?li to mo?liwe, oddal, Panie, ten kielich goryczy." I tak nadzieja nie ust?pi?a jeszcze zupe?nie z serca tej kochaj?cej Matki. W?ród t?umu obiega?y z ust do ust rozsiewane przez Faryzeuszów pog?oski i namowy, a wraz z nimi dosz?a do uszu Maryi wie??, ?e Pi?at stara si? koniecznie uwolni? Jezusa; to by?o dla Niej kropl? pociechy. Nadzieja Jej zwi?kszy?a si? jeszcze, gdy rozgl?daj?c si? po t?umach, ujrza?a niedaleko gromady ludzi z Kafarnaum, a w?ród nich wielu, których Jezus niedawno uzdrawia? i naucza?. Ci spogl?dali chwilami ukradkiem w stron?, gdzie sta?y pozas?aniane smutne niewiasty i Jan. Widz?c ich Maryja, by?a pewna, tak jak i inni, ?e ci ju? chyba nie przenios? Barabasza nad swego dobrodzieja i Zbawiciela. Tymczasem sta?o si? inaczej. Po powy?szym pytaniu Pi?ata nast?pi?o chwilowe wahanie si? i namy?lanie w?ród zebranego t?umu, a kilka tylko g?osów da?o si? s?ysze? z t?umu: „Barabasza!" W tej chwili jednak nadszed? do Pi?ata s?uga, wys?any od jego ?ony. Pi?at cofn?? si? z nim w ty?, a s?uga pokaza? mu ów zastawnik, który Pi?at da? rano ?onie i rzek?: „Klaudia Prokla kaza?a ci przypomnie?, by? dotrzyma? przyrzeczenia." Krótk? t? przerw? wyzyskali Faryzeusze i arcykap?ani. To gro?bami, to pro?bami, to przekupstwem postarali si? o to, by zmieni? przekonanie pospólstwa. I przysz?o im to ?atwo. Pi?at pozna? po przys?anym znaku, co ?ona jego sobie ?yczy i odda? go jej na znak, ?e obietnicy dotrzyma. Odprawiwszy s?ug?, poszed? znowu na przodek tarasu i zaj?? swe siedzenie, a gdy i arcykap?ani posiadali, zawo?a? powtórnie: „Którego z tych dwóch mam wam wypu?ci??" Teraz ju? nie by?o namy?lania i wahania; jednostajny g?o?ny krzyk zagrzmia? na ca?ym forum ze wszystkich stron: „Precz z Tym! Wypu?? nam Barabasza!" — „Có? wi?c mam zrobi? z Jezusem, który ma by? Chrystusem, Królem ?ydowskim?"— zapyta? Pi?at. I znów zabrzmia?y gwa?towne okrzyki: „Ukrzy?uj Go! Ukrzy?uj Go!" — I jeszcze po raz trzeci zapyta? Pi?at: „Ale có? On z?ego uczyni?? Ja przynajmniej nie znajduj? w Nim ?adnej winy, skutkiem której zas?ugiwa?by na ?mier?. Ka?? Go wych?osta?, a potem wypuszcz?!" Lecz jak orkan piekielny z podwójn? gwa?towno?ci? zerwa?y si? wrzaski: „Ukrzy?uj Go! Ukrzy?uj Go!" Faryzeusze i kap?ani wrzeszczeli i rzucali si? jak szaleni, wi?c wreszcie uleg? niesta?y Pi?at, wypu?ci? zbrodniarza Barabasza, a Jezusa zas?dzi? na biczowanie.


806

Biczowanie Jezusa

Kilka to ju? razy powtarza? chwiejny, ma?oduszny Pi?at te s?owa: „Nie znajduj? w Kim ?adnej winy; ka?? wi?c wych?osta? Go i pu?ci? na wolno??." Lecz natarczywe gro?ne okrzyki mot?ochu ?ydowskiego powtarza?y si? wci??. — „Ukrzy?uj Go! Ukrzy?uj Go!" — wo?ano ze wszystkich stron. Mimo to Pi?at, nie zastanawiaj?c si? jeszcze, co zrobi potem, upar? si? prze¬prowadzi? sw? wol?. Nie wiedzia? jeszcze, czy potem uwolni Jezusa, czy wyda Go na ?mier?, ale w ka?dym razie kaza? Go tymczasem, ubiczowa? na sposób rzymski. Zaraz te? sprowadzili siepacze Jezusa z tarasu, bij?c Go i popychaj?c krótkimi pa?eczkami; ?rodkiem rozszala?ego mot?ochu poprowadzili Go na forum, na pó?noc od pa?acu Pi?ata, gdzie nieopodal stra?nicy sta? s?up do biczowania, naprzeciw jednej z hal, otaczaj?cych rynek. S?up ten sta? osobno, niejako cz??? sk?adowa budynku. By? tak wysoki, ?e cz?owiek s?usznego wzrostu, wyci?gn?wszy r?ce, móg? dosi?gn?? d?oni? do górnego zaokr?glonego ko?ca, opatrzonego pier?cieniem ?elaznym; od ty?u s?upa w po?owie wysoko?ci by?y tak?e powbijane pier?cienie, czy te? haki. Do biczowania wyznaczono sze?ciu oprawców. Byli to jacy? ?otrzykowie gdzie? z pod Egiptu, którzy pojmani, pracowali tu przymusowo przy budowlach i kana?ach, jako niewolnicy lub wi??niowie. Najpodlejszych z tych i najokrutniejszych wybierano zwykle do pos?ug królewskich w pretorium. Ci, którzy mieli biczowa? Jezusa, mniejsi byli wzrostem od Niego, skór? mieli brunatn?, w?os kr?ty, szczecinowaty, zarost na twarzy rzadki i cienki ju? z natury. Ca?e ich ubranie sk?ada?o si? z przepaski przez biodra, lichych sanda?ów i kawa?ka skóry, lub lichej tkaniny, zarzuconej jak szkaplerz przez piersi i plecy, z boku otwartej; r?ce by?y obna?one. W obliczu i ca?ej postaci tych pacho?ków przebija?o si? co? zwierz?cego, diabelskiego; wygl?dali jakby na pó? pijani. Niejednego ju? biednego grzesznika zabiczowali na ?mier? przy tym s?upie i teraz, porzuciwszy przy s?upie rózgi i bicze, poszli ochoczo naprzeciw Jezusowi, odebrali Go z r?k siepaczy i jeszcze bezlito?nie zacz?li si? nad Nim zn?ca?. Chocia? Jezus szed? ch?tnie, bili Go pi??ciami i postronkami, darli, szarpali i ci?gn?li z w?ciek?o?ci? do s?upa. Nie da si? opisa?, z jakim barbarzy?stwem dr?czy?y Jezusa te psy w?ciek?e w ludzkim ciele przez t? krótk? chwil?. Przyprowadziwszy Go do s?upa, zdarli ze? gwa?townie ów worek, w który Go Herod kaza? ubra? na szyderstwo i prawie po ziemi tarzali biednego Jezusa. Jezus dr?a? na ca?ym ciele, stan?wszy przed s?upem. Tam ?ci?ga? spiesznie Swe suknie r?kami skrwawionymi i spuchni?tymi od ostrych powrozów, a podczas tego modli? si? czule i wstawia? do Boga za Swymi katami, którzy i teraz nie dali Mu ani chwilki spokoju. Raz jeden zwróci? Jezus g?ow? ku Swej najbole?niejszej Matce, stoj?cej nieopodal z innymi niewiastami w k?ciku hali. Zwróciwszy si? do s?upa, by zakry? nim obna?one cia?o, rzek? do Naj?w. Panny: „Odwró? Twe oczy ode mnie!" Nie wiem, czy wypowiedzia? to g?o?no, czy pomy?la? tylko w duchu, ale czu?am, ?e Maryja us?ysza?a te s?owa; w tej chwili bowiem odwróci?a si? i upad?a omdla?a na r?ce otaczaj?cych j? ?w. niewiast. Teraz dobrowolnie wzniós? Jezus r?ce i obj?? nimi s?up. Kaci, kln?c straszliwie i szarpi?c Nim, przymocowali Jego ?wi?te, wyci?gni?te r?ce do ?elaznego pier?cienia u góry i tak naci?gn?li ca?e cia?o, ?e nogi, przymocowane u do?u, zaledwie dotyka?y ziemi. I sta? tak Naj?wi?tszy ze ?wi?tych, obna?ony, rozpi?ty na s?upie zbrodniarzy, w niesko?czonej trwodze i ha?bie, a dwaj z tych okrutników zacz?li ze zwierz?c? ??dz? krwi siec rózgami Jego ?wi?ty grzbiet od góry do do?u. Rózgi te wygl?da?y jak bia?e ?ykowate pr?ty; a mo?e by?y to p?ki zesch?ych ?y? bydl?cych, lub twarde bia?e paski skórzane. Pan nasz i Zbawiciel, Syn Boga, prawdziwy Bóg i prawdziwy cz?owiek drga? i


807

kurczy? si? jak n?dzny robak pod razami tych ?otrów. J?cza? cicho, a j?k Jego s?odki, d?wi?czny jak serdeczna modlitwa, miesza? si? ze ?wistem rózg Jego dr?czycieli. Od czasu do czasu jak czarna chmura nawalna, wybucha? krzyk ludu i Faryzeuszów, t?umi?c te j?ki ?wi?te, ?a?osne. Pi?at bowiem uk?ada? si? jeszcze z rozjuszonym mot?ochem, wrzeszcz?cym wci?? przera?liwie: „Precz z Nim! Ukrzy?uj Go!" Wi?c chwilami dawa? si? s?ysze? krótki g?os tr?by na znak, ?e Pi?at chce mówi?. Wrzaski milk?y na chwil? i znowu s?ycha? by?o chrz?st rózg, j?ki Jezusa, przekle?stwa oprawców. A zda?a dochodzi?o ?a?osne beczenie baranków wielkanocnych, które w?a?nie myto z pierwszego brudu w sadzawce Owczej, obok bramy tej?e nazwy. Nieopisanie wzruszaj?ce by?y te g?osy bezradne, l?kliwe, biednej trzody jagni?cej. Bek baranków wielkanocnych ??czy? si? w jedn? zgodn? harmoni? z westchnieniami Zbawiciela, prawdziwego Baranka ofiarnego. Mot?och ?ydowski trzyma? si? w pewnym oddaleniu od s?upa, mniej wi?cej na szeroko?? jednej ulicy. W ko?o sta?y placówki rzymskich ?o?nierzy, najg??ciej za? ko?o stra?nicy. Cz?sto g?sto zbli?a? si? kto? z t?uszczy do s?upa; jedni przypatrywali si? w milczeniu, inni szydzili. Zdarza?o si?, ?e w niektórych budzi?a si? jaka? lepsza iskierka ich istoty, ogarnia?o ich uczucie wewn?trznego Wzruszenia na widok katowanego Jezusa; w takich razach zdawa?o mi si?, jakoby promie? ?wietlisty pada? z Jezusa na nich. Obok pod stra?nic? widzia?am nikczemnych uliczników, sk?po odzianych, którzy przygotowywali ?wie?e rózgi; inni znów spieszyli postara? si? o ga??zki cierniowe. S?u?alcy arcykap?anów kr?cili si? w pobli?u katów i przekupywali ich pieni?dzmi, by bardziej m?czyli Jezusa; kazali tak?e przynie?? wielki dzban g?stego czerwonego napoju, a kaci zakrapiali si? nim obficie, i pijani prawie zupe?nie, coraz okrutniej si? sro?yli. Po kwadransie biczowania odst?pili oprawcy, a przy??czywszy si? do swych kolegów, zacz?li w najlepsze si? zapija?. Po tak bolesnej operacji ca?e cia?o Jezusa pokryte by?o pr?gami sinymi, brunatnymi i czerwonymi. Krew ?wi?ta sp?ywa?a w perlistych kroplach na ziemi?. Drgania bolesne wstrz?sa?y tym biednym cia?em, a woko?o, zamiast lito?ci, s?ycha? by?o tylko drwi?co, szydercze okrzyki. Po ch?odnej nocy ranek by? ca?y d?d?ysty, pochmurny. Chwilami ku wielkiemu zdziwieniu ludzi pada? nawet grad. Oko?o po?udnia dopiero wyja?ni?o si? niebo i s?o?ce bladymi promieniami o?wieci?o Jerozolim?. Po krótkim odpoczynku rzuci?a si? druga para katów z now? w?ciek?o?ci? na Jezusa. Ci mieli znów inne rózgi, naje?one, zapewne z cierni, powtykane g?sto kolcami i kulkami. Pod ich silnymi uderzeniami p?ka?y pr?gi na ciele Jezusa, krew tryska?a obficie w oko?o, obryzguj?c r?ce oprawców. Pod srogimi, bolesnymi razami j?cza? Jezus i drga? bole?nie, ale nie ustawa? si? modli? za tych za?lepionych ludzi. W?a?nie przeci?ga?a przez forum karawana cudzoziemców na wielb??dach; wielu z nich by?o ju? ochrzczonych, wielu s?ysza?o nauki Jezusa na górze. Strach ich zdj?? i smutek, gdy dowiedzieli si? od otaczaj?cych, co to ma znaczy?, kogo to katuj? przy s?upie. Przed pa?acem Pi?ata brzmia?a wci?? wrzawa i bezustanne okrzyki mot?ochu. Wreszcie przyst?pi?a trzecia para katów do Jezusa z nowymi biczami; by?y to p?ki ?a?cuszków, czy rzemyków, umocowanych w ?elaznej r?czce, a zako?czonych ?elaznymi haczykami. Ci ju? nie ranili, ale po prostu odrywali tymi haczykami ca?e kawa?ki skóry i cia?a, tak, ?e miejscami wida? by?o nagie ko?ci. Pióro si? wzdraga przed opisywaniem tej ohydnej, barbarzy?skiej sceny. A nie dosy? im by?o tego; odwi?zawszy sznury, obrócili Jezusa i przywi?zali na powrót poranionym grzbietem do s?upa. Jezus nie mia? ju? tyle si? utrzyma? si? sam, wi?c przykr?powali Go powrozami przez piersi poni?ej ramion i kolan, a


808

r?ce zwi?zali z ty?u w ?rodku s?upa. Jak w?ciek?e psy rzucili si? znowu na Pana. Jeden z nich trzyma? w lewej r?ce mniejsz?, cie?sz? rózg? i t? smaga? oblicze Jezusa rani?c je bole?nie. Nie by?o ju? zdrowego miejsca na Jezusie. Naj?wi?tsze, czci najgodniejsze cia?o Syna Bo?ego, poszarpane bezlito?nie, przedstawia?o jedn? wielk? ran? krwi? brocz?c?. Oczyma krwi? nabieg?ymi spogl?da? Jezus na Swych katów z niemym b?aganiem o lito??, a oni tym bardziej si? sro?yli. Wi?c Jezus j?cza? tylko z cicha, a? ust Jego wyrywa? si? co chwila s?abszy g?os: „Biada!" Ca?a ta straszna katusza trwa?a ju? prawie trzy kwadranse, gdy wtem przyskoczy? z gniewem do s?upa jaki? obcy cz?owiek z ludu, trzymaj?c w r?ku nó? zakrzywiony. By? to krewny ?lepego Ktesifona, uzdrowionego przez Jezusa.— „Stójcie!"— zawo?a? — „nie mordujcie na ?mier? niewinnego cz?owieka!" Pijani kaci zatrzymali si? chwil? ze zdziwieniem, a on spiesznie jednym ci?ciem przeci?? powrozy, kr?puj?ce Jezusa, zwi?zane z ty?u s?upa w jeden gruby w?ze? na wielkim ?elaznym gwo?dziu; spe?niwszy to, znik? zaraz na powrót w t?umie. Bezw?adne, poranione cia?o Jezusa, nie podtrzymywane powrozami, osun??o si? przy s?upie w ka?u?? w?asnej krwi. Tak pozostawili Jezusa kaci, a sami poszli pi? dalej, zawo?awszy przedtem na siepaczy, zaj?tych w stra?nicy, by upletli koron? cierniow?. W?a?nie przechodzi?o przez forum kilka nierz?dnic. Ujrzawszy Jezusa, le??cego we krwi pod s?upem, drgaj?cego bole?nie, zatrzyma?y si? przed Nim w milczeniu, uj?wszy si? za r?ce, i spogl?da?y na? chwil? ze wstr?tem i odraz?. Pod ich wzrokiem tym bole?niej odczu? Jezus ci??kie Swe rany; z trudem uniós? nieco poranion? g?ow? i spojrza? na nie z bolesnym wyrzutem. Nierz?dnice odesz?y zaraz, a towarzyszy?y im spro?ne dowcipy siepaczy i ?o?nierzy. Przez ca?y czas biczowania pod gradem bolesnych, obel?ywych razów, modli? si? Jezus wci?? i ofiarowywa? Siebie za grzechy wszystkich ludzi. Kilkakro? widzia?am, jak zjawiali si? przy Nim bolej?cy anio?owie, by Go pocieszy?. Teraz tak?e, gdy le?a? poraniony u s?upa pojawi? si? przy Nim anio?, by Go pokrzepi?. Wydawa?o mi si?, ?e podaje Mu do ust jaki? ?wietlisty k?sek. Po chwili odpoczynku wrócili znowu oprawcy i kopi?c Jezusa nogami, kazali Mu wsta?, mówi?c, ?e chc? doko?czy? Jego przemiany na króla. Poszturchuj?c Go, kazali Mu wzi?? Sobie przepask?, le??c? na boku; a gdy Jezus zacz?? si? czo?ga? ku niej, potr?cali j? umy?lnie dalej nogami, ?miej?c si? szyderczo, i tak d?ug? chwil? musia? Jezus wlec si? z wysi?kiem po ziemi, jak rozdeptany robak, p?awi?c si? we w?asnej krwi, zanim dosi?gn?? przepaski i odzia? ni? porozdzierane l?d?wie. Biciem i kopaniem zmusili Go teraz oprawcy stan?? na obola?ych nogach, nie dali Mu nawet czasu ubra? si? w sukni?, tylko zarzucili Mu j? lada jako na ramiona i tak pop?dzili Go spiesznie do stra?nicy. Sz?o si? tam krótsz? droga przez podsieni? budynku, otwarte w?a?nie od strony forum, tak, ?e wida? by?o na przestrza? korytarz, pod którym siedzieli w wi?zieniach dwaj ?otrzy i Barabasz. Oprawcy wybrali jednak umy?lnie dalsz? drog?, ko?o siedze? arcykap?anów, a ci odwracaj?c si? ze wstr?tem, wo?ali: „Precz z Nim! Precz z Nim!" Oprawcy poprowadzili Jezusa, ocieraj?cego Sobie sukni? krew z twarzy, na wewn?trzny dziedziniec stra?nicy. ?o?nierzy nie by?o tu w tej chwili, tylko sama zbieranina niewolników, siepaczy, ?otrów, t?uszczy, — s?owem, same wyrzutki spo?ecze?stwa. Poniewa? postawa pospólstwa coraz wi?cej stawa?a si? niepewn?, wi?c Pi?at wzmocni? jeszcze placówki stra??, ?ci?gni?t? z zamku Antonia. Stra?nic? ca?? otoczono g?stym szpalerem ?o?nierzy. ?o?nierzom wolno by?o rozmawia?, ?mia? si? i szydzi? z Jezusa, ale mieli rozkaz trzyma? si? w szeregach i by? wci?? w


809

pogotowiu. Chcia? przez to Pi?at utrzyma? na wodzy mot?och i okaza? sw? w?adz?; w tym celu zebra? przesz?o tysi?c ?o?nierzy.

Maryja podczas biczowania Jezusa

Podczas biczowania Zbawiciela naszego by?a Naj?w. Panna w ci?g?ym zachwyceniu. Widzia?a i odczuwa?a w niewypowiedziany sposób wszystko, co dzia?o si? z Jej Synem. M?ka Jej i cierpienia by?y nad wyraz wielkie, podobnie jak nad wyraz wielk? by?a Jej mi?o?? naj?wi?tsza ku Jezusowi. Cicha skarga wymyka?a si? nieraz z Jej ust, oczy Jej zaczerwienione by?y od ci?g?ego p?aczu. Trzyma?a J? w swych obj?ciach Maria Helego, Jej starsza siostra, podesz?a ju? w latach, maj?ca wiele podobie?stwa ze ?wi?t? Ann?. Z drugiej strony podpiera?a J? Maria Kleofy, córka Marii Helego. Inne ?wi?te niewiasty skupi?y si? ko?o Naj?w. Panny, zawodz?c cicho, dr??c z trwogi i bole?ci, jakby oczekiwa?y w?asnego wyroku ?mierci. Magdalena sko?atana by?a niezmiernie i przygnieciona ci??k? bole?ci?, odbijaj?c? si? w ca?ej jej postaci i stroju. W?osy jej, przykryte z wierzchu zas?on?, rozpuszczone by?y i wzburzone. — Maryja mia?a dzi? na Sobie d?ug? sukni? barwy niebieskiej, na to zarzucony bia?y we?niany p?aszcz i zas?on? ?ó?tawo bia??. W?a?nie gdy Jezus po biczowaniu upad? na ziemi? przy s?upie, przys?a?a ?ona Pi?ata, Klaudia Prokla, Matce Bo?ej ca?? paczk? wielkich chust. W jakim celu to uczyni?a, nie pami?tam ju? dobrze; czy my?la?a, ?e Jezusa uwolni? i te chusty s?u?y? Matce Bo?ej do przewi?zywania ran Jezusowi, czy te? mi?osierna poganka przeznaczy?a je do tego, do czego rzeczywi?cie u?y?a ich Naj?w. Panna. Z bole?ci? patrza?a Maryja, jak siepacze prowadzili Jej Syna skatowanego do stra?nicy. Przechodz?c ko?o Niej, otar? Jezus sukni? krew, zalewaj?c? Mu oczy, by spojrze? na Matk? Sw? bole?ciw?. Ona z nadmiern? t?sknot? wyci?gn??a za Nim r?ce i wpatrywa?a si? w krwawe ?lady, jakie pozostawi?y Jego stopy. Gdy ju? t?um usun?? si? nieco w inn? stron?, pospieszy?y Naj?wi?tsza Panna i Magdalena na miejsce biczowania. Inne niewiasty i kilkoro ?yczliwych ludzi otoczyli je w ko?o, zas?aniaj?c przed oczyma wrogów, a one, ukl?kn?wszy przy s?upie, osusza?y otrzymanymi chustami Naj?w. Krew Jezusa, gdzie tylko wida? by?o jej ?lady. Jana nie widzia?am w tej chwili przy ?wi?tych niewiastach. Syn Symeona, Obed, syn Weroniki, Aram, i Temeni, obaj siostrze?cy Józefa z Arymatei, byli obecnie w ?wi?tyni, gdzie w smutku i trwodze sprawowali obowi?zkowe zatrudnienia. Godzina by?a mniej wi?cej 9-ta rano.

Przerwa w obrazach pasyjnych przez pojawienie si? ?wi?tego Opiekuna Józefa w postaci dzieci?cia

Opowiedziane dotychczas widzenia pasyjne mia?a ?wi?tobliwa Anna Katarzyna pocz?wszy od wieczora 18 lutego 1823 (wtorek po pierwszej niedzieli Postu) a? do 8 marca, tj. do soboty przed niedziel? ?ródpostn?. Odczuwa?a przy tym widziane cierpienia duchowo i ciele?nie. Bez ?wiadomo?ci zewn?trznej, pogr??ona w tych rozmy?laniach, p?aka?a i j?cza?a, jak torturowane dziecko. Wstrz?sana nerwowymi drganiami rzuca?a si?, j?cz?c, po pos?aniu. Na obliczu jej wyryte by?o cierpienie cz?owieka konaj?cego w m?kach. Krwawy pot wyst?powa? jej par? razy na piersi i plecy; w ogóle poci?a si? cz?sto, a w?a?ciwie ci?gle, w tak niezwyk?y sposób, ?e wszystko doko?a ocieka?o wod?, a pot przesi??ka? na wskro? przez poduszki. Zarazem cierpia?a takie pragnienie, ?e wygl?da?a jak cz?owiek, gin?cy na puszczy z braku wody. Usta jej by?y nieraz rano zupe?nie wysuszone, j?zyk


810

skurczony i jakby zasch?y, tak, ?e tylko na migi, lub niewyra?nymi d?wi?ki mog?a prosi? o pomoc. M?kom tym towarzyszy?a codziennie febra, a mo?e te? by?a ich nast?pstwem. Oprócz tego trwa?y bez przerwy zwyk?e jej cierpienia i te, które odczuwa?a i przyjmowa?a na siebie. Z trudem tylko i po uporczywym wypoczynku by?a w stanie opowiada? widzenia pasyjne, lecz i to nie co dzie? dok?adnie; wiele szczegó?ów musia?a kilka razy powtarza? i uzupe?nia?. W?a?nie w sobot? wieczorem 8 marca 1823, um?czona w najwy?szym stopniu, opowiedzia?a biczowanie Jezusa, widziane minionej nocy, a które, jak si? zdaje, za dnia jeszcze si? powtarza?o. Dopiero z zachodem, s?o?ca nasta?a przerwa w tych rozpami?tywaniach pasyjnych. Przytaczamy j? tutaj, bo pozwala nam ona przypatrze? si? bli?ej ?yciu wewn?trznemu, duchowemu, tej niezwyk?ej istoty, a zarazem stanowi? b?dzie dla czytelników tej ksi??ki jakby chwil? wypoczynku w rozpami?tywaniu tych wzruszaj?cych obrazów. Do?wiadczyli?my sami na sobie, jak to s?aby cz?owiek ?atwo si? nu?y rozpami?tywaniem, jak i opisywaniem tych m?k bolesnych, mimo ?e za niego to Syn Bo?y je cierpia?. ?ycie duchowe i cielesne ?wi?tobliwej Katarzyny pozostawa?o w jak naj?ci?lejszym zwi?zku z codziennym wewn?trznym i zewn?trznym ?yciem Ko?cio?a na ziemi. Z dziwn? godno?ci? wy?sz? mo?e ni? ta, która czyni zale?nym ?ycie zmys?owe i materialne zwyczajnego cz?owieka od wp?ywów przyrodniczych, pór roku i dnia, s?o?ca, ksi??yca, klimatu, pogody z wi?ksz?, powiadam, konieczno?ci? i dok?adno?ci? by?o jej ?ycic ci?g?ym, koniem odzwierciedlaniem istoty i znaczenia wszystkich tajemnic i ?wi?t, stanowi?cych wa?niejsze epoki w ?yciu wewn?trznym i zewn?trznym Ko?cio?a. ?ycie jej rozwija?o si? tak wiernie i równomiernie z ?yciem Ko?cio?a, ?e np. gdy zachodzi? wieczór tak zwana wigilia przed ka?dym ?wi?tem ko?cielnym, ju? zmienia?a si? zupe?nie wewn?trznie i zewn?trznie na duszy i na ciele. Jak wierna gwiazdka, zaraz zaczyna?a si? obraca? po zaj?ciu dzisiejszej uroczysto?ci ko?o duchownego s?o?ca nadchodz?cego ?wi?ta, stara?a si? ogrza? w ?wietle, rosie i cieple szczególnej ?aski ?wi?ta nowego, wszystkie swe modlitwy, cierpienia, zas?ugi i dzia?alno?? sw? ca?odzienn? do niego zastosowa?. Jednak nie wtenczas ?ci?le nast?powa?a ta zmiana, gdy dzwony ko?cielne, wzywaj?c wieczorem na "Anio? Pa?ski", oznajmia?y rozpocz?cie si? nowego ?wi?ta ko?cielnego, bo dzwonienie to czy przez opiesza?o??, czy przez nie?wiadomo?? odbywa si? czasem to za wcze?nie, to znowu za pó?no. Ona zdawa?a si? mie? przed oczyma jaki?, dla innych niewidzialny zegar, wybijaj?cy wieczno?ci godziny i gdy w odwiecznym porz?dku rzeczy nadesz?a w?a?ciwa pora rozpocz?cia si? ?wi?ta wtedy i ona zmienia?a si? do g??bi. Podczas gdy przez ca?y dzie? rzeczywi?cie i istotnie wspó? obchodzi?a ?wi?to ?a?obne Ko?cio?a z uciskiem niezmiernym, wycie?czona wspó? cierpieniem na ciele i duszy, to jednak wieczorem z rozpocz?ciem nowego ?wi?ta radosnej dla Ko?cio?a pami?tki, o?ywia?a si? natychmiast ta przygn?biona oblubienica Chrystusowa, jakby pokrzepiona ros? nowej ?aski, podnosi?a si? na ciele i na duchu, i skrywszy cierpienia gdzie? w g??binie serca, obchodzi?a to ?wi?to w cichej rado?ci i pogodzie ducha, daj?c ?wiadectwo jego wewn?trznej, odwiecznej prawdzie i znaczeniu. A przychodzi?o to ju? samo z siebie, bez wyra?nej z jej strony ?wiadomo?ci, bo le?a?o to ju? w jej istocie; spe?nia?a to bez zamiaru jak pszczo?a, sporz?dzaj?ca sztucznie z kwiatów wosk i miód. Da si? to tylko wyt?umaczy? szczególniejszym wp?ywem ?aski Bo?ej. Korna wola tej biednej dziewczynki wiejskiej, od dziecka tchn?cej niez?omnym postanowieniem pos?usze?stwa wzgl?dem Jezusa i Jego Ko?cio?a, znalaz?a ?ask? w oczach Boga. Bóg udzieli? jej daru, by w niej nie tylko czyny stosowa?y si? do woli, ale i ca?a istota. A wi?c nie mog?a ju? inaczej post?powa?, musia?a zwraca? si? cia?em i duchem ku Ko?cio?owi, jak ro?lina zwraca si? do ?wiat?a, chocia?by j? otoczono sztuczn?


811

noc?. Oblicze jej okrywa?o si? ?a?obn? zas?on?, lub stroi?o w weso?e, stosownie do oblicza jej matki, Ko?cio?a. W sobot? 8-go marca 1823, po zachodzie s?o?ca, sko?czy?a w?a?nie ?wi?tobliwa Katarzyna opowiadanie o biczowaniu Zbawiciela, i znu?ona pogr??y?a si? w g??bokim milczeniu. My?la?em, i? nie inaczej, tylko ?e dusza jej przesz?a ju? w widzenie koronowania Jezusa cierniem. Tymczasem po kilku minutach twarz jej, zn?kana i wycie?czona ?miertelnie, zaja?nia?a mi?? weso?o?ci?; z serdeczno?ci?, z jak? dusza niewinna przemawia do dzieci, zawo?a?a Katarzyna: ?Ach! zbli?a si? do mnie milutki, ma?y ch?opczyk! kto to mo?e by?? Zapytam si? go! ? Nazywa si? Józefek. ?Jaki? on mi?y! Przeciska si? przez t?umy ludu i biegnie ku mnie! ? Jaki? on serdeczny, jak si? ?mieje! Nie wie o niczym. Tak mi go ?al! b?dzie mu ale zimno, taki ch?odny dzi? ranek. ? Czekaj! okryj? ci? troszk?." ? Po tych s?owach, wypowiedzianych z tak? prawd? i naturalno?ci?, ?e mimo woli cz?owiek chcia? ogl?dn?? si? za tym dzieckiem, wzi??a kilka chust le??cych ko?o niej, i ze z?udzeniem czyni?a ruchy mi?osiernej osoby, os?aniaj?cej jakie? dzieci? przed zimnem. Obserwowa?em wszystko uwa?nie i przypuszcza?em, ?e to s? zewn?trzne objawy wewn?trznej tre?ci gorliwej jakiej? modlitwy, lecz zaraz otrzyma?em obja?nienie w?a?ciwego znaczenia tych s?ów i ruchów, bo w?a?nie w tej chwili nast?pi?a przerwa w jej stanie. Jedna mianowicie z osób, piel?gnuj?cych j?, wymówi?a s?owo ?pos?usze?stwo", a wi?c jeden ze ?lubów, którymi ta zakonnica po??czy?a si? z Boskim Oblubie?cem. W tej chwili zerwa?a si? ?wi?tobliwa Katarzyna, jak pobo?ne, pos?uszne dziecko, które matka budzi z g??bokiego snu. Uj??a pr?dko za ró?aniec i ma?y krzy?yk r?czny, który zawsze mia?a przy sobie, uporz?dkowa?a troch? ubiór, i przetar?szy oczy, usiad?a na pos?aniu. By? to w?a?nie czas w którym od?wie?ano i prze?cielano jej ?ó?ko, a ?e nie by?a w stanie usta? na nogach, lub chodzi? o w?asnych si?ach, wi?c przeniesiono j? na fotel. Poszed?em do domu, a wróciwszy nazajutrz rano w niedziel? ?ródpostn?, by s?ysze? dalszy ci?g widze? pasyjnych, znalaz?em j? nadspodziewanie weselsz? i zdrowsz?, ni? dotychczas. Zaraz na wst?pie oznajmi?a mi, ?e nie widzia?a ju? nic wi?cej po biczowaniu, a na pytanie moje, o jakim to Józefku rozprawia?a wczoraj tak obszernie, nie mog?a w tej chwili przypomnie? sobie, o co chodzi. W dalszej rozmowie pyta?em j? o przyczyn?, dlaczego jest dzi? mnie cierpi?ca, spokojniejsza i weselsza; na co odrzek?a mi: ?Zwykle tak si? czuj? oko?o po?owy Wielkiego Postu. Dzi? na pocz?tku Mszy ?wi?tej ?piewa Ko?ció? z Izajaszem: ?Rozwesel si?, Jerozolimo! Zgromad?cie si? ku weselu wszyscy, którzy j? kochacie Cieszcie si? i radujcie, którzy byli?cie smutnymi: rozradujcie si? i nasy?cie piersiami jej pociechy." Dlatego to jest dzi? dzie? pokrzepienia. Dzi? tak?e w ?w. ewangelii nasyci? Pan 5000 ludzi pi?cioma chlebami i dwiema rybami i wiele jeszcze pozosta?o; trzeba si? wi?c cieszy?. Do tego przyj??am dzi? rano Naj?w. Sakrament. W ten dzie? Postu czuj? si? zawsze wzmocnion? na ciele i na duszy. Zajrzawszy potem do monasterskiego kalendarza ko?cielnego, spostrzeg?em, ?e na dzi? nie tylko przypada niedziela ?ródpostna, ale ?e tu w kraju*( t j. Westfalii.) obchodz? dzi? tak?e uroczysto?? ?w. Józefa, opiekuna naszego Zbawiciela, o czym nie wiedzia?em, bo gdzie indziej przypada to ?wi?to na 19-go marca. Zwróci?em jej uwag?, ?e dzi? jest uroczysto?? ?w. Józefa i ?e mo?e dlatego mówi?a wczoraj o Józefie. Odpowiedzia?a mi, ?e wiedzia?a o dzisiejszym ?wi?cie poczym zacz??a sobie powoli przypomina? wczorajsze pocieszaj?co widzenie ?w. Józefa. Wdzi?czna to by?a wysoce chwila w szeregu jej widze? wewn?trznych, jak to pozna?em z dalszych udzielonych mi szczegó?ów, ?e w?a?nie w przeddzie? uroczysto?ci ?w. Józefa nagle przerwa?o jej widzenia pasyjne pojawienie si? ?w. Józefa w postaci dzieci?cej. Nieraz ju? zdarza?o si?, ?e Boski Oblubieniec zsy?a? ?wi?tobliwej Katarzynie pos?a?ców w postaci dzieci?cej;


812

zauwa?yli?my przy tym, ?e dzia?o si? to zwykle w takich razach, w jakich i sztuka malarska zwyk?a u?ywa? jako t?umaczów swej my?li istot dzieci?cych. Je?li np. w widzeniach biblijno-historycznych chodzi?o o uwidocznienie spe?nienia si? jakiego? proroctwa, to zwykle nie brak?o w obrazie takim ma?ego ch?opca, który zachowaniem si? swoim, ubiorem, lub sposobem, w jaki trzyma? w r?ku zwoje pism prorockich, albo przywi?zawszy je do laski, wywija? nimi, oznacza? osob? tego lub owego Proroka. Czasem znowu w czasie ci??kich cierpie? pojawia?o si? przy niej ciche mi?e dzieci?tko w zielonej sukience, siada?o z zadowoleniem na niewygodnej, w?skiej, twardej por?czy jej ?ó?ka, bez skargi dawa?o si? bra? z r?ki na r?k?, lub sadza? na ziemi, z uprzejmym u?miechem zadowolenia na twarzy, wci?? wodzi?o za ni? oczyma i pociesza?o j?, jako uosobiona cierpliwo??. Gdy znu?ona chorob? lub przyj?tym na si? cierpieniem wesz?a wskutek przypadaj?cego jakiego ?wi?ta lub dotkni?cia si? relikwii, w styczno?? z jakim ?wi?tym, z b?ogos?awionym cz?onkiem Ko?cio?a Chrystusowego, natenczas zamiast widze? ci??kich m?k, wstrz?saj?cych do g??bi, przesuwa?y si? przed jej oczyma wy??cznie obrazy z lat dzieci?cych odno?nego ?wi?tego. Gdy w zbyt wielkich cierpieniach, w wyczerpaniu si? cia?a i ducha, Bóg w dobroci Swej chcia? j? pocieszy?, rozweseli? a nawet pouczy?, ostrzec lub ukara?, to zawsze dzia?o si? to przez istoty dzieci?ce i obrazy z ?ycia dzieci?cego; i to tak dalece, ?e gdy w wielkim ucisku lub k?opocie ju? sama nie umia?a sobie poradzi? nieraz, usn?wszy, w jednej chwili czu?a si? przeniesion? duchem w swe lata dzieci?ce, w dzieci?ce k?opoty i zgryzoty. Przekonan? by?a, co wskazywa?y ruchy i s?owa przez sen wymawiane, ?e jest biednym, pi?cioletnim dzieckiem ch?opskim, które, prze?a??c przez p?ot, wpad?o mi?dzy ciernie i z p?aczem wo?a o pomoc. Sceny takie nie by?y wytworem wyobra?ni, lecz dok?adnym powtórzeniem rzeczywistych wypadków jej m?odo?ci. Wtenczas zapewne us?ysza?a s?owa Pa?skie przez przypowie??: ?Dlaczego krzyczysz tak? Nie wyrw? ci? z po?ród ciernia, je?li z mi?o?ci ku Mnie nie wytrwasz w cierpliwo?ci i modlitwie." Za t? przestrog? posz?a pewnie jako dziecko a i teraz s?ucha?a jej w tym pozornie wielkim k?opocie; obudziwszy si? z u?miechem wspomina?a o p?ocie i o kluczu cierpliwo?ci i modlitwy do niego, który otrzyma?a jako dziecko, zapomina?a o nim na chwil? przez opiesza?o??, ale wnet przypomniawszy sobie, u?ywa?a go wiernie z niezawodnym skutkiem. Figuralne to znaczenie jej losów dzieci?cych wzgl?dem dziejów i kolei ?ycia pó?niejszego, daje nam w sposób namacalny a wzruszaj?cy pozna?, ?e zarówno w ?yciu jednostek, jak i ca?ego rodzaju ludzkiego istnieje to wieszcze wyobra?enie, proroczo?? i wzorowanie si?. Lecz zarówno jednostkom, jak i ca?ej ludzko?ci dany jest Boski pierwowzór w Odkupicielu, by wszyscy z wy?sz? i wzrastaj?c? moc? d??yli w Jego ?lady, wydobywali si? z karbów naturalnego rozwoju w dziedzin? pe?nej wolno?ci ducha i starali si? jak najwi?cej zbli?y? do doskona?o?ci m?skiego wieku Chrystusa, by spe?ni?a si? wola Bo?a jako w niebie tak i na ziemi, a królestwo Jego dosta?o si? nam jak najpr?dzej w udziale. Lecz wró?my do w?a?ciwego opowiadania. Otó?, o ile j? pami?? nie zawiod?a, opowiedzia?a ?wi?tobliwa Katarzyna urywkami widzenie, jakie wczoraj wieczór w wigili? uroczysto?ci ?w. Józefa przerwa?o jej rozmy?lania pasyjne. Oto jej s?owa: ?Wszystkim tym okropnym wydarzeniom by?am obecn?. Gdziekolwiek by? Jezus lub Matka Bo?a, w tej cz??ci miasta i ja by?am, z sercem przepe?nionym bole?ci?, z dusz? zbola?? ?miertelnie. Gdy biczowano mego najdro?szego Oblubie?ca, siedzia?am w jednym z naro?ników placu biczowania, maj?c wszystko przed oczyma. Z ?ydów ?aden nie zbli?y? si? tu, by si? nie zanieczy?ci?. Ja ju?ci nie obawia?am si? tego, owszem pragn??am gor?co, by cho? kropelka krwi Pana pad?a na mnie i oczy?ci?a mnie. Tak by?am przej?ta bole?ci?, ?e zdawa?o mi si?, i? musz? skona?. Dr?a?am z trwogi i j?cza?am za ka?dym uderzeniem,


813

wymierzonym Jezusowi. Ach! jak n?dzarz ostatni le?a? mój najukocha?szy Oblubieniec u s?upa w ka?u?y Krwi Swej ?wi?tej, z cia?em porozdzieranym biczami. Kaci okrutni kopali Go nogami, zmuszaj?c do powstania, a On, ranami i krwi? okryty, pe?za? jak robak n?dzny, by pozbiera? Sw? odzie?. Zaledwie okry? si? jako tako r?kami dr??cymi z bole?ci, a ju? pop?dzili Go kaci na now? m?k?, przechodz?c z Nim ko?o Matki Naj?wi?tszej. Z jak?? bole?ci?, za?amuj?c r?ce, spogl?da?a Ona na Jego krwawe ?lady! Od stra?nicy, otwartej od strony forum, dolatywa?y mnie szyderstwa nikczemnych pacho?ków, plot?cych w r?kawicach koron? cierniow? i z naigrywaniem próbuj?cych ostro?ci kolców. Dr??ca, na ca?ym ciele chcia?am pospieszy? tam, by widzie? now? m?k? mego nieszcz??liwego Oblubie?ca. Wtem ujrza?am, ?e z t?umu wysz?o jakie? ?liczne pachol?; g?ówk? okolon? mia? k?dziorkami jasnych w?osów, za ca?e ubranie s?u?y?a mu przepaska, opasuj?ca biodra. Prze?lizn?wszy si? lekko ?rodkiem ?wi?tych niewiast, podszed? ku mnie z oznakami wielkiej serdeczno?ci. Nie chcia? da? mi d?u?ej patrze? na smutne obrazy m?ki Jezusa, wi?c to odwraca? mi g?ow?, to przymyka? oczy, to zatyka? uszy moje. ? Nie znasz mi?? ? zapyta?. ? Nazywam si?; Józef, a jestem z Betlejem! I zaraz zacz?? mi opowiada? o grocie w której narodzi? si? Jezus, o pastuszkach i Trzech Królach. Jak?e to ?licznie, rado?nie brzmia?o! I ch?opczyk tak?e rozradowany by? bardzo. Troszczy?am si? o to, ?e zmarznie, bo tak sk?po by? odziany, tym bardziej, ?e od czasu do czasu popadywa? grad, lecz on widz?c moje zak?opotanie, przy?o?y? r?czk? do mych policzków i rzek?: ? Czujesz, jak ciep?e mam r?ce; tam gdzie ja jestem, nie zi?bnie si? nigdy! ? Ujrzawszy, ?e plot? ju? koron? cierniow?, zacz??am znowu narzeka? bole?nie, lecz ch?opczyk pocieszy? mi? i zaraz, klaszcz?c w r?ce, opowiedzia? mi pi?kn? przypowie??, w której bole?? pocz?tkowa obraca?a si? wszystka w rado??; w przypowie?ci tej wyt?umaczy? mi wiele szczegó?ów z m?ki Chrystusa i ich znaczenie. Nast?pnie pokaza? mi pole, na którym ros?y ciernie, u?yte do zrobienia korony cierniowej; wyt?umaczy? mi znaczenie cierni i przepowiedzia?, jako te pola przemienia si? w bujne ?any pszenicy, a ciernie okol? je ochronnym p?otem, przeplecionym g?sto pi?knymi ró?ami. A tak mi?o, serdecznie, umia? to obja?nia?, ?e rzeczywi?cie zaraz wszystkie ciernie zdawa?y si? przemienia? w ró?e, którymi si? bawili?my. Ka?de jego s?owo by?o pe?ne znaczenia; ca?o?? stanowi?a d?ugi, wzruszaj?cy obraz powstania i rozwoju Ko?cio?a w samych dzieci?cych, wdzi?cznych porównaniach. Uprzejmy ch?opczyk nie da? mi d?u?ej patrze? na m?k? Chrystusa lecz poci?gn?? mi? za sob? w inn? stron?, by pokaza? mi weselsze obrazy z ?ycia dzieci?cego. Cudem jakim? uczu?am si? i ja w jednej chwili dzieckiem, a nie zastanawiaj?c si? d?ugo nad tym, pobieg?am za ma?ym Józefem do Betlejem na miejsca zabaw i gier jego dzieci?cych. Pokazywa? mi wszystko ochoczo; bawili?my si? i na przemian modlili w pó?niejszej grocie ??obkowej, do której Józef chroni? si? cz?sto jako dziecko, gdy bracia dokuczali mu za jego pobo?no??; przy tym zdawa?o mi si?, ?e ?yje jeszcze rodzina Józefa i zamieszkuje stary dom rodowy, w którym mieszka? niegdy? ojciec Dawida. Niestety jeszcze przed narodzeniem Jezusa by? dom ten w obcych r?kach; zajmowali go rzymscy urz?dnicy, a Józef musia? im czynsz p?aci?. Ale o tym nie my?la?am teraz; bawili?my si? weso?o jak dzieci; chwilami ?udzi?am si?, ?e jeszcze Jezus nie przyszed? na ?wiat, ani nawet Matka Jego ?wi?ta." Takie to pocieszaj?ce widzenie przerwa?o ?wi?tobl. Katarzynie rozmy?lania pasyjne w wigili? uroczysto?ci ?w. Józefa, lecz wnet rozpocz?? si? dalszy ci?g tych bolesnych widze?, tej krwawej, niesko?czonej ofiary, spe?nionej raz w czasie, a powtarzanej teraz codziennie w bezkrwawej ofierze o?tarza. Rozpoczyna wi?c ?wi?ta Katarzyna dalszy ci?g wzruszaj?cego opowiadania, które jej s?owy powtarzamy.


814

Zewn?trzny wygl?d Maryi i Magdaleny

Przypatrzmy si? chwil? Naj?w. Pannie po tylu bolesnych Jej przej¬?ciach. Policzki Jej zblad?y znacznie i schud?y, uwydatniaj?c tym bardziej nos miernie d?ugi, delikatnie wykrojony. Oczy by?y a? krwi? nabieg?e, czerwone od ci?g?ego p?aczu. Nie da si? opisa?, jaka nadzwyczajna prostota i pojedynczo?? przebija?a w ca?ej Jej postaci. Od wczoraj ju? przez ca?? noc b??dzi?a w smutku, trwodze i p?aczu po dolinie Jozafata i po ulicach Jerozolimy, rojnych t?umami ludu, a przecie? odzienie Jej jest w zupe?nym porz?dku, bez najmniejszego uszkodzenia. Z ka?dej fa?dy Jej sukni wieje ?wi?to??. Wszystko ?wiadczy o prostocie, pojedynczo?ci, powadze, czysto?ci i niewinno?ci; w ruchach i spojrzeniach pe?no jest szlachetnej powagi. Gdy zwraca nieco g?ow?, zas?ona Jej uk?ada si? w równe, mierne fa?dy. Nawet w najci??szej bole?ci okazuje Maryja godno?? i spokój, ani ?ladu nie ma gwa?towno?ci. Odzienie zwil?one ros? nocn? i obfitymi ?zami, jest jednak w zupe?nym porz?dku i nieposzlakowanej czysto?ci. W ogóle jest Maryja pi?kno?ci? nieopisan?, nad zmys?ow?; pi?kno?? Jej ??czy si? nierozerwalnie i stanowi jedno?? z niepokalano?ci?, prawd?, prostot?, godno?ci? i ?wi?to?ci?. Ca?kiem inaczej przedstawia si? Magdalena. Jest ona s?uszniejsz? od Naj?w. Panny, pe?niejszych kszta?tów i wi?cej gibka w ruchach. S?ynn? Jej pi?kno?? zniszczy?a ju? teraz skrucha i bole?? straszna nad m?k? Jezusa. Je?li nie brzydk?, to jest prawie straszliw? teraz, gdy z niepohamowan? gwa?towno?ci? oddaje si? na pastw? swej bole?ci. Suknie jej mokre, poplamione b?otem, poszarpane, wisz? na niej bez?adnie. D?ugie w?osy rozpuszczone, zmierzwione, przykryte s? zmi?t?, wilgotn? zas?on?. Wyn?dznia?a jest strasznie i wygl?da jak ob??kana, z t? jedn? ci?g?? my?l? o swej bole?ci. Jest w Jerozolimie wiele ludzi z Magdalum i okolicy, którzy widywali dawniej, gdy prowadzi?a ?ycie wspania?e, a pó?niej tak grzeszne, ha?bi?ce. Poniewa? d?ugi czas ?y?a w ukryciu, wi?c teraz po d?ugiem niewidzeniu wszyscy pokazuj? na ni? palcami i szydz? z jej zmienionego wygl?du. Trafi?o si? nawet, ?e jacy? niegodziwcy z Magdalum obrzucili przechodz?c? b?otem; lecz Magdalena nawet nie zwróci?a na to uwagi, tak dalece pogr??a si? i zapami?tuje w swej bole?ci.

Cierniem ukoronowanie i wyszydzenie Jezusa

Podczas gdy biczowano Jezusa, Pi?at kilka kro? przemawia? do ludu w duchu pojednawczym, lecz wci?? odpowiadano mu uporczywym krzykiem: „Precz z Nim! Musimy Go usun??, cho?by?my sami mieli przez to zgin??!" Gdy prowadzono Jezusa do stra?nicy, znowu rozleg?y si? okrzyki: „Precz z Nim! Precz!" — Coraz nowe schodzi?y si? gromady ?ydów, podburzonych przez zauszników arcykap?anów i coraz gro?niejsze okrzyki rozlega?y si? w ko?o. Po zaprowadzeniu Jezusa do stra?nicy nast?pi?a krótka chwila spokoju. Pi?at zaj?? si? wydaniem odpowiednich rozporz?dze? wojsku. Arcykap?ani i radni, siedz?cy pod drzewami na podwy?szonych ?awach, zas?anych okryciami, kazali przez s?u??cych przynie?? sobie je?? i pi?, i posilali si?, rozprawiaj?c nad ostateczn? zgub? Jezusa. Pi?at tak?e usun?? si? na chwil? w g??b domu. Zabobonny ten cz?owiek w wielkiej by? rozterce ze samym sob?. Nie wiedzia? sam, co pocz??, jak rozstrzygn?? o losie Jezusa. I znowu pali? w samotno?ci kadzid?a swoim bo?kom,próbowa? znaków wieszczbiarskich, lecz na ?aden sposób nie móg? si? pozby? dr?cz?cej go niepewno?ci. Naj?w. Panna, wysuszywszy chustami krew Jezusa u s?upa, odesz?a z niewiastami z forum. Nios?c te drogocenne relikwie, uda?y si? do pobliskiego domku ma?ego,


815

zbudowanego pod murem; nie przypominam sobie, do kogo ten dom nale?a?. Jana, zdaje mi si?, nie widzia?am nigdzie podczas biczowania. Tymczasem na wewn?trznym dziedzi?cu stra?nicy odbywa?o si? koronowanie Jezusa cierniem. Stra?nica sta?a ju? w obr?bie forum, a pod ni? znajdowa?y si? wi?zienia dla z?oczy?ców. Wko?o otoczona by?a kolumnad? o otwartych portykach. Na dziedzi?cu zebra?o si? oko?o 50 zbirów, czeladzi, parobków, dozorców wi?ziennych, siepaczy, niewolników i katów, którzy Jezusa biczowali; wszyscy brali czynny udzia? w naigrywaniu si? z Pana. I mot?och uliczny zacz?? si? cisn?? na dziedziniec, ale wnet nadszed? oddzia?, z?o?ony z tysi?ca rzymskich ?o?nierzy, i otoczy? zbitym i zwartym szeregiem ca?? stra?nic?, nie dopuszczaj?c nikogo. ?o?nierze sami ?miali si? i szydzili, pod?egaj?c tym dr?czycieli Jezusa do zadawania Mu tym wi?kszych m?k. ?miech i ?arty ?o?nierzy podnieca?y t? zgraj? do okrucie?stwa, jak oklaski widzów podniecaj? aktora do lepszej gry. Wytoczyli na ?rodek u?aman? podstaw? jakiej? dawnej kolumny, z otworem w ?rodku, w którym zapewne by?a niegdy? osadzona kolumna; na tym postawili niski, okr?g?y sto?ek, opatrzony z ty?u antab? do trzymania. W z?o?ci swej posypali sto?ek ostrymi kamykami i skorupami z czerepów. Przygotowawszy siedzenie, zdarli znowu ze zranionego cia?a Jezusa wszystkie suknie, a narzucili Mu krótki czerwony p?aszcz ?o?nierski, podarty ze staro?ci, a nie si?gaj?cy nawet do kolan. Tu i ówdzie zwiesza?y si? z p?aszcza strz?py ?ó?tych fr?dzli. P?aszcz ten le?a? zwykle w k?cie w izdebce pacho?ków, a ubierano w niego zazwyczaj ubiczowanych z?oczy?ców, ju?to na szyderstwo, ju?to, by osuszy? krew, sp?ywaj?c? z ran biczowanego. Ubrawszy we? Jezusa, przywlekli Go przed siedzenie, posypane skorupami i kamykami, i ca?? si?? posadzili Go na nie. Teraz zabrali si? do wt?aczania Mu korony cierniowej. Korona ta, wysoka na kilka d?oni, pleciona by?a g?sto z trzech ga??zi cierniowych, grubych na palec, umy?lnie w tym celu wyci?tych w krzakach; widzia?am nawet to miejsce, gdzie je wycinano. U?yto do tego trojakiego rodzaju cierni, podobnych do naszego g?ogu, szak?aku i tarniny. Kolce z rozmys?em zwrócone by?y prawie wszystkie do ?rodka. U góry przy pleciona by?a wystaj?ca obwódka z jakiego? ciernia, podobnego do je?yny; t?dy ujmowali siepacze koron? w r?k?. Korona zrobiona by?? tak, jak szeroka ta?ma, przybra?a wi?c kszta?t korony dopiero wtenczas, gdy opasali ni? Jezusowi g?ow? i z ty?u mocno zwi?zali. Ciernie, zwrócone do ?rodka, wnika?y g??boko w g?ow? Jezusa; do r?ki dali Mu grub? trzcin?, zako?czon? ko?ci?, a wszystko to robili z szyderczym namaszczeniem, jak gdyby uroczy?cie koronowali Go na króla. Teraz dopiero zacz?li naprawd? zn?ca? si? nad Nim. Wydzierali Mu trzcin? z r?ki i bili ni? w koron?, by kolce g??biej wbija?y si? w g?ow?; krew zacz??a sp?ywa? Jezusowi po twarzy i zalewa? Mu oczy. A oni kl?kali przed Nim, wyszczerzali Mu j?zyk, bili Go i pluli Mu w twarz, krzycz?c: „B?d? pozdrowiony, Królu ?ydowski!" Wreszcie w?ród ?miechu piekielnego wywrócili Go ze sto?kiem na ziemi?, lecz zaraz poderwali Go i posadzili na nowo, rani?c o skorupy cia?o Jego. Nie zdo?am powtórzy?, na jakie nikczemno?ci wysilali si? ci ?otrzy, by naigrywa? si? z um?czonego Zbawiciela. Ach! jakie? straszne pragnienie dr?czy?o Jezusa, gdy skatowany tak nieludzko i poraniony przy biczowaniu dosta? jakoby febry i gor?czki. Dr?a? na ca?ym ciele, a cia?o to na bokach powyrywane by?o miejscami a? do ko?ci. J?zyk Jego ?ci?gni?ty by? kurczowo, pa?aj?ce spalone usta otwarte by?y, a zwil?a?a je krew, sp?ywaj?ca z naj?wi?tszej g?owy. Za?lepieni okrutnicy za? obrali sobie to ?wi?te usta za cel swych obrzydliwych nieczysto?ci i plwocin. — Tak dr?czono Jezusa oko?o pó? godziny, a oddzia? ?o?nierzy, otaczaj?cy szeregiem pretorium, bawi? si? tym widowiskiem, daj?c poklask siepaczom.


816

Oto cz?owiek

Odzianego p?aszczem purpurowym, w koronie cierniowej na g?owie, z ber?em trzcinowym w zwi?zanych r?kach, poprowadzono Jezusa na powrót na taras pa?acu. — Jezus by? prawie nie do poznania, tak obficie zalewa?a Mu krew oczy, ?ciekaj?c, po ustach i brodzie. Cia?o Jego, pokryte si?cami i ranami, podobne by?o do chusty, zanurzonej we krwi. Tak szed? Jezus chwiejnym krokiem, a ?e p?aszcz by? za krótki, wi?c musia? si? Jezus pochyla? i kurczy?, by jako tako okry? nago?? Swego cia?a. Pi?at sta? ju? na tarasie, gdy wtem ujrza? przed sob? na najni?szym stopniu Jezusa, tak strasznie skatowanego. Na ten widok nawet ten okrutny cz?owiek poczu? w sobie dreszcz wstr?tu i lito?ci zarazem. Wstrz??ni?ty, wspar? si? na jednym z oficerów, a s?ysz?c dolatuj?ce bezustanne krzyki kap?anów i mot?ochu, zawo?a?: „Je?li diabe? ?ydowski jest tak okrutny, to nie mo?na by wytrwa? przy nim w piekle." Z trudem zaci?gni?to Jezusa na taras i postawiono w g??bi, a Pi?at podszed? naprzód. Na jego skinienie rozleg? si? d?wi?k puzonu na znak, ?e starosta chce przemówi?. Gdy wrzawa ucich?a troch?, zawo?a? Pi?at do arcykap?anów i do ludu: „Patrzcie! Jeszcze raz Go tu wam przyprowadzam, by?cie poznali, ?e nie znajduj? w Nim ?adnej winy!" Teraz popchn?li siepacze Jezusa na przodek tarasu obok Pi?ata, tak, ?e wszystek lud z dziedzi?ca móg? Go widzie?. Co za straszny widok, rozdzieraj?cy serce! Nieludzko skatowany naj?wi?tszy Syn Bo?y, Jezus, sta? pokryty ranami, zlany krwi? w?asn?. Straszna korona cierniowa rani?a Go do g??bi mózgu, krew zalewa?a Alu oczy, a On zwraca? je mi?osiernie na faluj?cy si? t?um ludu. Groza przenikn??a ludzkie serca, cisza nasta?a na chwil?, cisza ponura, z?owroga, a w?ród niej rozleg?, si? z tarasu gromki g?os Pi?ata, wskazuj?cego na Jezusa: „Patrzcie! Oto tu ten cz?owiek!" Ten za?, na którego wskazywa?, sta? poraniony, okryty p?aszczem czerwonym, skulony, trzymaj?c w r?kach zwi?zanych ber?o ze trzciny; g?ow? przebit? cierniami, oblan? krwi?, pochyli? na piersi, z bólem w sercu s?uchaj?c w?ciek?ych okrzyków kap?anów i ludu. Na tle marmurowych ?cian pa?acu Pi?ata rysowa?a si? Jego posta?, jak krwawy cie?, jako uosobienie niesko?czonej ?a?o?ci i smutku i ?agodno?ci, bole?ci i mi?o?ci. W?a?nie przeci?ga?y przez forum gromadki obcych dziewcz?t i m?odych m??czyzn ku sadzawce Owczej, by pomaga? przy oczyszczaniu baranków wielkanocnych, których ?a?osne beczenie dochodzi?o a? tutaj, mieszaj?c si? z w?ciek?? wrzaw? mot?ochu. Zdawa?o si?, ?e nierozumne zwierz?ta chc? da? ?wiadectwo prawdzie milcz?cej, prawdziwemu Barankowi Bo?emu, wyjawionej a nie poznanej tajemnicy tego dnia ?wi?tego, w którym spe?nia?y si? proroctwa, a Najczystszy Baranek Bo?y mia? z?o?y? g?ow? pod miecz katowski. Arcykap?anów i radnych rozz?o?ci? tylko tym wi?cej widok Jezusa, b?d?cego dla nich ?ywym wyrzutem sumienia, przeto zaraz zakrzyczeli: „Precz z Nim! Ukrzy?uj Go!"— „Jak to — zawo?a? Pi?at — nie dosy? wam tego? Tak ju? jest skatowany, ?e zapewne odechce Mu si? by? królem." „Precz z Nim! Na krzy? z Nim!" brzmia?y coraz natarczywiej szalone krzyki kap?anów i wzburzonego mot?ochu. Znowu kaza? Pi?at zad?? w puzon i po uciszeniu si? wrzawy, rzek?: „Wi?c we?cie Go sobie i ukrzy?ujcie! Ja nie znajduj? w Nim ?adnej winy." „My mamy swoje prawo - rzekli arcykap?ani — a wed?ug niego musi On umrze?, bo samow?adnie czyni? si? Synem Bo?ym!" A na to Pi?at: „Je?li wy macie takie prawa, ?e On musi umrze?, nie chcia?bym by? ?ydem." Jednak s?owa arcykap?anów „On czyni? si? samow?adnie Synem Bo?ym "


817

wzbudzi?y w Nim na nowo niepewno?? i zabobonn? obaw?. Kaza? przeto Jezusa zaprowadzi? do izby s?dowej, a zostawszy z Nim sam na sam, zapyta?: „Sk?d Ty jeste??" Nie otrzymawszy ?adnej odpowiedzi, rzek? niecierpliwie: „Dlaczego nie odpowiadasz,? Czy nie wiesz, ?e mam moc kaza? Ci? ukrzy?owa?, lub pu?ci? wolno?" Teraz dopiero odrzek? mu Jezus: „Nie mia?by? mocy nade mn?, gdyby ci nie by?a dana z góry; tym ci??szy wi?c grzech pope?nia ten, który ci Mi? wyda?." W tej chwili przys?a?a Klaudia Prokla powtórnie do Pi?ata, zaniepokojona przewlekaniem sprawy. Z polecenia jej pokaza? mu s?uga dany zastawnik, który mia? mu przypomnie? przyrzeczon? obietnic?. Pi?at da? jej na to jak?? niejasn?, powik?an? odpowied?, w której powo?ywa? si? na swoich bo?ków. Z oddalenia si? Pi?ata skorzystali arcykap?ani i Faryzeusze; wmieszawszy si? w t?um, zacz?li zapewnia? uroczy?cie, ?e stronnicy Jezusa przekupili ?on? Pi?ata i ?e, gdy Jezus wyjdzie na wolno??, z pewno?ci? po??czy si? z Rzymianami i wyt?pi wszystkich ?ydów. Nie trudno im te? by?o przekona? chwiejny mot?och. Gdy wi?c Pi?at, jeszcze wi?cej chwiejny i niepewny ni? przedtem, powtórnie wyszed? przedstawi? ludowi, ?e nie znajduje w Jezusie winy, t?um rozj?trzony ju?, zacz?? przybiera? gro?n? postaw? i coraz gwa?towniej domaga? si? wyroku na Jezusa. Pi?at powróci? znowu do izby s?dowej, chc?c koniecznie wydoby? z Jezusa jak?? odpowied? na swoje pytania. Wszed?szy, spojrza? prawie l?kliwie na Jezusa, a po g?owie pl?ta?y mu si? bez?adne my?li: „Czy? naprawd? mia?by On by? Bogiem?" Wreszcie, nie wiedz?c, co pocz??, zaprzysi?g? Jezusa uroczy?cie, by mu powiedzia? prawd?, czy jest Bogiem, nie cz?owiekiem, czy owym obiecanym królem, jak daleko rozci?ga si? Jego królestwo, na jakim stopniu pot?gi stoi jako Bóg? Za odpowied? na te pytania obieca? Jezusowi wolno??. Odpowiedzi Jezusa nie pami?tam ju? dos?ownie, lecz mog? tylko tre?? przytoczy?. Jezus nie odpowiedzia? wprost, ale da? Pi?atowi niejasno do zrozumienia, jakim Królem jest, jakiem Królestwem rz?dzi i co jest prawda, któr? mu w?a?nie mówi?. Wyjawi? Pi?atowi w oczy ca?? ohyd? jego brudnej duszy, przepowiedzia? mu czekaj?c? go przysz?o??, tj. popadniecie w n?dz? ostatni?, i smutn?, sromotn? ?mier?. Wreszcie rzek?, ?e zst?pi kiedy? z nieba s?dzi? go s?dem sprawiedliwym. Na po?y wzruszony, na po?y rozgniewany tymi s?owy, wyszed? Pi?at na taras i oznajmi? t?umowi, ?e ma zamiar wypu?ci? Jezusa na wolno??. Lecz mot?och, rozjuszony do ?ywego, zwróci? si? wprost do niego z gro?bami. Wsz?dzie wida? by?o rozognione twarze, dysz?ce w?ciek?o?ci?, wko?o rozlega?y si? okrzyki: „Je?li wypu?cisz Go, nie jeste? przyjacielem cesarza. Kto bowiem czyni si? królem, ten jest wrogiem cesarza." A inni wo?ali: „Oskar?ymy ci? przed cesarzem, ?e gwa?cisz nasze ?wi?to. Ko?cz ju? z tym, bo o dziesi?tej godzinie musimy pod wielk? kar? by? w ?wi?tyni." Wreszcie wszystkie pojedyncze g?osy zla?y si? w jeden nieustaj?cy, grzmi?cy krzyk: „Na krzy? z Nim! Precz z Nim!" Zapalczywsi powy?azili a? na p?askie dachy budynków, by lepiej by?o ich s?ycha?. Widzia? Pi?at, ?e nie da sobie rady z tymi szale?cami. Z okrzyków uporczywych bi?a w?ciek?o?? i zajad?o??; wzburzenie w?ród t?umów dosz?o do takiego stopnia, ?e nale?a?o si? obawia? jakiego rozruchu rewolucyjnego. Wobec tego zapomnia? Pi?at o dotychczasowym postanowieniu i zgodzi? si? zas?dzi? Jezusa. Kaza? jednak s?u??cemu przynie?? wody w czarce i pola? ni? sobie r?ce wobec wszystkich, przy czym zawo?a? g?o?no: „Nie winien jestem krwi tego Sprawiedliwego! Wy odpowiadajcie za ni?!" A t?um, zebrany ze wszystkich miejscowo?ci Palestyny, zawrzeszcza? znowu przera?liwie: „Krew Jego niech spadnie na nas i na nasze dzieci." Ilekro?, rozwa?aj?c gorzk? m?k? Zbawiciela, s?ysz? ten ohydny krzyk ?ydów: „Krew Jego niech spadnie na nas i na nasze dzieci!" zaraz przedstawiaj? mi si? w


818

strasznych, zmys?owych obrazach smutne skutki tego uroczystego przekle?stwa, jakie ?ydzi sami na siebie ?ci?gali. Widz?, jakoby nad tym t?umem zawis?o ponure niebo, pe?ne chmur krwawych, ognistych biczów i mieczów. Przekle?stwo to w kszta?cie promieni zdaje si? przenika? ich do szpiku ko?ci, dosi?ga nawet dzieci, ukrytych w ?onie matek. Ca?a ta wzburzona fala g?ów ludzkich przes?ania si? czarn? opon?, rzucone przekle?stwo wypada z ich ust jako ponury, zjadliwy i po?eraj?cy ogie?, którego p?omienie ??cz? si? w górze nad ich g?owami i znowu na nich spadaj?. W niektórych wnikaj? g??biej, niektórych dotykaj? tylko lekko i na chwil?; ci ostatni oznaczaj? takich, którzy po ukrzy?owaniu Jezusa si? nawrócili. A liczba ich jest znaczna, bo Jezus i Maryja w?ród wszystkich tych strasznych m?k wci?? modl? si? o zbawienie Swoich katów i ani na chwil? nie powstanie gniew albo niech?? w ich sercu. Poznaj? dok?adnie, jak Jezus znosi a? do ostatniego tchu te straszne m?czarnie cia?a i ducha, najz?o?liwsze, najokrutniejsze udr?czenia cielesne, pysza?kowate, nikczemne szyderstwa, z?o??, w?ciek?o?? i ohydn? ??dz? krwi Swych dr?czycieli i ich s?u?alców, wreszcie niewdzi?czno?? i zaparcie si? ze strony niektórych Swych wyznawców, a znosi to wszystko w?ród mod?ów ustawicznych, przej?ty mi?o?ci? niezmiern? dla Swych nieprzyjació?, wci?? prosz?c dla nich o ?ask? nawrócenia si?. Cierpliwo?? Jego i mi?o?? niezmierna rozpala tym bardziej w?ciek?o?? i szale?stwo Jego wrogów. Z?oszcz? si?, ?e ?adne m?ki nie mog? wyrwa? z ust Jezusa s?owa skargi, lub protestu, które by usprawiedliwi?o cho? troch? ich post?powanie. Dzisiaj w dzie? zabijania baranków paschalnych nie przeczuwaj? ?ydzi, ?e zabijaj? prawdziwego Baranka Bo?ego, który g?adzi grzechy ?wiata. W ogóle nieraz w takich widzeniach przyjdzie mi zwróci? uwag? na usposobienia, my?li, charaktery, s?owem, na wewn?trzny stan duszy tych t?umów ?ydowskich, s?dziów, katów i naj?wi?tszych osób Jezusa i Maryi. Lecz ja, ?miertelna, nie umiem czyta? w sercach ludzkich, wi?c za szczególn? ?ask? Bo??, przedstawia mi si? ich wn?trze duchowe w poszczególnych, zmys?owych, dost?pnych dla oczu obrazach, których oczywi?cie sami ci ludzie nie widzieli, ale czuli w sobie ich tre??, pe?n? znaczenia. I tak, teraz w?ród tych t?umów, zebranych na dziedzi?cu, przedstawiaj? mi si? ich pod?e charaktery i wyst?pki jako postacie diabelskie, uwijaj?ce si? w po?ród nich, ka?da inna, stosownie do grzechu i zbrodni, jak? uosabia. Mary te biegaj? na wszystkie strony, podburzaj?, zawracaj? g?ow?, szepc? do ucha, wskakuj? do ust. Czasami wypadaj? licznie z ci?by, ??cz? si? w gromad? i wspólnie podszczuwaj? mot?och przeciw Jezusowi, to znów l?k ich przejmuje przed Jego niesko?czon? mi?o?ci? i cierpliwo?ci?, wi?c na powrót znikaj? w ci?bie mot?ochu. A ca?a ta dzia?alno?? pot?g szata?skich jest jakim? niepewnym szarpaniem si? na wszystkie strony, przebija z niej zawi?o?? i rozpaczliwo?? jaka?; pozna?, ?e w niej samej tkwi? ju? zarodki zniszczenia. Na odwrót znowu przy Jezusie, Maryi i kilku tych ?wi?tych osobach widz? mnóstwo Anio?ów. Ci, stosownie do zadania, jakie im poruczono, maj? rozmaite kszta?ty i rozmaite ubiory. Czynno?ci ich ró?norodne s? uzmys?owieniem pociechy, modlitwy, namaszczenia, nakarmienia, napojenia i w ogóle ró?nych uczynków mi?osierdzia. Gdy te zjawiska Anio?ów nios? komu? pociech?, lub wypowiadaj? gro?b?, to widz?, jak wychodz? z ich ust ?wietliste, barwne s?owa; gdy za? maj? spe?ni? jakie poselstwo, to trzymaj? w r?ku zapisane kartki. Nieraz znowu w razie potrzeby widz? najtajniejsze poruszenia duszy, wewn?trzne nami?tno?ci, cierpienia, mi?o??, s?owem, wszystkie czucia; przedstawiaj? mi si? one jako barwne ruchy ?wiat?a i cieni, przenikaj?ce pier? i ca?e cia?o w najrozmaitszych kierunkach i kszta?tach, zmieniaj?ce odpowiednio barw? i figur?, to powolne, to


819

znów szybkie, drgaj?ce i przenikaj?ce wszystko. Patrz?c na nie, rozumiem dok?adnie ich znaczenie, ale naturalnie nie da si? to wiernie powtórzy?. Moc tego niezliczona, a ja przy-tym tak przej?ta jestem bole?ci?, cierpieniem i smutkiem za grzechy moje i ca?ego ?wiata, tak przygniecion? jestem ogromem m?k Chrystusa, ?e dziwi? si? nawet, i? cho? t? troch? spami?tam i zdo?am powtórzy?. Zapewne i innym duszom chrze?cija?skim, którym dane by?o widzie? w objawieniu m?k? Zbawiciela, tak si? przedstawia?y te wewn?trzne dla innych niewidzialne tajniki serc, te zjawiska pot?g niebieskich i piekielnych i ta ich symboliczna dzia?alno??. Ale ?e ka?dy inne ma usposobienie, wi?c inaczej zapatruje si? na rzecz widzian?; ten to spami?ta, inny znów co innego, nie jedno si? zapomni, nie jedno pominie, i st?d pochodz? te ró?ne pozorne sprzeczno?ci w opowiadaniach takich osób. Na udr?czenie Jezusa z?o?y?a si? wszelka z?o??, ucierpia?a w Nim wszystka mi?o??, gdy? Jezus, jako Baranek Bo?y, wzi?? na Siebie grzechy ca?ego ?wiata; któ? potrafi spami?ta? i opisa? t? przepa?? i bezde? grzechu, t? niesko?czono?? ?wi?to?ci. Je?li wi?c widzenia i rozmy?lania pobo?nych dusz nie zgadzaj? si? zupe?nie ze sob?, pochodzi to st?d, ?e nie jednakowego stopnia ?aski dost?pi?y, wi?c nie, jednakowo rozumia?y i opowiedzia?y widziane rzeczy.

Jezus skazany na ?mier? krzy?ow?

Chocia? Pi?at pyta? si?, co to jest prawda, nie tyle jednak dba? o prawd?, jak raczej szuka? pozorów, by w sposób odpowiedni wycofa? si? z tego k?opotu. Niepewno?? dr?czy?a go wi?cej jeszcze ni? przedtem. Sumienie mówi?o mu, ?e Jezus jest niewinny, ?ona zapewnia?a, ?e to ?wi?ty; z jednej strony szepta? mu do ucha zabobon: „Jezus jest nieprzyjacielem twych bo?ków", z drugiej strony mówi?o mu tchórzostwo: „Jezus sam jest Bogiem i potrafi si? zem?ci? srogo." W tej trwo?nej niepewno?ci jeszcze raz zakl?? Jezusa uroczy?cie, by mu powiedzia?, kim jest. Lecz Jezus, nie odpowiadaj?c wprost, wyliczy? mu znowu wszystkie jego najtajniejsze grzechy, przepowiedzia? mu przysz?y haniebny koniec i oznajmi? wreszcie, ?e w owym dniu ostatnim s?dzi? go b?dzie sprawiedliwym s?dem, siedz?c na tronie ob?oków. Podra?niony tymi s?owy, sk?onny by? Pi?at raczej do pot?pienia, ni? do uwolnienia Jezusa. Gniewa?o go to, ?e Jezus czyta? tak dok?adnie w jego brudnej duszy, a sam pozosta? niezbadany, ?e ten, którego kaza? ubiczowa?, a móg? kaza? ukrzy?owa?, przepowiada? mu haniebny koniec ?ycia; i to go gniewa?o, ?e te usta, nie splamione nigdy k?amstwem, nie wymówiwszy ani jednego s?owa na swe usprawiedliwienie, teraz w ostatniej swej chwili wzywaj? go przed Swój s?d sprawiedliwy ; w dzie? ostatni. Poruszy?o to strasznie jego dum?; lecz chwiejny i pod?y jego charakter nie da? si? wy??cznie opanowa? dumie, bo równocze?nie przejmowa?a go trwoga i mroczne przeczucie, ?e gro?by Pana urzeczywistni? si? kiedy? na prawd?. Ostatecznie wi?c ze wzgl?du na to, jeszcze raz próbowa? uwolni? Jezusa. Gdy jednak pos?ysza? gro?by ?ydów, ?e w takim razie oskar?? go przed cesarzem, wzi??o w nim gór? tchórzostwo, chocia? z innej ju? pobudki. Obawa przed ziemskim cesarzem przewa?y?a w nim boja?? przed królem, którego pa?stwo nie by?o z tego ?wiata. Zreszt? tak my?la? ten pod?y, chwiejny ?otr: „Je?li On umrze, to wraz z Nim pójdzie do grobu to, co On wie o mnie i co mi przepowiada?, a tak b?d? spokojny." Zagro?ony odpowiedzialno?ci? przed cesarzem, zgodzi? si? Pi?at im ??danie ?ydów wbrew przyrzeczeniu, danemu ?onie, wbrew prawu, sprawiedliwo?ci i w?asnemu przekonaniu. Z obawy przed cesarzem wyda? ?ydom niewinn? krew Jezusa; a dla usprawiedliwienia si? przed w?asnym sumieniem nie mia? nic, chyba polanie r?k wod? i s?owa, przy tym wyrzeczone: „Nie winienem ja


820

krwi tego sprawiedliwego! Wy sami baczcie na odpowiedzialno??!" — O nie, Pi?acie! mylisz si?! Ty sam bacz na to! Nazywasz Go sprawiedliwym, nie znajdujesz w Nim winy, a oddajesz na wylanie krew Jego. Jeste? niesprawiedliwym, niesumiennym s?dzi?! T? sam? krew, któr? Pi?at chcia? zmy? ze swych r?k, a nie móg? jej zmy? z sumienia, ?ci?gali krwio?erczy ?ydzi przekle?stwem na siebie i swoje dzieci. ??dali, by ta krew Jezusa, która dla nas wo?a o mi?osierdzie, wzywa?a pomsty Bo?ej na nich. Krzyczeli wi?c co si?: „Krew Jego niech spadnie na nas i na nasze dzieci!" W?ród tej wrzawy przera?liwej kaza? Pi?at przygotowa? wszystko do wydania uroczystego wyroku. Przyniesiono mu inny ubiór urz?dowy, zarzucono na barki p?aszcz, a na g?ow? za?o?ono koron?, w której po?yskiwa? kosztowny kamie?. W ten sposób ustrojony, zeszed? Pi?at z tarasu w otoczeniu ?o?nierzy. Przed nim niesiono ber?o, szli pacho?cy s?dowi i pisarze ze zwojami ksi?g i tabliczkami. Na przedzie szed? tr?bacz, dm?cy na puzonie. Tak wyruszono na rynek ku trybunie, s?u??cej do wyg?aszania wyroków. Trybuna ta, o której ju? wspomina?am, le??ca naprzeciw placu biczowania, by? to okr?g?y taras, pi?knie obmurowany, wysoki, a zwa? si? Gabbata. Tylko z niego og?oszone wyroki mia?y pe?n? si?? i prawomocno??. Na trybun? wiod?y z kilku stron schody; na górze by?o siedzenie dla Pi?ata, a za nim ?awka dla innych cz?onków trybuna?u; siedzenie Pi?ata pokryte by?o czerwonym suknem; na nim le?a?a niebieska poduszka, obszyta ?ó?tymi ta?mami. W ko?o rozstawieni byli ?o?nierze, niektórzy za? stali na stopniach. Cz??? Faryzeuszów odesz?a ju? do ?wi?tyni; zostali tylko Annasz, Kajfasz i 28 radnych, i ci poszli ku trybunie zaraz, gdy Pi?at zacz?? si? przebiera? w urz?dowe suknie. Obydwóch ?otrów przyprowadzono tu ju? przedtem, gdy Pi?at, wskazuj?c na Jezusa, mówi?: „Oto cz?owiek!" Gdy ju? Pi?at zaj?? miejsce, przyprowadzono przed trybun? Jezusa tak, jak by?, w czerwonym p?aszczu, z koron? cierniow? na g?owie, ze zwi?zanymi r?koma. ?o?nierze i siepacze poprowadzili Go ?rodkiem szydz?cego t?umu i postawili mi?dzy dwoma ?otrami. Wtedy Pi?at zawo?a? jeszcze raz g?o?no do ?ydów: „Patrzcie, oto wasz król!" „Precz z Nim! Ukrzy?uj Go!" — rozleg?y si? okrzyki. — „Czy mam ukrzy?owa? waszego króla?" — zapyta? znowu Pi?at. A na to zawo?ali arcykap?ani: „Nie mamy innego króla, tylko cesarza!" Zamilk? na to Pi?at i ju? wi?cej nie mówi? nic ani za Jezusem, ani do Niego samego. Zacz??o si? wyg?aszanie wyroku na Jezusa. Dwaj ?otrzy ju? dawniej skazani byli na krzy?, lecz za staraniem arcykap?anów od?o?ono egzekucj? na dzi?; dla tym wi?kszego poha?bienia Jezusa postarali si? arcykap?ani, by zawis? na krzy?u mi?dzy dwoma ?otrami. Krzy?e ?otrów le?a?y opodal ju? gotowe; przynie?li je pomocnicy krzy?uj?cych. Krzy?a Jezusa nie by?o jeszcze, prawdopodobnie dlatego, ?e nie og?oszono dot?d wyroku ?mierci. Naj?w. Panna, która odesz?a by?a przedtem po publicznym wystawieniu Jezusa, wróci?a teraz w otoczeniu niewiast i przecisn??a si? przez t?umy ludu, by s?ysze? wyrok ?mierci, wydawany na Jej Syna i Boga. Jezus, otoczony siepaczami, ?ledzony z?o?liwymi, szyderczymi spojrzeniami Swych wrogów, sta? na dole u stóp trybuny. Pi?at kaza? zad?? w puzon, by wrzawa ucich?a, i l?kiem, pomieszanym ze z?o?ci?, zacz?? wyg?asza? wyrok. Widok tej pod?ej dwulicowo?ci Pi?ata, nasycony tryumf i pragnienie krwi arcykap?anów, niesko?czone m?ki Naj?w. Zbawiciela, niewypowiedziana trwoga i smutek Matki Jego ?wi?tej i ?wi?tych niewiast, dalej to chciwe, z?o?liwe czyhanie ?ydów na zgub? Jezusa, oboj?tna wynios?o?? ?o?nierzy, wreszcie widok tych szkaradnych postaci diabelskich, uwijaj?cych si? w ci?bie, wszystko to rozstroi?o mnie do g??bi i przygn?bi?o tak, ?e czu?am si? blisk? skonania. Ach! To ja tam powinnam by?a sta?, gdzie sta? mój najukocha?szy Oblubieniec; wtenczas wyrok


821

by?by sprawiedliwy. Przypatrzmy si? teraz tre?ci wyroku, wydanego na Jezusa. Na wst?pie wymienia? Pi?at wszystkie zaszczytne tytu?y cesarza Klaudiusza, w którego imieniu wydawa? wyrok. We w?a?ciwym oskar?eniu zaznaczy?, ?e arcykap?ani na s?dzie swoim pot?pili Jezusa jako podburzyciela, rokoszanina, ?ami?cego prawa ?ydowskie, czyni?cego si? Synem Bo?ym i ka??cego nazywa? si? Królem ?ydowskim, i ?e lud jednog?o?nie za??da? na Niego kary ?mierci przez ukrzy?owanie. Dalej o?wiadcza? Pi?at, ten ?otr niesprawiedliwy, który niedawno tyle kro? zapewnia? publicznie o niewinno?ci Jezusa, ?e i on uznaje za s?uszny, ten wyrok arcykap?anów. Zako?czy? za? tymi s?owy: „A wi?c skazuj? Jezusa Nazare?skiego, Króla ?ydowskiego na ?mier?, któr? ma ponie?? przez przybicie na krzy?. Zaraz te? rozkaza? oprawcom krzy? przynie??. Zdaje mi si?, ale nie r?cz? z pewno?ci?, ?e po odczytaniu wyroku z?ama? Pi?at d?ug? lask? z rdzeniem w ?rodku, i rzuci? j? pod nogi Jezusowi. S?uchaj?c wyroku, wygl?da?a przepe?niona smutkiem Matka Jezusa, jak umieraj?ca. Oto s?ysza?a, ?e nie ma ju? ratunku dla Jej naj?wi?tszego, najukocha?szego Syna, ?e musi umrze? straszn?, haniebn? ?mierci?. Wiedzia?a, ?e koniecznym to jest dla zbawienia ludzko?ci, ale serce Jej macierzy?skie wzdraga?o si? przed t? konieczno?ci?, wi?c przenikn?? je nowy miecz bole?ci. Z pomoc? niewiast odprowadzi? j? Jan na bok, by szydercze spojrzenia za?lepionych ?ydów nie ur?ga?y bole?ciom matki ich Odkupiciela, by nowy grzech nie obci??a? ich duszy. Ale Maryja nie mog?a spokojnie siedzie?, kiedy m?czono Jej Syna wi?c znowu wybra?a si? na obchód „drogi krzy?owej." Kaza?a si? oprowadza? wsz?dzie, po wszystkich miejscach, które u?wi?ci? Jezus Swym cierpieniem. Tajemnicze nabo?e?stwo naj?wi?tszego wspó?cierpienia z Jezusem kaza?o Jej sk?ada? ofiar? z ?ez bolesnych wsz?dzie, gdzie zrodzony przez ni? Odkupiciel cierpia? za grzechy ludzi, Swych braci przybranych. Jak Jakób, na pami?tk? danej obietnicy, postawi? kamie? i po?wi?ci? go przez pomazanie olejem, tak Maryja bra?a w posiadanie wszystkie te miejsca cierpie? Chrystusa, po?wi?caj?c je Swymi ?zami, ustanawiaj?c je jako miejsca czci dla przysz?ego Ko?cio?a, Matki nas wszystkich. Og?osiwszy wyrok, zasiad? Pi?at do napisania go, poczym stoj?cy za nim pisarze zrobili co? trzy odpisy, czy wi?cej. Niektóre cz??ci musieli podpisa? i inni urz?dnicy, pos?ano wi?c z tym do nich pacho?ków. Nie wiem ju?, czy to nale?a?o do wyroku, czy te? by?y to inne jakie rozkazy. Prócz tego napisa? Pi?at osobny wyrok na Jezusa, wykazuj?cy jasno jego dwulicowo?? i fa?szywo??, opiewa? bowiem ca?kiem inaczej, ni? wydany ustnie. Uwa?a?am, ?e pisa? to z rozstrojem wielkim, niejako wbrew swej woli; zdawa?o si?, jak gdyby m?ciwy duch z?o?ci kierowa? jego r?k?. Tre?? tego wyroku by?a nast?puj?ca: "Arcykap?ani ?ydowscy i „Rada" przyprowadzili do mnie niejakiego Jezusa z Nazaretu, oskar?onego o podburzanie ludu, blu?nierstwa i ?amanie prawa. Chocia? w?a?ciwie nie mo?na by?o udowodni? s?uszno?ci tych zarzutów, jednak zmuszony niejako przez tych?e arcykap?anów i „Rad?", a przy tym chc?c, zapobiec gro?nemu rozruchowi w?ród ludu, skaza?em tego Jezusa na ?mier? krzy?ow?, jako przest?pc? przeciw ich Zakonowi; domagali si? bowiem stanowczo Jego ?mierci, a ja nie chcia?em by? oskar?onym przed cesarzem jako niesprawiedliwy dla ?ydów s?dzia i poplecznik i rozruchów. Wyda?em Go im w celu ukrzy?owania wraz z dwoma innymi skazanymi zbrodniarzami, których egzekucj? od?o?ono do dzi? za staraniem arcykap?anów, pragn?cych, by Jezus wraz z nimi by? powieszony." Wyrok ten kaza? Pi?at przepisa? kilka razy i odpisy rozes?a? w ró?ne miejsca. Arcykap?anom jednak nie w smak przypad?a tre?? wyroku; g?ownie nie podoba?a


822

im si? wzmianka, ?e za ich staraniem od?o?ono egzekucj? ?otrów, by ich razem z Jezusem ukrzy?owa?. Rozpocz?li nawet o to k?ótni? z Pi?atem. Drug? sprzeczk? wszcz?li znów, gdy Pi?at u?o?y? napis na krzy?. Napis wykonany by? pokostem na ciemnobrunatnej deszczu?ce w trzech rz?dach. Arcykap?ani domagali si?, by zamiast s?ów „Król ?ydowski" napisane by?o: „ten, który podawa? si? za Króla ?ydowskiego." Lecz Pi?at, zniecierpliwiony ju?, zawo?a? szyderczo: „Com napisa?, tom napisa?." By umie?ci? ten napis, u?o?ony przez Pi?ata, trzeba by?o przed?u?y? górne rami? krzy?a, które dotychczas by?o tak samo d?ugie, jak na krzy?ach dwóch ?otrów. I na to nie chcieli si? zgodzi? ?ydzi w?a?nie dlatego, by nie potrzeba by?o umieszcza? napisu. Lecz Pi?at upar? si? przy swoim i musiano ostatecznie krzy? przed?u?y?, wbiwszy u góry kawa?ek drzewa; teraz ju? by?o miejsce na napis. Tak wi?c otrzyma? ostatecznie krzy? ten kszta?t pe?en znaczenia, jak to zrz?dzi?a Opatrzno?? Bo?a, i tak przedstawia? mi si? zawsze w widzeniu. Klaudia Prokla, dowiedziawszy si?, ?e Pi?at skaza? Jezusa na ?mier?, odes?a?a mu jego zak?ad i postanowi?a roz??czy? si? z nim na zawsze. Tego samego dnia opu?ci?a wieczorem potajemnie pa?ac jego i uciek?a do ?wi?tych niewiast, a te ukry?y j? w domu ?azarza. Pó?niej s?ucha?a z ust Paw?a s?owa Bo?ego i by?a z nim w ?cis?ej przyja?ni. Widzia?am raz, jak na tylnej ?cianie trybuny Gabbata, na zielonawym kamieniu, jaki? m?? wyry? ostrym ?elazem dwa wiersze. Pami?tam, ?e zachodzi?y w nich s?owa: judex injustus, niesprawiedliwy s?dzia, i tak?e imi? Klaudii Prokli. Nikt nie wie o tym kamieniu, ale istnieje on jeszcze; znajduje si? w fundamentach jednego z budynków, stoj?cych na placu, gdzie niegdy? by?a Gabbata. Po zapadni?ciu wyroku ?mierci oddano Naj?w. Zbawiciela na ?ask? i nie?ask? oprawców. Przyniesiono Jego w?asne suknie, które Mu zdj?to jeszcze u Kajfasza przy naigrywaniu si?. Schowano je wtenczas, a nawet, jak mi si? zdaje, wyprali je jacy? poczciwcy, bo by?y teraz dosy? czyste. Przypuszczam, ?e by?o to zwyczajem, przyj?tym u Rzymian, prowadzi? skaza?ców na ?mier? w ich w?asnych sukniach. Siepacze rozwi?zali Jezusowi r?ce i obna?yli Go znowu zupe?nie, by móg? si? przebra?. Gwa?townie zdarli Mu z cia?a poranionego ów czerwony p?aszcz, przy czym pootwiera?y si? niektóre przysch?y rany. Dr??c, za?o?y? sobie Jezus sam opask? w ko?o l?d?wi, poczym siepacze zarzucili Mu na szyj? Jego we?niany szkaplerz. Przysz?a potem kolej na brunatn? sukni? z jednej sztuki, nie szyt? któr? Naj?w. Panna utka?a dla? w?asnymi r?kami; suknia nie chcia?a si? zmie?ci? przez g?ow?, bo zawadza?a szeroka korona cierniowa. Niewiele my?l?c, zdarli Mu oprawcy z g?owy koron?, krew trys?a na nowo obficie z ran, sprawiaj?c niewymowne bole?ci. Zarzuciwszy sukni?, na?o?yli jeszcze siepacze bia?e, we?niane okrycie, opasali Go pasem szerokim, a na ostatek zarzucili Mu p?aszcz na ramiona. Na to dopiero w?o?yli ów pas z powrozami, za pomoc? których ci?gni?to Go z Ogrójca. Wszystko to odbywa?o si? ze wstr?tnym grubia?stwem, w?ród bicia i poszturchiwa? ku?akami. Obaj ?otrzy stali ze zwi?zanymi r?kami, jeden po prawicy, drugi po lewicy Jezusa. Stoj?c przed s?dem, mieli na szyi ?a?cuchy, podobnie jak Jezus. Ubrani byli tylko w przepaski i liche kaftany na kszta?t szkaplerzy, bez r?kawów, z boku otwarte; na g?owach mieli czapki plecione ze s?omy, z wa?kami do ko?a, podobne zupe?nie kszta?tem do czapeczek dzieci?cych. Zabrudzeni byli, opaleni, po ciele mieli sine pr?gi z poprzedniego biczowania. Ten, który mia? si? niebawem nawróci?, by? ju? teraz spokojny i skupiony w sobie; drugi za to zuchwa?y, z?y, kl?? i naigrawa? si? z Jezusa, na równi z siepaczami. A Jezus spogl?da? na obydwóch z mi?o?ci?, pragn?c ich zbawienia, ofiaruj?c i za nich Sw? m?k? bolesn?. Gorliwie krz?tali si? siepacze, by zebra? potrzebne narz?dzia; przygotowywano si? spiesznie do tego


823

nad wyraz smutnego, okrutnego pochodu na Kalwari?, gdzie kochaj?cy, pe?en bole?ci Odkupiciel zgodzi? si? nie?? za nas niewdzi?cznych olbrzymi ci??ar grzechów, by tam w celu zmazania ich przela? Krew naj?wi?tsz? z kielicha Swego cia?a, przek?utego przez najnikczemniejszych wyrzutków rodzaju ludzkiego. Po d?ugiej i uci??liwej k?ótni rozstali si? wreszcie Annasz i Kajfasz z Pi?atem. Otrzymawszy odpisy wyroku na d?ugich, w?skich kartkach, czy te? pergaminie, pospieszyli zaraz do ?wi?tyni, a musieli przyspiesza? kroku, by zd??y? na czas; pora bowiem by?a ju? spó?niona. Tak wi?c odeszli arcykap?ani od prawdziwego Baranka wielkanocnego. Pospieszyli do kamiennej ?wi?tyni, by zabi? i spo?y? wyobra?enie ofiary, a spe?nienie tego wyobra?enia, prawdziwego Baranka Bo?ego, kazali spro?nym katom wie?? na o?tarz krzy?a. Rozesz?y si? tu drogi ofiary przeobra?aj?cej i spe?nionej. Arcykap?ani pozostawili nieczystym, okrutnym katom czystego, przeb?agalnego Baranka Bo?ego, którego starali si? zewn?trznie zbezcze?ci? i zanieczy?ci? ohyd? swej pod?o?ci, i pospieszyli do kamiennej ?wi?tyni ofiarowa? baranki oczyszczone, umyte i po-b?ogos?awione. Jak starannie przestrzegali tego, by nie zanieczy?ci? si?, zewn?trznie! — a tymczasem obryzga-ni byli plugastwem swych serc grzesznych, kipi?cych z?o?ci?, zawi?ci? i szyderstwem. — „Niech krew Jego spadnie na nas i na nasze dzieci!? — wo?ali, i tymi s?owy spe?niali niejako ten akt ceremonii, gdy ofiaruj?cy k?ad? r?k? na g?ow? ofiary. Tu rozesz?y si? drogi do o?tarza zakonu i do o?tarza ?aski. Pi?at, ten dumny a chwiejny poganin, dr??cy przed Bogiem, a s?u??cy bo?kom, lgn?cy do ?wiata, niewolnik ?mierci, w?adaj?cy na ziemi do czasu haniebnego pot?pienia wiecznego, wyruszy? tak?e z powrotem do pa?acu, otoczony pomocnikami i stra??; przed nim szed? tr?bacz. Niesprawiedliwy wyrok wydany zosta? wed?ug naszego czasu oko?o dziesi?tej godziny rano.

Jezus niesie krzy? na Golgot?

Za Pi?atem opu?ci?a forum (rynek, na którym odbywa?y si? s?dy), wi?ksza cz?s? ?o?nierzy i ustawi?a si? przed pa?acem w gotowo?ci do pochodu; ma?a garstka pozosta?a przy skaza?cach. Wnet jednak nadjecha?o na koniach 28 uzbrojonych Faryzeuszów, mi?dzy nimi owych sze?ciu zaci?tych nieprzyjació? Jezusa, którzy ju? byli przy pojmaniu Pana na Górze oliwnej. Siepacze zaprowadzili Jezusa na ?rodek forum, a równocze?nie bram? zachodni? przy-nios?o kilku niewolników drzewo krzy?a, rzucaj?c je z trzaskiem Jezusowi pod nogi. Oba boczne, cie?sze ramiona by?y przywi?zane powrozami do grubego, ci??kiego drzewa, i dopiero na miejscu miano je wstawi?. Topór, klocek pod nogi i nowy kawa?ek, który miano doda? u góry, tudzie? inne narz?dzia, nie?li pacho?cy katowscy. Ujrzawszy przed Sob? na ziemi krzy?, upad? Jezus na kolana, obj?? go r?koma i uca?owa? trzykro?, przy czym odmówi? po cichu wzruszaj?c? modlitw? do Ojca niebieskiego, w której dzi?kowa? Mu, ?e ju? zaczyna si? odkupienie ludzi. Jak kap?ani w krajach poga?skich ?ciskali r?kami nowo za?o?ony o?tarz, tak Jezus ?ciska? krzy?, wieczny o?tarz zados?czyni?cej krwawej ofiary. Wnet jednak szarpn?li Nim siepacze, by si? wyprostowa?, i musia? biedny, os?abiony, bra? na Siebie ci??k? belk?; d?wign?? j? na prawe rami?, przytrzymuj?c praw? r?k?, przy czym siepacze nie wiele Mu pomagali, zn?caj?c, si? jeszcze nad Nim. Widzia?am za to, ?e pomagali Jezusowi Anio?owie, dla innych niewidzialni, bo Sam o w?asnych si?ach nie da?by Sobie rady. Tak kl?cza? Jezus, pochylony pod ci??arem, i modli? si?, a tymczasem kaci zak?adali obu ?otrom na kark poprzeczne ramiona ich krzy?ów, oddzielone od g?ównego ramienia, i przykneblowali im do tego r?ce. Ramiona te by?y nieco wygi?te; przed ukrzy?owaniem przymocowywano je do górnego ko?ca g?ównego pnia. W ten sposób mniej byli obci??eni ?otrzy, ni? Jezus; d?wigali bowiem tylko


824

poprzeczne ramiona swych krzy?ów, a pod?u?ne g?ówne ramiona wraz z innymi sprz?tami nie?li za nimi niewolnicy. Od strony pa?acu Pi?ata da? si? s?ysze? g?os puzonu, co by?o umówionym znakiem do rozpocz?cia pochodu. Zaraz te? jeden z jezdnych Faryzeuszów zbli?y? si? do Jezusa, kl?cz?cego jeszcze, i rzek?: „No, sko?czy?y si? ju? pi?kne s?ówka i mówki! Naprzód! Naprzód! Trzeba ju? raz si? Go pozby?!? Siepacze poderwali Jezusa z ziemi; teraz ca?ym ju? ci??arem cisn?? Go krzy?, który i my obowi?zani jeste?my nosi? za Nim, wed?ug s?ów Jego ?wi?tych, wiecznie prawdziwych. Tak rozpocz?? si? ten haniebny na ziemi, a b?ogos?awiony i chwalebny w Niebie, pochód tryumfalny Króla królów. U tylnego ko?ca krzy?a przywi?zano dwa powrozy i te trzymali w r?kach dwaj siepacze, unosz?c krzy? nieco do góry, by nie wlók? si? po ziemi. Po obu stronach w pewnym oddaleniu szli znów czterej siepacze, trzymaj?c powrozy przywi?zane do pasa Jezusa, obciskaj?cego ?rodek cia?a. P?aszcz, zebrany w fa?dy, podwi?zany by? pod piersiami. Z tym drzewem krzy?a na barkach przypomina? mi Jezus Izaaka, nios?cego na gór? drzewo na ca?opaln? ofiar? z siebie samego. D?wi?k tr?by by? umówionym znakiem do rozpocz?cia pochodu. Pi?at bowiem mia? sam z oddzia?em wojska towarzyszy? pochodowi przez miasto, by zapobiec mo?liwemu rozruchowi. Siedzia? na koniu w pe?nej zbroi, otoczony oficerami i gromad? je?d?ców; za nim post?powa? oddzia? piechoty, z?o?ony z trzystu legionistów, pochodz?cych z nad granicy W?och i Szwajcarii. Wyruszono wreszcie na Golgot? z Jezusem w nast?puj?cym porz?dku. Przodem szed? tr?bacz, tr?bi?cy na rogu ka?dej ulicy i og?aszaj?cy grzmi?cym g?osem wyrok. Kilka kroków za nim sz?a gromada ch?opców i pacho?ków, nios?cych potrzebne przybory, jako to powrozy, gwo?dzie, topory, kosze z narz?dziami i napój; silniejsi nie?li dr?gi, drabiny i drzewca krzy?ów obu ?otrów; drabiny — by?y to ?erdzie, poprzetykane poprzecznymi szczeblami. Za pacho?kami post?powa?o kilku jezdnych Faryzeuszów, a za nimi m?ody ch?opiec, nie ca?kiem jeszcze zepsuty, nios?cy przed sob? napis na krzy?, u?o?ony przez Pi?ata; on równie? niós? na dr??ku, przerzuconym przez rami?, koron? cierniow? Jezusa, bo z pocz?tku zdawa?o si? ?ydom, ?e Jezus, ubrany w ni?, nie b?dzie móg? nie?? krzy?a. Teraz dopiero szed? Pan nasz i Zbawiciel, pochylony i chwiej?cy si? pod ci??arem krzy?a, zmordowany, poraniony biczami, pot?uczony. Od wczorajszej „Ostatniej wieczerzy" nie jad? nic, nie pi?, ani nie spa?, przez ca?y czas katowano Go bezlito?nie; si?y Jego wyczerpa?y si? utrat? krwi, ranami, febr?, pragnieniem, niesko?czonym udr?czeniem ducha i ci?g?? trwog?; wi?c te? zaledwie móg? si? utrzyma? na dr??cych, chwiejnych, poranionych nogach. Praw? r?k? stara? si? z trudem przytrzyma? fa?dzist? sukni?, hamuj?c? Jego niepewny krok. Dwaj siepacze ci?gn?li Go naprzód na d?ugich powrozach, dwaj drudzy pop?dzali Go z ty?u; sznury, prowadz?ce od pasa, przeszkadza?y Mu przytrzymywa? Sobie sukni?, wi?c nie mia? pewnego kroku. R?ce nabrzmia?e mia? i poranione od gwa?townego kr?powania. Oblicze pokryte by?o si?cami i ranami, broda i w?osy rozczochrane, pozlepiane zasch?? krwi?. Ci??ar krzy?a i kr?puj?ce wi?zy wciska?y Mu ci??k?, we?nian? sukni? w poranione cia?o, a we?na przylepia?a Mu si? do pokrwawionych na nowo ran. W?ród szyderstwa i z?o?ci wrogów szed? Jezus cichy, wyn?dznia?y nad wyraz, udr?czony, a kochaj?cy; usta Jego szepta?y s?owa modlitwy, we wzroku czyta?o si? nieme b?aganie, cierpienie bezmierne, a zarazem przebaczenie. Dwaj siepacze, podtrzymuj?cy na sznurach koniec krzy?a, przeszkadzali tylko Jezusowi i utrudniali Mu d?wiganie, bo nie uwa?ali wcale na to, by i?? równo i w równej wysoko?ci nie?? krzy?. Po obu bokach orszaku szli w odst?pach ?o?nierze, uzbrojeni w kopie.


825

Za Jezusem szli obaj ?otrzy, prowadzeni na sznurach, ka?dy przez dwóch siepaczy. Jak ju? mówili?my, d?wigali oni na karku poprzeczne ramiona swych krzy?ów, do których ko?ców przykr?powano ich r?ce. Obaj oszo?omieni byli nieco, bo przed wyruszeniem dawano im pi? jaki? napój odurzaj?cy. Dobry ?otr by? cichy i spokojny, drugi natomiast z?o?ci? si? i kl?? zuchwale. Siepacze byli niskiego wzrostu, kr?pi, o brunatnej barwie skóry. W?osy mieli krótkie, czarne, k?dzierzawe, zarost brody sk?py, tylko tu i ówdzie kosmyki w?osów. Ubrani byli w krótkie przepaski i skórzane kaftany bez r?kawów. W rysach ich nie zna? by?o typu ?ydowskiego, pochodzili bowiem z jakiego? egipskiego, niewolniczego plemienia, a tu w Jerozolimie wykonywali przymusowo roboty przy budowie kana?ów. Pochód zamyka?a reszta konnych Faryzeuszów. Co chwil? który? z nich wypuszcza? konia i przebiega? wzd?u? ca?y pochód, by ju?to zach?ci? do po?piechu, ju?to przywróci? porz?dek. W?ród s?u?by katowskiej, nios?cej przyrz?dy na przedzie orszaku, znajdowa?o si? tak?e kilku nikczemnych m?okosów ?ydowskich, którzy dobrowolnie wcisn?li si? do pochodu. W znacznym oddaleniu, za ca?ym orszakiem, posuwa?o si? wojsko rzymskie. Na przedzie jecha? tr?bacz na koniu, za nim Pi?at w stroju wojskowym, otoczony gronem oficerów i je?d?ców. W tyle sz?o 300 pieszych ?o?nierzy. Przeszed?szy forum, ruszy?o wojsko prosto w szerok? ulic?, ?ydzi za? z Jezusem skr?cili w w?sk? uliczk?, wiod?c? na ty?ach domów. Uczyniono tak dlatego, by nie tamowa? ruchu t?umów, zd??aj?cych do ?wi?tyni, i nie przeszkadza? oddzia?owi Pi?ata. Wi?ksza cz??? t?umów, zebranych przed zamkiem Pi?ata, wyruszy?a st?d zaraz po zapadni?ciu wyroku. ?ydzi pospieszyli do swych mieszka?, lub do ?wi?tyni; du?o bowiem czasu stracili rano, wi?c spieszyli teraz uko?czy? przygotowania do zabicia baranka wielkanocnego. Mimo to pozosta?o jeszcze sporo widzów ró?nej narodowo?ci i ró?nego stanu, cudzoziemców, robotników, niewolników, niewiast, wyrostków itd. Wszystko to rzuci?o si? teraz w boczne ulice, by wyprzedzi? pochód i jeszcze raz si? mu przygl?dn??. Oddzia? Pi?ata przeszkadza?, jak móg?, zbyt bliskiemu t?oczeniu si?, wi?c ciekawi musieli coraz nowych dróg szuka?, by dosta? si? naprzód. Bardzo wielu wyruszy?o wprost na Golgot?. Jezusa wprowadzono w uliczk?, zaledwie na par? kroków szerok?, biegn?c? zau?kami, a pe?n? brudów i nieczysto?ci. Nowe tu udr?czenia czeka?y Jezusa. Siepacze musieli teraz i?? blisko Niego i oczywi?cie nie omijali sposobno?ci, by Mu nie dokucza?. Z okien i otworów w murach sypa?y si? szyderstwa i docinki, s?u?ba i niewolnicy, zaj?ci po domach, obrzucali Go b?otem i odpadkami kuchennymi, a jacy? niegodziwcy wylali Mu na g?ow? brudne, ?mierdz?ce pomyje. Nawet dzieci, podburzone, zbiera?y do podo?ka sukienek kamienie, i wybiegaj?c na ?rodek drogi, sypa?y je Jezusowi pod nogi, wyzywaj?c przy tym i blu?ni?c. Tak odwdzi?cza?y si? dzieci Temu, który dzieci najwi?cej kocha?, b?ogos?awi? i b?ogos?awionymi nazywa?.

Pierwszy upadek Jezusa pod krzy?em

Uliczka ta zwraca si? przy ko?cu znowu na lewo, rozszerza si? i wznosi nieco do góry. Przechodzi t?dy podziemny wodoci?g z góry Syjon; jak mi si? zdaje, (sama tam bowiem s?ysza?am szmer i plusk wody w rurach), p?ynie on dalej wzd?u? rynku, gdzie tak?e pod ziemi? prowadz? obmurowane rury, i ko?czy si? w sadzawce Owczej przy bramie tej?e nazwy. Na zakr?cie uliczki, zanim poziom zaczyna si? wznosi?, jest g??bsze miejsce, gdzie w czasie deszczów tworzy si? wielka ka?u?a b?ota i wody. Tutaj to, jak i na wielu innych ulicach Jerozolimy le?y spory kamie?, by ?atwiej by?o przej?? przez ka?u??. Doszed?szy dot?d, os?ab? Jezus bardzo i nie mia? ju? si?y i?? dalej; a ?e siepacze szarpali Nim


826

niemi?osiernie, potkn?? si? o wystaj?cy kamie? i jak d?ugi upad? na ziemi?, a krzy? przygniót? Go swym ci??arem. Siepacze zacz?li kl??, kopa? Go i popycha?, powsta?a wrzawa i ca?y pochód si? wstrzyma?. Na pró?no wyci?ga? Jezus r?k?, by kto Mu pomóg? powsta?. — „Ach! Wnet przeminie wszystko!" — rzek? i zacz?? si? znów modli?. Tu i ówdzie wida? by?o niewiasty, p?acz?ce ze wspó?czucia, z wystraszonymi dzie?mi. Wnet przyskoczyli Faryzeusze, krzycz?c: „Dalej! nago?cie Go do powstania! Inaczej umrze nam tu w drodze." Nadprzyrodzon? moc? wzniós? Jezus Sw? biedn? g?ow? do góry, a ci okrutnicy szata?scy skorzystali z tego i zamiast ul?y?, wsadzili Mu na g?ow? cierniow? koron?, poczym dopiero poderwali Go gwa?townie z ziemi i w?o?yli Mu krzy? na barki. Musia? teraz Jezus trzyma? g?ow? ca?kiem na bok, gdy? inaczej szeroka korona zawadza?aby o krzy?. Tak, w?ród powi?kszonej m?czarni, szed? Jezus chwiejnie ulic?, szersz? ju? w tym miejscu i wznosz?c? si? lekko do góry.

Jezus, nios?cy krzy?, i Jego bolej?ca Naj?wi?tsza Matka. Drugi upadek pod krzy?em

Naj?wi?tsza Matka Jezusa, wspó?cierpi?ca z Nim wszystko, us?yszawszy przed godzin? niesprawiedliwy wyrok, wydany na Jej Dzieci?, opu?ci?a forum wraz z Janem i ?wi?tymi niewiastami, by odda? cze?? miejscom, u?wi?conym m?k? Jezusa. Us?yszawszy g?os tr?by, widz?c ?o?nierzy z Pi?atem na czele i coraz g??ciej przebiegaj?cych ludzi, zrozumia?a, ?e ju? rozpocz?? si? pochód, wi?c znowu zapragn??a gor?co widzie? Swego um?czonego Syna, nie mog?c wytrwa? tu z dala od Niego. Prosi?a zatem Jana, by zaprowadzi? J? na jakie miejsce, któr?dy Jezus b?dzie przechodzi?. Zeszli z Syjonu, min?li s?d, przeszli bramy i aleje, wyj?tkowo w tym czasie otwarte dla publiczno?ci, i znale?li si? przed zachodnim frontem pa?acu, którego przeciwleg?a brama wychodzi?a w?a?nie na ulic?, w któr? skierowa? si? orszak, prowadz?cy Jezusa, po pierwszym Jego upadku. Pa?ac ten by? w?a?ciwym prywatnym pomieszkaniem Kajfasza; dom na Syjonie by? tylko miejscem jego urz?dowania. Za staraniem Jana pozwoli? im poczciwy od?wierny przej?? przez dom i stan?? w przeciwleg?ej bramie. Otulona w szaro niebiesk? szat?, wesz?a Maryja w sie? pa?acow?, za ni? ?wi?te niewiasty, Jan i jeden z siostrze?ców Józefa z Arymatei. A? zl?k?am si? widoku Naj?w. Panny, tak by?a blada; oczy mia?a zaczerwienione od p?aczu, a dr?a?a na ca?ym ciele. Ju? tu s?ycha? by?o wrzaw? i zgie?k zbli?aj?cego si? pochodu, d?wi?k puzonu i g?os tr?bacza, obwo?uj?cego wyrok. Gdy otworzono bram?, ju? ca?kiem wyra?nie dochodzi? zgie?k do uszu. Wzdraga?a si? Maryja, i przerwawszy modlitw?, rzek?a do Jana: „Czy mam patrze? na to? Czy znajd? si?? znie?? ten bolesny widok? Mo?e lepiej wróci? zaraz." Lecz Jan doda? jej otuchy, mówi?c, ?e lepiej popatrze?, ni? nosi? si? z bolesn? my?l? o tym. Wyszli wi?c pod sklepienie bramy, patrz?c na prawo w dó? drogi. W tym miejscu, naprzeciw bramy, droga Ju? by?a wi?cej równa. Pochód by? ju? oddalony tylko o osiemdziesi?t kroków. Mot?och uliczny nie poprzedza? pochodu, tylko gromadkami ci?gn?? po bokach i z ty?u. Ci, którzy ostatni opu?cili forum, spieszyli naprzód bocznymi uliczkami, by zaj?? dogodne miejsca do patrzenia. Na czele pochodu ujrza?a Matka Naj?wi?tsza pacho?ków katowskich, nios?cych z tryumfem narz?dzia m?cze?skie; zadr?a?a na ten widok i za?ama?a r?ce, j?k bolesny wydar? si? z Jej piersi. Widz?c to jeden z pacho?ków, zapyta? si? id?cych ko?o niego widzów: „Co to za niewiasta, j?cz?ca tak ?a?o?nie?" Kto? z t?umu odrzek? mu: „To Matka Galilejczyka!" S?owa te by?y bod?cem dla niegodziwych pacho?ków. Zaraz posypa?y si? szyderstwa i dowcipy zjadliwe na bolej?c? Matk?, wytykano J? palcami, a jeden z tych niegodziwców podsun?? Naj?w. Pannie pod


827

oczy pi???, w której trzyma? gwo?dzie, maj?ce s?u?y? do przybicia Jezusa na krzy?. Bole?ci? niezmiern? zdj?ta, wspar?a si? Matka Bo?a o filar bramy, za?amawszy r?ce, czekaj?c, rych?o ujrzy Jezusa. Blada by?a jak trup, wargi jej posinia?y. Min?li j? Faryzeusze, zbli?y? si? wyrostek, trzymaj?cy napis, a za nim — za nim, pochylony pod ci??arem krzy?a, szed? chwiejnym krokiem Syn Bo?y, jej Syn, naj?wi?tszy Odkupiciel; g?ow?, przystrojon? cierniow? koron?, odwraca? na bok, oblicze mia? blade, skrwawione, poranione, broda pozlepiana zasch?? krwi?. Oprawcy ci?gn?li Go nielito?ciwie za sznury. Przechodz?c, wzniós? Jezus nieco g?ow?, poranion? strasznymi cierniami, i spojrza? na Matk? Sw? bole?ciw?, wzrokiem pe?nym t?sknej powagi i lito?ci; lecz w tej?e chwili potkn?? si? i upad? po raz drugi pod ci??arem krzy?a na kolana. Bole?? niezmierna i mi?o?? odezwa?y si? na ten widok z podwójn? si?? w sercu Naj?w. Panny. Znikli Jej z oczu kaci, znikli ?o?nierze, widzia?a tylko Swego ukochanego, wyn?dznia?ego, skatowanego Syna; wypad?a z bramy na ulic?, przedar?a si? mi?dzy siepaczy i upad?a na kolana przy Jezusie, obejmuj?c Go ramionami. Us?ysza?am dwa bolesne wykrzykniki, nie wiem, czy wypowiedziane s?owy, czy pomy?lane w duchu: „Mój Synu!" — „Matko Moja!" Wielu ?o?nierzy poczu?o iskierk? lito?ci w swym sercu, ale bezlito?ni siepacze szydzili tylko i, ?ajali, a jeden z nich zawo?a?: „Niewiasto! czego tu chcesz? By?o Go lepiej wychowa?, a nie by?by si? dosta? w nasze r?ce." Zmuszono Naj?w. Pann? do odej?cia, ale ?aden z siepaczy nie o?mieli? si? zniewa?y? jej czynnie. Prowadzona przez Jana i niewiasty, wróci?a Maryja do bramy i tu, prawie martwa z bole?ci, upadla na kolana na sko?ny naro?nik bramy, zwrócona ty?em do smutnego orszaku, by nie widzie? wi?cej, co si? tam dzieje. R?ce wspar?a na górnej cz??ci kamienia, pi?knie zielono ?y?kowanego. W miejscu, gdzie Maryja kl?k?a, pozosta?y p?askie odciski kolan, równie? u góry pozosta?y ?lady r?k, ale mniej wyra?ne; trzeba doda?, ?e kamie? to by? bardzo twardy. Za biskupstwa Jakóba M?odszego dosta? si? ten kamie? za zrz?dzeniem Bo?ym w sk?ad murów pierwszego katolickiego ko?cio?a, postawionego nad sadzawk? Betesda. — Powtarzam, ?e ju? nieraz widzia?am takie odciski, utworzone w wa?nych okoliczno?ciach przez dotkni?cie si? cz?onków ?wi?tych. Jest to tak prawdziwym, jak prawdziwymi s?, s?owa: „Kamie? musi si? nad tym zmi?owa?" — albo s?owa: „To zostawia wra?enie." Odwieczna M?dro?? w mi?osierdziu Swoim nie potrzebowa?a nigdy sztuki drukarskiej, by da? potomno?ci ?wiadectwo o ?wi?tych. Nied?ugo kl?cza?a Naj?w. Panna, bo ?o?nierze, towarzysz?cy po bokach pochodowi, kazali usuwa? si? z drogi, wi?c Jan wprowadzi? Ja, na powrót w bram?, któr? zaraz za nimi zamkni?to. Siepacze tymczasem poderwali Jezusa z ziemi, ale ju? inaczej umy?lili Mu krzy? za?o?y?. Rozlu?nili przywi?zane ramiona poprzeczne i jedno z nich pu?cili wolno, uwi?zane na p?tlicy. Teraz za?o?yli krzy? tak, ?e ten wolny kawa?ek zwisa? przez piersi i Jezus móg? go trzyma? r?k?, skutkiem czego z ty?u krzy? wi?cej zwisa? do ziemi. Towarzysz?cy pochodowi mot?och nie szcz?dzi? Jezusowi naigrawa? i szyderstw; tylko gdzieniegdzie widzia?am zap?akane niewiasty, os?oni?te szczelnie, które zdawa?y si? litowa? nad Jezusem.

Szymon Cyrenejczyk. Trzeci upadek Jezusa pod krzy?em

Posuwaj?c si? dalej t? ulic?, dotar? pochód do sklepionej bramy, umieszczonej w starych, wewn?trznych murach miejskich. Przed bram? rozci?ga si? wolniejszy plac, w którym zbiegaj? si? trzy ulice. I tu, wypad?o Jezusowi mija? wielki kamie?, lecz zabrak?o Mu znowu si?. Zachwia? si? i upad? na kamie?, nie mog?c ju? nawet powsta?; krzy? zwali? si? obok Pana na ziemi?. W?a?nie przechodzili


828

t?dy gromadkami do ?wi?tyni ludzie z porz?dniejszego stanu. Widz?c Jezusa tak um?czonego, zawo?ali z oznakami lito?ci: „Bo?e! ten biedak ju? kona!" Faryzeusze, kieruj?cy pochodem, zl?kli si? troch?, widz?c, ?e naprawd? Jezus nie mo?e ju? powsta?, wi?c rzekli do ?o?nierzy: „Nie doprowadzimy Go ?ywego. Musicie poszuka? kogo?, co by Mu pomóg? nie?? krzy?". W?a?nie nadszed? ?rodkow? ulic? poganin, Szymon z Cyreny, z trzema synami; pod pach? niós? wi?zk? chrustu. B?d?c z zawodu ogrodnikiem, zaj?ty by? w ogrodach, ci?gn?cych si? na wschód od miasta poza murami. Jak wielu innych ogrodników, przybywa? corocznie przed ?wi?tami do Jerozolimy z ?on? i dzie?mi i najmowa? si? do obcinania krzewów. Nadszed?szy obecnie ku bramie, musia? si? zatrzyma?, bo nat?ok by? wielki. Poznano go zaraz, po ubraniu jako poganina, i ma?o znacznego rzemie?lnika, wi?c ?o?nierze przychwycili go natychmiast i przyprowadzili, by pomóg? nie?? krzy? Galilejczykowi. Szymon broni? si? i wymawia? wszelkimi sposobami, ale zmuszono go do tego przemoc?. Synowie jego, widz?c ojca w takich opa?ach, zacz?li p?aka? i krzycze?, dopiero kilka kobiet, znajomych Cyrenejczyka, wzi??o ich w opiek?. Szymon przyst?powa? do Jezusa z wielkim wstr?tem i odraz?; bo te? Jezus tak n?dznie wygl?da?, taki by? sponiewierany, w sukniach pokrwawionych, powalanych b?otem. P?acz?c, spojrza? Pan na Niego wzrokiem, pe?nym mi?osierdzia, zabra? si? wi?c Szymon do pomocy Chrystusowi. Siepacze posun?li w ty? drugie rami? krzy?a i spu?cili je na p?tlic?, podobnie jak pierwsze. Podniós?szy Jezusa, w?o?yli drzewce krzy?a na Niego i na Szymona tak, ?e jedno rami? poprzeczne zwisa?o Jezusowi na piersi, a drugie Szymonowi na plecy. W ten sposób, id?c za Jezusem, mia? Szymon, do d?wigania po?ow? ci??aru i Jezusowi by?o wiele l?ej. Koron? cierniow? w?o?ono Jezusowi znowu inaczej, po czym rozpocz?? si? dalszy pochód. Ju? po nied?ugiej chwili uczu? Szymon dziwn? w sobie zmian?, wzruszenie niezwyk?e ogarn??o go, a pod jego wp?ywem ju? ch?tnie pomaga? Jezusowi nie?? krzy?. Szymon by? to krzepki m??czyzna w wieku oko?o 40 lat. Mia? na sobie krótki, obcis?y kaftan, uda owini?te szmatami, na nogach sanda?y ostro zako?czone, przymocowane rzemykami do nóg. G?owy nie nakrywa? niczym. Synowie ubrani byli w sukienki o barwnych paskach. Dwaj z nich, starsi ju?, Rufus i Aleksander, przeszli pó?niej w poczet uczniów. Trzeci ma?y by? jeszcze; widzia?am go pó?niej, jako ch?opca, u Szczepana.

Chusta Weroniki

Pochód posuwa? si? teraz d?ug? ulic?, skr?caj?c? nieco na lewo, przeci?t? wielu bocznymi uliczkami. Co chwila napotykano gromadki porz?dniejszych ?ydów, d???cych do ?wi?tyni. Niektórzy z nich, na widok pochodu, cofali si? spiesznie z faryzejskich fa?szywych skrupu?ów, by si? nie zanieczy?ci?; u innych znowu czyta?o si? w twarzach pewn? lito?? nad Jezusem. Mniej wi?cej na dwie?cie kroków od bramy, przy której Jezus niedawno upad?, sta? po lewej stronie ulicy pi?kny dom, oddzielony od ulicy dziedzi?cem, na który wchodzi?o si? tarasem po schodach; dziedziniec otoczony by? szerokim murem, zamkni?tym z przodu b?yszcz?c? krat?. Gdy orszak dom ten mija?, wybieg?a z niego naprzeciw okaza?a, s?uszna matrona, prowadz?ca dziewczynk? za r?k?. By?a to Serafia, ?ona Syracha, jednego z cz?onków „Wielkiej Rady", której dzisiejszy uczynek mi?osierny mia? zjedna? imi? Weroniki od s?owa „wera ikon" (prawdziwy wizerunek). Serafia przygotowa?a w domu wyborne wino, zaprawione korzeniami, z t? my?l? pobo?n?, ?e pokrzepi nim Pana podczas okropnej Drogi krzy?owej. W bolesnym oczekiwaniu nie mog?a si? doczeka? tej chwili, wi?c ju? przedtem wybieg?a raz z


829

domu i stara?a si? dosta? do Jezusa. Widzia?am j? w pobli?u orszaku ju? wtenczas, gdy nast?pi?o spotkanie Jezusa z Matka Naj?wi?tsz?. Chodzi?a ko?o orszaku w zas?onie na twarzy, prowadz?c za r?k? ma?? dziewczynk?, któr? przyj??a na wychowanie, nie maj?c w?asnych dzieci. Nie mog?a jednak znale?? sposobno?ci, by dosta? si? przez ci?b? pacho?ków a? do Jezusa, wróci?a wi?c do domu i tu oczekiwa?a Pana. Widz?c, ?e orszak si? zbli?a, wybieg?a na ulic? z chust?, przewieszon? przez rami?; obok niej sz?a owa dziewczynka, mo?e dziewi?cioletnia, nios?ca pod okryciem dzbanuszek z winem. Pacho?kowie, id?cy na przedzie, chcieli j? odp?dzi?, ale na pró?no. Mi?o?? ku Jezusowi i lito?? wezbra?y w sercu Serafii, zapomnia?a o wszystkim i gwa?tem zacz??a si? przeciska? przez mot?och, ?o?nierzy i siepaczy, a za ni? bieg?a dziewczynka, trzymaj?c si? jej sukni. Docisn?wszy si? do Jezusa, upad?a przed Nim na kolana, podnios?a chust?, rozpostart? do po?owy i rzek?a b?agalnie: „Pozwól mi, otrze? oblicze Pana mego?" Zamiast odpowiedzi uj?? Jezus chust? lew? r?k?, przycisn?? j? d?oni? do krwawego oblicza, przesun?? ni? po twarzy ku prawej r?ce, i zwin?wszy chust? obiema r?kami, odda? j? z podzi?k? Serafii; ta uca?owa?a j?, wsun??a pod p?aszcz i wsta?a z ziemi. Trwa?o to wszystko zaledwie dwie minuty. ?mia?y post?pek Serafii oszo?omi? na razie ?o?nierzy i siepaczy, mot?och zacz?? si? cisn?? bli?ej, by widzie? ca?e zaj?cie, skutkiem czego musiano na chwil? wstrzyma? pochodem i to umo?liwi?o Weronice podanie chusty. Lecz wnet och?on?li siepacze i ?o?nierze ze zdumienia; gdy dziewczynka podnios?a nie?mia?o wino, by poda? je Jezusowi, odepchn?li j?, zacz?li ?aja? i l?y?. Nadbiegli wnet Faryzeusze, rozgniewani przerw? w pochodzie, a jeszcze bardziej tym aktem publicznej czci, oddanej Jezusowi. Siepacze zacz?li na nowo szarpa? i bi? Jezusa, co widz?c Serafia, uciek?a z dzieckiem do domu. Zaledwie zdo?a?a wej?? do komnaty i po?o?y? chust? na stole, a zaraz upad?a zemdlona na ziemi?; dziewczynka ukl?k?a przy niej z dzbanuszkiem, p?acz?c i zawodz?c ?a?o?nie. Przypadkiem wszed? pewien dobry przyjaciel ich rodziny i znalaz? j? le??c? jak martw? na pod?odze, a na stole ujrza? chust?, na której z zadziwiaj?c? dok?adno?ci? odbite by?o okropnie skrwawione oblicze Jezusa. Przera?ony, ocuci? zemdla?? i pokaza? jej to cudo. Serafia z t?sknym, ?a?osnym sercem upad?a na kolana przed chust? i zawo?a?a: Teraz ju? opuszcz?, wszystko, kiedy Pan raczy? mi zostawi? tak cenn? pami?tk?," Chusta ta by? to szeroki pas z delikatnej we?ny, trzy razy d?u?szy ni? szeroki. Noszono zwykle takie chusty przewieszone przez szyj?, czasem drug? jeszcze na ramiona. Wed?ug ówczesnego zwyczaju uwa?ano to sobie za obowi?zek, by napotkawszy kogo? p?acz?cego, frasobliwego, znu?onego, chorego, zatrzyma? si? i otrze? mu twarz t? chust?; by?o to oznak? wspó?czucia i lito?ci wzgl?dem bli?niego. Tak?e przy pewnych okazjach obdarowywano si? takimi chustami. Weronika zawiesi?a sw? drogocenn? chust? w g?owach swego pos?ania i nie roz??cza?a si? z ni?. Po ?mierci Serafii przesz?a chusta ta za po?rednictwem ?wi?tych niewiast w r?ce Matki Bo?ej, a potem przez, Aposto?ów dosta?a si? do skarbca najcenniejszych pami?tek Ko?cio?a. Serafia by?a krewn? Jana Chrzciciela, ojciec jej bowiem by? bratem stryjecznym Zachariasza. Pochodzi?a z Jerozolimy; pami?tam, gdy przyniesiono Maryj? jako czteroletnie dziecko na s?u?b? do ?wi?tyni, to uda? si? Joachim, Anna i ich znajomi do domu rodzinnego Zachariasza, stoj?cego niedaleko targu rybiego. Mieszka? tam jaki? stary krewny Zachariasza i jego wuj, a dziadek Serafii. Serafia by?a mniej wi?cej o pi?? lat starsza od Naj?w. Panny. Drugi raz widzia?am ja na za?lubinach Maryi z Józefem. By?a ona tak?e krewn? starego Symeona, który prorokowa? o Jezusie podczas ofiarowania Go w ?wi?tyni, i od malutko?ci


830

przyja?ni?a si? z jego synami. Ci ju? z dawna za przyk?adem ojca swego odczuwali pragnienie i t?sknot? za Mesjaszem, a i Serafia j? podziela?a. Oczekiwanie to Zbawiciela nurtowa?o d?ugo w sercach, niektórych bogobojnych ludzi, jak tajemna, mi?osna t?sknota. Inni, oboj?tniejsi, nie doznawali podobnych przeczu?. Gdy Jezus jako dwunastoletni ch?opiec zosta? w Jerozolimie, by naucza? w ?wi?tyni, Serafia, niezam??na jeszcze, gdy? dopiero pó?no wysz?a za m??, posy?a?a Mu posi?ek do ma?ej gospody przed miastem, gdzie Jezus nocowa?. Gospoda ta le?a?a na kwadrans drogi przed Jerozolim? od strony Betlejem. Tu przep?dzi?a Maryja z Józefem i dwoma starcami dzie? i dwie noce, gdy po narodzeniu Chrystusa sz?a z Betlejem, ofiarowa? Go w ?wi?tyni. Gospodarze byli Esse?czykami, gospodyni za? by?a krewn? Joanny Chusa; znali oni dobrze ?w. Rodzin? i Jezusa. Gospoda ta by?a umy?lnie zbudowanym przytu?kiem dla ubogich, a Jezus i uczniowie nieraz znajdowali tu schronienie. Nauczaj?c ostatnimi czasy w ?wi?tyni, nieraz zachodzi? tu Jezus, a Serafia przysy?a?a Mu tam posi?ek. Gospodarzem by? ju? teraz kto inny. Syrach, m?? jej, potomek czystej Zuzanny, by? cz?onkiem „Wielkiej Rady". Z pocz?tku nieprzychylny by? bardzo Jezusowi i nie raz musia?a Serafia dosy? wycierpie? od niego za przestawanie z ?wi?tymi niewiastami i Jezusem. Kilka razy zdarza?o si? nawet, ?e zamyka? j? za to w piwnicy. Pó?niej uleg? przedstawieniom Józefa z Arymatei i Nikodema, z?agodnia? znacznie i ju? nie broni? swej ?onie by? wyznawczyni? Jezusa. Na rozprawie s?dowej u Kajfasza wczoraj w nocy i dzi? rano o?wiadczy? si? wraz z Nikodemem, Józefem z Arymatei i innymi dobrze my?l?cymi za Zbawicielem, i wraz z nimi tak?e wyst?pi? z „Rady". Serafia by?a dzi? jeszcze pi?kn?, okaza?? niewiast?, cho? min??a jej ju? pi??dziesi?tka. Podczas tryumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, obchodzonego w niedziel? Palmow?, znajdowa?a si? w gronie niewiast w?ród t?umu z dzieckiem na r?ku. Wtenczas to zdj??a okrycie z g?owy i za przyk?adem innych rozpostar?a je na drodze pod nogi Zbawiciela, by mu cze?? odda? i chwa??. T? sam? chust? wynios?a teraz Panu w pochodzie, smutniejszym wprawdzie, ale bardziej zwyci?skim, by otrze? ni? ?lady cierpienia z Jego Boskiego oblicza. Chusta ta zjedna?a w?a?cicielce mi?osiernej nowe, tryumfalne imi? „Weronika", a dla Ko?cio?a sta?a si? drogocenn? relikwi?, czczon? publicznie przez wszystkich wiernych. W trzecim roku po wniebowst?pieniu Chrystusa wys?a? by? cesarz rzymski pos?ów do Jerozolimy w celu zebrania ?wiadectw i ?cis?ego zbadania ró?nych pog?osek, kr???cych o ?mierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Dla lepszego przedstawienia cesarzowi sprawy, zabrali pos?owie ze sob? do Rzymu Nikodema, Serafi? i krewnego Joanny Chusa, ucznia Epafr?, Ten ostatni, przedtem s?uga i pos?aniec kap?anów przy ?wi?tyni, jako ucze? równie? s?u?y? z prostot? innym uczniom. B?d?c z Aposto?ami w wieczerniku, widzia? Jezusa naocznie zaraz w pierwszych dniach po zmartwychwstaniu i pó?niej jeszcze nieraz przed wniebowst?pieniem. — Widzia?am Weronik? na pos?uchaniu u cesarza. Pos?uchanie odbywa?o si? w niewielkiej, czworobocznej komnacie bez okien; ?wiat?o sp?ywa?o do pokoju przez umy?lne otwory w suficie, daj?ce si? dowolnie otwiera? i zamyka? za pomoc? sznurów. Cesarz by? nieco s?aby, wi?c spoczywa? na wspania?ym, podwy?szonym ?o?u, os?oni?tym kosztown? kotar?. Dworzanie znajdowali, si? w przedpokoju, a cesarz rozmawia? sam na sam z Weronik?. Mia?a ona przy sobie chust?, któr? otar?a twarz Jezusowi i jeden ca?un z Jego grobu. Na chu?cie, do?? d?ugiej, odbite by?o na jednym ko?cu oblicze Jezusa. Nie by?o to czyste malowid?o, bo odbite razem z krwi?. Twarz ?wi?ta wygl?da?a do?? szeroko, gdy? powsta?a przez przy?o?enie chusty do ca?ej twarzy woko?o. Weronika pokaza?a ten wizerunek cesarzowi, uj?wszy chust? w d?o? za d?u?szy koniec. Na ca?unie grobowym odci?ni?ty by? ?lad cia?a Jezusa, poranionego biczowaniem. Nie uwa?a?am, czy


831

cesarz dotyka? si? tych chust, lub czy Weronika potar?a go nimi ale zapewne sam widok ich uleczy? go, bo zaraz wyzdrowia?. Cesarz chcia? Weronik? koniecznie zatrzyma? w Rzymie i nawet ofiarowywa? jej na w?asno?? dom, posiad?o?ci i liczn? s?u?b?, lecz Weronika jedno tylko mia?a pragnienie, a to, powróci? do Jerozolimy i umrze? tam, gdzie Jezus umar?. Rzeczywi?cie wróci?a wkrótce wraz z towarzyszami do Jerozolimy. Podczas prze?ladowania chrze?cijan tam?e, kiedy to ?azarz wraz z siostrami wyzuty zosta? z maj?tno?ci, uciek?a z kilku niewiastami; z?apano j? jednak i osadzono w wi?zieniu, w którym umar?a ?mierci? g?odow?, jako m?czennica za prawd?, za Jezusa, którego nieraz karmi?a chlebem doczesnym i który nawzajem posila? j? na ?ywot wieczny Swym Cia?em i Krwi? naj?wi?tsz?.

P?acz?ce córki Jerozolimy. Czwarty i pi?ty upadek Jezusa pod krzy?em

Droga wiod?a teraz troch? spadzisto ku bramie, do?? jeszcze odleg?ej. Brama sama jest silnie zbudowana dosy? d?uga; najpierw przechodzi si? pod jedno ?ukowate sklepienie, nast?pnie przez mostek, i drugim sklepieniem wychodzi si? poza obr?b murów. Brama zwrócona jest frontem w kierunku po?udniowo zachodnim. Na lewo od bramy ci?gnie si? mur na przestrzeni kilku minut na po?udnie, skr?ca potem na spor? przestrze? ku zachodowi, a potem znowu biegnie na po?udnie i okr??a gór? Syjon, Na prawo od prowadzi mur w kierunku pó?nocnym a? do bramy naro?nej, a st?d zwraca si? na wschód wzd?u?, pó?nocnej strony miasta. Tu? przed bram? na nierównej, wyje?d?onej drodze by?a wielka ka?u?a b?ota. Okrutni siepacze, im bli?ej byli bramy, tym gwa?towniej ci?gn?li Jezusa, naprzód. Przed bram? ?cisk sta? si? wi?kszy, Szymon z Cyreny chcia? wygodniej bokiem obej?? ka?u??, skrzywi? przez to krzy?, a Jezus os?abiony, straciwszy równowag?, upad? po raz czwarty pod krzy?em, i to w b?otnist? ka?u?? tak silnie, ?e Szymon zaledwie móg? krzy? utrzyma?. ?a?osnym, z?amanym, ale wyra?nym g?osem zawo?a? Jezus: „Biada ci, biada Jerozolimo! Ukocha?em ci? jak kokosz, gromadz?ca piskl?ta pod swymi skrzyd?ami, a ty wyp?dzasz Mnie tak okrutnie poza swe bramy!" I smutek wielki ogarn?? serce Jezusa. Lecz zaraz odezwa?y si? ?ajania i krzyki Faryzeuszów: „Jeszcze nie dosy? temu wichrzycielowi, jeszcze wyg?asza jakie? buntownicze mowy" itp. Na nowo zacz?li Go bi? i potr?ca? i nie podnie?li, ale prawie wywlekli Go z ka?u?y. Szymon Cyrenejczyk nie móg? ju? znie?? tego okrucie?stwa siepaczy i zawo?a? gniewnie: „Je?li nie zaniechacie tego nikczemnego post?powania, to rzuc? krzy? i nie b?d? go niós?, cho?by?cie mnie nawet zabi? mieli!" Tu? za bram? zbacza z go?ci?ca dzika, w?ska dro?yna, wiod?ca na pó?noc, na gór? Kalwarii. Go?ciniec sam rozga??zia si? nieco dalej na trzy rozstajne drogi; jedna prowadzi na lewo na po?udniowy zachód przez dolin? Gihon do Betlejem, druga na zachód do Emaus i Joppe, trzecia zwraca si? na prawo na pó?nocny zachód, okr??a gór? Kalwari? i dochodzi do bramy naro?nej, któr?dy idzie si? do Betsur. Patrz?c od bramy, któr? wyprowadzono Jezusa, na lewo na po?udniowy zachód, mo?na widzie? bram? betlejemsk?; te dwie bramy s? z pomi?dzy bram jerozolimskich najbli?ej siebie po?o?one. Przed bram?, na ?rodku go?ci?ca, w miejscu, gdzie skr?ca droga na gór? Kalwari?, sta? wbity s?up z przymocowan? na nim tablic? na której wielkimi, bia?ymi, jakby naklejonymi literami wypisany by? wyrok ?mierci na Zbawiciela i obu ?otrów. Nieco dalej na skr?cie drogi sta?a liczna gromadka niewiast p?acz?cych i narzekaj?cych z bole?ci nad Jezusem. By?y tam dziewice i ubogie niewiasty z Jerozolimy z dzie?mi na r?kach, które wyprzedzi?y a? tu pochód;


832

mi?dzy tymi znajdowa?y si? tak?e niewiasty z Betlejem, Hebron i innych okolicznych miejscowo?ci, które, przyjechawszy na ?wi?ta, przy??czy?y si? do dru?yny niewiast Jerozolimskich, W tym w?a?nie miejscu zas?ab? Jezus tak dalece, ?e zachwia? si? i jakby omdla?y mia? upa?? na ziemi?; lecz Szymon, widz?c to, opar? pr?dko krzy? o ziemi? i skoczy? podeprze? Pana. Jezus opar? si? o niego ca?kiem i tym sposobem uchroni? si? od upadni?cia na ziemi?. To nazywamy pi?tym upadkiem Jezusa na drodze krzy?owej. Niewiasty, widz?c Jezusa tak strasznie wyn?dznia?ego i os?abionego, zacz??y zawodzi? i lamentowa?, i krajowym zwyczajem okazuj?c Mu lito??, podawa?y Mu swe chusty, by otar? Sobie pot. Wtem Jezus zwróci? ni? do nich z powag? i rzek?: „Córki jerozolimskie — co mog?o tak?e znaczy?: „wy mieszka?cy miast, córek Jerozolimy", — „nie p?aczcie nade mn?, lecz nad sob? i nad waszymi dzie?mi! Oto nadejdzie czas, kiedy mówi? b?dziecie: b?ogos?awione niep?odne i ?ywoty, które nie rodzi?y, i piersi, które nie karmi?y! Wtenczas wo?a? b?dziecie: Góry, spadnijcie na nas, pagórki, przykryjcie nas! Je?li bowiem tak si? post?puje z zielonym drzewem, to có? dopiero uczyni si? z suchym." D?u?ej jeszcze przemawia? Jezus do nich, ale zapomnia?am ju?, o czym; przypominam sobie tylko te s?owa: „P?acz wasz nie b?dzie bez nagrody, odt?d chodzi? b?dziecie inn? ?cie?k? ?ywota." Mówi? to Jezus, korzystaj?c z chwilowego wstrzymania si? pochodu. Pacho?cy, nios?cy narz?dzia, poszli naprzód na gór? Kalwari?, a za nimi stu rzymskich ?o?nierzy z oddzia?u Pi?ata: Pi?at sam wróci? si? z reszt? wojska do domu, odprowadziwszy pochód a? do bramy.

Jezus na górze Golgota. Szósty i siódmy upadek pod krzy?em i zamkni?cie Jezusa

Po chwili odpoczynku ruszy? pochód dalej uci??liw?, dzik? drog? mi?dzy murami miejskimi i Kalwari? w kierunku pó?nocnym. Siepacze nie zwa?aj?c na nic, gnali Jezusa pod gór?, ci?gn?li za powrozy, bili i popychali. W jednym miejscu zwraca si? dro?yna w??ykowato, przybieraj?c znowu kierunek po?udniowy. Tu upad? Jezus po raz szósty pod ci??arem krzy?a, lecz siepacze z wi?kszym ni? dotychczas okrucie?stwem zmusili Go biciem do powstania i p?dzili bez wytchnienia a? na gór? na miejsce tracenia, gdzie Jezus bez tchu prawie upad? wraz z krzy?em na ziemi? po raz siódmy. Szymon Cyrenejczyk, sam sponiewierany i znu?ony, czu? w sercu gniew gwa?towny na siepaczy, a lito?? wzgl?dem Jezusa. Chcia? ten ostatni raz pomóc Jezusowi powsta?, ale siepacze, popychaj?c go i ?aja?, sp?dzili go na powrót w dó? góry, bo ju? im nie by? potrzebny. W krótki czas potem widzia?am go w gronie uczniów. — Niepotrzebnych ju? pacho?ków i pomocników tak?e odprawiono. Faryzeusze wyjechali na gór? zachodnim, stokiem, gdzie by?y wygodniejsze, w??ykowato pn?ce si? ?cie?ki. Z góry jest widok na budowle miejskie, rozci?gaj?ce si? poza murami. Sam plac egzekucji jest okr?g?y, mniej wi?cej tak wielki, ?e zmie?ci?by si? na cmentarzu naszego ko?cio?a parafialnego. Podobny do uje?d?alni ?redniej wielko?ci, otoczony jest w ko?o niskim wa?em z ziemi, przeci?tym pi?cioma przej?ciami. System ten pi?ciu dróg ma tu w kraju zastosowanie prawie we wszystkich plantacjach, miejscach k?pielowych, chrztu i przy sadzawce Betesda. Wida? to szczególnie przy wszystkich prawie takich urz?dzeniach z dawnych czasów, a i w nowszych, budowanych w duchu praojców. W wielu miastach widzimy po pi?? bram. Jak wiele innych rzeczy w ziemi obiecanej, tak i to ma swoje g??bokie, prorocze znaczenie; dzi? w?a?nie spe?ni?o si? to wyobra?aj?ce znaczenie przez otworzenie pi?ciu dróg zbawienia w


833

pi?ciu ?wi?tych ranach Jezusa. Z tej strony, z której przyprowadzono Jezusa i ?otrów, jest stok góry stromy i dziki, z przeciwnej za? strony zachodniej góra wolno si? zni?a. Oko?o stu ?o?nierzy porozstawia?o si? cz??ci? na górze, cz??ci? w ko?o wa?u, otaczaj?cego plac. Kilku z nich pilnowa?o ?otrów, których dla braku miejsca nie wprowadzono w obr?b wa?u; tak jak szli z r?kami, przywi?zanymi do drzewców, tak po?o?ono ich na plecach jak barany poni?ej placu egzekucji, gdzie droga skr?ca si? ku po?udniowi. W ko?o wa?u, tudzie? na okolicznych wzgórzach, zebra? si? licznie mot?och, z?o?ony przewa?nie z prostaków, cudzoziemców, parobków, niewolników, pogan i niewiast, a wi?c samych takich, którzy nie potrzebowali strzec si? przed zanieczyszczeniem. Ku zachodowi, na górze Gihon, rozci?ga? si? gwarliwy obóz przybyszów wielkanocnych. Wielu z nich przypatrywa?o si? z daleka, pojedyncze gromadki podchodzi?y bli?ej, parte ciekawo?ci?. By?o prawie trzy kwadranse na dwunast?, gdy Jezus, przewleczony na plac, upad? pod ci??arem krzy?a, a Szymona odp?dzono. Siepacze szarpi?c za powrozy, podnie?li Jezusa. N?dzny, poraniony, zakrwawiony, blady, sta? Jezus jak jakie widmo straszliwe. Siepacze tymczasem rozwi?zali kawa?ki krzy?a, posk?adali je chwilowo na chybi? trafi? i znowu powalili Jezusa na Ziemi? obok krzy?a, mówi?c szyderczo: „Dalej, Królu! musimy przymierzy? Ci Twój tron." Jezus sam ch?tnie po?o?y? si? na krzy?, i gdyby nie to, ?e by? tak os?abiony, to nawet zbytecznym by?oby szarpanie siepaczy. W?ród szyderstw przypatruj?cych si? Faryzeuszów rozci?gn?li Go na krzy?u i odznaczyli w odpowiednich miejscach d?ugo?? Jego r?k i nóg, potem znowu poderwali Go z ziemi i zwi?zanego poprowadzili mo?e 70 kroków w dó? pó?nocnego stoku Kalwarii, gdzie znajdowa?a si? wykuta w skale jama w rodzaju piwnicy, lub cysterny. Sz?am za Jezusem ten kawa?ek drogi, siepacze otworzyli drzwi jamy i wtr?cili Go w ni? niemi?osiernie; tylko nadnaturalnej pomocy trzeba, przypisa?, ?e Jezus nie rozbi? Sobie kolan lub nie z?ama? nogi. Zdaje mi si?, ?e widzia?am, jak Anio?owie Go od tego ustrzegli. Kamie? twardy ugi?? si? pod jego kolanami i tak pozosta?y na zawsze cudowne ?lady. S?ysza?am z g??bi jamy g?o?ny, rozdzieraj?cy serce j?k Jezusa, Zamkni?to za Nim drzwi i postawiono stra?. Spiesznie rozpocz?li siepacze przygotowania do egzekucji, W ?rodku placu by? okr?g?y pagórek, wysoki mo?e na dwie stopy, na który wchodzi?o si? po kilku stopniach. Stanowi? on najwy?szy punkt góry Kalwarii. W tym pagórku zacz?li grzeba? dziury na krzy?e, zmierzywszy poprzednio ich grubo?? u do?u. Krzy?e ?otrów wstawili zaraz w ziemi? po prawej i lewej stronie; w?a?ciwie by?y to dotychczas same pnie, bo ramiona poprzeczne s?u?y?y dot?d jako dyby, do których przykr?powane by?y r?ce ?otrów. Przybito je dopiero pó?niej przed samym ukrzy?owaniem, tu? przy górnym ko?cu krzy?a. Krzy?e ?otrów by?y ni?sze i brzydsze ni? krzy? Jezusa; u góry by?y sko?nie po?cinane. Krzy? Jezusa po?o?yli siepacze na ziemi tak, by pó?niej mo?na go by?o wygodnie podnie?? i wpu?ci? do przygotowanej jamy. W g?ówny pie? wpu?cili z prawej i z lewej strony ramiona poprzeczne i umocowali je z pod spodu klinami, przybili klocek s?u??cy do wsparcia nóg, powywiercali dziury na gwo?dzie i na tablic? z napisem, wreszcie porobili w ramieniu pod?u?nym spore naci?cia, na koron? cierniow? i na grzbiet wisz?cego; to ostatnie dlatego, by cia?o wi?cej si? wspiera?o ni? wisia?o, bo przez to musia? Jezus cierpie? wi?ksze m?ki i nie zachodzi?a obawa, by r?ce si? rozdar?y. Z ty?u za pagórkiem wbito, dwa pale i z??czono je u góry belk? poprzeczn?. Na ten przyrz?d miano nawija? sznury przy podnoszeniu w gór? krzy?a Jezusa. Jednym s?owem, przygotowano z po?piechem wszystko, by potem, przyst?pi? od razu do wykonania wyroku.


834

Maryja i ?wi?te niewiasty id? na Golgot?

Po niesko?czenie bolesnym spotkaniu si? przed domem Kajfasza ze Swym Boskim Synem, nios?cym krzy?, posz?a Matka bolej?ca do domu ?azarza przy bramie naro?nej, odprowadzona przez Jana, Joann? Chusa, Zuzann? i Salome. Tu zasta?a Magdalen? i Mart? w otoczeniu innych ?wi?tych niewiast, rozp?ywaj?ce si? we ?zach i ?a?o?ci; by?o i kilkoro dzieci. Nie bawi?c d?ugo, posz?y wszystkie razem —— a by?o ich siedemna?cie — na nowy obchód drogi krzy?owej. Nie troszcz?c si? o szyderstwa mot?ochu, sz?y powa?ne, skupione w sobie, sam? postaw? sw? bole?ciw? nakazuj?c szacunek. Najpierw uda?y si? na forum i tu uca?owa?y miejsce, gdzie Jezus wzi?? krzy? na Siebie, St?d sz?y dalej przez ca?? drog? krzy?ow?, oddaj?c cze?? miejscom, u?wi?conym m?k? Jezusa. Naj?wi?tsza Panna rozpoznawa?a prawie ?lady, zostawione przez stopy Jezusa,: liczy?a kroki Jego, pokazywa?a niewiastom ka?de u?wi?cone miejsce; Ona, wskazywa?a, gdzie si? zatrzyma? i kiedy i?? dalej, a ka?da drobnostka zapisywa?a si? g??boko w zbola?ej jej duszy. Tak to pierwsze, rzewne nabo?e?stwo Ko?cio?a, zapisa?o si? w kochaj?cym, macierzy?skim sercu Maryi mieczem bole?ci, przepowiedzianym przez Symeona. Ona wpoi?a je w Swe otoczenie, wspó?czuj?ce z Ni?, a tak przesz?o to nabo?e?stwo do naszego Ko?cio?a. ?wi?ty to dar, przekazany przez Boga sercu Matki, a przez Ni? przechodz?cy z serca do serca Jej dzieci; tak trwa niezmiennie tradycja naszego Ko?cio?a. A je?li si? przy tym widzi to na w?asne oczy, to dar taki wydaje si? tym ?ywszy i ?wi?tszy. ?ydzi z dawien dawna mieli zawsze w wielkim poszanowaniu wszystkie miejsca, b?d?ce ?wiadkami wydarze? ?wi?tych i bliskich sercu; nie zapominali o ?adnym miejscu, u?wi?conym wa?nymi zdarzeniami, stawiali kamienie pami?tkowe, odbywali tam w?drówki i odprawiali mod?y. Wi?c, te? i pierwsi chrze?cijanie -?ydzi nie zapomnieli o drodze, któr? przebywa? Jezus, nios?c krzy?. Tak powsta?a ?wi?ta „Droga Krzy?owa", nie, jako pó?niejszy wymys?, lecz wynik?a, z natury tych ludzi, z wy?szej woli Opatrzno?ci, wpojonej w serca swego ludu; powsta?a z najczulszej mi?o?ci macierzy?skiej, jakby pod stopami Jezusa, który pierwszy j? przebywa?. Doszed?szy do domu Weroniki, wesz?y niewiasty do ?rodka, w?a?nie bowiem Pi?at wraca? od bramy z je?d?cami i 200 pieszymi ?o?nierzami. Tu pokaza?a im Weronika cudown? chust? z odbitym obliczem Jezusa, wi?c znów zacz??y p?aka? rzewnie na my?l o cierpieniach Jezusa, wielbi?c zarazem Jego mi?osierdzie, jakie okaza? Swej wiernej przyjació?ce. Wzi??y stad dzbanuszek z winem korzennym, którym nie dano by?o Weronice napoi? Jezusa, i zabrawszy ze sob? Weronik?, posz?y dalej za miasto a? na Golgot?. Po drodze przy??czali si? do nich bogobojniejsi ?ydzi; niektórych z?ych dotychczas nawraca? sam widok tych ?wi?tych niewiast. Tak powi?ksza? si? coraz ten orszak, ci?gn?cy w porz?dku i rzewnym nabo?e?stwie przez ulice; liczniejszy by? nawet od orszaku, towarzysz?cego Jezusowi, nie licz?c naturalnie t?umów pospólstwa, które z ciekawo?ci ci?gn??o za Jezusem. Niewypowiedziana bole?? dr?czy?a, najsm?tniejsz? Matk? Jezusa na tej „Drodze Krzy?owej", przy wst?powaniu na Kalwari?, na widok placu tracenia. Dusza Maryi odczuwa?a, wszystkie, nawet fizyczne cierpienia Jezusa. Magdalena, rozstrojona, zupe?nie, sz?a chwiejnie jakby rozmarzona bole?ci? i wtr?cana z m?ki w m?k?. To milcza?a jak g?az, to j?cza?a g?o?no, to sz?a jak martwa, statua, to ?ama?a r?ce gwa?townie, z narzekania wpada?a nagle w gro?by wieszcze. Wci?? musiano j? podpiera?, ochrania?, uspokaja? i kry? przed, ciekawym wzrokiem obcych. Niewiasty wesz?y na Kalwari? od dost?pniejszej strony zachodniej, i tu podzieliwszy si? na trzy grupy, stan??y w trzech ró?nych miejscach. Tu? przy wale, otaczaj?cym plac stracenia, stan??a Maryja, Jej siostrzenica Maria


835

Kleofasowa, Salonie i Jan. Dalej, w pewnym odst?pie, stan??y wko?o Magdaleny, nie mog?cej si? uspokoi?, Marta, Maria Helego, Weronika, Joanna Chusa, Zuzanna i Maria, matka Marka. Za nimi znów w tyle sta?o siedem innych niewiast. W przerwach, oddzielaj?cych niewiasty, stan?li bogobojni ludzie, którzy przyszli z nimi. Ci teraz otrzymywali ??czno?? mi?dzy nimi i udzielali im wiadomo?ci o ró?nych spostrze?onych szczegó?ach. Konni Faryzeusze stali gromadkami wko?o wa?u w ró?nych punktach; pi?ciu wej?? na plac strzegli rzymscy ?o?nierze. Co za widok bolesny przedstawia? si? oczom Maryi! Oto, mia?a przed Sob? plac m?cze?skiej ?mierci Jezusa, pagórek, na którym mia? sta? krzy?. Oto le?a? straszny ten krzy? na ziemi, wida? by?o m?otki, powrozy i wielkie gwo?dzie. A w?ród tych przyborów katowskich krz?tali si? oprawcy jak pijani, kln?c i l??c Jej Syna. Krzy?e dla ?otrów jeszcze bez ramion poprzecznych sta?y ju? wbite w ziemi?. Wida? w nich by?o rz?dem powbijane ko?ki, maj?ce s?u?y? do dostania si? na wierzch. Nieobecno?? Jezusa powi?ksza?a i przed?u?a?a bole?? Matki Jego. Wiedzia?a, ?e ?yje jeszcze, wi?c tak gor?co pragn??a Go widzie?, ?e a? dr?a?a na ca?ym ciele. A mia?a Go wkrótce zobaczy? w niewypowiedzianej m?ce i udr?czeniu.

Stan powietrza

Do dziesi?tej godziny rano, tj. do zapadni?cia wyroku, pada? chwilami grad. Podczas prowadzenia Jezusa niebo by?o pogodne i s?o?ce ?wieci?o; teraz oko?o godziny dwunastej ukaza?a si? na niebie przed s?o?cem czerwonawa, pos?pna smuga.

Jezusa rozbieraj? do ukrzy?owania i poj? octem

Jezus, zamkni?ty w jamie, modli? si? bez przestanku, prosi? Ojca niebieskiego o dodanie Mu si?y do dalszych cierpie? i jeszcze raz ofiarowa? si? Bogu za grzechy Swoich wrogów. Po uko?czeniu przygotowa? przysz?o po Niego czterech oprawców. Wywlekli Go z jamy i pop?dzili Go ostatni? ?cie?k? m?cze?sk?, bij?c i wyszydzaj?c, w czym im przypatruj?cy si? temu mot?och wtórowa?. ?o?nierze utrzymuj?cy porz?dek, nadymali si? ch?odn? powag?. Czekaj?cy na placu oprawcy porwali Go zaraz, ze z?o?ci? mi?dzy siebie. ?wi?te niewiasty przekupi?y jednego cz?owieka, by zaniós? oprawcom dzbanuszek z winem, którym by si? Jezus pokrzepi?, lecz ?otrzy ci nie dali Mu wina, tylko sami je pó?niej wypili. Mieli oni w?ród innych przyborów tak?e dwa br?zowe naczynia; w jednym by? ocet z ?ó?ci?, w drugim niby to mia?o by? wino, a w?a?ciwie by? to kwas octowy, pomieszany z pio?unem i mir?. Tego ostatniego w?a?nie dali si? napi? zwi?zanemu Jezusowi. Przytkn?li Mu kubek do ust, Jezus skosztowa? odrobink?, ale nie chcia? pi?. Wszystkich oprawców by?o tu razem osiemnastu, a mianowicie sze?ciu biczowników, czterech, którzy prowadzali Jezusa, dwóch którzy trzymali w drodze na sznurach koniec krzy?a i czterech katów krzy?uj?cych. Jedni zaj?ci byli Jezusem, drudzy ?otrami, krz?tali si? i na przemian popijali. Ich g?owy pokryte naje?onym w?osem, ich postacie brudne, niechlujne, ohydne, sprawia?y wra?enie bydl?co?ci i pod?o?ci ostatniej. Nikczemnicy ci ka?demu gotowi byli s?u?y?, Rzymianom i ?ydom, byleby im za to zap?acono. Patrz?c na to wszystko, groza przejmowa?a mi? tym wi?ksza, ?e widzia?am ukryte innym straszne postacie diabelskie, uosabiaj?ce wyst?pki i grzechy tych


836

nikczemników; uwija?y si? one mi?dzy tymi okrutnikami, zdawa?o si?, ?e radz? im, pomagaj? i podaj? co potrzeba; dalej widzia?am mnóstwo ropuch, w??ów, smoków z pazurami i jadowitego robactwa. Plugastwo to pcha?o si? ludziom do ust, wgryza?o si? w piersi, siedzia?o na plecach. Otrzyma?am obja?nienie, ?e obrzydliwe te gady przedstawia?y z?e, grzeszne my?li, lub s?owa przekle?stwa i naigrawania. Nad Jezusem widzia?am cz?sto podczas krzy?owania Anio?ów p?acz?cych, lub ?wietliste glorie, w których rozpoznawa?am ma?e twarzyczki. Takie postacie Anio?ów, uosabiaj?cych wspó?czucie i trosk?, zjawia?y si? tak?e nad Naj?w. Pann? i innymi obecnymi tu przyjació?mi Jezusa, umacniaj?c ich i pokrzepiaj?c. Przyprowadzonego Jezusa chwycili oprawcy mi?dzy siebie i zacz?li niemi?osiernie odziera? z Niego suknie. Zerwali p?aszcz, okrywaj?cy Go, zdj?li pas, na którym ci?gn?li Go na sznurach i Jego w?asny, i ?ci?gn?li ze? przez g?owi? wierzchni? sukni? bia??, we?nian?, z rozpi?ciem na piersiach, ?ci?gni?tym rzemykami. Zdj?li Mu tak?e d?ug?, w?sk? chust? z szyi, wreszcie wzi?li si? do brunatnej, nie szytej sukni, któr? utka?a Jezusowi Naj?wi?tsza Matka Jego. Zawadza?a im jednak przy tym korona cierniowa, wi?c zdarli j? Jezusowi z g?owy, rozdzieraj?c na nowo rany i ?ci?gn?li Mu sukni? przez pokrwawion?, poranion? g?ow?, kln?c przy tym i szydz?c. I oto sta? dr??cy Syn Cz?owieczy pokryty krwi?, guzami, si?cami, ranami zasch?ymi i otwartymi. Mia? na Sobie tylko krótki szkaplerz okrywaj?cy sk?po piersi i plecy tudzie? przepask? wko?o l?d?wi. Szkaplerz z grubej we?ny poprzylepia? si? do zasch?ych ran, a najbole?niej wgryz? si? w now?, g??bok? ran?, która utworzy?a si? na barkach wskutek odcisku od niesienia krzy?a; dolega?a, ona Jezusowi okropnie. — Bez lito?ci zdarli z Niego siepacze szkaplerz. Co za straszny widok! Ca?e cia?o poszarpane strasznie i nabrzmia?e. Plecy i ?opatki porozdzierane a? do ko?ci; strz?py we?ny z szkaplerza poprzylepia?y si? do brzegów ran i do zasch?ej na piersiach krwi. Wreszcie zdarli siepacze ostatek okrycia, opask? z l?d?wi; Jezus nasz najs?odszy, niewypowiedzianie udr?czony Zbawiciel, skuli? si? i pochyli?, by jako tako ukry? Sw? nago??. Z os?abienia chwia? si? na nogach i by?by lada chwila upad?, lecz siepacze posadzili Go na przywleczonym kamieniu i w?o?yli Mu na nowo koron? cierniow? na g?ow?. Nast?pnie podali Mu do picia drugie naczynie z octem i ?ó?ci?, a Jezus w milczeniu odwróci? tylko g?ow?, nie przyjmuj?c napoju. Gdy potem oprawcy chwycili Jezusa, za r?ce, by powlec Go na krzy?, da? si? s?ysze? g?o?ny, gniewny pomruk i j?k ?a?osny w?ród przyjació? Jezusa. Bole??, nurtuj?ca w nich, wybuch?a z ca?? si??. Matka Naj?wi?tsza skupi?a si? ca?a w gor?cej modlitwie; mia?a w?a?nie zamiar zdj?? Sw? zas?on? i poda? j? Jezusowi jako okrycie, gdy wtem Bóg jakby cudem wys?ucha? Jej mod?y. Mi?dzy siepaczów wpad? jaki? cz?owiek zadyszany, który przybieg? a? od bramy, przeciskaj?c si? gwa?townie przez t?um i poda? Jezusowi chust?, a Ten przyj?? j? z podzi?k? i owin?? si? ni?. Ten dobroczy?ca Zbawiciela, zes?any przez Boga na, gor?ce mod?y Naj?w. Panny, mia? w swej postaci i gwa?townym zachowaniu si? co? nakazuj?cego. Nie rozmawia? z nikim i odszed? tak pr?dko, jak przyszed?, tylko na odchodnym pogrozi? siepaczom pi??ci? i rzek? rozkazuj?co: „A?eby?cie przypadkiem nie odbierali okrycia temu biedakowi!" Cz?owiekiem tym by? Jonadab, pochodz?cy z okolicy Betlejem, syn brata ?w. Józefa, któremu ten?e po narodzeniu Chrystusa da? w zastaw pozosta?ego os?a. Jonadab nie by? zdecydowanym wyznawc? Jezusa i dzi? te? zda?a si? trzyma? od Niego, tylko nads?uchiwa? wsz?dzie, co si? dzieje z Jezusem. Ju? wtenczas, gdy us?ysza?, ?e Jezusa obna?ono przy biczowaniu, zabola? nad tym bardzo. Obecnie, gdy zbli?a?o si? ukrzy?owanie, znajdowa? si?


837

w?a?nie w ?wi?tyni i nagle zdj??a go niezwyk?a trwoga. Podczas, gdy Matka Bo?a tak gor?co modli?a si? do Boga, Jonadab, jakby jak?? nieprzepart? si?? pchany, wybieg? z ?wi?tyni i pobieg? na gór? Kalwari?. W duszy nurtowa?a mu my?l o haniebno?ci post?pku Chama, który wyszydzi? ojca swego, oszo?omionego winem; nie chcia? mu si? sta? podobnym, wi?c bieg? jak drugi Sem, okry? swego Naj?wi?tszego Odkupiciela. Dziwnym zrz?dzeniem Opatrzno?ci, ci, którzy krzy?owali Jezusa, byli w?a?nie z pokolenia Chama. Czyn Jonadaba by? spe?nieniem przeobra?enia i nie pozosta? bez nagrody. Jezus, okryty przez Jonadaba, wst?pi?, ochoczo na t?oczni? nowego wina, maj?cego by? odkupieniem ?wiata.

Jezus przybity do krzy?a

Przyprowadzony do krzy?a, usiad? Jezus na nim; oprawcy pchn?li Go gwa?townie w ty?, by si? po?o?y?, porwali Jego praw? r?k?, przymierzyli d?oni? do dziury, wywierconej w prawym ramieniu krzy?a i przykr?powali r?k? sznurami. Wtedy jeden ukl?k? na ?wi?tej piersi Jezusa, przytrzymuj?c kurcz?c? si? r?k?, drugi za? przy?o?y? do d?oni d?ugi, gruby gwó?d?, ostro spi?owany na ko?cu i zacz?? gwa?townie bi? z góry w g?ówk? gwo?dzia ?elaznym m?otkiem. S?odki, czysty, urywany j?k wydar? si? z piersi Pana. Krew trys?a doko?a, obryzguj?c r?ce katów. ?ci?gna d?oni pozrywa?y si?, a trójgraniasty gwó?d? wci?gn?? je za sob? w w?sk?, wywiercon? dziur?. Liczy?am uderzenia m?ota, ale w tym strasznym rozstrojeniu zapomnia?am, ile ich by?o. Naj?w. Panna j?cza?a cicho; Magdalena odchodzi?a prawie od zmys?ów z bole?ci. Przypominam, ?e przedtem jeszcze odmierzyli kaci na krzy?u d?ugo?? r?k i nóg Jezusa i w miejscu, gdzie mia?y by? przybite, powywiercali ?widrem dziury, by potem ?atwiej posz?o przybijanie. ?widry by?y ca?e z ?elaza, i mia?y kszta?t drukowanej litery T. Równie? m?otki wraz z trzonkami by?y ca?e z jednego kawa?ka ?elaza, podobne bardzo do drewnianych m?otków, jakich u?ywaj? stolarze przy wbijaniu d?uta. Gwo?dzie by?y tak d?ugie ?e uj?te w pi???, wystawa?y z jednej i z drugiej strony prawie na cal. G?ówka by?a okr?g?a, w obwodzie wielko?ci talara pruskiego. Gwo?dzie by?y trójkanciaste, u góry tak grube, jak ?redni wielki palec, u do?u jak ma?y palec, a na samym ko?cu ostro spi?owane. Wbity, przechodzi? gwó?d? ca?? grubo?? drzewa i wystawa?, nieco z drugiej strony. Po przybiciu prawej r?ki zabrali si? kaci do r?ki lewej, przywi?zanej ju? do ramienia krzy?a. Wtem ujrzeli, ?e r?ka prawie o dwa cale nie dosi?ga?a do dziury, na gwo?d? wywierconej. Odwi?zali, wi?c r?k? od drzewa, przywi?zali sznury do samej r?ki i opieraj?c si? nogami o krzy? ci?gn?li z ca?ej si?y, dopóki r?ka nie naci?gn??a si? do po??danego miejsca. Wtedy dopiero, st?paj?c Jezusowi po piersiach, ramionach, przykneblowali na powrót silnie r?k? do belki i wbili drugi gwó?d? w d?o? lewej r?ki. Znowu krew trys?a do ko?a i znowu rozleg? si? s?odki, dono?ny j?k Jezusa, przyg?uszany uderzeniami ci??kiego m?ota. Obie r?ce, naci?gni?te tak strasznie, wysz?y ze stawów, ?opatki wpad?y w g??b cia?a, na ?okciach wystawa?y zaokr?glenia przerwanych ko?ci. Obie r?ce wypr??y?y si? teraz, prosto, nie nakrywaj?c ju? sob? sko?nych ramion krzy?a mi?dzy ramionami krzy?a a r?kami Jezusa zostawa?a wolna przestrze?; Naj?wi?tsza, Panna odczuwa?a wraz z Jezusem straszn? t? m?k?; zblad?a jak trup, cichy j?k wydziera? si? z Jej ust. Faryzeusze, widz?c to, zacz?li szydzi? z niej i rzuca? obelgi w Jej stron?, wi?c odprowadzono Ja nieco od wa?u ku drugiej gromadce ?wi?tych niewiast. Magdalena jak szalona, z bole?ci drapa?a sobie paznokciami twarz; tote? policzki mia?a zakrwawione, a oczy Jej krwi? zasz?y. Na krzy?u, mniej wi?cej w trzeciej cz??ci wysoko?ci od do?u przybity by?


838

ogromnym gwo?dziem, wystaj?cy klocek, do którego miano przybi? nogi Jezusa, aby Zbawiciel w ten sposób wi?cej sta? ni? wisia?. Inaczej, bowiem rozdar?ybysi? r?ce, a i nóg nie mo?na by?oby przybi? bez pokruszenia ko?ci. W tym klocku wywiercona by?a dziura, a w samym pniu krzy?a wydr??one by?o miejsce na pi?ty; w ogóle kilka by?o takich wydr??e? wzd?u? krzy?a, by ukrzy?owany d?u?ej móg? wisie?; starano si? przez to zmniejszy? ci??enie ku od?owi, by nie rozdar?y si? r?ce i cia?o nie spad?o na ziemi?. Przez takie gwa?towne naci?gni?cie r?k w obie strony skurczy?o si? ca?e cia?o Naj?wi?tszego Odkupiciela, nogi pod?wign??y si? w gór?. Chwycili je kaci, na?o?yli na nie p?tlic? i poci?gn?li ku do?owi, ale ?e znaki z rozmy?lnym okrucie?stwem porobione by?o za daleko, wi?c jeszcze spory kawa?ek nie dostawa?y nogi do klocka, przybitego u do?u. Nowe kl?twy posypa?y si? z ust katów. Kilku radzi?o, wywierci? inne dziury na bocznych ramionach, bo podsuwa? klocek by?oby za wiele roboty; lecz inni rzekli z piekielnym szyderstwem: „Nie chce si? sam wyci?gn?? to Mu pomo?emy." Podwi?zali Jezusowi piersi i ramiona, by r?ce nie przedar?y si? na gwo?dziach, poczym przywi?zali powróz do prawej nogi i bez wzgl?du na to, ?e sprawiaj? Jezusowi straszn? m?czarni?, ca?a moc? doci?gn?li j? na dó? do klocka i przykr?powali tymczasem mocno sznurami. Cia?o naci?gn??o si? tak straszliwie, ?e s?ycha? by?o chrz?st ko?ci w klatce piersiowej; zdawa?o si?, ?e ?ebra p?kaj? i ?e si? rozsuwaj?, tu?ów obwis? ca?y ku do?owi. Nie mo?na sobie nawet wyobrazi?, co za straszna to m?ka by?a. W tym bólu niezno?nym j?kn?? Jezus g?o?no: „O Bo?e! O Bo?e!" W ten sam sposób naci?gn?li i lew? nog?, za?o?yli j? na praw? i znowu przy kr?powali mocno powrozami. Ale ?le im by?o wbija? gwó?d? od razu przez obie nogi, bo lewa nie mia?a pewnego oparcia, wi?c najpierw przedziurawili lew? nog? na przegubie sztyftem o p?askiej g?ówce, cie?szym, ni? gwo?dzie na r?ce; wygl?da? on jak ?widerek z szyde?kiem. Potem dopiero wzi?li okropny, olbrzymi gwó?d? i z moc? wielk? wbili go poprzez ran? lewej nogi i przez praw? nog? w otwór wywiercony w klocku, a przeze? a? w pie? krzy?a. Gwó?d? rozdziera? po drodze ?ci?gna i ?y?y, ?ama? ko?ci w nogach. Stoj?c z boku, widzia?am, jak gwó?d? przeszed? na wylot obie nogi. Przybicie nóg by?o dla Jezusa najwi?ksza m?k?, w?a?nie z powodu strasznego napr??enia cia?a. Naliczy?am 86 uderze? m?otem, przerywanych s?odkim, czystym, a dono?nym j?kiem cierpi?cego Odkupiciela. Naj?wi?tsza Panna zbli?y?a si? znowu do placu tracenia, by zobaczy? co si? dzieje. Widz?c, jak kaci szarpi? Jezusem, by przybi? Mu nogi, s?ysz?c chrz?st ?amanych ko?ci i j?k bolesny Syna Swego, blisk? prawie by?a skonania, tak odczuwa?a g??boko Jego niezmierne cierpienia; Faryzeusze, ujrzawszy j?, zbli?yli si? znowu z szyderstwem na ustach, wiec ?w. niewiasty, otoczywszy j? swymi ramionami, odprowadzi?y znowu nieco w ty?. Podczas przybijania Jezusa i pó?niej przy podnoszeniu krzy?a dawa?y si? czasami s?ysze? okrzyki lito?ci i wspó?czucia, szczególnie w?ród niewiast: „O, ?e te? ziemia nie poch?onie tych ?otrów! Zas?uguj?, by ogie? spad? z nieba i po?ar? ich!" Jedyn? odpowiedzi? na te oznaki wspó?czucia i mi?o?ci by?y docinki i szyderstwa ze strony katów. W?ród j?ków bolesnych modli? si? Jezus ustawicznie i powtarza? pojedyncze ust?py z psalmów i proroków, które przepowiedziane w Starym Zakonie, spe?nia?y si? obecnie na Nim. Tak czyni? Jezus przez ca?? Sw? gorzk? drog? krzy?ow? i na krzy?u a? do ?mierci; modli? si? i powtarza? proroctwa, spe?niaj?ce si? na Nim. S?ysza?am, je i nawet wspólnie odmawia?am z Jezusem; pó?niej, czasem gdy odmawia?am psalmy, przypomina? mi si? nieraz ten, lub ów ust?p; ale teraz tak jestem przygn?biona t? straszn? m?k? mego Boskiego Oblubie?ca, ?e nie potrafi? zebra? ich razem i powtórzy?. Widzia?am, jak podczas tych


839

strasznych. m?k pojawiali si? nad Jezusem p?acz?cy anio?owie. Zaraz z pocz?tku krzy?owania kaza? by? dowódca rzymskiej stra?y przybi? ?wiekiem na nag?ówku krzy?a napis, u?o?ony przez Pi?ata. ?li byli o to Faryzeusze, zw?aszcza ?e Rzymianie podrwiwali z tego tytu?u: „Król ?ydowski." Kazali wi?c zaraz wzi?? miar? na nowy napis i kilku z nich pojecha?o spiesznie do miasta, by jeszcze raz prosi? Pi?ata o zmian? tego napisu. Tymczasem inni oprawcy zaj?ci byli grzebaniem jamy, w któr? miano wstawi? krzy? i sz?o im to opornie, gdy? ska?a by?a twarda, i trudno by?o jam? rozszerzy?. Kilku oprawców uraczy?o si? winem korzennym, które ?wi?te niewiasty ofiarowa?y dla Jezusa. Lecz smutne by?y dla nich nast?pstwa. Oszo?omieni ca?kiem, wewn?trz uczuli niezno?ne pieczenie i r?ni?cie, przyprawiaj?ce ich prawie o szale?stwo. Zacz?li l?y? Jezusa, ?e to On zaczarowa? ich i w?ciekali si? w bezsilnej z?o?ci, ?e tak jest cierpliwym. Co chwila zbiegali z góry, kupowali mleko od stoj?cych tam z dojnymi o?licami wie?niaczek i pili je na u?mierzenie ognia wewn?trznego; ale nic nie pomaga?o. Wed?ug stanu s?o?ca by?o kwadrans na pierwsz?, gdy krzy?owano Jezusa. Równocze?nie z podniesieniem krzy?a da? si? s?ysze? ze ?wi?tyni g?os b?bna na znak, ?e zabito baranka wielkanocnego.

Podniesienie i ustawienie krzy?a

Po przybiciu Pana naszego i Zbawiciela przesun?li kaci górn? cz??? krzy?a, na powrozach przywi?zanych do kó?ek z ty?u, na miejsce nieco podwy?szone, przerzucili powrozy na drug? stron? ?rodkowego pagórka, za?o?yli na stoj?cy tam kozio? i tak zacz?li ci?gn?? krzy? do góry. Inni tymczasem kierowali hakami pie? krzy?a, by koniec jego wszed? prosto do wykopanej jamy. Wznosili krzy? ostro?nie tak d?ugo, a? przybra? prawie pionowe po?o?enie i wreszcie ca?ym ci??arem wsun?? si? w jam? z tak? si??, ?e zadrga? od góry do do?u. J?k bolesny wydar? si? z piersi Jezusa. Cia?o rozpi?te ci??y?o ku do?owi, rany porozci?ga?y si?, krew zacz??a sp?ywa? obficiej, ko?ci wywichni?te ze stawów uderza?y z chrz?stem o siebie. Kaci potrz?sali jeszcze krzy?em, by ustawi? go mocno, poczym, by podeprze? pie?, wbili wko?o jamy pi?? klinów, jeden z przodu, jeden z prawej, jeden z lewej strony i dwa z ty?u, gdzie krzy? by? nieco okr?g?awy. Groza dziwna, a zarazem wzruszenie przejmowa?o na widok tego krzy?a, wznosz?cego si? chwiejnie a majestatycznie w?ród wrzasku szyderczego katów, Faryzeuszów i mot?ochu stoj?cego dalej, który teraz dopiero móg? ujrze? Jezusa. W?ród wrzawy mo?na by?o rozró?ni? tak?e g?osy bogobojne, ?a?osne. Najczystsze g?osy ziemi, g?os najsmutniejszej Matki Jezusa, ?w. niewiast, najmilszego Aposto?a i wszystkich ludzi czystego serca wita?y wzruszaj?cym, ?a?osnym okrzykiem odwieczne S?owo wcielone, wywy?szone na krzy?u. R?ce kochaj?cych Go wyci?ga?y si? z ?wi?t? trwog? ku Niemu, jak gdyby chcia?y spieszy? Mu z pomoc?. A Naj?wi?tszy z ?wi?tych, Oblubieniec dusz wszystkich ?ywcem na krzy? przybity, wznosi? si? w gór?, trzymany przez zatwardzia?ych, szalej?cych grzeszników. Gdy krzy? z ?oskotem rozg?o?nym zosta? wsuni?ty w jam? i stan?? prosto, nasta?a chwilowa cisza g??boka. Wszystkich zdawa?o si? ogarnia? nowe jakie? nieznane uczucie. Piek?o ca?e ze strachem odczu?o to uderzenie osuwaj?cego si? krzy?a i jeszcze raz rzuci?o si? na Jezusa przez swe narz?dzia, tj. katów, przekle?stwami i naigrywaniem; za to biednej dusze w otch?ani ogarn??o trwo?ne a radosne oczekiwanie; nads?uchiwa?y tego odg?osu z t?skn? nadziej?, by? on dla nich pukaniem zbli?aj?cego si? zwyci?zcy do bram odkupienia. Po raz pierwszy stan?? ?wi?ty krzy? w ?rodku ziemi, jak drugie


840

drzewo ?ycia w raju, a? czterech rozdartych ran Jezusa sp?ywa?y na ziemi? cztery ?wi?te strugi, by zmy? rzucon? na ni? kl?tw? i u?y?ni? j? Jezusowi, nowemu Adamowi, jako nowy raj. W ciszy ogólnej, jaka zaleg?a po ustawieniu krzy?a, da? si? nagle s?ysze? od ?wi?tyni g?os tr?b i puzonów. G?osz?c z uroczysto?ci? i niejako z przeczuciem, ?e rozpocz??o si? zabijanie baranka wielkanocnego, przedobra?enia, przerywa? ten d?wi?k okrzyki zmieszane, szydercze i bolesne, wznoszone tu wobec prawdziwego na rze? oddanego Baranka Bo?ego. Niejedno zatwardzia?e serce skruszy?o si?, wspomniawszy teraz s?owa Jana Chrzciciela: "Oto Baranek Bo?y wzi?? na si? grzechy ?wiata." Podstawa, na której sta? krzy?, wysok? by?a nieco nad dwie stopy, a wiod?a tam sko?na ?cie?ynka. Gdy podnó?e krzy?a sta?o nad jam?, by?y nogi Jezusa na wysoko?? doros?ego cz?owieka od ziemi; teraz, po wpuszczeniu krzy?a do jamy, mogli wyznawcy Jego wygodnie obejmowa? i ca?owa? ?wi?te Jego nogi. Wisz?c na krzy?u, zwrócony by? Jezus twarz? ku pó?nocnemu zachodowi.

Ukrzy?owanie ?otrów

Podczas krzy?owania Jezusa le?eli wci?? ?otrzy na drodze wiod?cej wschodnim stokiem Kalwarii, przywi?zani za kark do poprzecznych drzewców; osobna stra? pilnowa?a ich. M?odszy z nich nie by? taki z?y; starszy za to, tak zwany lewy ?otr, wielkim by? zbrodniarzem, on to przyprowadzi? swego towarzysza do z?ego i we wszystkim mu przodowa?. Zwie si? ich zwykle Dyzmas i Gezmas; zapomnia?am w?a?ciwych ich imion, wi?c te? zwa? b?d? dobrego Dyzmas, a z?ego Gezmas. Obu pojmano swego czasu jako podejrzanych o zamordowanie pewnej ?ydówki, podró?uj?cej z dzie?mi z Jerozolimy do Joppe. Przychwycono ich na zamku w tej okolicy zajmowanym czasem przez Pi?ata podczas ?wicze? wojskowych, gdzie zatrzymali si? w przeje?dzie jako w?drowni bogaci kupcy. Po d?ugiem ?ledztwie wykazano im wreszcie ich win? i ska?ano na ?mier?. Bli?sze szczegó?y wysz?y mi z pami?ci. Obaj nale?eli do owej bandy zbójeckiej, która jeszcze przed 30 laty grasowa?a na granicy egipskiej, a u której znalaz?a go?cinno?? i nocleg Naj?w. Rodzina, uciekaj?c z Dzieci?tkiem Jezus do Egiptu. Dyzmas, wtenczas ma?y jeszcze, by? tr?dowaty; matka jego za porad? Maryi obmy?a go w wodzie, w której k?pa? si? Jezus, i w jednej chwili zeszed? ze? tr?d. Przeobra?aj?ce to oczyszczenie by?o nagrod? za mi?osierne przyj?cie Naj?w. Rodziny i opiek?, jak? otoczy?a ?w. Rodzin? matka Dyzmy przeciw innym cz?onkom bandy; teraz przed obra?enie to spe?nia?o si? przy ukrzy?owaniu, bo Jezus mia? oczy?ci? dusz? Dyzmasa Sw? krwi?, Dyzmas nie by? tak z?y, raczej zaniedbany. Nie zna? Jezusa, ale wzruszy?a go cierpliwo?? niebia?ska, z jak? Zbawiciel znosi? m?czarnie. Teraz, le??c tu w oczekiwaniu ?mierci, g?ównie o Jezusie rozmawia? z Gezm?. "Strasznie nieludzko - mówi? -obchodz? si? ci ludzie z Galilejczykiem; wida?, ?e wprowadzaniem Swego nowego prawa wi?cej zawini?, ni? my swymi czynami. Ale b?d? ca b?d? cierpliwo?? u Niego niezwyk?a i wida?, ?e ma moc nad wszystkimi lud?mi." - "Jak? tam mo?e mie? moc? - odrzek? pogardliwie Gezmas. - Je?liby rzeczywi?cie tak by? pot??ny, jak mówi?, to móg?by przecie? pomóc nam wszystkim." - Rozmow? przerwali im oprawcy, którzy przybiegli, gdy krzy? ju? podnoszono, wo?aj?c: "Teraz na was kolej!" Odwi?zali im ramiona ich krzy?ów, przy kr?powane dotychczas do r?k i pognali ich spiesznie na plac egzekucji; ju? bowiem niebo zacz??o pos?pnie? i niepokój jaki? objawia? si? w ca?ej naturze, jak gdyby zbli?a?a si? nawa?nica. Przyprowadziwszy ?otrów pod krzy?e, dano im si? napi? octu z mirr? i ?ci?gni?to


841

z nich kaftany. Kaci wyle?li po drabinach na krzy?e, wbili poprzeczne ramiona w porobione na samej górze naci?cia i poprzybijali je gwo?dziami. Na dwóch drabinach, przestawionych z obu boków ka?dego krzy?a, stan??o po dwóch katów; ?otrów podwi?zano sznurami pod r?ce, przerzucono sznury przez ramiona krzy?a i zacz?to ich ci?gn?? w gór?, nie szcz?dz?c im razów, oni za? wspieraj?c si? nogami na ko?kach, powbijanych w pie? krzy?a, drapali si? do góry. Postronki z kr?conego ?yka by?y ju? w pogotowiu, przytwierdzone w kilku, miejscach do krzy?a. Wykr?cono im silnie r?ce w ty? poza ramiona krzy?a; wtedy kaci w dwóch miejscach, w przegubie r?ki i w ?okciu za?o?yli postronki, a zapchawszy w p?tlice kawa?ki kija, zacz?li obraca? tak silnie, ?e a? krew trys?a z przetartego cia?a i ko?ci zacz??y trzeszcze?. W ten sam sposób przykr?powali im nogi w kostce i nad kolanami, ?otrzy ryczeli strasznie z bólu podczas tej czynno?ci. Dyzmas, przedtem jeszcze, wy?a??c na krzy?, rzek? do katów: "Gdyby?cie byli nas tak m?czyli, jak tego biednego Galilejczyka, to ju? by nie potrzeba by?o ci?gn?? nas teraz na krzy?."

Losowanie sukni Jezusa

Na miejscu, gdzie dotychczas le?eli ?otrzy, posk?adali tymczasem kaci suknie Jezusa, by wylosowa? je mi?dzy siebie. Fa?dzisty p?aszcz w??szy by? u góry, ni? u do?u, a na piersiach wszyta by?a materia podwójnie, tworz?c niejako kieszenie; kaci podarli go w pasy pod?u?ne i podzielili mi?dzy siebie. Tak samo zrobili z d?ug?, bia?? sukni? z otworem na piersiach, spi?tym rzemykami. Dalej podzielili mi?dzy siebie szal, pas, szkaplerz i opask?, przesi?kni?te obficie Krwi? Pana. Dopiero nad br?zow? sukni?, tkan? z jednego kawa?ka, wszcz??a si? mi?dzy nimi sprzeczka. Podarta na pasy nie przyda?aby si? im na nic, postanowili wi?c ostatecznie losem rozstrzygn??, do kogo ma nale?e?. U?yli do tego deszczu?ki, zapisanej liczbami i znaczonych kamyków kszta?tu grochu ogrodowego; kamyczkami rzuca?o si? na deseczk?, ale od czego zale?a?o rozstrzygni?cie, nie wiem. Wtem nadbieg? pos?aniec od ludzi, zamówionych umy?lnie przez Nikodema i Józefa z Arymatei, i zawo?a?: "S? tam kupcy na dole, którzy ch?tnie nab?d? suknie Jezusa." Pozbierali wi?c oprawcy wszystkie suknie, zbiegli na dó? i sprzedali je. Tak pozosta?y te ?wi?te relikwie w r?kach chrze?cijan.

Jezus na krzy?u po?ród dwóch ?otrów

Wstrz?saj?ce uderzenie, spowodowane spuszczeniem krzy?a w jam?, by?o przyczyn? nowego obfitego up?ywu krwi z podziurawionej cierniami g?owy Jezusa, jak równie? z naj?wi?tszych r?k i nóg przebitych. Utwierdziwszy mocno krzy?, wle?li oprawcy po drabinach i zdj?li powrozy, którymi przykr?powano naj?wi?tsze Cia?o, by przy stawianiu krzy?a nie rozdar?o si? na gwo?dziach i nie spad?o na ziemi?. Obieg krwi, upo?ledzony i zmieniony le?eniem i skr?powaniem, zacz?? teraz odbywa? si? tym ?ywiej, co przyczyni?o prawie w dwójnasób m?czarni Jezusowi. Oko?o siedmiu minut wisia? tak Jezus w milczeniu, jakby martwy, pogr??ony w bezdenno?ci m?k niesko?czonych. W ko?o zapanowa?a tak?e chwilowa cisza. Pod ci??arem korony cierniowej opad?a naj?wi?tsza g?owa na piersi; krew, s?cz?ca si? z mnóstwa ran, nap?ywa?a do jam ocznych, oblewa?a w?osy, brod? i spragnione otwarte usta. Szeroka korona cierniowa przeszkadza?a Jezusowi podnie?? twarz naj?wi?tsz?, bez nara?enia si? na nowy, straszny ból. Pier? wyd?ta by?a gwa?townie i napr??ona, pachy nasi?kni?te strasznie, zapad?e, ?okcie


842

i piszczele u r?k jak powyrywane ze stawów. Pod wzd?t? piersi? wida? by?o g??bok? jam?; to brzuch tak zapad? si? i naci?gn??, nikn?c prawie. Jak r?ce, tak samo nogi i uda naci?gni?te by?y straszliwie, ?e ko?ci prawie si? rozchodzi?y. Mi??nie i poraniona skóra tak bole?nie by?y naci?gni?te, ?e mo?na by?o wszystkie ko?ci policzy?. Krew s?czy?a z pod pot??nego gwo?dzia, przykuwaj?cego naj?wi?tsze nogi, i sp?ywa?a po krzy?u na ziemi?. Ca?e cia?o pokryte by?o ranami, czerwonymi pr?gami, guzami siniakami, plamami brunatnymi, ?ó?tymi i sinymi, miejscami skóra by?a zdarta i prze?wieca?o ?ywe, krwawe cia?o. Zasch?e rany otwar?y si? na nowo wskutek gwa?townego napr??enia i krwawi?y obficie. Krew, z pocz?tku ?ywej rubinowej barwy, stawa?a si? powoli coraz bledsz? i wodnistsz?, cia?o biela?o coraz bardziej, stawa?o si? podobne do mi?sa, z którego krew wysz?a. Mimo jednak tak ohydnego sponiewierania, niewypowiedzianie szlachetnym i wzruszaj?cym by? widok tego Naj?w. Cia?a naszego Pana na krzy?u; co wi?cej, Syn Bo?y, odwieczna Mi?o??, ofiaruj?ca si? w czasie, by? pi?knym, czystym i ?wi?tym, nawet w tym pogruchotanym ciele Baranka wielkanocnego, obci??onego grzechami wszystkich ludzi. Ale, jaka zmiana w wejrzeniu Jezusa teraz a dawniej! Podobnie jak Matka Bo?a, mia? Jezus z natury cer? delikatn?, ?ó?taw?, ze z?ocistym odcieniem, przez któr? przebija?y si? rumie?ce. Skutkiem nat??aj?cych podró?y w ostatnich latach, pociemnia?a troch? skóra pod oczami i na chrz?stkach nosowych. Pier? mia? Jezus szerok?, wypuk??, nie zaros??, podczas gdy np. pier? Jana Chrzciciela poros?a by?a g?stym, ?ó?tawym w?osem, jakby runem. Barki mia? Jezus szerokie, silne mi??nie na ramionach, takie? silnie zarysowane mi??nie na udach, kolana silne, zahartowane, jak u cz?owieka, który wiele podró?owa? i cz?sto si? modli? na kl?czkach. Nogi mia? d?ugie, ?ydki muskularne od ci?g?ego podró?owania i spinania si? na góry, stopy nader kszta?tne, ?ylaste, skóra na podeszwach by?a mocno stwardnia?a od ci?g?ego chodzenia boso po niezbyt dogodnych drogach. R?ce by?y pi?kne o d?ugich, kszta?tnych palcach, nie wypieszczone, ale te? i nie spracowane ci??k?, r?czn? prac?. Szyja niezbyt krótka, silna, muskularna, g?owa proporcjonalna, nie za wielka. Czo?o by?o swobodne, wysokie, oblicze o pi?knym, delikatnym owalu. W?osy nie zanadto g?ste, barwy czerwonawo brunatnej, g?adko u?o?one, opada?y na grzbiet. Broda ?redniej d?ugo?ci, przystrzy?ona ko?czasto, w ?rodku by?a rozdzielona. A teraz? Jaka odmiana! W?osy przewa?nie powydzierane, a resztki pozlepiane krwi?. Na ca?ym ciele rana na ranie. Piersi wyd?te, jakby po?amane, pod piersiami tu?ów wpad?y g??boko. Przez rozdart? skór? wyzieraj? niekiedy ?ebra, a nad wystaj?cymi ko??mi miednicowymi cia?o wyci?gni?te tak, ?e cie?sze jest prawie od krzy?a. Krzy? sam by? z ty?u nieco okr?g?awy, z przodu p?aski; rami? pod?u?ne by?o prawie tak szerokie, jak grube, w odpowiednich miejscach by?y wydr??enia. Pojedyncze cz??ci krzy?a by?y z ró?norakiego drzewa, cz??ci? ?ó?tawego. Pie? sam by? ciemniejszy od d?ugiego le?enia w wodzie. Krzy?e ?otrów by?y wi?cej ordynarne; sta?y na krajach pagórka po prawej i lewej stronie, ni?ej ni? krzy? Jezusa, w takim oddaleniu od niego, ?e ?rodkiem mo?na by?o przejecha? na koniu; zwrócone by?y nieco ku sobie. Z ?otrów jeden modli? si?, drugi szydzi? z Jezusa. Strasznie by?o patrze? na nich, szczególnie na Gezmasa, oszo?omionego napojem i jeszcze teraz objawiaj?cego sw? z?o??. Wisieli powykr?cani, cz?onki ich by?y nabrzmia?e, pokrajane sznurami, ko?ci po?amane. Oblicza ich by?y sino brunatne. Wargi sczernia?e od napoju i nap?ywaj?cej krwi, oczy zaczerwienione, wysadzone na wierzch, obrz?k?e. Ryczeli z bólu, spowodowanego niemi?osiernym skr?powaniem.


843

Gezmas z rozpaczy kl?? i blu?ni?. Gwo?dzie, którymi przybite by?y ramiona poprzeczne, zawadza?y im z ty?u i nie pozwala?y podnie?? g?owy; drgali i wili si? z bole?ci. Mimo, ?e nogi by?y tak silnie przykr?powane, jednak jeden z nich zdo?a? wykr?ci? jedn? nog? o tyle z wi?zów, ?e kolano wystawa?o naprzód.

Naigrywanie si? z Jezusa. Pierwsze s?owo

Ukrzy?owawszy ?otrów i rozdzieliwszy suknie Pana, pozbierali oprawcy narz?dzia, a obrzuciwszy Jezusa gradem obelg, odeszli. To? samo Faryzeusze, podjechawszy w ko?o naprzeciw Jezusa, szydzili ze? chwil? i l?yli Go, poczym odjechali do domu. Tymczasem nadesz?o 50 rzymskich ?o?nierzy, by zmieni? sotni?, dotychczas trzymaj?c? stra? ko?o krzy?a; zmienieni ?o?nierze zacz?li zbiera? si? do odej?cia. Dowódca nowego oddzia?u, z pochodzenia Arab, zwa? si? Abenadar, a pó?niej otrzyma? na chrzcie imi? Ktesifon; dziesi?tnik zwa? si? Kassius, a na chrzcie otrzyma? imi? Longinus; by? on przybocznym go?cem Pi?ata. Wreszcie przyjecha?o na nowo, na miejsce tych, co odjechali, dwunastu Faryzeuszów, dwunastu Saduceuszów, tylu? uczonych zakonnych i kilku starszych, mi?dzy nimi i ci, którzy pojechali byli prosi? jeszcze raz Pi?ata o zmienienie napisu na krzy?. Pi?at nie dopu?ci? ich nawet przed siebie, wi?c z tym wi?kszym rozgoryczeniem wrócili na Kalwari?. Objechali w ko?o plac, odp?dziwszy po drodze Naj?w. Pann?, któr? przezywali rozpasan? niewiast?; Jan odprowadzi? J? do ?wi?tych niewiast, stoj?cych z ty?u, tu przyj??y J? w swe obj?cia Magdalena i Marta. ?ydzi tymczasem, podjechawszy naprzeciw Jezusa, natrz?sali si? z Niego pogardliwie, wo?aj?c: "Ha?ba ci, k?amco! Tak?e to burzysz ?wi?tyni? i odbudowujesz j? w trzech dniach?" "Innym chcia? zawsze pomaga?, a teraz Sobie nie mo?e pomóc! - Je?li? Ty Syn Bo?y, to zst?p z krzy?a!" - "Je?li jest Królem izraelskim, niech zst?pi z krzy?a, a uwierzymy Mu." -"Zaufa? Bogu; niech Bóg Mu teraz dopomo?e." ?o?nierze tak?e natrz?sali si? z Niego, mówi?c: "Je?li jeste? Królem ?ydowskim, to pomó? Sobie!" Odkupiciel wisia?, milcz?c, pogr??ony w ogromie strasznych cierpie?, a wtem zawo?a? szyderczo z?y ?otr: "Jego diabe? odst?pi? Go ju?." Jeden z ?o?nierzy zatkn?? g?bk?, umaczan? w occie, na ?erd? i przy?o?y? j? do ust Jezusowi. Zdawa?o mi si?, ?e troch? zwil?y? Jezus octem usta. A otaczaj?cy naigrywali si? wci??; znowu zawo?a? jeden z ?o?nierzy: "Pomó? sobie sam, je?li jeste? Królem ?ydowskim!" Wtem Jezus podniós? nieco g?ow? do góry i rzek?: "Ojcze! Odpu?? im, bo nie wiedz?, co czyni?;" poczym modli? si? dalej po cichu. Szyderstwa nie ustawa?y, a Gezmas znowu zawo?a? na Jezusa: "Je?li jeste? Chrystusem, pomó? Sobie i nam!" Dyzmas natomiast g??boko by? wzruszony, s?ysz?c, ?e Jezus modli? si? za Swoich nieprzyjació? i prze?ladowców. W?a?nie wtenczas Maryja, s?ysz?c g?os Syna swego, nie da?a si? d?u?ej powstrzyma? i ?mia?o przybli?y?a si? do krzy?a. Za ni? post?powali Jan, Salome i Maria Kleofy; dowódca nie broni? im przyst?pu. Dyzmas, o?wiecony na duchu modlitw? Jezusa, ujrzawszy Naj?w. Pann?, pozna? naraz, ?e ta niewiasta i Jej Syn, wisz?cy na krzy?u, byli niegdy? jego dobroczy?cami, ?e za ich przyczyn? jako dziecko odzyska? zdrowie. Co? go natchn??o, a skupiwszy swe si?y, zawo?a? g?o?no, dono?nie: "Jak to, czy to mo?liwe? Wy blu?nicie Mu, a On modli si? za was. Milcza? i cierpia? wci?? i modli si? za was, a wy Mu blu?nicie! Opami?tajcie si?! To - Prorok! To - nasz Król! To - Syn Bo?y!" Niespodziewane to skarcenie z ust n?dznego, ukrzy?owanego zbrodniarza, wywo?a?o zamieszanie i oburzenie w?ród zebranego t?umu. Zacz?to szuka? kamieni, by go ukamienowa? na krzy?u. Lecz Abenadar powsta? przeciw


844

temu, kaza? rozp?dzi? zacietrzewionych i przywróci? wnet porz?dek. I Naj?w. Panna uczu?a wielkie wzruszenie pod wp?ywem modlitwy Jezusa. Dyzmas za? tak ju? by? skruszony, ?e gdy Gezmas rzek? znowu do Jezusa, by pomóg? Sobie i im, je?li jest Chrystusem, zgromi? go za to surowo, mówi?c: "I ty nie boisz si? kary Bo?ej, cho? ju? wisisz na krzy?u jako i On. My obaj s?usznie cierpimy t? m?k?, jako zap?at? za nasze czyny; ale Ten oto nic z?ego nie uczyni?. Ot zastanów si? nad t? chwil?, wejrzyj w sw? dusz? i popraw si?!" Skruszony ju? zupe?nie, wyzna? Dyzmas Jezusowi sw? win? i rzek? wreszcie z pokor?: "Panie, je?li mnie pot?pisz, s?uszny to b?dzie wyrok; ale je?li mo?na, zmi?uj si? Panie nade mn?!"- Doznasz mi?osierdzia Mojego" - odrzek? mu Jezus. Zaraz te? otrzyma? Dyzmas ?ask? prawdziwej g??bokiej skruchy i tak pozostawa? przez kwadrans w kornym rozpami?tywaniu swoich grzechów Opowiedziane tu sceny mia?y miejsce mi?dzy dwunast? a pó? do pierwszej wed?ug s?o?ca, w kilka minut po podniesieniu i ustawieniu krzy?a. Wnet potem zasz?a wielka zmiana w sercach wi?kszej cz??ci widzów. W?a?nie bowiem, gdy skruszony Dyzmas mówi? powy?sze s?owa, zasz?o w naturze dziwne niezwyk?e zjawisko, nape?niaj?c trwog? serca ludzkie.

Za?mienie s?o?ca. Drugie i trzecie s?owo Jezusa

Wspomnia?am ju?, ?e do og?oszenia wyroku, tj. do dziewi?tej godziny, pada? od czasu do czasu grad. Nast?pnie a? do dwunastej by?a pogoda i s?o?ce ?wieci?o, dopiero po dwunastej pokry?o si? s?o?ce mglistym, czerwonawym ob?okiem. Wtem o pó? do pierwszej wed?ug s?o?ca, za? oko?o szóstej godziny wed?ug rachuby ?ydowskiej, która ró?ni si? od naszej s?onecznej, nast?pi?o dziwne, niezwyk?e za?mienie s?o?ca. Zda?o mi si?, jakoby pokrzy?owa?y si? drogi gwiazd i planet. Po drugiej stronie firmamentu ujrza?am ksi??yc; bieg? szybko po stropie niebieskim, jak ognisty meteor i wyp?yn?? z poza Góry oliwnej pe?ny i blady, szybko posuwaj?c si? z ukosa od wschodu ku zamglonemu s?o?cu. Przed s?o?cem od strony wschodniej rozci?gn??a si? jakoby ciemna ?awica, która wnet olbrzymia?a jak góra i zakry?a sob? ca?e s?o?ce. ?rodek tego ob?oku by? p?owy, kraw?dzie ja?nia?y czerwonawym blaskiem, otaczaj?c go jak krwawy pier?cie?. Ciemno?? zaleg?a strop nieba, a na tym ciemnym tle zab?ys?y gwiazdy krwawym blaskiem. Strach wielki pad? na ludzi i zwierz?ta. Byd?o z rykiem ucieka?o z pola, ptactwo chroni?o si? do kryjówek. Stada ptasz?t osiada?y na wzgórzach w ko?o Kalwarii, daj?c si? prawie r?koma chwyta?. Umilkli szydercy, naigrywaj?cy si? z Jezusa, Faryzeusze starali si? wprawdzie wyt?umaczy? zjawisko w sposób naturalny, ale nie bardzo im si? to udawa?o; i ich pocz??a ogarnia? trwoga i mimo woli spojrzenia wszystkie kierowa?y si? w gór?. W trwodze niejeden bi? si? w piersi i ?ama? r?ce, wo?aj?c: "Krew Jego niech spadnie na Jego morderców!" Inni znów, bli?ej i dalej stoj?cy, padali na kolana i kornie prosili Jezusa o przebaczenie. A On, cierpi?cy sam niesko?czenie, zwraca? mi?osiernie wzrok Swój ku nim. Ciemno?ci coraz si? powi?ksza?y. Wszyscy, zaniepokojeni zjawiskiem, w gór? tylko spogl?dali, zapominaj?c o krzy?u, przy którym sta?a tylko Matka Jezusa i najbli?si przyjaciele. Wtem Dyzmas, skruch? prawdziw? przej?ty, rzek? z pokor? i nadziej? w sercu: "Pozwól mi dosta? si? na miejsce, gdzie b?dziesz mnie móg? wybawi?! Wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do królestwa Twego!" A Jezus odrzek?! "Zaprawd?, powiadam ci, dzi? b?dziesz ze Mn? w Raju!" Matka Bo?a, Magdalena, Maria Kleofy, Maria Magdalena i Jan stali w ko?o krzy?a mi?dzy krzy?em Jezusa a krzy?ami ?otrów. Naj?w. Panna, poddaj?c si? przede


845

wszystkim mi?o?ci macierzy?skiej, ca?ym sercem modli?a si? gor?co, by Jezus da? jej umrze? wraz z Sob?, Wtem Jezus spojrza? na Sw? ukochan? Matk? mi?osiernie, i z powag?; wielk?, wskazuj?c jej oczami Jana, rzek?: "Niewiasto, oto syn twój! Prawdziwej on b?dzie Twoim synem, ni? gdyby? go by?a porodzi?a." Pochwali? przy tym Jezus Jana, ?e zawsze wierzy? szczerze, nie podejrzewa? nic i nigdy si? nie gorszy?, tylko raz wtedy, gdy matka jego chcia?a go mie? podwy?szonym. Nast?pnie rzek? znowu do Jana: "Patrz! Oto matka twoja!" I zaraz, pod krzy?em konaj?cego Odkupiciela u?cisn?? Jan ze czci?, jak syn pobo?ny, Matk? Jezusa, która sta?a si? obecnie tak?e jego matk?. Maryja z powag? wielk? i now? bole?ci? przyj??a to uroczyste rozporz?dzenie konaj?cego Syna. Ze wzruszenia os?ab?a tak dalece, ?e ?w. niewiasty wzi??y J? w swe obj?cia i posadzi?y na chwil?, naprzeciw krzy?a na wale otaczaj?cym plac, a nast?pnie odprowadzi?y Ja z placu do innych niewiast, stoj?cych dalej. Nie wiem, czy Jezus s?owa te wypowiedzia? ustami, czy tylko w duchu, ale czu?am to wyra?nie, ?e Jezus przed ?mierci? oddawa? Sw? Naj?w. Matk? Janowi za matk?, a jego Jej za syna. Nieraz w takich rozpami?tywaniach i widzeniach wiele cz?owiek odczuwa, co nie jest napisane, i tylko ma?? cz?stk? z tego mo?na s?owami zwyk?ymi opowiedzie?. Co w widzeniu jest jasnym i zdaje si? samo przez si? zrozumia?ym, tego nie mo?na potem nale?ycie i jasno odda? s?owami. Tak np. nie dziwi?am si? wcale, ?e Jezus, przemawiaj?c do Naj?w. Panny, nie nazwa? J? "matk?", lecz "niewiast?", gdy? czu?am zarazem t? Jej godno?? wysok? jako niewiasty, która mia?a zetrze? g?ow? w??a, a co w?a?nie spe?nia?o si? w tej godzinie przez ?mier? zbawcz? Syna cz?owieczego, jej Syna. Nie dziwi?am si?, ?e tej, któr? anio? pozdrowi? jako pe?n? ?aski, oddaje Jezus Jana za syna, bo wiedzia?am, ?e w?a?nie jego imi? jest imieniem ?aski. Imi? ka?dej widzianej osoby odpowiada?o wewn?trznej jej istocie i warto?ci; i Jan by? te? rzeczywi?cie dzieci?ciem Bo?ym, a Chrystus mieszka? w nim. Czu?am, ?e powy?szymi s?owy da? Jezus Maryj? za matk? wszystkim ludziom, którzy przyjmuj?c Go jak Jan w swe serce, wierz?c w Jego imi?, staj? si? dzie?mi Bo?ymi, którzy poczynaj? si? nie z krwi, ani z ??dzy cielesnej, ani z woli m??a, ale z Boga. Poznawa?am, ?e ta Naj?wi?tsza, najpokorniejsza, najpos?uszniejsza, która, mówi?c do anio?a: "Oto ja s?u?ebnica Pana mojego, niech mi si? stanie wed?ug s?owu twego!" sta?a si? matk? wiecznego S?owa wcielonego, - teraz s?ysz?c z ust swego Syna konaj?cego, ?e ma by? matk? po duchu drugiemu synowi, rzek?a znowu w sercu swoim z kornym poddaniem si?: "Oto ja s?u?ebnica Pana mojego, niech mi si? stanie wed?ug s?owa Twego!" Aktem tym uzna?a za swe dzieci wszystkie syny Bo?e, wszystkich braci Jezusa. Wszystko to wydaje si? w widzeniu zupe?nie pojedynczym, koniecznym, bo odczuwa si? to ?ask? Bo??, ale przy opowiadaniu widzi si? dopiero, jak trudno odda? wszystko s?owami. W Jerozolimie panowa?a ogólna trwoga i os?upienie. Ciemno?? g?sta, mglista, zalega?a ulice miasta. Ludzie kryli si? w zak?tkach ulic, zakrywali g?owy i bili si? ze skruch? w piersi. Zwierz?ta domowe rycza?y trwo?nie i kry?y si? wedle mo?no?ci; ptactwo lata?o na o?lep, lub opada?o na ziemi?. Pi?at, zaniepokojony, wybra? si? do Heroda; z tego samego tarasu, z którego rano przygl?da? si? Herod naigrywaniu si? ?o?daków z Jezusa, spogl?dali teraz obaj w niebo z niepokojem w sercu. Przekonani byli obaj, ?e nie jest to naturalne zjawisko, i ?e ma ono zwi?zek jaki? z haniebnym um?czeniem Jezusa. Zabrawszy ze sob? Heroda, wraca? Pi?at przez forum do swego pa?acu. Chocia? otoczeni stra??, szli szybko w wielkiej trwodze; przechodz?c, ba? si? Pi?at nawet spojrze? na trybun? Gabbata, z której wyg?osi? wyrok na Jezusa. Na forum pusto by?o, bo ludzie pouciekali do domów; nieliczni tylko przechodnie biegli z po?piechem, wywodz?c ?ale. Na publicznych placach zbiera?y si? gromadki


846

mieszka?ców niepewnych, wystraszonych. Przybywszy do pa?acu, kaza? Pi?at zwo?a? starszych ?ydowskich i zapyta? ich: "Co znacz? te ciemno?ci? Znak to jaki? gro?by Bo?ej. Zapewne Bóg wasz gniewa si?, ?e z taka natarczywo?ci? ??dali?cie ?mierci Galilejczyka, który, jak si? zdaje, jest rzeczywi?cie waszym prorokiem i królem. Dobrze, ?e ja umy?em od tego r?ce." Tak stara? si? Pi?at uspokoi? swe w?asne sumienie. ?ydzi jednak, w zatwardzia?o?ci swej i za?lepieniu, starali si? wyt?umaczy? mu, ?e to jest zwyk?e zjawisko natury, nie maj?ce nic wspólnego ze ?mierci? Jezusa. Nie wszyscy byli jednak?e tak za?lepieni; wielu mieszka?ców nawróci?o si? na widok tego cudu na niebie; do tych nale?eli tak?e wszyscy ci ?o?nierze, którzy wczoraj przy pojmaniu Jezusa upadli na ziemi? na s?owo Jego: "Jam jest!" Wnet zebra? si? przed pa?acem Pi?ata t?um ludzi. Ci sami, którzy dopiero rano krzyczeli: "Precz z Nim! Ukrzy?uj Go!" - teraz biegli przed pa?ac z wo?aniem: "Niesprawiedliwy s?dzio! - krew Jego niech spadnie na Jego morderców!" - Zaniepokojony Pi?at kaza? otoczy? pa?ac stra??, by zabezpieczy? si? przed t?umem. Ów Zadoch, który rano, gdy prowadzono Jezusa do domu s?dowego, publicznie da? ?wiadectwo Jego niewinno?ci, teraz tak?e wykrzykiwa? najwi?cej przeciw Pi?atowi i takie ha?asy wyprawia?, ?e o ma?o nie kaza? go Pi?at pojma?. Dla usprawiedliwienia si? przed innymi i przed samym sob?, robi? teraz Pi?at wyrzuty ?ydom za ich obej?cie si? z Jezusem! - "Ja - mówi? - nie jestem za to odpowiedzialny. To nie by? mój, tylko wasz Król, Prorok i ?wi?ty; wy?cie Go na ?mier? zawiedli. Mnie to nic nie obchodzi, wy sami ??dali?cie Jego ?mierci." Najwi?ksza trwoga panowa?a mi?dzy zebranymi w ?wi?tyni. W?a?nie rozpocz?to zabijanie baranka wielkanocnego, gdy nagle ciemno?? zapad?a. Pop?och wszcz?? si? ogólny, tu i ówdzie da?y si? s?ysze? trwo?ne, ?a?osne krzyki. Arcykap?ani usi?owali wszelkimi sposobami przywróci? spokój i porz?dek; chocia? to dzie? by?, kazali pozapala? wszystkie lampy, ale mimo to zamieszanie wzrasta?o ci?gle. Annasz, pe?en dusznej trwogi, kry? si? po k?tach ze strachu. Cho? burzy ?adnej nie by?o, chwia?y si? okiennice, dr?a?y kraty okien, a ciemno?ci wzmaga?y si? ci?gle. Na przedmie?ciu pó?nocno zachodnim, gdzie w pobli?u murów by?y ogrody i cmentarze, zapada?y si? drzwi grobowców, jak gdyby ziemia rusza?a si? ze swych posad.

Opuszczenie Jezusa. Czwarte s?owo Jezusa na krzy?u

Po trzecim s?owie Jezusa, wyrzeczonym do Matki naj?wi?tszej i Jana, nasta?a na Golgocie chwila g?uchej ciszy. Wielu, obecnych dotychczas, ucieka?o spiesznie do miasta. Faryzeusze zaprzestali swych z?o?liwych blu?nierstw. Konie i os?y, na których siedzieli, zbi?y si? w gromadk?, pozawieszawszy ?by. Mg?a g?sta zawis?a w powietrzu. Jezus, wisz?c na krzy?u, odmawia? miejsca z psalmów, które spe?nia?y si? obecnie na Nim. Widzia?am ko?o Niego postacie anio?ów; cierpia? i tak niewypowiedziane m?ki, a do nich przy??czy?o si? teraz jeszcze uczucie zupe?nego opuszczenia i zw?tpienia. Przechodzi? wi?c wszystkie straszne udr?czenia cz?owieka biednego, skatowanego, przygn?bionego, który znajduje si? w najwi?kszym opuszczeniu, bez ludzkiej i Bo?ej pociechy, kiedy to wiara, nadzieja i mi?o?? b??kaj? si? samotne po pustyni próby, bez wytchnienia, bez bratniego odd?wi?ku, bez ?wiat?a wszelkiego, zmuszone, wy??cznie z siebie tylko czerpa? moc i si??! Nad wyraz dr?cz?ce to uczucie. Nowym tym cierpieniem wywalcza? dla nas kochaj?cy Jezus si?? wywalczenia sobie zwyci?stwa w takich chwilach ostatniego opuszczenia i zw?tpienia, kiedy to rozrywaj? si? wszystkie w?z?y i spójnie, ??cz?ce nas z ?yciem doczesnym,


847

?wiatem i przyrod? i z natur? w?asn?, i kiedy w ten sposób tracimy z oczu cel g?ówny, nasze ?ycie przysz?e, do którego pomostem jest to ?ycie doczesne. W takich to chwilach dopomagaj? nam do zwyci?stwa nad sob? zas?ugi Chrystusa, zdobyte tym cierpieniem, gdy uczu? si? tak strasznie od wszystkich opuszczonym. W tej chwili wyjednywa? nam Jezus zas?ug? wytrwania w ostatniej naszej walce, w chwili skonania; Sw? n?dz?, ubóstwo, m?k? i opuszczenie ofiarowa? za nas, n?dznych grzeszników. A wi?c cz?owiek, z??czony z Chrystusem w ciele Ko?cio?a, nie powinien poddawa? si? zw?tpieniu w ostatniej swej godzinie, gdy zmrok otacza go doko?a, gdy odchodzi ode? wszelka ?wiat?o??, wszelka pociecha. Nie potrzebujemy i nie musimy ju? zapuszcza? si? samotni, nara?eni na niebezpiecze?stwo, w t? pustyni? nocy duchowej. W otch?a? gorzkiego morza naszego zw?tpienia wla? Jezus zas?ugi Swego wewn?trznego i zewn?trznego opuszczenia na krzy?u, wi?c nie pozostawi? ju? chrze?cijanina samego w zw?tpieniu przed?miertnym, gdy ga?nie wszelka pociecha. Niema ju? dla chrze?cijanina pustyni, osamotnienia, opuszczenia i zw?tpienia w ostatniej chwili konania; Jezus, nasze ?wiat?o, Droga i Prawda, przeszed? tak?e t? ponur? drog?, b?ogos?awi?c j? i poskramiaj?c strachy piekielne, na tej puszczy naszej ?cie?ki ?yciowej postawi? Swój krzy?; wi?c czegó? mamy si? l?ka? i w?tpi?? Jezus, opuszczony zupe?nie, um?czony, bezsilny, odda? za nas Siebie samego w niesko?czonej mi?o?ci; a nawet to opuszczenie Swoje przemieni? dla nas w skarb najdro?szy, bo ofiarowa? Ojcu niebieskiemu Siebie, Swoje ?ycie, prac?, mi?o?? i m?k? i gorzkie uczucie naszej wzgl?dem Niego niewdzi?czno?ci za nasz? s?abo?? i ubóstwo duchowe. Spisa? wobec Boga Sw? ostatni? wol?, oddaj?c wszystkie Swoje zas?ugi na rzecz Ko?cio?a i grzeszników. Pami?ta? o wszystkich; w Swym opuszczeniu by? i jest przy boku wszystkich ludzi a? do sko?czenia ?wiata. Nawet za tych modli? si?, którzy b??dnie mniemaj?, ?e On, jako Bóg, nie odczuwa? Swych m?k, ?e nie cierpia?, albo ?e mniej cierpia? ni? cz?owiek, ponosz?cy na Jego miejscu takie m?ki. - Odczuwa?am t? Jego modlitw? i podziela?am j?, gdy wtem zda?o mi si?, jakoby Jezus rzek?: " Trzeba to przecie? zrozumie?, ?e bole?? tego opuszczenia zupe?nego odczu?em wi?cej i bole?niej, ni?by to by? w stanie odczu? jakikolwiek cz?owiek, jedno?? stanowi?cy z Bóstwem; Bóg i Cz?owiek zarazem, w Mym cz?owiecze?stwie, opuszczonym przez Boga, wychyli?em a? do dna ten gorzki kielich opuszczenia." Oko?o trzeciej godziny zawo?a? Jezus g?o?no: "Eli, Eli, lamma sabachtani!" - co znaczy: "Bo?e mój, Bo?e Mój! czemu? Mi? opu?ci??" - Tak wi?c jawnymi s?owy da? Jezus ?wiadectwo Swego opuszczenia i przez to da? prawo wszystkim uci?nionym, uznaj?cym Boga za Ojca, by w ucisku swym z ufno?ci? dzieci?c? udawali si? do Niego ze skarg?. Na g?o?ne s?owa Jezusa, przerywaj?ce cisz? ogóln?, zwrócili si? szydercy znowu do krzy?a. Jeden rzek?: "Eliasza wo?a!" - drugi za?: "zobaczymy, czy Eliasz przyjdzie i pomo?e Mu zej?? z krzy?a." - Wo?anie Jezusa dosz?o tak?e do uszu najsmutniejszej Matki Jego, która te?, nie zwa?aj?c na nic, przecisn??a si? na powrót do krzy?a; za Ni? poszli Jan, Maria Kleofy, Magdalena i Salome. Podczas gdy obecni wahali si? w ?a?o?ci i trwo?nym oczekiwaniu, nadjecha? orszak, z?o?ony z mniej wi?cej trzydziestu znakomitych m??ów, przybywaj?cych na ?wi?t? z Judei i z pod Joppe. Byli oni ?wiadkami okrutnego obej?cia si? z Jezusem i widzieli z?owró?bne zjawiska w przyrodzie, wi?c g?o?no dali wyraz jako Bóg, nie odczuwa? Swych m?k, ?e nie cierpia?, albo ?e mniej cierpia? ni? cz?owiek, ponosz?cy na Jego miejscu takie m?ki. - Odczuwa?am t? Jego modlitw? i podziela?am j?, gdy wtem zda?o mi si?, jakoby Jezus rzek?: " Trzeba to przecie? zrozumie?, ?e bole?? tego opuszczenia zupe?nego odczu?em wi?cej i bole?niej,


848

ni?by to by? w stanie odczu? jakikolwiek cz?owiek, jedno?? stanowi?cy z Bóstwem; Bóg i Cz?owiek zarazem, w Mym cz?owiecze?stwie, opuszczonym przez Boga, wychyli?em a? do dna ten gorzki kielich opuszczenia." Oko?o trzeciej godziny zawo?a? Jezus g?o?no: "Eli, Eli, lamma sabachtani!" - co znaczy: "Bo?e mój, Bo?e Mój! czemu? Mi? opu?ci??" - Tak wi?c jawnymi s?owy da? Jezus ?wiadectwo Swego opuszczenia i przez to da? prawo wszystkim uci?nionym, uznaj?cym Boga za Ojca, by w ucisku swym z ufno?ci? dzieci?c? udawali si? do Niego ze skarg?. Na g?o?ne s?owa Jezusa, przerywaj?ce cisz? ogóln?, zwrócili si? szydercy znowu do krzy?a. Jeden rzek?: "Eliasza wo?a!" - drugi za?: "zobaczymy, czy Eliasz przyjdzie i pomo?e Mu zej?? z krzy?a." - Wo?anie Jezusa dosz?o tak?e do uszu najsmutniejszej Matki Jego, która te?, nie zwa?aj?c na nic, przecisn??a si? na powrót do krzy?a; za Ni? poszli Jan, Maria Kleofy, Magdalena i Salome. Podczas gdy obecni wahali si? w ?a?o?ci i trwo?nym oczekiwaniu, nadjecha? orszak, z?o?ony z mniej wi?cej trzydziestu znakomitych m??ów, przybywaj?cych na ?wi?t? z Judei i z pod Joppe. Byli oni ?wiadkami okrutnego obej?cia si? z Jezusem i widzieli z?owró?bne zjawiska w przyrodzie, wi?c g?o?no dali wyraz swemu oburzeniu. - "Biada!" - wo?ali. - "Gdyby nie ta ?wi?tynia. Bo?a, nale?a?oby ogniem zniszczy? to miasto ohydne, na którym zaci??y?a taka zbrodnia!" S?owa te znakomitych cudzoziemców by?y dla t?umu podniet? do objawienia swego zdania. Wko?o da?y si? s?ysze? szemrania i narzekania; niezadowoleni skupili si? razem, i tak powsta?y w zebranym t?umie dwie partie. Jedni trzymali stron? Jezusa, wyrzekaj?c na Faryzeuszów, drudzy ?ajali ich za to i oburzali si? na nich. Faryzeusze pokornieli coraz bardziej, obawiali si? bowiem, ?e powstanie w?ród ludu przeciw nim rokosz, tym bardziej, ?e i w mie?cie by? wielki niepokój. Po naradzie z Abenadarem kazali zaraz przez pos?a?ca zamkn?? najbli?sz? bram?, miejsk?, by przerwa? ??czno?? mi?dzy zebranymi tu, a niezadowolonymi w mie?cie. Pos?ali tak?e do Pi?ata i Heroda z ??daniem wys?ania pi?ciu sotni ?o?nierzy z gwardii przybocznej, którzy w razie powstania rozruchów mogliby je w samym zarodzie st?umi?. Na razie przywróci? Abenadar porz?dek swoj? powag? i zakaza? te? wszelkiego szydzenia z Jezusa, by nie dra?ni? ludu. Wkrótce po trzeciej godzinie zrobi?o si? ja?niej. Ksi??yc, zas?aniaj?cy s?o?ce, zacz?? schodzi? w przeciwn? stron?, tj. ku zachodowi, poczym zapad? szybko za horyzont, jak gdyby oderwany od stropu, lecia? gdzie? w przepa??. I znowu ukaza?o si? s?o?ce, zamglone, krwiste, powoli zacz??y rozbiega? si? jego promienie, ale ?wiat?o jego by?o jakie? pos?pne, ponure, gwiazdy za? poznika?y. Wraz z powracaj?c? jasno?ci? odzyskali po cz??ci odwag? szyderczy Faryzeusze, zaczynali ju? znowu tryumfowa?, i wtedy to w?a?nie rzek? jeden z nich o Jezusie: "Eliasza wo?a!" Zaprzestali jednak szyderstw na polecenie Abenadara.

?mier? Jezusa. Pi?te, szóste i siódme s?owo

Po ust?pieniu ciemno?ci ukaza? si? znowu oczom obecnych Pan nasz na krzy?u, blady, s?aby, jakby wycie?czony zupe?nie; cia?o bielsze by?o ni? przedtem, bo prawie ju? wszystka krew ze? usz?a. Z ust Jezusa us?ysza?am nast?puj?ce s?owa: "Wyt?oczony jestem, jak wino, które tu po raz pierwszy wyciskano. Wszystk? krew musz? wyla?, a? uka?e si? woda i zbielej? ?uski. Lecz nigdy ju? wi?cej nie b?dzie wino tu wyciskane." Nie wiem, czy s?owa te wymówi? Jezus pó?g?osem, czy cicho, jako modlitw?, przeze mnie tylko s?yszan?. Jako obja?nienie do tych s?ów mia?a Anna Katarzyna widzenie, z którego przytacza nast?puj?ce szczegó?y. By?o to po potopie. Na tej samej górze Kalwarii obozowa? z ca?? rodzin? i licznymi trzodami praojciec Jafet, starzec wysoki o


849

ciemnej cerze, z d?ug? brod?; za odzienie s?u?y?y mu skóry zabitych zwierz?t. Liczna ta osada mieszka?a w ziemnych chatach, pokrytych dachami z darni; na dachach ros?y zio?a i kwiaty. Wzgórza okoliczne pokryte by?y bujnie winn? latoro?l?, a na samej górze Kalwarii wyciskano wino w nowo wynaleziony sposób, przy czym sam Jafet by? obecny. - Znane mi by?y tak?e dawniejsze sposoby sporz?dzania i spo?ywania wina, w ogóle wiele mia?am widze? w tym przedmiocie, a z tego przypominam sobie tyle: Najpierw spo?ywali ludzie same winogrona; pó?niej wk?adali je mi?dzy kamienie i wyciskali klockami na sok; jeszcze pó?niej wyt?aczali je stemplami w wielkich, drewnianych korytach. Tutaj za? ujrza?am po raz pierwszy nowo wynalezion? t?oczni?, podobn? bardzo do krzy?a ?wi?tego. G?ówn? jej cz??? sk?adow? stanowi? gruby, wydr??ony pniak, w którym zawieszano u góry worek z winogronami, przepuszczaj?cy sok. Z góry przyciska? winogrona stempel z klocem. Po obu bokach pniaka wystawa?y jakby ramiona w kierunku worka, które, poruszane z góry na dó?, rozgniata?y grona. Wyci?ni?ty sok sp?ywa? pi?cioma otworami u do?u pniaka do kamiennej kufy, a st?d przez rynn?, sk?adaj?c? si? z dwóch po?ówek kory drzewnej, wy?o?on? cienkimi deszczu?kami, a spajan? smolnymi plastrami do tej samej jamy, w któr? wtr?cono Jezusa przed ukrzy?owaniem; wtenczas by?a to czy?ciutko utrzymywana cysterna. Rynna ob?o?ona by?a muraw? i kamieniami, by nie uleg?a tak ?atwo uszkodzeniu. Otwory, prowadz?ce z prasowni i kufy kamiennej do rynny, zas?oni?te by?y siatkami w?osiennymi, by nie przepuszcza? s?odzin i otr?bów, tylko usuwa? je na bok. Przyrz?dziwszy sobie tak? t?oczni?, zabrali si? ci ludzie do wyt?aczania wina. Nape?nili wór winogronami, z?o?onymi dotychczas w dole w cysternie, zawiesili wór w wydr??onym pniaku, przymocowali go, a w otwór worka spu?cili z góry ów stempel obci??ony klocem. Wtedy inni zacz?li porusza? t?oczkami, umieszczonymi po obu bokach pniaka, te rozgniata?y grona w worku i sok zacz?? p?yn?? obficie. Jeden zaj?ty by? przyciskaniem stempla górnego, by prasowane grona nie wy- pada?y gór?. Z powodu podobie?stwa t?oczni z krzy?em przypomina?a mi ta czynno?? ?ywo krzy?owanie Jezusa. Mieli pod r?k? tak?e d?ug? trzcin?, zako?czon? ga?k? kolczast?, jak skóra je?a - by?a to zapewne wielka g?ówka ostu; - t? przepychali pniak, lub rynn?, je?li si? przypadkiem zatka?a. Przypomina?o to lanc?, na której poda? ?o?nierz Jezusowi g?bk?. W ko?o le?a?y przygotowane wory i naczynia z ?yka, powleczone ?ywic?. T?oczeniem zaj?ci byli g?ównie m?odzie?cy i wyrostki, w przepaskach tylko na biodrach, podobnych do tej, jak? mia? Jezus; Jafet przypatrywa? si? temu z wielkim zadowoleniem. By? to dla nich dzie? uroczysty, ?wi?teczny. Po uko?czonej pracy sk?adano na kamiennym o?tarzu ofiary ze zwierz?t, pas?cych si? zwykle w winnicy, i to kozio?ki, kozy i owce. Po tej przerwie wracam do w?a?ciwego opowiadania. Jezus, wycie?czony strasznie, ledwie w?adn?cy wyschni?tym j?zykiem, rzek? z krzy?a: "Pragn?!" Przyjaciele Jego popatrzyli Na? ze smutkiem, a On rzek?: "Nie mogli?cie Mi nawet jednego ?yka wody poda??" Chcia? Jezus przez to powiedzie?, ?e w ciemno?ci ?atwo to by?o zrobi? i nikt by im by? nie przeszkodzi?. Ze smutkiem rzek? na to Jan: "Panie! zapomnieli?my ca?kiem o tym." Jezus doda? jeszcze mniej wi?cej te s?owa: "I najbli?si musieli zapomnie? o Mnie i nie dali mi pi?, aby wype?ni?o si?, co jest napisane." - Gorzko jednak zabola?o Jezusa to zapomnienie ze strony najbli?szych przyjació?; oni za? chc?c teraz wynagrodzi? to, prosili ?o?nierzy, a nawet dawali im za to pieni?dze, by podali Jezusowi nieco wody. ?o?nierze nie dali si?


850

zmi?kczy?; za to jeden z nich umacza? gruszkowat? g?bk? w occie, stoj?cym obok w bary?ce z ?yka, nala? jeszcze ?ó?ci i chcia? to Jezusowi poda?. Lecz Abenadar, wzruszony t? niedol? Jezusa, odebra? g?bk? z r?k ?o?nierza, wycisn?? j? i zamacza? w czystym occie, potem zatkn?? g?bk? jednym ko?cem w krótk? rurk? hyzopow?, s?u??c? jako munsztuk do ssania, drugim za? ko?cem nabi? g?bk? na sw? lanc? i podniós? do góry ku twarzy Jezusa, tak, ?e rurka hyzopowa dosi?ga?a ust Pana, któr? Zbawiciel móg? ssa? ocet z g?bki. Jezus wyrzek? jeszcze kilka s?ów dla upomnienia ludu, stoj?cego w ko?o; przypominam sobie z tego tylko tyle:, „Gdy ju? g?os Mój ucichnie, usta umar?ych b?d? mówi? za Mnie." Kilku zawo?a?o na to: "Jeszcze blu?ni!" - ale Abenadar nakaza? spokój, wi?c ucichli. Zbli?a?a si? ju? ostatnia godzina Jezusa i rozpocz??o si? konanie przed?miertne; zimny pot okry? cz?onki Jego i sp?ywa? obficie. Jan, stoj?cy pod krzy?em, ociera? chust? wilgotne nogi Pana. Magdalena, z?amana bole?ci?, opar?a si? o ty? krzy?a. Naj?wi?tsza Panna sta?a mi?dzy krzy?em Jezusa i dobrego ?otra, podtrzymywana przez Mari? Kleofy i Salome, i spogl?da?a z bole?ci? na Swego konaj?cego Syna. Wtem rzek? Zbawiciel: "Wype?ni?o si?!" A podniós?szy g?ow?, zawo?a? zaraz g?o?no: "Ojcze, w r?ce Twoje oddaj? ducha Mego!"

Fot. Jezus umiera na krzy?u

Krzyk ten s?odki, a dono?ny, przenikn?? niebo i ziemi?, a Jezus, wypowiedziawszy te s?owa, opu?ci? g?ow? na piersi i skona?. Widzia?am, jak dusza Jego, w postaci ?wietlistego cienia, spu?ci?a si? po krzy?u w ziemi? do otch?ani. ?wi?te niewiasty wraz z Janem upad?y twarz? na ziemi?.


851

Setnik Abenadar, od czasu, jak poda? Jezusowi g?bk? z octem, wzruszony by? do g??bi i przenikni?ty dziwnym uczuciem. Pozosta? on na miejscu tak blisko krzy?a, ?e ko? jego sta? ju? przednimi nogami na wzgórku, i z g??bok? powag? patrza? d?ugo bez przerwy w oblicze Zbawiciela, cierniem ukoronowane. Ko? sm?tnie opu?ci? ?eb na dó?, a Abenadar, z?amany ju? w swej dumie, nowymi przej?ty my?lami, pu?ci? mu wolno cugle. Wtem Jezus wypowiedzia? z moc? ostatnie s?owa, przenikaj?ce niebo, ziemi? i piek?o, i skona?. Ziemia zadr?a?a w posadach, ska?a rozp?k?a si? z trzaskiem g??boko mi?dzy krzy?em Jezusa i lewego ?otra. Znak ten Bo?y, jak gro?ne upomnienie, przej?? l?kiem i trwog?, ca?? w smutku pogr??on? przyrod?. Wype?ni?o si?! - Dusza naszego Pana roz??czy?a si? z cia?em. Wraz z ziemi?, uznaj?c? wstrz??ni?ciem swego Zbawiciela, zadr?eli wszyscy, s?ysz?cy ostatni okrzyk konaj?cego Odkupiciela, ale tylko pokrewne Jezusowi serca przenikn?? ostry miecz bole?ci. Wraz z ?mierci? Jezusa sp?yn??a ?aska Bo?a na Abenadara. Zadr?a? rumak pod nim, zachwia?y si? ku upadkowi nami?tno?ci, wi???ce jego serce, dumny, nieugi?ty jego umys? rozpad? si? nagle, jak ta góra Kalwarii. Odrzuciwszy w?óczni? od siebie, zacz?? si? Abenadar bi? pot??nie w piersi, i zmieniony zupe?nie na duchu, zawo?a? g?o?no: "B?ogos?awiony Bóg wszechmocny, Bóg Abrahama i Jakuba! Oto, umar? sprawiedliwy! Zaprawd?, jest to Syn Bo?y!" Wielu ?o?nierzy, wzruszonych s?owy setnika, posz?o za jego przyk?adem. Abenadar, odmieniony na duszy, oddawszy jawnie ho?d Synowi Bo?emu, nie chcia? pozostawa? ani chwili d?u?ej w s?u?bie Jego nieprzyjació?. Podjecha? ku dziesi?tnikowi Kassiusowi, (pó?niej zwany Longinem), zsiad? z konia, odda? Kassiusowi podj?t? z ziemi w?óczni?, i zda? mu zaraz dowództwo oddzia?u, a ?o?nierzom, przykaza? go s?ucha?. Kassius zaraz te? dosiad? jego konia i obj?? komend?; Abenadar za? zbieg? z góry, pospieszy? przez dolin? Gihon ku grotom doliny Hinnom, oznajmi? ukrytym tam uczniom o ?mierci Pana i pobieg? spiesznie do miasta do Pi?ata. Przed?miertny okrzyk Jezusa, trz?sienie ziemi, p?kni?cie pagórka - wszystko to strachem g??bokim przenikn??o obecnych i odbi?o si? echem w ca?ej przyrodzie. W ?wi?tyni rozdar?a si? na dwoje zas?ona; umarli powychodzili z grobów, zachwia?y si? ?ciany ?wi?tyni, zapad?y si? góry, a w wielu miejscowo?ciach zawali?y budynki. Abenadar g?o?no da? ?wiadectwo prawdzie, a z nim wielu ?o?nierzy. Tak samo nawróci?o si? wielu z t?umu i Faryzeuszów. Jedni bili si? w piersi, zawodzili ?a?o?nie i b??dnym krokiem spieszyli przez dolin? do domu, inni rozdzierali na sobie suknie i posypywali g?owy prochem. Trwoga panowa?a we wszystkich sercach. Jan powsta? wreszcie z ziemi. ?wi?te niewiasty, stoj?ce dotychczas z dala, przybli?y?y si? ku pagórkowi, podnios?y z ziemi Naj?wi?tsz? Pann? i przyjació?ki, i odprowadzi?y je na bok. Mi?o?ciwy Pan ?ycia wszelkiego p?aci? za grzeszników m?cze?ski d?ug ?mierci; jako cz?owiek oddawa? Bogu i Ojcu Sw? dusz?, a cia?o w obj?cia ?mierci. Trupia, zimna barwa ?mierci powlok?a to ?wi?te, udr?czone naczynie, zbiela?o cia?o drgaj?ce w konaniu, przez co uwydatni?y si? i pociemnia?y plamy krwi, z ran p?yn?cej. Oblicze przed?u?y?o si?, policzki zapad?y, nos wyda? si? w??szy, ostrzejszy, dolna szcz?ka opad?a, zasz?e krwi? oczy otworzy?y si? do po?owy. Ostatni raz podniós? Jezus na chwil? ociernion? g?ow? i znowu spu?ci? j? na piersi pod ci??arem bole?ci. Wargi by?y sine, nabrzmia?e, w rozchylonych ustach wida? by?o zakrwawiony j?zyk. D?onie, dotychczas skurczone, otworzy?y si?, ramiona wyci?gn??y si? do reszty, grzbiet przylgn?? silnie do krzy?a, a cia?o zacz??o ci??y? ca?? mas? ku do?owi, skutkiem tego skurczy?y si? nieco kolana i zwróci?y na bok, nogi wykr?ci?y si? troch? wko?o przykuwaj?cego je gwo?dzia. Naj?wi?tsza Panna odczu?a tak?e te bole?ci konania. R?ce Jej zdr?twia?y, oczy


852

zasz?y pomrok?, blado?? ?miertelna okry?a Jej lica; nogi zachwia?y si? pod Ni? i upad?a na ziemi?. Bole?? ogromna ogarn??a równie? Magdalen?, Jana i inne serca przyjazne Jezusowi; i oni, zakrywszy g?owy, upadli twarz? na ziemi?. A gdy najsmutniejsza, najbardziej kochaj?ca Matka podnios?a si?, ujrza?a na krzy?u cia?o Syna Swego, w czysto?ci z Ducha ?wi?tego pocz?te, cia?o z Jej cia?a, ko?? z Jej ko?ci, serce z Jej serca, ?wi?te naczynie, utworzone w Jej ?onie za?mieniem mocy Najwy?szego, pozbawione obecnie wszelkiej ozdoby, kszta?tu i duszy Swej naj?wi?tszej; ujrza?a je poddane prawom natury, któr? Sam stworzy?, a któr? cz?owiek grzechem i nadu?yciem zeszpeci? i sko?lawi?. Widzia?a to cia?o Jezusa zbite, skatowane, zeszpecone, porozdzierane i u?miercone r?kami tych, dla których wcieli? si? Jezus na odkupienie i ?ywot wieczny. Ach! pogardzone, wyszydzone, odrzucone, wisia?o to wypró?nione naczynie najwy?szej pi?kno?ci, prawdy i mi?o?ci, wisia?o rozdarte na krzy?u mi?dzy dwoma zbójcami. Któ? zdo?a poj?? t? bole?? Matki Jezusa, Królowej wszystkich M?czenników? S?o?ce rzuca?o na ziemi? s?abe, zamglone promienie. Podczas trz?sienia ziemi powietrze by?o duszne, ci??kie, d?awi?ce, nast?pnie da?o si? czu? dotkliwe zimno. - Zw?oki Zbawiciela na krzy?u, chocia? tak zeszpecone, wzruszaj?cy przedstawia?y widok i mimo woli wzbudza?y w widzach g??bok? cze??, przeciwnie cia?a ?otrów powykr?cane by?y strasznie; obaj zmo?eni bole?ci?, umilkli ju?, a Dyzmas modli? si? pobo?nie. ?mier? Jezusa nast?pi?a zaraz po trzeciej godzinie. Po och?oni?ciu z pierwszego przestrachu po trz?sieniu ziemi, zacz?li niektórzy z Faryzeuszów znowu zuchwale?. Podeszli do utworzonej rozpadliny i chc?c zmierzy? jej g??boko??, rzucali w ni? kamieniami i spuszczali w g??b powi?zane sznury; nie mog?c jednak w ?aden sposób dosi?gn?? dna, znowu zaniepokoili si?, ?e to co? nienaturalnego. Z drugiej strony razi?y ich te znaki skruchy w?ród t?umu, to bicie si? w piersi i j?ki ?a?osne, wi?c zabrali si? do domu. Lecz byli mi?dzy nimi i tacy, którzy czuli w sobie jak?? zmian? wewn?trzn?; przeczuwali, ?e zaczyna si? dla nich inne ?ycie. I lud tak?e, nawrócony ju? po cz??ci, rozchodzi? si? do domów; jedni szli do miasta, inni b??dzili po dolinie w trwodze i niepokoju. Cz??? obecnych 50 ?o?nierzy wzmocni?a stra? przy zamkni?tej bramie miejskiej a? do nadej?cia innych 500 wezwanych; inni zaj?li dalsze posterunki, by zapobiec zbiegowiskom i zamieszaniu. Pi?ciu tylko ?o?nierzy zosta?o na Kalwarii pod rozkazami Kassiusa (Longinusa), rozmie?ciwszy si? w ko?o wa?u. Krewni Jezusa stali wci?? ko?o krzy?a, lub siadali naprzeciw niego, bole?nie zawodz?c; wi?ksza cz??? niewiast wróci?a do miasta. Cicho, smutno i pusto by?o na Golgocie, z dala tylko, w dolinie lub na jednym z okolicznych wzgórz, pojawia? si? od czasu do czasu który? z uczniów, spogl?da? ciekawie, a trwo?nie ku Golgocie i chowa? si? spiesznie za najmniejsz? oznak? zbli?ania si? kogo?.

Trz?sienie ziemi. Pojawienie si? umar?ych w Jerozolimie

Gdy Jezus z g?o?nym wo?aniem odda? ducha Swego w r?ce Ojca niebieskiego, widzia?am, jak dusza Jego w postaci ?wietlistej sp?yn??a po krzy?u do otch?ani, otoczona gronem jasnych anio?ów, mi?dzy którymi pozna?am Gabriela. Przybywszy do otch?ani, wys?a? Jezus zaraz wiele dusz, by wst?piwszy w swe cia?a, wysz?y na ?wiat, upomnie? zatwardzia?ych grzeszników i da? o Nim ?wiadectwo. Trz?sienie ziemi, powoduj?ce p?kni?cie Kalwarii, da?o si? odczu? szeroko i daleko, a g?ównie w Jerozolimie i ca?ej Palestynie. Zaledwie uspokojono si?


853

troch? w mie?cie i ?wi?tyni po ust?pieniu ciemno?ci, gdy da?o si? czu? silne trz?sienie ziemi i us?yszano trzask wal?cych si? w wielu miejscach budynków. Przera?enie ogarn??o wszystkich na nowo ze zdwojon? si??. Wszcz?? si? pop?och, ludzie zacz?li ucieka? na o?lep w ró?ne strony, gdy wtem, jakby dla uzupe?nienia wszelkiej okropno?ci, ujrzeli krocz?ce powa?ne trupy dawno zmar?ych ludzi, g?uchym g?osem wypowiadaj?ce gro?ne przestrogi. W ?wi?tyni rozpocz??a si? w?a?nie na nowo ceremonia zabijania baranków, przerwana z powodu za?mienia s?o?ca, i ju? tryumfowali arcykap?ani, ?e s?o?ce znowu ?wieci, gdy nagle ziemia zadr?a?a w posadach, da? si? s?ysze? g?uchy huk i trzask wal?cych si? murów, a zarazem szelest rozdzieraj?cej si? zas?ony. G?ucha, trwo?na cisza zapanowa?a na chwil? w?ród zebranych t?umów, poczym da?y si? s?ysze? g?o?ne okrzyki trwogi. Ale nie wsz?dzie da?o si? widzie? równocze?nie ogólne zamieszanie i rozprz??enie; ?wi?tynia by?a ogromna, t?umy ludu niezmierne, przy tym ?ci?le oznaczony by? porz?dek, w jakim przypuszczano i odprawiano gromady ludzi, nios?cych baranki na rze?, a ca?a ta czynno?? zabijania, wypuszczania krwi i pokrapiania ni? o?tarza, spe?niana przez liczny szereg kap?anów, tak by?a skomplikowana i spojona w organiczn? ca?o??, ?e przestrach nie móg? w jednej chwili sta? si? ogólnym, tym bardziej, ?e ceremonii tej towarzyszy?y g?o?ne ?piewy i d?wi?k puzonów. ?wi?tynia mie?ci?a w sobie mnóstwo osobnych oddzia?ów i kru?ganków; otó?, teraz, na razie, odbywa? si? dalej spokojnie obrz?d ofiarny, dopiero gdzie indziej wybucha? pop?och i przera?enie, w trzecim znów miejscu ju? zdo?ali kap?ani uspokoi? przera?onych. Dopiero gdy zmarli pojawili si? tu i ówdzie w ?wi?tyni, wtenczas ju? usta? wszelki porz?dek i ofiar? przerwano, uznaj?c ?wi?tyni? za zanieczyszczon?. Lecz i teraz trwoga nie ogarn??a wszystkich tak nagl?, jak to si? zdarza w p?on?cym, budynku, kiedy to wszyscy cisn? si? naraz do wyj??, dusz?c si? i tratuj?c. Niektóre cz??ci ?wi?tyni opustosza?y, bo sp?oszony t?um rozbieg? si? w jednej chwili, w innych miejscach potrafili kap?ani zaprowadzi? spokój, w innych wreszcie nie zdawano sobie jeszcze dok?adnie z wszystkiego sprawy. Ale ogó?em wzi?wszy, pop?och by? nadzwyczajny. By lepiej uzmys?owi? sobie ten stan rzeczy w ?wi?tyni, przedstawmy sobie wielki rój mrówek, zaj?tych w porz?dku gorliw? prac?. Spróbujmy rzuci? kamyk w ten rój, lub poruszy? go, w którym miejscu kijem, a zobaczymy, ?e w tym miejscu powstanie zamieszanie, pop?och, niepokój, podczas gdy nieco dalej odbywa si? praca w zwyk?ym trybie, ale i to miejsce, zagro?one przez chwil?, wraca wnet do dawnego porz?dku i praca odbywa si? dalej. Arcykap?an Kajfasz w swej zuchwa?o?ci bez granic nie straci? g?owy w ogólnym pop?ochu. Przy pomocy swego stronnictwa usun?? cz??ciowo niebezpiecze?stwo, zarówno przezornemu zwierzchnikowi zbuntowanego miasta, przez gro?by, pro?by, dogadywania, rozdzielenie przeciwnych partii i ró?ne mamid?a. G?ównie przez swój piekielny upór i pozorny spokój, wysi?kiem zdobyty, osi?gn?? przynajmniej tyle, ?e zamieszanie nie sta?o si? powszechnym i niebezpiecznym, i ?e ogó? pospólstwa nie t?umaczy? sobie tych strasznych zjawisk, jako ?wiadectwa niewinnej ?mierci Jezusa. Rzymska za?oga zamku Antonia poczyni?a tak?e wszelkie mo?liwe kroki do utrzymania porz?dku. Tak wi?c, chocia? wielki by? przestrach i zamieszanie i chocia? uroczysto?ci ?wi?teczne przerwane zosta?y, przecie? do rokoszu nie przysz?o. Jasny p?omie? rozprz??enia przygas? i ?arzy? si? tylko jako trwoga w piersiach pospólstwa, które rozpraszaj?c si? po domach, wnosi?o go z sob? pod dachy. Ale i tu potrafili go niezmordowani w dzia?aniu Faryzeusze w przewa?anej cz??ci przygasi?. Tak przedstawia? si? stan rzeczy w g?ównych zarysach. Z pojedynczych szczegó?ów przypominam sobie nast?puj?ce: wskutek trz?sienia ziemi zachwia?y


854

si? w posadach dwa wielkie filary u wej?cia do Miejsca ?wi?tego. Podnó?e, d?wigaj?ce je, zapad?o si?, a one run??y na obie strony, lewy na po?udnie, prawy na pó?noc; zarazem rozdar?a si? z g?o?nym szumem rozpi?ta mi?dzy nimi zas?ona od góry do do?u, i rozdarta, opad?a po obu stronach na ziemi?. Zas?ona to by?a wspania?a i mo?na by?o rozró?ni? nast?puj?ce kolory: czerwony, b??kitny, bia?y i ?ó?ty. Na zas?onie odtworzone by?y grupy gwiazd i ró?ne figury, jak np. miedziany w??. Miejsce ?wi?te, zwykle zas?oni?te, ukaza?o si? teraz po opadni?ciu zas?ony oczom wszystkich. Obok Miejsca ?wi?tego, w murze pó?nocnym, by? modlitewnik Symeona. Trz?sienie ziemi zawali?o powa?? tego modlitewnika, a z bocznej ?ciany od ?wi?tyni wypad? ogromny kamie?. W kilku salach pozapada?y si? pod?ogi, gdzieniegdzie pokrzywi?y si? schody, run??y kolumny. Z otworu w ?cianie modlitewnika Symeona, powsta?ego przez wypadni?cie kamienia, wyszed? arcykap?an Zachariasz, zamordowany niegdy? mi?dzy ?wi?tyni? a o?tarzem, i stan?wszy w Miejscu ?wi?tym, prze-mówi? gro?nie do kap?anów, wspomnia? o ?mierci innego Zachariasza i Jana, a tak?e o mordowaniu Proroków. Na wielkiej mównicy za? pojawiali si?, jako duchy dwaj m?odo zmarli synowie pobo?nego arcykap?ana, Szymona Justusa, pradziada starego Symeona, który prorokowa? Jezusowi przysz?o?? podczas ofiarowania w ?wi?tyni; ci tak?e wyrzucali gro?nie Faryzeuszom mordowanie Proroków, g?osili upadek dotychczasowej ofiary i upominali wszystkich, by przyj?li nauk? Ukrzy?owanego. Nast?pnie pojawi? si? na o?tarzu Jeremiasz, wo?aj?c gro?nie, ?e ju? sko?czy?a si? stara ofiara, a zaczyna nowa si?. Tam, gdzie tylko Kajfasz, lub sami kap?ani byli ?wiadkami tych zjawisk, starano si? zatai? je, zaprzecza? ich prawdziwo?ci i surowo zakazano mówi? o tym, by nie szerzy? pop?ochu. Wtem da? si? s?ysze? g?o?ny szum, drzwi ?wi?tnicy otworzy?y si? same i us?yszano g?os: "Uchod?my st?d!" Ujrza?am, ?e to anio?owie opuszczaj? na zawsze ?wi?tyni?. Zadr?a? o?tarz kadzielny, naczynie z kadzid?em przewróci?o si?, zawali?a si? szafa z ksi?gami Pisma i wszystkie ksi?gi pomiesza?y si? bez?adnie; zamieszanie coraz wzrasta?o, nikt ju? nie zdawa? sobie sprawy, co za pora jest. Nikodem, Józef z Arymatei i wielu innych wyznawców Jezusa, odeszli ze ?wi?tyni na zawsze. Gdzieniegdzie w salach i na korytarzach le?a?y trupy; gdzie indziej znów zmarli chodzili w po?ród t?umu, rzucaj?c ponure gro?by; dopiero na g?os anio?ów, opuszczaj?cych ?wi?tyni?, powrócili do grobów. W przedsionku zawali?a si? mównica. Na ten ogólny rozruch weszli do ?wi?tyni ci Faryzeusze, którzy, nawróceni ju?, wrócili z Kalwarii; teraz, widz?c te znaki, tym bardziej utrwalili si? w prawdzie i zacz?li czyni? gwa?towne wyrzuty Annaszowi i Kajfaszowi, a wreszcie opu?cili i ?wi?tyni?. Annasz, w?a?ciwie g?ówny, cho? tajemny nieprzyjaciel Jezusa, który od dawna ju? knu? skrycie intrygi przeciw Jezusowi i uczniom, jako te? poucza? oskar?ycieli jak maj? ?wiadczy? fa?szywie przeciw Jezusowi, teraz ze strachu odchodzi? prawie od zmys?ów, ucieka? z k?ta w k?t i kry? si? w najdalszych zak?tkach. Wreszcie chwyci?y go gwa?towne kurcze; j?cz?cego z bólu zanie?li go stronnicy jego do jednej z odosobnionych komnat i stan?li bezradni w ko?o niego. Kajfasz dodawa? mu otuchy, ?ciska? go serdecznie, ale nadaremnie; pojawienie si? umar?ych przygn?bi?o Annasza do szcz?tu. Kajfasz tak?e strwo?ony by? bardzo, ale szata?ska jego zatwardzia?o?? i duma nie pozwoli?y mu to da? po sobie pozna?. Wszystkiemu sprzeciwia? si? zuchwale; gro??cym znakom cudownym i w?asnej skrytej trwodze przeciwstawia? z wytartym czo?em sw? z?o?? i dum?. Zmuszony przerwa? ceremonie religijne, nakaza? surowo wszystkie te cuda zasz?e w ?wi?tyni, o których nie dosz?a jeszcze wie?? do ogó?u mieszka?ców, zachowa? w ?cis?ej tajemnicy. Sam og?osi? i kaza?


855

kap?anom dalej tak rozg?asza?: "Zjawiska te gniewu Bo?ego ?ci?gn?li sami stronnicy ukrzy?owanego Galilejczyka, bo zanieczyszczeni przyszli do ?wi?tyni. Przyczyn? ca?ego strachu byli sami nieprzyjaciele ?wi?tego Zakonu, który i Jezus chcia? obali?. Wiele znowu trzeba tak?e z?o?y? na karb czarodziejstwa Galilejczyka, który, jak za ?ycia, tak i teraz jeszcze, w chwili ?mierci, zak?óci? spokój ?wi?tyni." Takimi to wykr?tami uda?o si? Kajfaszowi pewnej cz??ci zamkn?? usta, innych gro?b? zmusi? do milczenia. By?o jednak wielu takich, których te znaki cudowne rzeczywi?cie wzruszy?y i ocuci?y z za?lepienia, ale ci do czasu nie zdradzali si? ze zmian? usposobienia. Obchód ?wi?ta od?o?ono a? do oczyszczenia ?wi?tyni, baranków nie sko?czono jeszcze zabija?, a teraz zaniechano tego. Lud rozszed? si? powoli do domów.

Józef ??da od Pi?ata cia?a Jezusa

Zaledwie po tych strasznych przej?ciach zapanowa? w mie?cie, jaki taki spokój, zaraz zasypano strwo?onego Pi?ata ze wszystkich stron sprawozdaniami z tego, co zasz?o. Równocze?nie wys?a?a "Wielka Rada", stosownie do powzi?tej rano uchwa?y, pos?ów do Pi?ata, by kaza? ukrzy?owanym pogruchota? ko?ci i tak u?mierconych zdj?? z krzy?a, by nie wisieli przez szabat. Pi?at wyznaczy? do tego siepaczy i wys?a? ich na Golgot?.

Józef z Arymatei domaga si? od Pi?ata cia?a Pana Jezusa

Zaraz potem pojawi? si? u Pi?ata cz?onek "Rady" Józef z Arymatei. Wiedzia? on ju? o ?mierci Jezusa i uradzi? by? z Nikodemem, ?e pogrzebi? cia?o Zbawiciela w grobowcu skalnym w Józefa ogrodzie, le??cym nie bardzo daleko od Kalwarii. Zdaje mi si?, ?e ju? przedtem by? poza miastem i wywiedzia? si? o wszystkim, w ka?dym razie wys?a? ju? ludzi do swego ogrodu, by oczy?cili grobowiec i wyko?czyli wewn?trz niektóre szczegó?y. Nikodem, czekaj?c powrotu Józefa, zaj?? si? tymczasem zakupem chust i wonno?ci do zabalsamowania cia?a. Józef znalaz? Pi?ata strwo?onego bardzo i pomieszanego; bez najmniejszego strachu, otwarcie, poprosi? go, by pozwoli? mu zdj?? z krzy?a cia?o Jezusa, Króla ?ydowskiego, bo chce z?o?y? Go w swym w?asnym grobie. Pi?at jeszcze bardziej przerazi? si? i zmiesza?, widz?c, ?e znakomity ten m?? prosi go tak natarczywie o pozwolenie oddania ostatniej czci cia?u Jezusa, tego Samego, którego on wyda? na haniebn? ?mier? krzy?ow?. Wspomnia? na niewinno?? Jezusa i tym wi?ksza trwoga targn??a jego sumieniem. Ale zapanowa? nad sob? i na pozór oboj?tnie i z podziwem zapyta?: "Czy? ju? umar??" Pyta? tak dlatego, bo dopiero przed kilku minutami wys?a? siepaczy, by dobili ukrzy?owanych przez po?amanie im ko?ci. Zaraz te? kaza? zawo?a? do siebie setnika Abenadara, który, rozmówiwszy si? w grotach z uczniami, przyby? ju? do miasta i zapyta? go, czy rzeczywi?cie umar? Król ?ydowski. Wezwany Abenadar zapewni? go o ?mierci Jezusa, poda?, ?e sta?o si? to o trzeciej godzinie, przytoczy? ostatnie s?owa Jezusa i g?o?ny okrzyk przy skonaniu, wspomnia? o trz?sieniu ziemi i p?kni?ciu ska?y. Pi?at pozornie zdawa? si? tylko dziwi?, ?e Jezus umar? tak pr?dko, bo ukrzy?owani zwyczajnie d?u?ej ?yli, ale w duchu os?upia? i zatrwo?y? si? na nowo, przekonawszy si?, ?e straszne te znaki cudowne przypad?y dok?adnie na czas skonania Jezusa. Chc?c te? mo?e teraz troch? os?odzi? swoje poprzednie okrucie?stwo wzgl?dem Jezusa, wyda? zaraz Józefowi z Arymatei rozporz?dzenie na pi?mie, którym darowywa? mu cia?o Króla ?ydowskiego i pozwala? mu zdj?? je z krzy?a i pogrzeba?. Cieszy? si? przy tym z tego, i? popsu? tym szyki najwy?szym kap?anom, którzy pragn?li Jezusa widzie? pogrzebanego wraz z obu ?otrami.


856

Zdaje mi si? tak?e, i? pos?a? nawet samego Abenadara, gdy? widzia?am go przy zdj?ciu Jezusa z krzy?a. Wyszed?szy od Pi?ata, poszed? Józef prosto do pewnej bogobojnej niewiasty, gdzie czeka? na niego Nikodem. Dom tej niewiasty sta? na szerokiej ulicy tu? przy wej?ciu na ow? w?sk? uliczk?, w której to tak wyszydzono i zel?ono Jezusa zaraz na pocz?tku gorzkiej drogi krzy?owej. Niewiasta ta sama handlowa?a wonnymi zio?ami i drogimi olejkami, wi?c u niej zakupi? Nikodem sporo zió? i korzeni wonnych do balsamowania. Ona te? zaj??a si? sama zakupem innych wonno?ci, których nie mia?a na sk?adzie, dalej chust i opasek do owijania zw?ok. Wszystko to poznosi?a, zwin??a i zapakowa?a tak, by wygodnie by?o nie??. Józef z Arymatei poszed? Jeszcze w jedno miejsce i kupi? pi?kny, delikatny, bawe?niany ca?un, sze?? ?okci d?ugi, a kilka ?okci szeroki. S?udzy wynie?li z szopy, stoj?cej obok domu Nikodema, drabiny, m?otki, ko?ki, wozy, naczynia, g?bki i wszystko, co by?o potrzebne, drobniejsze przedmioty zapakowali na lekkie nosze, podobne do tych na których unosili uczniowie z zamku Macherus cia?o Jana Chrzciciela.

Otwarcie boku Jezusa. ?amanie ko?ci ?otrom

Na Golgocie tymczasem cicho by?o i smutno. Niebo by?o pos?pne, smutek g??boki odzwierciedla? si? w ca?ej naturze. T?um przewa?nie rozproszy? si? ju? i pochowa? trwo?nie. Matka Jezusa, Magdalena, Maria Kleofy, Salome i Jan stali lub siedzieli naprzeciw krzy?a, pozakrywawszy g?owy, pogr??eni w g??bokim smutku. Kilku ?o?nierzy siedzia?o na wale, zatkn?wszy przy sobie w?ócznie, i rozmawiali z innymi, stoj?cymi ni?ej. Kassius tymczasem je?dzi? na koniu po ca?ym placu. Wtem nadesz?o sze?ciu oprawców, nios?c drabiny, ?opaty, powrozy i ci??kie trójgraniaste sztaby ?elazne do zdruzgotania ko?ci. Za ich zbli?eniem cofn?li si? nieco w ty? przyjaciele Jezusa; serce Naj?w. Panny przej??a nowa bole?? namy?l, ?e mo?e oprawcy zechc? zniewa?y? zw?oki Jej Syna. Rzeczywi?cie wle?li oprawcy po drabinach na krzy?, zacz?li rusza? Naj?w. Cia?em Jezusa, twierdz?c, ?e tylko udaje umar?ego. Czuli wprawdzie ?e cia?o jest zimne, skostnia?e, ale jeszcze nie chcieli uwierzy?, ?e umar?; dopiero za wstawiennictwem ?o?nierzy, uproszonych przez Jana, pozostawili tymczasem w spokoju zw?oki Jezusa zwrócili si? do jeszcze ?yj?cych ?otrów. Po dwóch siepaczy wlaz?o na ka?dy krzy? po drabinach i ?elaznymi maczugami zacz?li gruchota? ?otrom ko?ci u r?k, powy?ej i poni?ej ?okcia. Trzeci oprawca, pogruchota? w ten sam sposób kolana i golenie. Gezmasowi, rycz?cemu straszliwie z bólu, pogruchotano w, dodatku trzema uderzeniami klatk? piersiow?. Dyzmas j?cza? g?ucho i wreszcie skona?, by? on pierwszym ze ?miertelnych, którego dusza ujrza?a na drugim ?wiecie swego Odkupiciela. Odwi?zawszy powrozy, spu?cili oprawcy martwe cia?a ?otrów na ziemi?, poczym zwlekli je w dolin? mi?dzy wzgórzem i murami miejskimi i tu je pogrzebali. W ?mier? Jezusa nie wierzyli jeszcze. Przyjaciele Jezusa, widz?c to okrutne post?powanie z ?otrami, zl?kli si? tym bardziej, ?e oprawcy, pogrzebawszy ?otrów, wróc? i tak samo post?pi? z Jezusem. Wtem dziesi?tnik Kassius (Longinus), cz?owiek 25-letni, pr?dki, gorliwy w pe?nieniu s?u?by, który wszystkim swym czynno?ciom nadawa? wielkie znaczenie, a przy tym mia? wzrok s?aby, zezowaty, co nara?a?o go nieraz na szyderstwa podw?adnych, uczu? si? nagle ogarni?ty dziwnym zapa?em. Okrucie?stwo i pod?a srogo?? siepaczy, trwoga ?w. niewiast, a przy tym ?aska nag?ej ?wi?tej gorliwo?ci, uczyni?y go wypenicielem proroctwa. Rozci?gn?? w?óczni?, z?o?on? dotychczas w kilkoro, nasadzi? ostrze, poczym zwróciwszy konia, pop?dzi? go gwa?townie na w?ski wzgórek krzy?owy; wstrzyma? go przed


857

nowo powsta?? szczelin?. Tak stoj?c mi?dzy krzy?em Jezusa a dobrego ?otra, na prawo od zw?ok Zbawiciela, uj?? w?óczni? obiema r?kami i z tak? gwa?towno?ci? wbi? j? w zapadni?ty, naci?gni?ty prawy bok Zbawiciela ?e w?ócznia, przebiwszy wn?trzno?ci i serce, wysz?a troszk? lewym bokiem, utworzywszy ma?? ran?. Gdy nast?pnie w?óczni? nagle wyci?gn??, buchn?? z szerokiej rany prawego boku obfity strumie? krwi i wody, oblewaj?c zbawieniem i ?ask? jego podniesione do góry oblicze. W tej chwili zeskoczy? Kassius z konia, upad? na kolana i bij?c si? w piersi, g?o?no w wobec wszystkich wyzna? Jezusa i odda? Mu cze??. Naj?w. Panna i ?w. niewiasty, wpatrzone wci?? w Jezusa, ujrza?y nagle z trwog?, ?e Kassius zamierza si? w?óczni? na Jezusa; wraz z uderzeniem w?óczni wydar?y okrzyk bolesny i przypad?y do krzy?a, Maryja uczu?a ból straszny, przenikaj?cy jej serce jak gdyby to J? przeszy? ten cios, i zemdlona upad?a na r?ce przyjació?ek. Kassius tymczasem upad? ju? na kolana, wyznaj?c g?o?no Jezusa i rado?nie wielbi?c Boga; oto uwierzy?, zosta? o?wiecony i widzia? teraz jasno wszystko. Ozdrawia?y i otworzy?y si? zarówno oczy cia?a jego jak i duszy. Wnet jednak ogarn??o wszystkich wzruszenie, pomieszane ze czci? najg??bsz? na widok Krwi Zbawiciela z wod? zmieszanej, spienionej, zbieraj?cej si? w zag??bieniu skalnym pod krzy?em. Kassius, Maryja Panna, ?w. niewiasty, rzucili si? ku krzy?owi, zacz?li czerpa? czarkami ten drogocenny skarb, i przelewa? do flaszek; resztki nawet starannie wysuszali chustami. *) W tym miejscu doda?a ?wi?tobliwa Katarzyna nast?puj?ce szczegó?y: "Kassius, ochrzczony pó?niej imieniem Longinus, g?osi? jako diakon wiar? Chrystusow?. Zawsze nosi? przy sobie flaszeczk? tej ?wi?tej krwi zaschni?tej. Znaleziono j? pó?niej w jego grobie we W?oszech w jakim? mie?cie, po?o?onym niedaleko miejscowo?ci, gdzie ?y?a ?w. Klara. W pobli?u tego miasta jest pi?kne jezioro o szmaragdowych falach, a na nim wysepka. Zapewne przeniesiono tu sk?din?d cia?o Kassiusa." - Przez owe miasto mia?a zapewne opowiadaj?ca na my?li Mantu?, gdzie rzeczywi?cie jest taka tradycja. Która ?wi?ta Klara w?a?ciwie mieszka?a w pobli?u, nie jest mi wiadomym. Kassius, o?wiecony na duchu i ciele, zmieni? si? zupe?nie; wzruszony by? g??boko i pokor? wielk? przej?ty. ?o?nierze, skruszeni cudem, jaki si? sta? na ich dowódcy, upadli tak?e na kolana i bij?c si? w piersi, wyznawali Jezusa. A krew z wod? zmieszana, p?yn??a wci?? obficie z szeroko otwartego, prawego boku Jezusa, spada?a na czyst? ska?? i zbiera?a si? na niej spieniona. Obecni czerpali j? i zbierali z rozrzewnieniem nadzwyczajnym; niejedna ?za Maryi, lub Magdaleny zmiesza?a si? z t? krwi?. Siepacze nie wrócili ju?, bo otrzymali tymczasem od Pi?ata nowy rozkaz nie tykania cia?a Jezusa, jako oddanego Józefowi z Arymatei do pogrzebania. W?ócznia Kassiusa sk?ada?a si? z kilku cz??ci, daj?cych si? wsuwa? jedna w drug?; z?o?ona, wygl?da?a jak ?rednio d?uga, silna laska. Grot opatrzony by? u góry p?ask?, gruszkowat? g?ówk?, na któr? u góry zak?ada?o si? ostrze a z pod spodu wyci?ga?o si? dwa ma?e ostrza haczykowate i wtedy dopiero w?ócznia gotowa by?a do u?ytku. Opowiedziane zdarzenia zasz?y zaraz po czwartej godzinie, podczas gdy Nikodem i Józef z Arymatei zaj?ci byli zbieraniem przyborów do pogrzebania Jezusa. S?udzy Józefa z Arymatei, wys?ani do czyszczenia grobowca, przynie?li przyjacio?om Jezusa na Golgocie wie??, ?e Pi?at pozwoli? Józefowi zdj?? zw?oki Józefa i z?o?y? w swoim grobie. Wi?c te? Jan powróci? zaraz z ?w. niewiastami do miasta na gór? Syjon, by postara? si? o niektóre przedmioty, potrzebne do pogrzebu, a g?ównie, by Naj?w. Panna mog?a odpocz?? i troch? si? pokrzepi?. Mia?a tam Naj?w, Panna ma?e mieszkanko w bocznych budynkach przy wieczerniku. Nie weszli do miasta bram? najbli?sz?, bo ta by?a zamkni?ta i obsadzona ?o?nierzami, których, dostarczy?


858

Faryzeuszom Pi?at na ich ??danie w wobec niepewnej postawy t?umów; skierowali si? zatem wi?cej ku po?udniowi, ku bramie wiod?cej do Betlejem.

Krótki opis niektórych miejscowo?ci dawnej Jerozolimy

Od wschodniej strony Jerozolimy*)*) Anna Katarzyna opisywa?a nieraz po?o?enie i kierunek ró?nych miejscowo?ci lub budynków tak szczegó?owo i drobiazgowo, ?e w?a?nie przez to nagromadzenie szczegó?ów zbyt trudnym si? stawa?o nale?yte zrozumienie rzeczy. - Cia?o, spoczywaj?ce na ?o?u bole?ci, by?o wci?? w jednym po?o?eniu, podczas gdy duchem zwraca?a si? w widzeniu w ró?ne strony ku widzianym przedmiotom, wi?c potem opowiadaj?c i wskazuj?c r?k? kierunek na prawo i na lewo, mog?a ?atwo si? pomyli?. Ró?ne te opisy i daty lokalne, przytaczane przez ni? nieraz z ma?ymi odmianami w toku opowiadania, zbieramy tu w jeden rozdzia?, a w nast?pnym opisujemy grób i ogród Józefa z Arymatei, by nie rozrywa? zbytecznie i nie przewleka? opowiadania o z?o?eniu do grobu Pana naszego i Zbawiciela. na po?udnie od po?udniowo wschodniego rogu ?wi?tyni, pierwsza z rz?du jest brama, wiod?ca poza mury do przedmie?cia Ofel, za? z drugiej strony na pó?noc od pó?nocno wschodniego rogu ?wi?tyni jest brama Owcza. Na przestrzeni mi?dzy tymi dwiema bramami otworzono niedawno trzeci? bram?; wiedzie ona do kilku ulic, biegn?cych wzd?u? wschodniego stoku góry ?wi?tyni a zamieszka?ych przewa?nie przez kamieniarzy i innych robotników. Mieszkania ich przytykaj? do fundamentów ?wi?tyni. Domy na tych ulicach s? przewa?nie w?asno?ci? Nikodema, który kaza? je zbudowa? swoim kosztem; zamieszkuj?cy je kamieniarze, p?ac? mu czynsz gotówk?, lub odrabiaj? w warsztatach a tak pozostaj? w stosunkach z nim i z Józefem z Arymatei, który znów posiada w swych dobrach wielkie ?omy kamienia i tym handluje, Nikodem to w?a?nie te? kaza? niedawno wybi? w murach t? pi?kn? bram?, któr? nazwano "bram? Moriah". Po uko?czeniu jej, pierwszy Jezus wjecha? ni? do miasta w niedziel? Palmow?. Wszed? wi?c do miasta now? bram? Nikodema, któr? nikt jeszcze nie szed?, a pochowany zosta? w nowym grobowcu Józefa z Arymatei, w którym nikt przed Nim nie spoczywa?. Bóg tak widocznie zrz?dzi?. Bram? t? zamurowano w pó?niejszych czasach; powsta?a o niej legenda, ?e bram? t? wejd? kiedy? znowu chrze?cijanie do Jerozolimy. Do dzi? jeszcze jest w tej stronie zamurowana brama, któr? Turcy nazywaj? Z?ot? bram?. Linia prosta, poprowadzona od bramy Owczej na zachód poprzez wszystkie mury, przechodzi ?rodkiem miedzy pó?nocno zachodnim kra?cem Syjonu a Golgot?. Od tej bramy na Golgot? jest w prostej linii trzy kwadranse drogi, za? od pa?acu Pi?ata tam?e 5|8 godziny drogi. Zamek Antonia stoi przy pó?nocno zachodnim rogu góry ?wi?tyni na wystaj?cym cyplu skalnym. Wychodz?c z pa?acu Pi?ata przez bram? ku zachodowi, ma si? zamek po lewej r?ce. Na wysokim murze zamkowym jest w jednym miejscu otwarty plac, wychodz?cy na forum; st?d wydaje Pi?at ludowi ró?ne og?oszenia, np. og?asza nowe prawa. Id?c "Drog? krzy?ow?" w obr?bie miasta, mia? Jezus nieraz gór? Kalwarii po prawej r?ce. (Droga musia?a i?? g?ównie w kierunku po?udniowo zachodnim). Ze ?ródmie?cia wyszed? Jezus bram?, która wiod?a przez wewn?trzny mur miejski, biegn?cy ku górze Syjon, do znacznej wysoko?ci zabudowanej. Poza tym murem rozci?ga si? dzielnica, obejmuj?ca wi?cej ogrodów ni? domów; tutaj s? tak?e od strony zewn?trznego muru pi?kne grobowce o wej?ciach murowanych, lub sztucznie wykutych, a nad nimi na górze s? cz?sto g?sto wcale ?adne ogródki. W tej to stronie miasta stoi dom ?azarza; pi?kne ogrody nale??ce do niego,


859

rozci?gaj? si? ku bramie naro?nej a? do muru zewn?trznego, który skr?ca si? tu z zachodu ku po?udniowi. Osobna furtka prowadzi do tych ogrodów z poza murów, jak mi si? zdaje, ko?o bramy Owczej; Jezus i uczniowie wchodzili nieraz t?dy i wychodzili za zezwoleniem ?azarza. Ow? bram? przy pó?nocno zachodnim rogu ?wi?tyni wychodzi si? na drog?, wiod?c? do Betsur, która to miejscowo?? le?y dalej na pó?noc ni? Emaus i Joppe. Na pó?noc za murem zewn?trznym znajduj? si? grobowce królewskie. Dzielnica zachodnia, nie bardzo jeszcze zabudowana, le?y najni?ej; zni?a si? powoli w kierunku ku murom miejskim, tu? przed nimi podnosi si? znowu falisto, tworz?c garb, zasiany g?sto pi?knymi ogrodami i winnicami. Poza nim biegnie jeszcze w obr?bie murów szeroka, brukowana droga, miejscami dost?pna dla wozów. Z tej drogi prowadz? wej?cia na mury i wie?e, bo wie?e tamtejsze nie maj? wej?? wewn?trz, jak u nas. Z drugiej strony murów opada znowu grunt w dolin?, a wi?c mur w tym miejscu wznosi si? jakby na podwy?szonym wale. Spadzisty stok przed murami obsadzony jest tak?e ogrodami i winnicami. Id?c "Drog? krzy?ow?", nie przechodzi? Jezus przez dzielnic? ogrodow?; wychodz?c z miasta, mia? j? po prawej r?ce od pó?nocy i stamt?d w?a?nie nadszed? Szymon Cyrenejczyk i spotka? si? z orszakiem Jezusa. Brama, któr?, wyprowadzono Jezusa, nie jest zwrócona wprost ku zachodowi, lecz w t? stron?, któr? wskazuje s?o?ce o czwartej godzinie po po?udniu. Od bramy tej na lewo ci?gnie si? mur nieco ku po?udniowi, nast?pnie robi nag?y zakr?t ku zachodowi, potem znów zwraca si? na po?udnie i okr??a gór? Syjon. W tej samej stronie na lewo od bramy w kierunku ku Syjonowi stoi poza obr?bem murów pot??na baszta, jakby twierdza jaka. Obok tej bramy le?y na lewo bardzo blisko druga; s? to dwie najbli?sze sobie bramy, bo nie dalej le?? jak u nas w Dülmen brama zamkowa od lüding-hauserskiej. Druga ta brama, zwrócona ku zachodowi, prowadzi na drog?, skr?caj?c? nieco na lewo ku Betlejem. Tu? za bram?, któr? wyprowadzono Jezusa, zwraca si? droga na prawo ku pó?nocy na gór? Kalwarii, zwrócon? do miasta wschodnim, stromym stokiem, podczas gdy stok przeciwleg?y zachodni bardzo ?agodnie opada na dó?. Z góry wida? ku zachodowi kawa?ek drogi do Emaus; przy owej drodze jest ??ka, na której zbiera? ?ukasz zio?a, id?c z Kleofasem po zmartwychwstaniu do Emaus, i wtedy to spotkali Jezusa. Wzd?u? murów miejskich na wschód i po?udnie ci?gn? si? ogrody, winnice i cmentarze. Krzy? Chrystusa zakopano u podnó?a góry Kalwarii od strony pó?nocno wschodniej; z drugiej strony s? znowu pi?kne, tarasowate winnice. Wisz?c na krzy?u, zwrócony by? Jezus twarz? na pó?nocny zachód, mniej wi?cej w stron?, któr? wskazuje na kompasie 10-ta godzina. Zwróciwszy g?ow? na prawo, móg? Jezus widzie? z krzy?a cz??? zamku Antonia. Patrz?c ze wzgórka krzy?owego ku po?udniowi, widzi si? dom Kajfasza, stoj?cy poni?ej zamku Dawida.

Ogród i grób Józefa z Arymatei

Ogród Józefa**) Nie od rzeczy b?dzie wspomnie? tu, ?e Anna Katarzyna w ci?gu tych czterech lat, w których spisywa?em jej widzenia, opowiada?a dok?adnie dzieje wszystkich ?wi?tych miejsc w Jerozolimie, pocz?wszy od pierwszych czasów chrze?cija?skich. Widzia?a, jak te miejsca na przemian to ulega?y zniszczeniu, to podnosi?y si?, jak czczono je potajemnie i publicznie, i sama tak?e cze?? im oddawa?a. Gdy ?w. Helena odnalaz?a "Drog? krzy?ow?" Jezusa, zbudowa?a w Jerozolimie ko?ció? ?wi?tego Grobu i w nim kaza?a poumieszcza? kamienie i od?amy skalne, które by?y ?wiadkami m?ki i zmartwychwstania Pa?skiego.


860

Umieszczone w tej szczup?ej przestrzeni, pozostawa?y te ?wi?te pami?tki pod opieka miasta. Otó? ?wi?tobliwa Katarzyna, widz?c w objawieniu ten ko?ció?, oddawa?a cze?? skale, w której sta? krzy?, grobowemu ?o?u Jezusa i innym cz??ciom grobowca Jezusa, porozmieszczanym ka?da w osobnej kapliczce. Czasem jednak, gdy chcia?a uczci? nie tak sam grób Jezusa, jak raczej to miejsce, gdzie sta? grób, wtedy zdawa?o si?, ?e dach jej odwiedza te miejsca wprawdzie gdzie? w blisko?ci, ale jednak do?? daleko od miejsca, gdzie sta? krzy?. rozci?ga si? przy bramie Betlejemskiej na wy?ynie, podchodz?cej pod mury miejskie, a oddalony jest od góry Kalwarii przynajmniej o siedem minut drogi. Ogród to pi?kny, o wielkich, roz?o?ystych drzewach, w?ród drzew wida? miejscami cieniste ??czki; nie brak i ?awek, zapraszaj?cych do mi?ego spoczynku. Wchodz?c do ogrodu z doliny od strony pó?nocnej i id?c dalej szerok?, wygodn? ?cie?k?, widzi si?, ?e na lewo ci?gnie si? ogród dalej pod gór? wzd?u? murów miejskich, za? po prawej stronie ?cie?ki ko?czy si? ogród niedaleko i tutaj to stoi wielka, odosobniona ska?a, w której znajduje si? grobowiec. Wej?cie do groty grobowej zwrócone jest wprost na ?cie?k?; stoj?c u wej?cia, widzi si? przed sob? ci?gn?cy si? w gór? ogród i mury miejskie. W po?udniowo zachodniej i w pó?nocno zachodniej ?cianie tej?e ska?y s? jeszcze dwa niskie wej?cia do dwóch mniejszych grobowców. Wzd?u? zachodniej ?ciany biegnie w?ska ?cie?ka. Do g?ównego grobowca schodzi si? od strony wschodniej w dó? po schodkach, bo grobowiec le?y g??biej, ni? grunt ogrodu. Wej?cie to pierwsze zamkni?te jest plecionk?. Wewn?trz tworzy grobowiec obszern? grot?, tak pod ?cianami po czterech ludzi, a inni mog? wygodnie ?rodkiem przenie?? zw?oki. Od tylnej, zachodniej ?ciany, naprzeciw drzwi, zaokr?gla si? grota w ny?? szerok?, a niezbyt wysok?; ?ciany schodz? si? tu w górze, tworz?c sklepienie nad ?o?em grobowym, Wysokiem przesz?o dwie stopy. ?o?e grobowe jest to po prostu kawa? ska?y w kszta?cie skrzyni pod?u?nej lub trumny wyst?puj?cy z tylnej ?ciany groty, a tworz?cy z ni? jedn? ca?o??; ?o?e to wy??obione jest tyle, ?e mog? si? w nim wygodnie pomie?ci? zw?oki, owini?te w ca?uny. ?o?e nie zajmuje ca?ej szeroko?ci ny?y od ?ciany do ?ciany, owszem z jednej i z drugiej strony mi?dzy ?cian? a grobem mo?e stan?? cz?owiek, a tak?e z przodu przed grobem, jest miejsce dla jednego cz?owieka, chocia?by zamkni?te by?y drzwi ny?y. Drzwi, zamykaj?ce ny??, s? z miedzi, czy z jakiego? innego metalu, otwieraj? si? na dwie po?owy na obie strony, gdzie wspieraj? si? o ?ciany boczne. Nie s? osadzone prostopad?ej lecz uko?nie a niezbyt wysoko nad ziemi? tak, ?e mo?na je zamkn??, przytoczywszy pod nie kamie?, który w tym celu le?a? jeszcze przed wej?ciem do groty; przytoczono go dopiero pó?niej, po z?o?eniu Pana do grobu, i przywalono nim zamkni?te drzwi ny?y. Kamie? to ogromny, zaokr?glony nieco z jednej strony umy?lnie, bo i ?ciany nie ko?cz? si? przy drzwiach ny?y pod katem prostym, lecz nieco si? zaokr?glaj?. By drzwi, przywalone kamieniem, otworzy?, nie potrzeba go wytacza? z groty, co wobec szczup?o?ci miejsca by?oby zbyt uci??liwym; w tym celu jest umy?lnie uwieszony w sklepieniu ?a?cuch, który przeci?ga si? przez kó?ka, wpuszczone w kamie?, i nast?pnie, podci?gaj?c ?a?cuch, usuwa si? kamie? na bok; ale w ka?dym razie potrzeba do tego kilku silnych m??czyzn, a ci dobrze si? nam?cz?, nim kamie? usun?. Grota ca?a jest czy?ciutko wykonana. Skala, w której wykuta jest grota, jest koloru bia?ego, ?y?kowana w delikatne pr??ki czerwone i brunatne. Naprzeciw wej?cia do groty umieszczona jest w ogrodzie ?awka kamienna. Wierzch ska?y poros?y jest muraw?; wyszed?szy na?, wida? poprzez mury gór? Syjon i niektóre wie?e, dalej bram? Betlejemsk?, wodoci?g i studni? Gihon.


861

Zdj?cie z krzy?a

W tym czasie, gdy przy krzy?u kilku tylko ?o?nierzy zosta?o na stra?y, widzia?am, jak od Betanii nadesz?o dolin? pi?ciu m??ów; zbli?yli si? ostro?nie do placu egzekucji, spogl?dali chwil? na krzy? i znowu si? oddalili; mniemam, i? to byli uczniowie. Józefa z Arymatei i Nikodema, widzia?am dzi? trzy razy w tej stronie, jak gdyby ?ledzili za czym? i co? uk?adali. Pierwszy raz widzia?am ich tu w pobli?u podczas krzy?owania. (Zapewne wtenczas gdy wys?ali ludzi, by odkupi? sukni? Jezusa). Pó?niej przyszli obaj popatrze?, czy t?um si? rozszed?, poczym odeszli do grobowca, poczyni? niektóre przygotowania. Stamt?d przyszli znowu a? pod krzy?, przygl?dn?li si? mu dobrze i zbadali teren w ko?o, uk?adaj?c plan zdj?cia cia?a Jezusa, poczym powrócili do miasta. Teraz zaj?li si? przysposobieniem przyborów do balsamowania. S?u??cy ich wzi?li oprócz innych przyborów do zdj?cia ?wi?tego Cia?a tak?e dwie drabiny ze stodo?y, stoj?cej obok wielkiego domu Nikodema. Drabiny te - by?y to d?ugie ?erdzie, w których powbijane by?y rz?dem z obu stron ko?ki, jako szczeble. Drabiny opatrzone by?y hakami, daj?cymi si? wedle potrzeby przesuwa? wy?ej i ni?ej, by mo?na by?o drabin? dowolnie przymocowa?, lub, by mo?na by?o na takim haku powiesi? jakie narz?dzie, gdy mia?o si? obie r?ce zaj?te. Bogobojna niewiasta, u której zakupili przybory do balsamowania, zapakowa?a wszystko bardzo wygodnie. Nikodem kupi? 100 funtów zió? i wonno?ci, co na nasz? wag? wynosi?o 37 funtów, jak to kilka razy wyra?nie si? dowiedzia?am. Zapakowane to by?o w ma?ych bary?eczkach, z ?yka, które nie?li zawieszone na szyi; w jednej bary?ce by? jaki? proszek. P?ki zió? zapakowane by?y w sakwach z pergaminu, czy ze skóry. Józef niós? tak?e drog?, wonn? ma?? w puszce ?adnej, czerwonej, z niebiesk? obwódk?; nie wiem, z czego ta puszka by?a zrobiona. S?udzy, jak ju? wspomnia?am, nie?li na noszach naczynia, wory, g?bki i narz?dzia. Ogie? nie?li w zamkni?tej latarce. S?udzy ci poszli nieco naprzód i wyszli z miasta inn? bram?, zdaje mi si?, Betlejemsk?. Id?c przez miasto, przechodzili ko?o domu, w którym znajdowa?a si? Naj?wi?tsza Panna z niewiastami i Janem, wróciwszy z góry Kalwarii, by postara? si? o niektóre przybory do pogrzebu. Widz?c s?ugi, id?ce na gór? Kalwari?, zebra?y si? zaraz niewiasty i posz?y tam?e za nimi z Janem, w pewnym oddaleniu. By?o ich co? pi??, a niektóre nios?y pod p?aszczami spore zawini?tka z chustami. Niewiasty zawsze wychodz?c z domu pod wieczór, lub w ogóle na wykonywanie jakich? praktyk religijnych, zwyk?e by?y otula? si? starannie d?ug? chust?, na dobry ?okie? szerok?. Pocz?wszy od jednego ramienia, owija?y si? ca?e szczelnie i ko?czy?y na drugim ramieniu; nawet g?owa okryta by?a t? chust?. Tak owini?te, mog?y tylko ma?e kroki stawia?. Dzisiaj osobliwie podpada? mi strój ten, by? to bowiem strój ?a?obny. Józef i Nikodem ubrani byli tak?e w suknie ?a?obne. Mieli czarne przedrami?czka i takie? manipu?y, dalej szerokie pasy, a od góry do do?u otuleni byli w d?ugie, obszerne p?aszcze, barwy brudno szarej; p?aszcz os?ania? nawet g?ow?. Szli nie za s?ugami, lecz ku bramie, któr? wyprowadzono Jezusa. Na ulicach cicho by?o i pusto. Mieszka?cy, nie och?on?wszy jeszcze z przestrachu, siedzieli zamkni?ci w domach; wielu ze skruch? czyni?o pokut?, ma?a tylko cz??? pami?ta?a o wykonywaniu przepisanych ceremonii ?wi?tecznych. Gdy Józef i Nikodem przybyli pod bram?, zastali j? zamkni?t?; ulice najbli?sze i mury obsadzone by?y ?o?nierzami, których przys?a? Pi?at Faryzeuszom na ich ??danie, kiedy to po drugiej godzinie l?kali si? wybuchni?cia rozruchów. Dotychczas nie odwo?ano tych oddzia?ów, wi?c sta?y wci?? na stra?y. Józef pokaza? ?o?nierzom rozkaz Pi?ata na pi?mie, by go przepuszczono, na co o?wiadczyli ?o?nierze, ?e


862

ch?tnie by go pu?cili, ale ?e brama tak si? zaci??a, widocznie przez trz?sienie ziemi, i? nie mo?na jej w ?aden sposób otworzy?; dlatego te? i siepacze, wracaj?c po po?amaniu ko?ci ?otrom, nie mogli przej?? t?dy, lecz musieli i?? na bram? naro?n?. Rzeczywi?cie nikt nie móg? otworzy? bramy, ale gdy Józef i Nikodem uj?li za rygle, brama otworzy?a si? ku ogólnemu podziwowi nadzwyczaj lekko. Powietrze by?o pos?pne, mgliste. Przybywszy na gór? Kalwari?, zastali tam ju? Józef i Nikodem swych s?u??cych i ?wi?te niewiasty, które siedzia?y zap?akane naprzeciw krzy?a, Kassius i nawróceni ?o?nierze stali w pewnym oddaleniu, przej?ci strwo?on? czci? i uszanowaniem. Józef i Nikodem opowiedzieli Janowi i ?wi?tym niewiastom, jakie to starania czynili, by uratowa? Jezusa od ?mierci sromotnej, a niewiasty nawzajem opowiada?y im, jako z trudem tylko uda?o im si? odwie?? siepaczy od po?amania ko?ci Jezusowi, jako spe?ni?o si? proroctwo, a Kassius przebi? w?óczni? bok Jezusowi. Gdy nadszed? jeszcze setnik Abenadar, rozpocz?to z oznakami wielkiego smutku i czci naj?wi?tsze dzie?o mi?o?ci. Przyjaciele ci i wyznawcy Jezusa rozpocz?li zdejmowanie z krzy?a i przysposobienie do pogrzebu ?wi?tego Cia?a ich Pana, Mistrza i Odkupiciela. Naj?w. Panna i Magdalena usiad?y po prawej stronie pagórka mi?dzy krzy?em Jezusa a Dyzmasa; inne niewiasty zaj??y si? porz?dkowaniem wonno?ci, chust, g?bek i naczy?. Kassius zbli?y? si? do przyby?ego Abenadara i opowiedzia? mu, jak to dozna? cudownego uzdrowienia wzroku cia?a i duszy. Wszyscy wzruszeni byli g??boko i przej?ci smutkiem; na twarzach wszystkich malowa?a si? uroczysta powaga, przebija?a mi?o?? g??boka, nie potrzebuj?ca wielu s?ów na wyra?enie swych uczu?. ?wi?ta czynno?? odbywa?a si? z po?piechem, a zarazem uwag? troskliw?; czasami wydziera? si? z czyich piersi j?k ?a?osny, lub westchnienie. Magdalena przede wszystkim wzruszona by?a gwa?townie i pogr??ona w bezmiernej bole?ci, poza któr? nie mia?a wzgl?du na nic i na nikogo. - Nikodem i Józef przystawili drabiny z ty?u do krzy?a i wyle?li na gór?, wzi?wszy ze sob? wielk? chust?, do której w trzech miejscach przyszyte by?y trzy szerokie rzemienie. Owin?wszy Pana chust?, przyci?gn?li rzemienie i przymocowali nimi cia?o Jezusa do pnia krzy?a pod pachami i pod kolanami; tak samo przymocowali r?ce chustami do ramion krzy?a. Tu?ów cia?a Jezusa, ci???cy przy skonaniu ca?ym ci??arem ku kolanom, spoczywa? teraz w siedz?cej postawie na chu?cie wielkiej, przez ramiona krzy?a przerzuconej i przymocowanej. R?ce nie wisia?y ju? na gwo?dziach i nie rozdziela?y si?, bo cia?o, podci?gni?te do góry i przymocowane, nie ci??y?o ku do?owi. Do wyjmowania gwo?dzi wzi?to si? w ten sposób, ?e wybijano je z ty?u sztyfcikami, przy?o?onymi do ko?ców gwo?dzi. Wstrz??nienia, wywo?ane uderzeniami, nie dawa?y si? bardzo odczu? r?kom Jezusa, gwo?dzie wypada?y ?atwo z szerokich ran tym bardziej, ?e r?ce nie by?y ju? naci?gni?te jak pierwej. Wybiwszy lewy gwó?d?, spu?ci? Józef owini?t? r?k? lekko wzd?u? cia?a. Nikodem tak samo, przywi?zawszy mocno praw? r?k? Jezusa i g?ow? cierniem ukoronowan?, opuszczon? dotychczas na piersi, wybi? prawy gwó?d? i obwi?zan? r?k? opu?ci? lekko na dó?. Tymczasem setnik Abenadar wybi? z wielkim trudem ogromny gwó?d?, przykuwaj?cy nogi. Spad?e gwo?dzie podniós? ze czci? Kassius i z?o?y? je na ziemi obok Naj?wi?tszej Panny. Teraz przestawiono drabiny na przód krzy?a po obu stronach, tu? obok naj?wi?tszego Cia?a. Znowu wyle?li na gór? Józef i Nikodem, odwi?zali górny rzemie? od pnia krzy?a i zawiesili go na hakach, wbitych do drabin. To? samo uczynili z dwoma innymi rzemieniami tak, ?e teraz chusta z cia?em Jezusa wisia?a wy??cznie na drabinach. Schodz?c powoli, odczepiali rzemienie od góry i zawieszali na coraz ni?szych hakach, a drogocenny ci??ar spuszcza? si? coraz ni?ej ku ziemi. Setnik Abenadar wylaz? na schodki ruchome, uj?? r?koma nogi


863

Jezusa poni?ej kolan i zeszed? na ziemi?, a tymczasem Nikodem i Józef, trzymaj?c w ramionach cia?o Jezusa u góry, schodzili stopie? po stopniu z drabiny lekko, ostro?nie, jak gdyby d?wigali najukocha?szego przyjaciela, ci??ko zranionego. Tak dosta?o si? to naj?wi?tsze, um?czone Cia?o Zbawiciela z krzy?a na ziemi?. Nadzwyczaj wzruszaj?cym i rozczulaj?cym by? widok zdejmowania Jezusa z krzy?a. Robiono wszystko ostro?nie, z uwag?, jak gdyby obawiano si? sprawi? Panu najmniejsz? bole??. Wobec naj?wi?tszego Cia?a przejmowa?a wszystkich taka sama mi?o?? i cze??, jak? czuli wzgl?dem Naj?wi?tszego ze ?wi?tych za Jego ?ycia. Obecni mieli bez przerwy zwrócone oczy na cia?o Pana, przy ka?dym poruszeniu cia?a objawiali sw? bole??, smutek i trosk? ?zami i ca?ym zachowaniem. Cisza panowa?a; ci, co zaj?ci byli zdejmowaniem cia?a, odzywali si? tylko wtenczas, gdy koniecznie by?o potrzeba, a i to pó?g?osem, mimowolnym przej?ci szacunkiem dla zw?ok Chrystusa. Gdy przy wybijaniu gwo?dzi rozleg?y si? uderzenia m?otka, nowa bole?? ?cisn??a serce Naj?w. Panny, Magdaleny i wszystkich, którzy byli obecni przy krzy?owaniu. Odg?os uderze? przypomnia? im chwil? okrutnego przybijania Jezusa na krzy?; zadr?eli, bo zda?o im si?, ?e znowu us?ysz? bolesny j?k Jezusa, ale widz?c, ?e usta te zamkn??a ju? ch?odna d?o? ?mierci, zacz?li znów bole? nad Jego skonem. Zdj?wszy cia?o, okryli je Nikodem i Józef starannie od kolan a? do pasa i owini?te w chust? z?o?yli w r?ce Matki bolej?cej, która, przej?ta bole?ci? bezmiern?, z t?sknot? wyci?gn??a po nie r?ce.

Przygotowania do pogrzebania cia?a Jezusa

Z?o?ono wi?c na ?ono Maryi zw?oki Jej najukocha?szego, a tak okrutnie zamordowanego Syna. Naj?w. Panna siedzia?a na rozes?anym kobiercu, plecy jej spoczywa?y na mi?kkim oparciu, utworzonym zapewne z pozwijanych p?aszczów, bo przyjaciele chcieli ul?y? cho? troch? tej Matce, wycie?czonej bole?ci? i trudem, oddaj?cej obecnie zw?okom Syna swego ostatni?, smutn? przys?ug? mi?osn?. Naj?wi?tsza g?owa Jezusa spoczywa?a na podniesionym nieco prawym kolanie Maryi, cia?o le?a?o wyci?gni?te na chu?cie. Bole?? serca Naj?w. Matki równ? by?a jej niezmiernej mi?o?ci. Oto trzyma?a w ramionach cia?o Swego ukochanego Syna, któremu podczas ca?ej Jego d?ugiej m?ki nie mog?a wy?wiadczy? ?adnej przys?ugi; widzia?a strasznie sponiewierane to naj?wi?tsze Cia?o, mia?a tu? przed oczyma wszystkie okropne rany, ca?uj?c zakrwawione, poranione policzki. Magdalena usiad?a podobnie u nóg Jezusa i ca?owa?a je. M??czy?ni tymczasem cofn?li si? w zag??bienie, po?o?one ni?ej na po?udniowo zachodnim stoku Kalwarii, gdzie chcieli uzupe?ni? przygotowania do pogrzebu i przysposobi?, co jeszcze by?o potrzebne. Kassius z nawróconymi ?o?nierzami sta? w pewnym oddaleniu, w postawie pe?nej szacunku. Nie by?o mi?dzy obecnymi nieprzychylnych, bo wszyscy porozchodzili si? do miasta, pozostali tylko ?yczliwi Jezusowi i ci tworzyli teraz jakby stra? honorow?, by nikt niepowo?any nie przeszkodzi? w oddawaniu ostatniej oznaki czci zw?okom Jezusa. Ka?dy by? szcz??liwy, je?li polecono mu pomóc w czym i wype?nia? ochoczo polecenie ze wzruszeniem i pokor?. ?wi?te niewiasty zaj??y si? skrz?tnie przygotowaniem i podawaniem naczy? z wod?, g?bek, chust, ma?ci i zió?; po spe?nieniu jakiej czynno?ci stawa?y w pogotowiu, bacz?c uwa?nie, czy znowu czego nie potrzeba. By?y mi?dzy niewiastami Maria Kleofy, Salome i Weronika; Magdalena nie odchodzi?a na krok od Naj?w. cia?a. Maria Helego, starsza siostra Naj?w. Panny, s?dziwa ju? matrona, siedzia?a opodal na wale, przypatruj?c si? cicho wszystkiemu. Jan,


864

czynny na wszystkie strony, by? niejako po?rednikiem mi?dzy niewiastami i m??czyznami. To pomaga? Naj?w. Pannie i niewiastom, to znowu potem m??czyznom przy w?a?ciwym przysposobieniu cia?a. Na wszystko mia? oko. Niewiasty trzyma?y skórzane worki daj?ce si? otwiera? i sk?ada? na p?ask, obok na ognisku sta?o naczynie z ciep?? wod?, Podawa?y na przemian Maryi i Magdalenie czarki z czyst? wod? i ?wie?e g?bki, a otrzymane, wyciska?y do worków; zdaje mi si?, i? to by?y g?bki, owe zwitki, z których widzia?am zu?yt? wod? wyciska?. Przy ca?ej niewymownej bole?ci, jaka ?ciska?a w tej chwili serce Naj?w, Panny, moc jednak niezwyk?a o?ywia?a J? i pobudza?a do dzia?ania.*) Bole?? Jej i mi?o?? nie da?y Jej pozostawi? cia?a Jezusa w takim zeszpeceniu i sponiewieraniu, wiec zaraz zacz??a skrz?tnie oczyszcza? je i obmywa?. Najpierw rozpi??a ostro?nie z pomoc? innych koron? cierniow? i zdj??a j? Jezusowi z g?owy. Niektóre ciernie musiano tym czasem obci??, by przy zdejmowaniu korony nie rozdziera? na nowo ran Naj?w. g?owy. Po?o?ono korony na ziemi? ko?o gwo?dzi; pozosta?e w g?owie d?ugie kolce i drzazgi powyci?ga?a Maryja ostro?nie okr?g?ymi, ?ó?tymi, spr??ynowymi obc??kami*) i ze smutkiem g??bokim pokazywa?a je wspó?czuj?cym przyjacio?om. Wydobyte ciernie sk?adano obok korony; cz??? ich zapewne rozebrali zaraz obecni mi?dzy siebie na pami?tk?. Oblicze Jezusa zdj?tego z krzy?a, by?o nie do poznania, zeszpecone krwi? i ranami; rozczochrane w?osy na g?owie i brodzie pozlepiane by?y krwi?. Maryja zmy?a mokrymi g?bkami oblicze i g?ow?, i zebra?a z w?osów zasch?? krew. Przy zmywaniu coraz jawniej pokazywa?o si? jak okrutnie poraniony by? Jezus, wi?c coraz wi?ksze wspó?czucie ogarnia?o obecnych na widok ka?dej pokazuj?cej si? rany; z nadzwyczajn? staranno?ci? i pieczo?owito?ci? za?atwia?a Maryja t? smutn? czynno??. G?bk? i chusteczk? wilgotn?, nawini?t? na palce prawej r?ki, wymywa?a zasch?? krew z ran g?owy, z zapad?ych oczu, z nosa i uszu, poczym nawin?wszy szmateczk? mokr? na palec wskazuj?cy, wymy?a wpó? otwarte usta Jezusa, j?zyk, z?by i wargi. Przerzedzone w?osy na g?owie przyczesa?a i rozdzieli?a na trzy cz??ci*) Nasuwa si? tu nast?puj?ce spostrze?enie. ?wi?tobliwa Katarzyna, opisuj?c osoby historycznie najwa?niejsze, nie zapomina?a zwykle doda?, na ile cz??ci one swe w?osy rozczesywa?y. Zdawa?a si? k?a?? szczególny nacisk na te n.p. s?owa: "Ewa rozczesywa?a w?osy na dwie cz??ci, Maryja na trzy cz??ci." Nie zdarzy?a mi si? jako? sposobno?? dowiedzie? si?, jakie znaczenie przywi?zywa?a opowiadaj?ca do tych szczegó?ów, a szkoda, bo zapewne obja?ni?oby to nas nie ma?o, jak nieraz sposób noszenia w?osów mia? zwi?zek z poczynionymi ?lubami, ofiarami, ?a?ob?, ?wi?ceniami itd. Tak np. mówi?a o Samsonie: "W?osy mia? d?ugie, bujne, ?ó?tawe, zwini?te w siedem warkoczy w ko?o g?owy jak he?m. Na czole i na skroniach zwiesza?y si? warkocze puszysto jakby woreczki. Si?a jego ogromna nie le?a?a we w?osach jako takich, lecz jako ?wiadkach jego ?wi?tego ?lubu, do którego zobowi?za? si? noszeniem tych warkoczy. Si?y, przywi?zane do tych siedmiu warkoczy, lub loków, przeobra?a?y siedem darów Ducha ?wi?tego. Musia? ju? na dobrze z?ama? ?lub i wiele ?ask straci?, kiedy da? sobie obci?? odznak? z?o?onego ?lubu. Nie widzia?am, by Dalila obci??a mu wszystkie w?osy; zdaje mi si?, ?e zostawi?a mu kosmyk nad, czo?em. To te? nie odj?? Bóg Samsonowi ?aski skruchy i pokuty. Ci??ko ?a?owa? za grzechy i pokutowa?, a? odzyska? sw? moc dla zag?ady nieprzyjació?. ?ycie Samsona jest ?yciem proroczym, typowym. ?rodek zaczesa?a w ty?, a dwie cz??ci na oba boki, zaczesawszy je g?adko poza uszy. Oczy?ciwszy tak g?ow? uca?owa?a Naj?w. Panna policzki Jezusa i zakry?a je chust?, poczym zacz??a obmywa? szyj?, barki, piersi i plecy ?wi?tego cia?a, dalej r?ce i porozdzierane, zakrwawione d?onie. Teraz dopiero pokaza?o si?, jak


865

strasznie skatowane by?o cia?o Jezusa. Wszystkie ko?ci piersiowe, wszystkie tkanki by?y porozci?gane, powykrzywiane i jak st??a?e. Na barkach, które d?wiga?y ci??ki krzy?, wida? by?o ogromn? g??bok? ran?, druga taka widnia?a na prawym boku, rozdartym szeroko w?óczni?; na lewym boku by?a malutka ranka, pochodz?ca tak?e od w?óczni, która przesz?a na wylot przez ca?e cia?o. W ogóle ca?a górna cz??? cia?a pokryta by?a si?cami, guzami i ranami, a ka?d? ran? obmywa?a i oczyszcza?a Maryja jak najstaranniej. Magdalena, to kl?cza?a z drugiej strony, pomagaj?c Jej, to znów przypada?a do nóg Jezusa, obmywaj?c je po raz ostatni wi?cej ?zami ni? wod? i osuszaj?c w?asnymi w?osami. Tak obmy?a Maryja i oczy?ci?a z krwi zesch?ej g?ow? i górn? cz??? cia?a Jezusa, a Magdalena nogi. Naj?wi?tsze cia?o wygl?da?o teraz sino bia?e, po?yskuj?ce jak przekrwione mi?so. Tu i ówdzie wida? by?o ciemniejsze plamy od zasta?ej pod skór? krwi, miejscami skóra by?a zdarta i widnia?o ?ywe mi?so. Naj?wi?tsza Panna okrywszy obmyte ju? cz?onki, wzi??a si? powtórnie do namaszczania wszystkich ran, pocz?wszy od g?owy. ?wi?te niewiasty kl?cza?y przed Ni? i podawa?y Jej na przemian puszki z wonno?ciami, a Matka Bo?a nabiera?a palcem wielkimi wskazuj?cym prawej r?ki czy to ma?ci, czy inne wonno?ci, zape?nia?a tym rany Jezusa i pomaza?a je; w?osy pola?a Mu wonnym olejkiem. Uj?wszy w lew? r?k? obie r?ce Jezusa, ca?owa?a je najpierw ze czci?, poczym wype?ni?a szerokie rany na d?oniach, porobione gwo?dziami, kosztown? ma?ci?: t? ma?ci? wype?ni?a tak?e otwory uszne, nosowe i szerok? ran? w prawym boku. Magdalena g?ównie zaj??a si? ?wi?tymi nogami Jezusa, osusza?a je, namaszcza?a i na nowo skrapia?a obfitymi ?zami. Chwilami przyk?ada?a do nich sw? twarz zbola?? i kl?cza?a tak, cicho, bez ruchu. Nama?ciwszy tak wszystkie rany, owin??a Maryja g?ow? Jezusa w opaski nie ?ci?gaj?c jednak jeszcze poprzedniej zas?ony. Przymkn?wszy na pó? otworzone oczy Jezusa trzyma?a chwil? na nich sw? r?k?, potem zamkn??a ?wi?te usta, a obj?wszy z p?aczem najdro?sze cia?o swego Syna, pochyli?a oblicze ku ?wi?tej Jego twarzy. Magdalena z wielkiej czci i uszanowania, nie zbli?a?a swego oblicza do twarzy Jezusa, ca?owa?a tylko z pokor? Jego nogi. Józef i Nikodem stali chwil? w pobli?u, szanuj?c t? bole?? niezmiern? Matki Bo?ej; wreszcie Jan zbli?y? si? do Naj?w. Panny z nie?mia?? pro?b?, by odda?a ju? cia?o Jezusa, bo szabat si? zbli?a i trzeba ko?czy? przygotowania. Jeszcze raz u?cisn??a Maryja serdecznie drogie zw?oki i czu?ymi s?owy po?egna?a je. M??czy?ni wzi?li naj?wi?tsze cia?o z ?ona Matki i ponie?li je na chu?cie, na której le?a?o, na dó? w owo zag??bienie. Maryja, której bole??, ukojona nieco czu?ym zaj?ciem, od?y?a na nowo, os?ab?a i usun??a si? na r?ce niewiast, zakrywszy g?ow?. Magdalena za?, jak gdyby kto porywa? jej jedynego Oblubie?ca, rzuci?a si? naprzód z wyci?gni?tymi r?kami, lecz po chwili oprzytomniawszy, powróci?a do Naj?w. Panny. Naj?wi?tsze Cia?o Jezusa ponie?li m??czy?ni kawa?ek w dó? Golgoty, gdzie w za?omie góry by?a pi?kna szeroka, a p?aska ska?a, na której cia?o z?o?ono w celu przedsi?wzi?cia balsamowania. Ska?a zas?ana by?a wielk? siatkowat? chust?, jakby z koronek zrobion?, podobn? do tak zwanej chusty g?odowej*) *) Chust? g?odow? zowi? w diecezji monasterskiej wielk?, bia??, lnian? tkanin?, któr? w czasie Postu zawiesza si? w ko?ciele na sznurach u sklepienia mi?dzy chórem a ko?cio?em, lub przed wielkim o?tarzem. Tkanina ta dziergana jest haftami z koronek, przedstawiaj?cymi pi?? ?w. ran Chrystusa, narz?dzia m?ki Jego itp. Chusta taka nastraja powa?nie i wznio?le wra?liwe umys?y, zach?ca i upomina do skromno?ci, umartwienia, pow?ci?gliwo?ci i pobo?nego rozmy?lania, m?ki. krzy?owej Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. zawieszanej u nas w ko?ciele.


866

Widz?c jako dziecko wisz?c? w ko?ciele tak? chust?, my?la?am zawsze, ?e to jest ta sama, któr? widzia?am przy balsamowaniu Jezusa. Zapewne dlatego zrobiona by?a siatkowa?o, by przy zmywaniu cia?a woda mog?a odp?ywa?; obok rozpostarta by?a druga wielka chusta. Cia?o Jezusa z?o?ono na skale na siatkowatej chu?cie, kilku za? trzyma?o nad cia?em drug? chust?, rozpostart? tak, by zw?oki Jezusa zakryte by?y przed ich oczami. Wtedy Józef i Nikodem przykl?kli, rozwin?li ow? chust?, w któr? przy zdejmowaniu z krzy?a owin?li byli Jezusa, od kolan do pasa, przy czym zdj?li tak?e przepask? biodrow?, któr? przyniós? Mu przed ukrzy?owaniem Jonadab, siostrzeniec Jego opiekuna Józefa. Wymyli oni starannie g?bkami brzuch i uda Jezusa, nast?pnie podnie?li naj?wi?tsze cia?o, wci?? jeszcze przykryte trzyman? zas?on?, na dwóch chustach poprzecznych, pod?o?onych pod grzbiet i kolana i nie obracaj?c Go, umyli z drugiej strony. Myli za? tak d?ugo, dopóki woda wyciskana z g?bek nie by?a zupe?nie czyst?. W dodatku obmyli jeszcze cia?o wod? mirrow?, potem z?o?yli je na powrót i delikatnie z szacunkiem wyprostowali r?koma; ?rodek bowiem cia?a i kolana skrzywione by?y nieco i tak st??a?y, jak konaj?c osun??o si? cia?o ku do?owi. Uko?czywszy to, pod?o?yli pod biodra chust? na ?okie? szerok? a trzy ?okcie d?ug?, wysypali ?ono Jego p?kami zió?, jakie widuj? czasem na sto?ach niebia?skich,*) *) W bolesnych swych rozmy?laniach doznawa?a nieraz ?wi?tobliwa Katarzyna wewn?trznej pociechy i pokrzepienia, czuj?c si? przeniesion? duchem na uroczyste uczty niebia?skie, przedstawiane jej obrazowo; z dziecinn? rado?ci? opisywa?a wtenczas cudown?, zachwycaj?c? zastaw? sto?ów i kosztowno?? drogocennych naczy?. Opisywa?a cz?sto rodzaj i wygl?d podawanych tam zió?, nie pomijaj?c nawet liczby listków i pr?cików w kielichach kwiatowych. Wspomina?a przy tym, nieraz, jak podawano jej tam na z?otych talerzykach z b??kitn? obwódk? delikatne jakie? zio?a, ustawione g?sto w p?czkach - co? na kszta?t gorzkiej rze?uchy lub mirrya nieraz tak?e ró?ne owoce, których spo?ycie krzepi?o j? bardzo w wielkich cierpieniach ducha i cia?a. Przez cz?stsz? obserwacj? doszed?em do przekonania, ?e w tych ucztach pocieszaj?cych otrzymywa?a ona jako pokrzepienie i nagrod? swe w?asne tu na ziemi nabyte umartwienia, zaparcia si? i przezwyci??enia pod postaci? zió? i owoców, przeobra?aj?cych te zas?ugi, stosownie do formy i kszta?tu. Tak samo forma, materia? i barwa naczy? mia?y swoje znaczenie. "Po?ywania tych potraw" - opowiada?a - "nie mo?na w?a?ciwie nazwa? jedzeniem w znaczeniu zwyczajnym ludzkim, a jednak pokrzepiaj? ono i nasycaj? w daleko wy?szym stopniu, ni? potrawy ziemskie. Za ich spo?yciem przechodzi w cz?owieka ca?a ?aska i si?a Bo?a, której przeobra?eniem i doskona?ym wyrazem jest podany owoc." - Te to zio?a przypomnia?a sobie opowiadaj?ca, ujrzawszy zio?a, u?yte przy balsamowaniu Jezusa. zastawione na z?otych talerzykach z b??kitnymi obwódkami, dalej delikatnymi, kr?conymi w?óknami ro?linnymi, podobnymi do szafranu, a to wszystko posypali proszkiem, którego Nikodem przyniós? w puszce, poczym owin?li biodra pod?o?on? opask?, przeci?gn?li jej ko?ce mi?dzy nogami i zwi?zali w pasie, w miejscu, gdzie przypada?o spi?cie opaski. Nast?pnie nama?cili wszystkie rany na l?d?wiach, pomazali je wonno?ciami, nak?adli obficie zió? mi?dzy nogi a? do stóp, i zacz?wszy od do?u, poowijali nogi w ca?uny a? do pasa. Teraz i przyprowadzi? Jan znowu Naj?w. Pann? i ?wi?te niewiasty. Maryja ukl?k?a przy Jezusie i pod?o?y?a Mu pod g?ow? cienk? chust?, otrzyman? od Klaudii Prokli, któr? dotychczas mia?a na szyi pod p?aszczem; inne niewiasty nak?ad?y obficie w ko?o szyi, ramion i g?owy a? do policzków Jezusa wonnych zió?, delikatnych w?ókien ro?linnych i nasypa?y owego proszku, którego przyniós? Nikodem, poczym Naj?w. Panna owin??a chust? z tym wszystkim w ko?o g?owy i ramion


867

Jezusa. Magdalena wyla?a w ran? prawego boku ca?? flaszeczk? wonnego olejku, niewiasty nak?ad?y wonno?ci do martwych r?k, ko?o nóg i pod nogi. Nast?pnie m??czy?ni wype?nili wonno?ciami pachy, ob?o?yli nimi jam? sercow?, ca?e cia?o ob?o?yli wonnymi zio?ami, gdzie tylko by?o miejsce; zdr?twia?e r?ce Jezusa z?o?yli na krzy? na ?onie, poczym owin?li cia?o od do?u a? pod pachy w wielk?, bia?? chust?, jak to si? nieraz zawija dzieci. Pod pach? prawego ramienia wsun?li koniec szerokiej opaski i owin?li t? opask? ca?e naj?wi?tsze Cia?o od g?owy do nóg raz ko?o razu, unosz?c je delikatnie r?kami; zw?oki przybra?y teraz kszta?t lalki, owini?tej w pieluchy. Wreszcie po?o?yli zw?oki Jezusa na ukos na wielkiej chu?cie, sze?? ?okci d?ugiej, kupionej przez Józefa z Arymatei i zawin?li je w ni? tak, ?e dwa ko?ce zachodzi?y na piersi, jeden od nóg, drugi przez g?ow?, za? dwa drugie ko?ce owija?y cia?o na poprzek. Sko?czywszy t? smutn? robot?, otoczyli wszyscy Cia?o Jezusa i ukl?kli w ko?o, by si? z nim po?egna?. Wtem oczom ich przedstawi? si? cud, wzruszaj?cy ich do g??bi. Oto na wierzchniej chu?cie, okrywaj?cej zw?oki, odbi? si? obraz naj?wi?tszego Cia?a Jezusa z wszystkimi ranami i bliznami. Zdawa?o si?, ?e Jezus wdzi?czny, chce wynagrodzi? im ich ?yczliwe starania i smutek po Nim, pozostawiaj?c im Swój wizerunek, cudownie odbity poprzez wszystkie ca?uny. Z p?aczem i j?kiem rzucili si? wszyscy do ?ciskania naj?wi?tszego Cia?a i ca?owali ze czci? cudowny wizerunek. Zdumieni wielce, rozwin?li na powrót chust?, i oto zdumienie ich wzros?o jeszcze, gdy ujrzeli, ?e pod spodem wszystkie ca?uny s? czyste zupe?nie, a tylko na wierzchniej chu?cie odbi?a si? posta? Pana. Cz??? chusty, na której le?a?o ?wi?te Cia?o, nosi?a odbity wizerunek grzbietu ca?ego, cz??? za?, okrywaj?ca Jezusa z wierzchu, nosi?a ?lady ca?ej przedniej cz??ci cia?a, trzeba j? by?o jednak dopiero sk?ada? na powrót rogami, tak jak owini?ty by? w ni? Jezus, by móc ujrze? ca?? posta?. Nie by?o na chu?cie ?ladu np. krwawi?cych si? ran, bo ca?e cia?o ob?o?one by?o grubo wonno?ciami i owini?te ca?unami. By? to wizerunek cudowny, ?wiadectwo twórczej, powo?uj?cej do bytu Bosko?ci w ciele Jezusa. Znane mi by?o wiele szczegó?ów z pó?niejszych losów tej ?wi?tej chusty, ale ju? nie potrafi? z?o?y? tego w porz?dn? ca?o??. Po zmartwychwstaniu dosta?a si? ta chusta wraz z innymi w posiadanie przyjació? Jezusa. Jednemu z nich wydarto j? raz, gdy niós? j? pod pach?. D?ugi czas by?a w posiadaniu chrze?cijan w ró?nych miejscowo?ciach i doznawa?a czci wielkiej; dwa razy przechodzi?a w r?ce ?ydowskie, ale wnet wraca?a do chrze?cijan. Raz widzia?am, jak wybuch?a sprzeczka o ni?, w?ród której wrzucono j? w p?omie? na spalenie, ale chusta cudownie unios?a si? z p?omieni w powietrze i opad?a w r?ce pewnego chrze?cijanina. Za ?ask? Bo?? utworzyli ?wi?ci m??owie przez przyk?adanie r?k w?ród mod?ów trzy odbitki, a to z ca?ej tylnej cz??ci i z?o?onych kawa?ków, przedniej cz??ci. Odbitki te, powsta?e przez dotkni?cie i u?wi?cone w zbawiennej intencji uroczy?cie przez Ko?ció?, by?y od dawna przyczyn? wielkich cudów. Orygina?, uszkodzony ju? troch?, porozdzierany w niektórych miejscach, widzia?am raz w posiadaniu chrze?cijan niekatolików w Azji. Nazw? miasta tego zapomnia?am; le?y ono w jakim? wielkim kraju w pobli?u ziemi ?w. Trzech Królów. W widzeniach o tej chu?cie wmieszane by?y, jakie? szczegó?y o Turynie i Francji, o papie?u Klemensie I i o cesarzu Tyberiuszu, który umar? w pi?? lat po ukrzy?owaniu Chrystusa; ale wysz?o mi to wszystko z pami?ci.


868

Z?o?enie do grobu

Po opowiedzianych przygotowaniach z?o?yli m??czy?ni ?wi?te Cia?o Jezusa na skórzane nosze, przykryli je ciemn? zas?on? i przytwierdzili po obu stronach dr??ki do trzymania; przypomnia?o mi to ?ywo ark? przymierza. Czterech m??ów nios?o nosze; z przodu Nikodem i Józef, z ty?u Abenadar i Jan. Za nimi post?powa?y Naj?w. Panna, starsza Jej siostra Maria Helego, Magdalena i Maria Kleofy, dalej znów gromadka niewiast, jak Weronika, Joanna Chusa, Maria Marka, Salonie z Zebedeuszów, Maria Salome, Salome z Jerozolimy, Zuzanna i bratanica ?w. Józefa, Anna, wychowana w Jerozolimie. Pochód zamykali Kassius i ?o?nierze. Inne niewiasty, jak Maroni z Naim, Samarytanka Dina, Mara i Sufanitka, by?y obecnie w Betanii u Marty i ?azarza. Przodem sz?o kilku ?o?nierzy ze skr?conymi pochodniami; potrzeba bowiem by?o ?wiat?a w ciemnym grobowcu. Tak posuwa? si? orszak oko?o siedmiu minut przez dolin? ku ogrodom Jozafata, ?piewaj?c psalmy cichym, rzewnym g?osem. Widzia?am, jak z drugiej strony ze wzgórza przypatrywa? si? chwil? pochodowi Jakób Starszy, brat Jana, poczym zbieg? donie?? o tym, co widzia?, uczniom ukrytym w grocie. Ogród Józefa nie ma w obwodzie kszta?tu symetrycznego. Z tej strony, gdzie znajduje si? grobowiec, otoczony jest ?ywym p?otem a prócz tego u wej?cia znajduje si? od wewn?trz zagrodzenie z ?erdzi, przymocowanych poziomo ?elaznymi hakami do s?upów. Przed wej?ciem do ogrodu, jak równie? przed wej?ciem do grobowca stoi kilka drzew palmowych. Zreszt? zaros?y jest ogród przewa?nie krzewami, kwiatami i cennymi zio?ami. U wej?cia do ogrodu zatrzyma? si? orszak, m??czy?ni otworzyli przej?cie, wyj?wszy kilka ?erdek, które pos?u?y?y im potem jako d?wignie do wtoczenia do groty ogromnego kamienia, maj?cego przywali? drzwi grobu. Stan?wszy przed grobowcem, ods?onili nosze i wysun?li naj?wi?tsze Cia?o, na w?skiej desce. przykrytej na poprzek roz?cielon? chust?. Nikodem i Józef trzymali z obu ko?ców desk?, Abenadar i Jan chust?. Grota, nowa jeszcze, wyczyszczona i wykadzona przez s?ugi Nikodema, przedstawia?a si? wcale poka?nie. U sklepienia bieg? góra pi?kny gzyms. Samo ?o?e grobowe szersze by?o w g?owach, jak w nogach. Wykuty w nim by? otwór w kszta?cie cia?a owini?tego w ca?uny z ma?ym podwy?szeniem na g?ow? i nogi. ?wi?te niewiasty usiad?y na ?awce, stoj?cej naprzeciw wej?cia do groty. M??czy?ni, nios?cy cia?o Jezusa, weszli z nim do groty, postawili je na ziemi, wype?nili cz??? grobu wonno?ciami, rozpostarli na to chust?, tak wielk?, ?e zwiesza?a si? jeszcze ku ziemi i dopiero wtenczas z?o?yli tam naj?wi?tsze Cia?o. U?cisn?wszy je po raz ostatni i skropiwszy ?zami mi?o?ci i smutku, wyszli z groty. Zaraz te? wesz?a tam Naj?w. Panna, usiad?a w g?owach grobu na dwie stopy wysokiego, i z p?aczem pochyli?a si? nad zw?okami Swego dziecka jedynego, by u?cisn?? je po raz ostatni. Po Niej wesz?a do groty Magdalena; ta ju? przedtem narwa?a kwiatów i ziela i posypa?a teraz nimi naj?wi?tsze Cia?o. Za?ama?a r?ce, bolej?c nad rozstaniem si? z Jezusem; j?cz?c i p?acz?c, obj??a Jego nogi, wróci?a jednak wnet do niewiast, bo m??czy?ni nalegali o po?piech. Ci zaraz weszli znów do groty, zarzucili na cia?o Jezusa zwieszaj?c? si? chust?, na to zarzucili brunatn? zas?on?, wreszcie zamkn?li owe ciemne drzwi metalowe, zdaje si? ze spi?u, lub miedzi, opatrzone pod?u?n? i poprzeczn? sztab? w kszta?cie krzy?a. (Nie oznaczy?a bli?ej w tym miejscu, czy te sztaby zak?adano umy?lnie, czy by?y to tylko wystaj?ce listwy, tworz?ce jedn? ca?o?? z drzwiami). Wielki kamie?, przeznaczony do zamkni?cia grobu, le?a? jeszcze przed grot?. Mia? mniej wi?cej kszta?t kufra*) lub nagrobka, a by? tak wielki, ?e cz?owiek doros?y móg? na nim wygodnie le?e? wyci?gni?ty, przy tym by? bardzo ci??ki. Za pomoc? ?erdek


869

wzi?tych z zagrodzenia, wtoczyli go m??czy?ni do groty przed zamkni?te drzwi grobu. Wej?cie do groty zamkni?to lekkimi drzwiami z plecionki. Podczas tego smutnego obrz?du o?wietlona by?a grota pochodniami, bo inaczej by?oby zbyt ciemno. Przez ca?y czas widzia?am, jak w pobli?u ogrodu i Golgoty kr??yli w ko?o nie?mia?o jacy? m??owie, na których twarzach smutek si? malowa?; musieli to by? uczniowie, którzy wskutek opowiada? Abenadara odwa?yli si? wyj?? z ukrycia, poczym znów si? cofali.

Powrót od grobu. Szabat

Szabat ju? nadchodzi?, wi?c Józef i Nikodem wybrali si? zaraz do miasta przez ow? ma?? furtk? w murze miejskim, której u?ywanie, jak s?dz?, dozwolone im by?o w drodze prywatnej. Naj?wi?tsza Panna, Magdalena, kilka jeszcze niewiast i Jan, mieli zamiar pój?? jeszcze na chwil? na Kalwari?, pomodli? si? tam i zabra? pozostawione tam drobiazgi, wi?c Józef i Nikodem rzekli im, ?e oddaj? im do, u?ytku dla wi?kszej wygody t? furtk? w murze, jak równie? wieczernik i ?e zawsze dla nich drzwi sta? b?d? otworem, ilekro? zapukaj?. Maria Marka i inne niewiasty odprowadzi?y do miasta starsz? siostr? Naj?wi?tszej Panny, Mari? Helego. S?udzy Nikodema i Józefa poszli na Kalwari? po pozosta?e tam sprz?ty. Nawróceni ?o?nierze odeszli od grobu do swych towarzyszy, stoj?cych jeszcze na stra?y przy bramie; Kassius za?, dzier??c w r?ku sw? w?óczni?, po¬jecha? do Pi?ata i zda? mu wiernie spraw? z wszystkiego, co zasz?o; zarazem obieca? mu i na przysz?o?? donosi? dok?adnie o wszystkim, je?li przeznaczy go mi?dzy innymi do stra?y przy grobie bo, jak mówi?, doniesiono mu, ?e ?ydzi z pewno?ci? za??daj? postawienia stra?y przy grobie Jezusa. Pi?ata przejmowa?a tajemna groza, gdy s?ucha? opowiadania Kassiusa, ale na pozór traktowa? rzecz oboj?tniej a Kassiusowi da? pozna?, ?e uwa?a, go za marzyciela, Kassius wszed? do Pi?ata z w?óczni? w r?ku i postawi? j? przy sobie, lecz Pi?at dowiedziawszy si?, ?e ta w?ócznia przebi?a bok Jezusa, kaza? ze wstr?tu i zabobonnej trwogi wynie?? j? za drzwi. Jan poszed? z Naj?wi?tsz? Pann? i kilku niewiastami na Kalwari?; tam, p?acz?c, pomodlili si? chwil?, i pozbierawszy swoje drobiazgi, szli na powrót ku miastu. Wtem ujrzeli naprzeciw oddzia? ?o?nierzy, id?cych z pochodniami, wi?c rozst?pili si? na obie strony i stan?li po bokach drogi, by przepu?ci? ich, poczym ruszyli dalej ku owej furtce w murze. ?o?nierze ci szli na Kalwari?, prawdopodobnie po to, by usun?? przed szabatem krzy?e i zakopa? je. Józef i Nikodem napotkali w mie?cie Piotra, Jakóba Starszego i Jakóba M?odszego. P?akali jedni i drudzy. Piotr szczególnie zasmucony by? nadzwyczaj, z p?aczem ?ciska? wszystkich, oskar?a? sam siebie, narzeka?, ?e nie by? przy ?mierci Pana, i dzi?kowa? im serdecznie, ?e postarali si? o grób dla Niego; bole?? przejmowa?a wszystkich ogromna. Józef i Nikodem o?wiadczyli Aposto?om, ?e ka?dej chwili wpuszczeni b?d? do wieczernika, jak tylko zapukaj?, poczym szli dalej szuka? innych rozproszonych. Gromadka, w?ród której znajdowa?a si? Naj?w. Panna, przyby?a do wieczernika, gdzie na pukanie ich zaraz wpuszczono. Wnet pojawi? si? Abenadar, a powoli zesz?a si? wi?ksza cz??? Aposto?ów i wielu uczniów. ?wi?te niewiasty, od??czywszy si? od m??czyzn, uda?y si? do mieszkania Naj?w. Panny w bocznym budynku obok wieczernika. Posilano si? niewiele, przez jaki? czas jeszcze opowiadano sobie wzajemnie ró?ne szczegó?y w?ród smutku i trwogi. M??czy?ni przebrali si? w inne suknie i zebrawszy si?, pod lamp? odprawiali szabat. Nast?pnie po?ywali baranki przy kilku sto?ach, zastawionych w sali wieczernika, ale bez zachowania przepisanych ceremonii ?wi?tecznych, bo nie by?o to


870

po?ywanie baranka wielkanocnego, którego spo?yli ju? wczoraj ze swym Mistrzem. Zna? by?o na twarzach wszystkich pomieszanie i smutek. ?w. niewiasty odprawia?y tak?e z Maryj? mod?y szabatowe pod za?wiecon? lamp?. Gdy si? ju? zupe?nie ?ciemni?o, przybyli po szabacie z Betanii ?azarz, Marta, wdowa Maroni z Naim, Samarytanka Dina i Maria Sufanitka. Przyby?ych wpuszczono do ?rodka i siedziano jeszcze d?ugo, opowiadaj?c im straszne szczegó?y dnia dzisiejszego. Smutne te wspomnienia now? bole?ci? przejmowa?y serca wszystkich obecnych.

Pojmanie Józefa z Arymatei. Stra? przy grobie Jezusa

Pó?no w noc wraca? Józef z Arymatei z wieczernika do domu w towarzystwie kilku uczniów i niewiast. W smutku pogr??eni, szli powoli ulicami Syjonu, l?kliwie spogl?daj?c w ko?o. Wtem w pobli?u budynku s?dowego Kajfasza wypad?a z zasadzki zgraja ?o?daków i pochwyci?a bezbronnego Józefa, nie troszcz?c si? o jego towarzyszów którzy te? rozbiegli si? w mgnieniu oka w?ród okrzyków trwogi. Schwytanego Józefa zamkn?li ?o?dacy w jednej z wie? murów miejskich, niedaleko od s?du. Kajfasz bowiem kaza? pojma? Józefa, a wybra? do tego poga?skich ?o?nierzy, bo ci nie obchodzili szabatu; mia? zamiar, nie mówi?c o tym nikomu, usun?? po cichu Józefa na zawsze, zapewne zamorzy? go g?odem. W nocy z pi?tku na sobot? zebra?a si? starszyzna pod zwierzchnictwem Kajfasza na waln? narad?, jak zachowa? si? i post?powa? po tych zasz?ych cudach i wobec niepewnej postawy t?umów. W nocy jeszcze wyruszyli do Pi?ata, i stan?wszy przed nim, rzekli: "Ten uwodziciel ludu przepowiedzia? za Swego ?ycia, ?e trzeciego dnia zmartwychwstanie. Ka? wi?c postawi? stra? przy grobie a? do trzeciego dnia, by przypadkiem uczniowie nie wykradli cia?a Jezusa, a potem nie rozg?osili, ?e zmartwychwsta?, bo wtenczas to drugie oszustwo gorsze by?oby ni? pierwsze." Pi?at jednak nie chcia? ju? wi?cej k?opota? si? t? spraw?. — „Macie — rzek? im — swoje stra?e, pilnujcie wi?c grobu, jak mo?ecie najlepiej." — Doda? im tylko do stra?y Kassiusa, który mia? baczy? na wszystko i zdawa? mu spraw?. Rano przed wschodem s?o?ca posz?o dwunastu Faryzeuszów do grobu, wzi?wszy przeznaczonych na stra? ?o?nierzy, ubranych nie po rzymsku; byli to bowiem ?o?nierze od ?wi?tyni, rodzaj trabantów. ?o?nierze wzi?li z sob? kaga?ce na dr??kach, by o?wietli? pos?pn? grot?, a tak?e widzie? dok?adnie, co si? wko?o dzieje. Przekonawszy si? po przybyciu do groty, ?e cia?o Jezusa jest na miejscu, przeci?gn?li Faryzeusze na poprzek drzwi grobu szerok? wst?g?, a od niej drug? ku kamieniowi, przytrzymuj?cemu drzwi i przypiecz?towali te wst?gi pó?ksi??ycowymi piecz?ciami. Potem powrócili do miasta, a stra? usadowi?a si? naprzeciw wej?cia do groty. Od czasu do czasu szed? który? z ?o?nierzy do miasta za ?ywno?ci?, lub za czym innym, ale przynajmniej 5 — 6 ?o?nierzy by?o zawsze przy grobie. Kassius przez ca?y czas nie opuszcza? swej placówki, sta? wci?? lub siedzia? w rowie u wej?cia do groty, tak, ?e widzia? cz??? drzwi grobowych od strony, gdzie by?y nogi Jezusa. Na Kassiusa hojnie sp?yn??a ?aska Bo?a, poznawa? duchem wiele tajemnic nowej wiary, Duch ?wi?ty o?wieca? cudem jego serce; dla tego ?o?nierza poczciwego by?o to co? niezwyk?ego, niepoj?tego, wi?c by? jakby upojony, zatopiony w sobie, nie?wiadom wszelkich wp?ywów zewn?trznych. Tu dopiero, przy grobie, dokona?a si? w nim zupe?na przemiana na nowego cz?owieka, chrze?cijanina. Ca?y ten dzie? przep?dzi? na skrusze, dzi?kczynieniu i chwaleniu Boga.


871

Przyjaciele Jezusa w Wielk? sobot?

Wczoraj wieczór, jak wspomnia?am, zebrali si? m??czy?ni w wieczerniku w liczbie oko?o dwudziestu. Widzia?am, jak ubrani w d?ugie bia?e suknie z szerokimi pasami, odprawiali pod lamp? mod?y szabatowe, a po spo?yciu wieczerzy rozeszli si? na spoczynek, niektórzy udali si? do innych pomieszcze?. Dzi? siedzieli tak?e prawie przez ca?y czas spokojnie w domu schodz?c si? od czasu do czasu na czytanie lub modlitw?. Co chwil? zjawia? si? kto? ze znajomych, i wpuszczony do ?rodka, przy??cza? si? do grona. Boczny budynek ko?o wieczernika, gdzie bawi?a Naj?wi?tsza Panna, sk?ada? si? z wielkiej ?rodkowej sali i licznych otaczaj?cych j? ma?ych izdebek, poprzedzielanych dywanami i parawanami na pojedyncze sypialnie. Powróciwszy od grobu, poustawia?y ?w. niewiasty wszystkie przybory na swoje miejsca, jedna z nich za?wieci?a lamp? wisz?c? w po?rodku sali, i wszystkie zebra?y si? pod ni? w ko?o Naj?w. Panny, modl?c si? na przemian w smutku wielkim i skupieniu ducha; na wieczerz? spo?y?y tylko lekki posi?ek. Po szabacie przyby?y z Betanii z ?azarzem Marta, Maroni, Dina i Mara; ?azarz poszed? do m??czyzn do wieczernika, a one przysz?y tu do niewiast. W?ród hojnych ?ez obustronnych opowiedziano nowoprzyby?ym o ?mierci i pogrzebie Pana. Pó?no ju? wieczorem wywo?ali m??czy?ni te niewiasty, które mieszka?y w mie?cie, by odprowadzi? je do domu; w?ród m??czyzn by? i Józef z Arymatei. T? to w?a?nie gromadk? napadli ?o?dacy ko?o budynku s?dowego Kajfasza, pojmali, Józefa z po?rodka innych i zamkn?li go do wi?zienia we wie?y. Pozosta?e w wieczerniku niewiasty rozesz?y si? wnet do celek sypialnych. Przed udaniem si? na spoczynek ka?da z nich zakry?a g?ow?, usiad?a na ziemi, wsparta o pos?anie, umieszczone przy ?cianie, i tak siedzia?a chwil?, pogr??ona w sm?tnym rozpami?tywaniu. Wstawszy, pozdejmowa?y pasy, sanda?y i wierzchnie odzienie, rozwin??y ?o?a i okrywszy si? ód stóp, do g?owy, jak to zwykle robi?y, u?o?y?y si? na krótki spoczynek. Wnet po pó?nocy pozrywa?y si? znowu, ubra?y si?, pozwija?y pos?ania i zebra?y si? znowu w sali, gdzie wspólnie z Naj?w. Pann? odprawi?y po wtóre pod lamp? modlitwy. Zwyczaj ten odprawiania nocnych mod?ów nie jest nowy. Od czasu istnienia modlitwy widzia?am, jak wykonywali nieraz ten zwyczaj ludzie ?wi?ci, wierne dzieci Bo?e, czy to pobudzeni ?ask? osobist?, czy te? wype?niaj?c Boskie lub ko?cielne ustanowienia. I ?w. niewiasty nie zaniedba?y tego nawet po tak smutnych przej?ciach dnia wczorajszego. Równocze?nie odprawili m??czy?ni tak samo mod?y w sali wieczernika, poczym Jan z kilku uczniami zapuka? do drzwi na niewiasty, które zaraz, otuliwszy si? w p?aszcze, wraz z Naj?w. Pann? posz?y za uczniami do ?wi?tyni. O tym samym mniej wi?cej czasie, kiedy piecz?towano grób, tj. oko?o trzeciej godziny rano, przyby?a Naj?w. Panna z niewiastami, Janem i kilku uczniami do ?wi?tyni. Taki by? zwyczaj, ?e wielu ?ydów sz?o po ?wicie po spo?yciu baranka wielka nocnego do ?wi?tyni, któr? w ten dzie? otwierano ju? o pó?nocy, bo sk?adanie ofiar zaczyna?o si? bardzo rano. Po strasznych zaj?ciach dnia wczorajszego nie rozpoczynano ofiar, bo ?wi?tynia zanieczyszczona by?a pojawieniem si? umar?ych. Naj?w. Panna jednak?e sz?a do ?wi?tyni, bo, jak mi si? zdaje, chcia?a niejako po?egna? si? z tym przybytkiem, w którym wychowa?a si? i nauczy?a czci? ?wi?to??, a? sama pocz??a w swym ?onie dziewiczym ?wi?tego nad ?wi?tymi, który wczoraj zamordowany zosta? tak okrutnie, jako prawdziwa ofiara, prawdziwy Baranek wielkanocny. ?wi?tynia otwarta by?a wed?ug zwyczaju o?wietlona lampami, otwarty by? tak?e dziedziniec kap?a?ski dost?pny tego dnia i dla ludu, którego dzisiaj jednak nie by?o prawie nic, oprócz kilku stra?ników i s?ug. Nie?ad panowa? wsz?dzie, gdy? nie zatarto


872

jeszcze ?ladów strasznych spustosze? dnia wczorajszego. ?wi?tynia zanieczyszczona by?a pojawieniem si? w niej umar?ych; uporczywie nasuwa?a mi si? wci?? my?l o tym, jak te? ?ydzi naprawi? to znowu i przyprowadz? wszystko do porz?dku. W ?wi?tyni napotka?a przybysza gromadka synów Symeona i siostrze?ców Józefa z Arymatei, których ju? dosz?a wie?? o pojmaniu ich wuja, nape?niaj?c ich serca g??bokim smutkiem. Ci, b?d?c dozorcami przy ?wi?tyni, oprowadzali wsz?dzie Naj?w. Pann? i towarzysz?cych jej. W milczeniu ogl?dano zasz?e spustoszenia z groz? w sercu i czci? zarazem, widz?c w tym ?wiadectwo, dane przez Boga swemu Synowi jedynemu. Dla lepszego obja?nienia opowiadali oprowadzaj?cy; zwi?z?ymi s?owy zdarzenia wczorajsze. Jak mówi?am, nie zatarto jeszcze ?ladów spustoszenia. W miejscu, gdzie przechodzi si? z przedsionka do Miejsca ?wi?tego, mury rozesz?y si? tak, ?e mo?na by?o przecisn?? si? ?rodkiem i grozi?y upadkiem. Próg nad zas?on? zawali? si?, a s?upy, d?wigaj?ce go, zachwiane w posadach, pochyli?y si? na obie strony ku ?cianom i rozdarta na pó? zas?ona zwiesza?a si? po obu bokach. Przy ?cianie pó?nocnej, gdzie z modlitewnika Symeona wypad? wczoraj wielki kamie? i sk?d pojawi? si? Zachariasz, powsta? w przedsionku tak wielki otwór, ?e ?wi?te niewiasty mog?y przez niego wygodnie przej??; zrobi?y te? tak, i stoj?c przy wielkiej mównicy, z której naucza? Jezus jako dwunastoletni ch?opiec, mog?y przez rozdart? zas?on? zagl?dn?? do Miejsca ?wi?tego, co zwyczajnie by?o im zabronione. W innych miejscach pozapada?y si? tu i ówdzie pod?ogi, pop?ka?y ?ciany, pokrzywi?y si? kolumny, pozapada?y gzymsy. Naj?w. Panna nie opu?ci?a ?adnego miejsca ?wi?tyni, które Jezus u?wi?ci? je Sw? osob?. Na kolanach ca?owa?a je i wzruszaj?cymi s?owy opowiada?a przy ka?dym miejscu towarzyszkom, jaka dla niej pami?tka wi??e si? z tym miejscem; towarzyszki, id?c za jej przyk?adem, tak?e cze?? oddawa?y tym miejscom, u?wi?conym przez ich Zbawiciela. ?ydzi w ogóle w niezwyk?ej czci maj? wszystkie te miejsca, które by?y ?wiadkami zdarze?, wa?nych dla nich i ?wi?tych. Z uszanowaniem dotykaj? si? ich, ca?uj? je, padaj? przy nich na twarz, i, nie dziwi?am si? temu nigdy. Je?li si? wie, wierzy i czuje, ?e Bóg Abrahama, Izaaka i Jakóba jest ?ywym Bogiem, ?e mieszka? w po?ród Swego ludu w ?wi?tyni, ?e Jerozolim? obra? sobie zamieszkanie, to raczej dziwi? si? nale?a?o, gdyby tego nie czynili. Kto wierzy w ?ywego Boga i Odkupiciela i U?wi?ciciela ludzi, Jego dzieci, — nie powinien si? dziwi?, ?e ten Bóg ?ywy w mi?o?ci Swej zamieszka? mi?dzy ?ywymi i ?e oni oddaj? Jemu i wszystkiemu, co ma z Nim zwi?zek, wi?ksz? cze??, mi?o?? i uwielbienie, ni? swoim na ziemi rodzicom, przyjacio?om, nauczycielom i zwierzchnikom. ?ydzi zachowywali si? w ?wi?tyni na ?wi?tych miejscach tak, jak my zachowujemy si? przed Naj?w. Sakramentem. Prawda, ?e i u ?ydów trafiali si? tacy za?lepieni, niby cywilizowani m?drkowie, jakich nie brak i u nas, którzy nie chc?c odda? czci ?ywemu, obecnemu Bogu, popadaj? w fa?szyw?, gu?larsk? s?u?b? bo?yszcz tego ?wiata. Ludzie tacy, je?li przypadkiem nie odrzucili jeszcze samego Boga, jako zbyt obiektywnego, w pysze swej oddaj? si? na s?u?b? ca?kowit? duchowi i fa?szowi ?wiatowemu, a odrzucaj? uparcie wszelk? zewn?trzn? cze?? Bo?? i mówi? che?pliwie, ?e „czcz? Boga w duchu i prawdzie." Nie chc? g?upcy zrozumie?, ?e „czci? Boga w duchu i Prawdzie" znaczy czci? Go w Duchu ?wi?tym i Synu, który przyj?? cia?o z Maryi Dziewicy, da? ?wiadectwo Prawdzie, ?y? mi?dzy nami i za nas umar? na ziemi, a? mi?o?ci dla nas postanowi? by? obecnym w ko?ciele Naj?w. Sakramencie a? do sko?czenia ?wiata. D?ugo chodzi?a Naj?w. Panna, po ?wi?tyni, ze czci? zwiedzaj?c ?wi?te jej miejsca, a przy ka?dym t?umaczy?a towarzyszkom, jak? ono stanowi dla niej pami?tk?. Tu


873

wst?pi?a po raz pierwszy do ?wi?tyni jako ma?e dziewcz?tko, tam od strony po?udniowej chowa?a si? a? do zam??pój?cia; w tym miejscu po?lubi?a si? ?w. Józefowi, w tym ofiarowa?a Jezusowi, ówdzie znów s?ucha?a proroctw Symeona i Anny; i zap?aka?a Maryja gorzko, bo oto spe?ni?y si? te proroctwa, a dusz? jej przenikn?? miecz bole?ci. Dalej pokazywa?a Maryja, gdzie znalaz?a Jezusa, nauczaj?cego w 12-tu roku m?drców, i uca?owa?a ze czci? mównic?. Odwiedzi?a tak?e skarbon?, do której biedna wdowa rzuci?a szel?g i miejsce, na którym Jezus rozgrzeszy? cudzo?o?nic?. Uczciwszy tak wspomnieniem, dotkni?ciem, ?zami i modlitw? wszystkie miejsca, u?wi?cone przez Jezusa, wybra?y si? niewiasty z powrotem do wieczernika. Ze ?zami w oczach i z powag? wielk? w obliczu ?egna?a Maryja t? ?wi?tyni?, spustoszon? i opustosza?? w tak ?wi?tym dniu i daj?c? tym samym ?wiadectwo o strasznym grzechu swego ludu. Wspomnia?a, jak Jezus p?aka? nad ?wi?tyni?, mówi?c proroczo: „Zburzcie ten budynek, a ja w trzech dniach postawi? go na powrót!" Oto zburzyli ju? wrogowie ?wi?tyni? Jego cia?a, wi?c z t?sknot? oczekiwa?a Maryja trzeciego dnia, w którym mia?y si? spe?ni? s?owa odwiecznej Prawdy. Dzie? ju? nasta?, gdy Maryja wróci?a z ?wi?tyni do wieczernika i zaraz posz?a z niewiastami do Swego mieszkania, znajduj?cego si? w dziedzi?cu na prawo; Jan za? i uczniowie udali si? do zebranych w sali wieczernika m??czyzn, w liczbie oko?o dwudziestu. Ca?y, szabat przep?dzili tak w cicho?ci, modl?c si? na przemian pod lamp?, lub pogr??aj?c si? w ?a?osnych rozpami?tywaniach. Od czasu do czasu przybywa? kto? ze znajomych, wi?c wpuszczano go ostro?nie i ze ?zami rozmawiano o zasz?ych wypadkach. Wzgl?dem Jana zachowywali si? wszyscy z mimowolnym szacunkiem; zawstydza?o ich to, ?e jeden tylko mia? na tyle odwagi, by nie opu?ci? Jezusa przy ?mierci. Jan za?, jak zawsze ?yczliwy by? dla wszystkich, serdeczny i wspó?czuj?cy. Z niewinno?ci? i prostot? dzieci?cia ust?powa? ka?demu pierwsze?stwa; widzia?am ich te? raz spo?ywa? posi?ek. Siedzieli tak cicho przy zamkni?tych drzwiach, nigdzie nie ?miej?c wyj??. Tu nie móg? ich nikt zaczepi?, bo dom by? w?asno?ci? Nikodema, a ten wynaj?? go im na uczt? wielkanocn?. ?wi?te niewiasty tak?e siedzia?y a? do wieczora w swej sali, pozamykawszy drzwi i pozas?aniawszy okna; ciemno?ci roz?wieca? blask lampy, wisz?cej w ?rodku. Niewiasty ju? to zbiera?y si? pod lamp? w ko?o Naj?w. Panny na modlitw? wspóln?, to znowu usuwa?y si? ka?da do swej sypialni, i tam otuliwszy si? w okrycia ?a?obne, albo na znak ?a?oby k?ad?y si? do p?askich skrzy?, wysypanych popio?em, albo te? modli?y si?, ukl?k?szy twarz? do ?ciany. Potem znowu zdejmowa?y okrycia ?a?obne i sz?y do sali na wspóln? modlitw?. S?absze posila?y si? nieco przez dzie? inne po?ci?y ?ci?le. Tak zeszed? im ca?y dzie?. Ilekro? w widzeniu zwróci?am mój wzrok tutaj, zawsze widzia?am je albo zebrane pod lamp? na wspóln? modlitw?, albo w odosobnionych celkach pogr??one w ?a?obie. Widok ?wi?tej Dziewicy przywodzi? mi na my?l drogiego Zbawiciela, wi?c zaraz nasuwa? mi si? przed oczy grób Jego, a przy nim co? siedmiu ?o?nierzy ze stra?y, umieszczonych naprzeciw wej?cia. Tu? u wej?cia do groty, w rowie j? otaczaj?cym, sta? Kassius, cichy, skupiony, nie oddalaj?c si? ani na chwil? ze swego stanowiska. Drzwi grobu by?y wci?? zamkni?te i przywalone kamieniem, ale poprzez nie widzia?am zw?oki Zbawiciela tak, jak je z?o?ono, otoczone jasnym blaskiem; dwaj Anio?owie stali przy ?wi?tym Ciele, oddaj?c mu cze??. Kiedy mi przysz?a na my?l ?wi?ta dusza Jezusa, przedstawi? mi si? wspania?y, ró?norodny i zawik?any obraz zst?pienia do otch?ani, tak bogaty w szczegó?y, ?e cz?stk? zaledwie mog?am spami?ta? i to opowiem, o ile mo?no?ci, najdok?adniej.


874

Kilka szczegó?ów o zst?pieniu Jezusa do otch?ani

Gdy Jezus, g?o?no wo?aj?c, skona? na krzy?u, dusza Jego w postaci ?wietlistej, otoczona Anio?ami, mi?dzy którymi by? i Gabriel, sp?yn??a w ziemi? u stóp krzy?a. Mimo, ?e dusza od??czy?a si? od cia?a, Bóstwo Jego jednak pozosta?o po??czone i z dusz? i z cia?em w jaki si? to sposób dzia?o, to literalnie nie da si? opowiedzie? s?owami. Otch?a?, w któr? zst?powa?a dusza Jezusa, przedstawia?a mi si? jak trzy dzia?y, trzy odr?bne ?wiaty; mia?am uczucie, ?e one musz? by? okr?g?e i ?e ka?d? z tych cz??ci oddziela od drugiej osobna sfera. Przed otch?ani? rozci?ga?a si? przestrze? jasna, ?e si? tak wyra??, zielonawa, pogodna, przez któr?, jak widzia?am, musia?y przechodzi? wszystkie dusze, oczyszczone ogniem czy??cowym, zanim wprowadzono je do nieba. Otch?a?, w której mie?ci?y si? dusze, oczekuj?ce Odkupiciela, otoczona by?a szar?, mglist? sfer?, i podzielona na ró?ne ko?a, Zbawiciel, ja?niej?cy chwa??, prowadzony w tryumfie przez Anio?ów, przeszed? miedzy dwiema takimi strefami, z których lewa mie?ci?a sprawiedliwych praojców a? do Abrahama, a prawa — dusze sprawiedliwych od Abrahama a? do Jana Chrzciciela. ?adna z nich nie zna?a jeszcze Jezusa, a przecie? za zbli?eniem si? Jego, rado?? jaka? i t?sknota owion??a to obszary; zdawa?o si?, ?e te strwo?one, ?cie?nione dziedziny t?sknoty rozszerzaj? si? nagle oczekiwaniem jakiej? radosnej wie?ci. Biedne dusze zdawa? si? przenika? jakby powiew ?wie?ego powietrza, jakby ?wiat?o, jak rosa o?ywcza, pokrzepiaj?ca, zwiastuj?ca im odkupienie; a wszystko to odby?o si? tak szybko, jak jedno tchnienie wiatru. Min?wszy oba te ko?a, wszed? Jezus w przestrze? mglist?, w której znajdowali si? pierwsi rodzice, Adam i Ewa. Przemówi? do nich ?askawie, a oni, poznawszy Go, z zachwyceniem niewypowiedzianym oddali Mu cze??. Wzi?wszy ich z Sob?, skierowa? si? Jezus na lewo ku otch?ani ?yj?cych przed Abrahamem. Te nie by?y zupe?nie wolne od m?k czy??cowych, a przynajmniej nie wszystkie; wida? by?o mi?dzy niemi z?e duchy, a czarci ci dr?czyli i uciskali niektóre dusze w ró?ny sposób. Anio?owie zapukali u wej?cia i kazali otworzy?; tu bowiem by? wchód, wej?cie, brama, tu by?y i zawory i wrzeci?dze, w które pukano, g?osz?c przybycie; i zdawa?o mi si?, jak gdyby wo?ali: „Otwórzcie bramy, rozemknijcie podwoje!" I wszed? Jezus w tryumfie, a z?e duchy cofa?y si? trwo?nie przed Nim, krzycz?c: „Co masz do nas, czego tu chcesz, czy i nas teraz chcesz ukrzy?owa??" itp. Anio?owie wnet powi?zali ich i pop?dzili przed sob?. Zamkni?te dusze nie zna?y dotychczas Jezusa i tylko niejasne mia?y o Nim poj?cie, lecz gdy da? si? im pozna?, otoczy?y Go rado?nie, wychwalaj?c i czcz?c Zbawiciela Pana. Teraz skierowa? si? Jezus do prawej, w?a?ciwej otch?ani; u wej?cia zetkn??a si? z Nim dusza dobrego ?otra, id?ca w towarzystwie Anio?ów na ?ono Abrahama, podczas gdy z?ego ?otra gnali w?a?nie czarci do piek?a. Przemówiwszy par? s?ów do Dyzmy, wszed? Jezus do otch?ani, gdzie na ?onie Abrahama spoczywa?y dusze sprawiedliwych jego potomków; za Jezusem wesz?y gromadnie wybawione ju? dusze i Anio?owie, p?dz?cy przed sob? powi?zanych czartów. Przestrze? ta prawa zdawa?a mi si? wy?ej po?o?on? od tamtej; robi?o to takie wra?enie, jak gdyby sz?o si? pod dziedzi?cem ko?cielnym i z podziemia wchodzi?o si? do wn?trza ko?cio?a. Z?e duchy opiera?y si?, nie chcia?y wej?? do ?rodka, ale Anio?owie przemoc? wepchn?li ich. W otch?ani tej zebrane by?y dusze wszystkich ?wi?tych Izraelitów, na lewo — Patriarchów, Moj?esza, s?dziów i królów, na prawo — Proroków i wszystkich przodków Jezusa i ich krewnych a? do Joachima, Anny, Józefa, Zachariasza, El?biety i Jana. Nie by?o tu z?ych duchów, nie by?o m?k ?adnych, tylko t?sknota za spe?nieniem obietnicy, danej pierwszym rodzicom, a ta w?a?nie spe?nia?a si? obecnie. Wi?c b?ogo?? niewypowiedziana i szcz??liwo?? przenikn??a wszystkie dusze, wszystkie otoczy?y


875

Zbawiciela, wita?y Go i cze?? Mu oddawa?y, a sp?tani czarci musieli chc?c nie chc?c wyzna? przed nimi sw? n?dz? i poni?enie. Jezus wys?a? wiele dusz na ziemi?, by wst?piwszy w swe cia?a, da?y o Nim jawne ?wiadectwo. By?o to w?a?nie w tym samym czasie, kiedy tak wielu umar?ych wysz?o z grobów i pojawi?o si? w Jerozolimie. Spe?niwszy sw? powinno??, sk?ada?y te dusze znowu cia?a w ziemi?, jak wo?ny s?dowy zdejmuje swój p?aszcz urz?dowy, spe?niwszy rozkazy zwierzchno?ci. Stad wyruszy? pochód tryumfalny z Jezusem na czele, w g??bsz? sfer?, stanowi?c? pewnego rodzaju miejsce oczyszczenia dla pobo?nych pogan, którzy mieli przeczucie prawdy i jej po??dali. Dusze te podlega?y pewnym m?kom za to, ?e na ziemi ho?dowa?y ba?wochwalstwu. Teraz czarci musieli wyzna? jawnie swe oszuka?cze czyny, a dusze z rozczulaj?c? rado?ci? odda?y ho?d Zbawicielowi. Tu tak?e powi?zali Anio?owie czartów i pop?dzili przed sob?. Tak przechodzi? Jezus te obszary w tryumfie, a bardzo szybko, uwalniaj?c pobo?ne dusze z wiekowej niewoli. Niesko?czona mnogo?? obrazów przesuwa?a si? przed mymi oczyma, ale gdzie? mój sko?atany, n?dzny potrafi to wszystko opisa?? Wreszcie zbli?y? si? Jezus do j?dra tej przepa?ci, do samego piek?a, które wydawa?o mi si? kszta?tem jako ogromna, nieprzejrzana okiem budowa skalna, straszna, czarna, po?yskuj?ca metalicznym blaskiem; wej?cia strzeg?y olbrzymie, straszne bramy, opatrzone mnóstwem rygli i zamków, widokiem swym wzbudzaj?ce dreszcz i trwog?. Za zbli?eniem si? Jezusa da? si? s?ysze? ryk pot??ny i okrzyk trwogi, bramy rozwar?y si? na o?cie?, i ukaza?a si? przepa??, pe?na ohydy, ciemno?ci i okropno?ci. Jak mieszkania b?ogos?awionych, ?wi?tych, przedstawiaj? mi si? w widzeniach pod postaci? niebia?skiej Jerozolimy, jako miasto olbrzymie o ró?norodnych pa?acach i ogrodach, zape?nionych cudownymi owocami i kwiatami ró?nych gatunków, stosownie do niezliczonych warunków i odmian szcz??liwo?ci, tak i to piek?o przedstawi?o si? mym oczom w formie odr?bnego ?wiata, stanowi?cego ca?o??, pod postaci? ró?norodnych budowli, obszarów i pól. Ale tu ?ród?em wszystkiego by?o przeciwie?stwo szcz??liwo?ci, wieczna m?ka i udr?czenie. Jak tam, w siedzibie szcz??liwo?ci, wszystko zdawa?o si? by? ugruntowane na prawid?ach wiecznego pokoju, wiecznej harmonii i zadosy?uczynienia, tak tu opiera?o si? wszystko na rozstroju i rozd?wi?ku wiecznego gniewu, rozdwojenia i zw?tpienia. Tam widzia?am najró?norodniejsze przybytki rado?ci i uwielbienia, prze?rocza niewypowiedziane pi?kne, tu za? niezliczone, ró?norodne, ponure wi?zienia i jaskinie m?ki, przekle?stwa, zw?tpienia. Tam widzia?am najcudowniejsze ogrody, pe?ne owoców Boskiego pokrzepienia, a tu najszkaradniejsze puszcze i bagniska, pe?ne udr?czenia, m?ki i wszystkiego, co tylko mo?e wzbudzi? wstr?t, obrzydzenie i przera?enie. Pe?no tu by?o przybytków, o?tarzy, zamków, tronów, ogrodów, mórz i rzek przekle?stwa, nienawi?ci, ohydy, zw?tpienia, zam?tu, m?ki i udr?czenia, w przeciwie?stwie do niebia?skich przybytków b?ogos?awie?stwa, mi?o?ci, jedno?ci, rado?ci i szcz??liwo?ci. Tu panowa?a wieczna, rozdzieraj?ca niejedno?? pot?pionych, jak tam wieczna, b?oga harmonia i zgodno?? ?wi?tych. Wszystkie zarodki przewrotno?ci i fa?szu przedstawione tu by?y przez niezliczone zjawiska i narz?dzia m?ki i udr?czenia; nic tu nie by?o prawid?owego, ?adna my?l nie przynosi?a ukojenia, panowa?a tylko wszechw?adnie gro?na my?l Boskiej sprawiedliwo?ci, przywodz?ca ka?demu z pot?pionych na pami??, ?e te m?ki, tu ponoszone, s? owocem winy, powsta?ym z nasienia grzechów, pope?nionych na ziemi. Wszystkie straszne m?ki odpowiada?y co do swej istoty, sposobu i mocy grzechom pope?nionym, by?y tym gadem, który grzesznicy wyhodowali na swym ?onie, a który teraz przeciw nim si?


876

zwraca?. Widzia?am straszn? jak?? budowl? o licznych kolumnadach, obliczon? na wzbudzanie strachu i trwogi, jak w królestwie Bo?ym — dla spokoju i wytchnienia. Wszystko to rozumie si?, gdy si? widzi, ale s?owami nie jest cz?owiek mocen to wypowiedzie?. Gdy Anio?owie otworzyli bramy piekielne, ujrza?am jaki? zam?t ohydy, przekle?stw, ?aja?, wycia i j?ków. Jezus przemówi? co? do duszy Judasza, tu zamkni?tej, a Anio?owie moc? Bo?? ca?e t?umy z?ych duchów obalili na ziemi?. Wszyscy czarci musieli uczci? i uzna? Jezusa, to by?o dla nich najstraszniejsz? m?k?. Mnóstwo czartów otoczono wko?o innymi, jeden przy drugim i sp?tano tych skrajnych, stoj?cych w ko?o tak, ?e ca?a czereda pozosta?a w ten sposób na uwi?zi. Wszystko to odbywa?o si? wed?ug pewnych okre?lonych postanowie?. Lucyfera wrzucili Anio?owie skr?powanego w b?d?c? tam ?rodkow? otch?a?, ?e a? zakot?owa?o si? za nim w ciemno?ciach. S?ysza?am, je?li si? nie myl?, ?e Lucyfer mia? by? znowu wypuszczony na pewien czas, co? na 50 czy 60 lat przed rokiem 2000 po Chrystusie. Innych dat nie pami?tam. Niektórzy czarci mieli by? uwolnieni pierwej, na kar? i kuszenie ludzi. Termin ten uwolnienia przypada? dla niektórych w?a?nie na nasze czasy, dla innych nieco pó?niej. Nie jest mi mo?liwym opowiedzie? to wszystko, co widzia?am. Za wiele tych szczegó?ów, tak, ?e nie potrafi? ich z?o?y? w jedn? ca?o??, a przy tym jestem bardzo chora; gdy zaczn? opowiada?, nasuwa mi si? znów wszystko przed oczy, a widok to tak straszny i tak mnie przejmuje, ?e blisk? jestem skonania. Niezliczone gromady dusz, uwolnionych z otch?ani i miejsc oczyszczenia, poprowadzi? Jezus w tryumfalnym pochodzie w gór? do radosnego przybytku, umieszczonego pod niebia?sk? Jerozolim?. Jest to to samo miejsce, gdzie niedawno widzia?am dusz? zmar?ego mego przyjaciela. Dyzmas doczeka? si? obietnicy, danej mu przez Zbawiciela; oto nie up?yn?? dzie?, a ju? znajdowa? si? z Nim w Raju. Przyby?e dusze czeka?a rado?? i pokrzepienie; zastawiono dla nich podobne sto?y niebia?skie, do jakich i ja zasiada?am, gdy Bóg dobrotliwy chcia? mnie pocieszy? i pokrzepi? w bolesnych widzeniach. Jak d?ugo to wszystko trwa?o, com widzia?a i s?ysza?a, nie potrafi? okre?li?, tak jak i nie potrafi? dok?adnie wszystkiego opowiedzie?, bo najpierw sama wiele rzeczy nie zrozumia?am, a po wtóre nie chc?, by inni co? ?le zrozumieli. Dlatego te? przestrzegam wielkiej ostro?no?ci w opowiadaniu. Widzia?am przez ten czas Zbawiciela na ró?nych miejscach kuli ziemskiej, nawet w morzu. Jezus chcia? niejako u?wi?ci? i oswobodzi? wszelakie stworzenie; wsz?dzie ucieka?y przed Nim z?e duchy w przepa??. Mi?dzy innymi pojawi? si? Jezus w grobie Adama, znajduj?cym si? pod Golgot?; tu przysz?y do Niego dusze Adama i Ewy; Jezus rozmawia? z nimi, a potem wraz z niemi przechodzi?, jak gdyby pod ziemi?, do grobów wielu Proroków, których dusze schodzi?y si? zaraz do swych zw?ok i s?ucha?y ró?nych obja?nie?, jakich im Jezus udziela?. Potem obchodzi? Zbawiciel z t? wybran? dru?yn?, w której znajdowa? si? i Dawid, wiele miejsc, b?d?cych ?wiadkami Jego ?ycia i m?ki, t?umaczy? im przeobra?aj?ce czynno?ci, jakie tu si? odbywa?y, i z niewymown? mi?o?ci? bra? spe?nienie tych przeobra?e? na Siebie. Mi?dzy innymi zaprowadzi? tak?e te dusze na miejsce chrztu Swego, gdzie tyle zdarze? przeobra?aj?cych si? odby?o, i wszystko im obja?nia?. Z g??bokim rozrzewnieniem podziwia?am niesko?czone mi?osierdzie Jezusa, który czyni? niejako te dusze uczestnikami ?aski Swego chrztu ?wi?tego. Na mnie sprawia?o to nies?ychanie rzewne wra?enie, widz?c tak dusz? Jezusa, ?wietlist?, otoczon? rojem wyzwolonych dusz ?wi?tych, unosz?c? si? ?agodnie ponad ziemi?, przenikaj?c? ciemne wn?trze ziemi, ska?y, morza i fale powietrza. Tyle tylko utkwi?o mi w pami?ci, ze wspania?ego widzenia o zst?pieniu Jezusa do otch?ani i wybawieniu z niej sprawiedliwych dusz praojców. Oprócz tego


877

czasowego widzenia odczu?am dzi? wraz z tymi duszami wieczny obraz niesko?czonego mi?osierdzia Bo?ego. Wiem z objawienia, ?e Jezus co rok w tym dniu, obchodzonym uroczy?cie przez Ko?ció?, zwraca Swe oko zbawcze na czy?ciec, by wybawi? niektóre dusze. I dzi? tak?e, to jest w Wielk? Sobot?, podczas powy?szego objawienia, widzia?am, ?e Jezus wybawi? z czy??ca niektóre dusze, które zawini?y przez po?redni wspó?udzia? w krzy?owaniu Go. Uwolni? dzi? Jezus mnóstwo dusz, mi?dzy tymi i niektóre mi znane, ale nie chc? ich wymienia?.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież


Sonda

Czy przedsoborowa Msza Trydencka? (po ?acinie)
 

Polecany link, kliknij

Reklama

Kto jest teraz on-line

NaszÄ… witrynÄ™ przeglÄ…da teraz 35 goĹ›ci